AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 28 marca 2017

Koniec strażackiej pasji?



Straży pożarnej oddał serducho chwilę przed drugimi urodzinami. Hubiś nie tylko bawił się w strażaka, on tym strażakiem naprawdę się stał. Uratował setki wymyślonych kotów z mniej lub bardziej wymyślonych drzew i zgasił tysiące wymyślonych pożarów. Znalazł każdy hydrant w promieniu kilometra od naszego domu. Zawsze gdy padał ulewny deszcz martwił się, że zapchają się studzienki kanalizacyjne i w mieście będzie powódź. Gdy na ulicy zobaczył plamę, tłumaczył mi, że to na pewno olej i będzie musiał wrócić by ją "znenutlalizować" specjalnym proszkiem. Wiedział, że słońce padające na leżące na trawie szkło, może spowodować pożar. Zimą "uważał" na lawiny. Podczas letniego grillowania ustawiał swoje wozy strażackie w pogotowiu, tak na wszelki wypadek, gdybyśmy byli nieodpowiedzialni :-). I tak dalej, i tak dalej...

W jego szafie wiszą dwa mundury strażackie. Na półkach stoi z dwadzieścia wozów strażackich, dwa strażackie helikoptery, motorówka i skuter. Do tego toporek, latarka, hełm z szybką na oczy i hełm bez szybki :-). Zna na pamięć wszystkie odcinki Strażaka Sama i wszystkie posiadane przez nas "strażackie" książeczki. Chodzi spać w strażackiej piżamie, je z talerza w kształcie wozu strażackiego i kąpie się w pianie ze "strażackiego" płynu... Wariactwo? Przesada? Nie, po prostu pasja absolutna :-).

Początkowo do tego strażackiego hobby podchodziłam z czułym rozbawieniem. Bo czyż istnieje jakiś mały chłopiec, który chociaż przez moment nie chciałby być strażakiem? Jednak gdy mijały kolejne miesiące, a jemu nie przechodziło, zaczęłam go w tej pasji wspierać. W końcu, jeśli coś jest ważne dla niego, staje się też ważne dla mnie. Hubi odwiedził więc remizę strażacką, był na kilku festynach z okazji Dnia Strażaka, poznawał fachowe nazwy i właściwe zachowania w razie zagrożenia. Bardzo chciał uczyć się w warszawskiej szkole pożarnictwa. Niesamowity był w tym i totalnie rozczulający :-).

Byłam i jestem z niego bardzo dumna. Dzięki swojej pasji Hubiś stał się nad wiek rozważnym chłopcem. Przykładowo bardzo uważa na ukrop, nie dotyka zapałek, czy pilnuje się w jeziorze. Ma świadomość, co może się stać. Dba też o bezpieczeństwo bliskich mu osób. Bardzo chce być bohaterem, a według niego każdy strażak takim bohaterem jest. 

Wy pewnie też kojarzycie go przede wszystkim ze strażackimi zainteresowaniami. Przez te ostatnie dwa lata dostawałam wiele przesympatycznych emaili, komentarzy czy wiadomości, w których podsyłaliście mi zdjęcia Waszych małych strażaków, strażackich zabawek lub strażackich przyjęć urodzinowych. Aż śmiałam się, że może warto by było założyć na FB jakąś grupę wsparcia dla takich rodziców, jak my :-). Fajne to było i jeszcze raz bardzo Wam za to dziękuję.

Niestety, w końcu przyszedł marzec tego roku.

Nagle, dosłownie z dnia na dzień, Hubiś postanowił zmienić zawód. Po ponad dwóch latach, czyli połowie całego swojego życia! Po prostu oznajmił nam któregoś dnia, że już nie jest strażakiem, że od teraz będzie... policjantem! I chociaż wiedziałam, że taki moment w końcu musiał nadejść, smutno mi się jakoś zrobiło. Bo w końcu strażak to strażak :-).

Nie będę ukrywać, że miałam nadzieję, że to tylko chwilowe zauroczenie. Że za tydzień lub dwa wróci do mnie mój mały bohater. Nie bardzo widziałam się podczas zabawy w policyjne pościgi. Nie podobały i wciąż nie podobają mi się aresztowania, strzelanie czy odgrywanie roli rabusia. Niestety, młody po raz kolejny pokazał, że jak się do czegoś zapali, to nie ma zmiłuj.

Wszystko wskazuje na to, że to koniec strażackiej pasji. Smutno mi jakoś, chociaż wiem, że to trochę śmieszne. Przecież dziecko musi się rozwijać, naturalnie zmieniać obiekty zainteresowania. Wszystko to wiem, ale sami powiedzcie, czy Wam też nie jest trochę szkoda :-)???

Po raz ostatni ze strażackimi pozdrowieniami,

Hubisiowa mama

-♥-

niedziela, 19 marca 2017

Fajne macierzyństwo




To prawda, że drugie macierzyństwo jest inne. Spokojniejsze, pełniejsze, bardziej intuicyjne. Rozsmakowałam się w nim, jak wcześniej nigdy nie potrafiłam. Dopiero teraz widzę, że może być jeszcze lepiej, co wcale nie oznacza, że łatwiej. Przecież wciąż nie śpię po nocach, a przy dwójce maluchów obowiązków mam dwa razy więcej. A jednak, jest fajniej...

Bo przykładowo otwieram oczy o poranku i pierwsze, co widzę to maleńkie policzki, znajdujące się kilka centymetrów ode mnie. Już nie boję się, że w nocy przypadkowo zrobię krzywdę swojemu dziecku. Wręcz przeciwnie, potrzebuję tej bliskości i widzę, jak bardzo on potrzebuje mojej. Śpimy spokojniej, bardziej ufnie. Przy Hubisiu czuwałam, teraz odpoczywam. A monitora oddechu, którego używałam cztery lata temu, nawet nie wyjęłam z pudełka.

Albo gdy Leoś macha główką jak szalony, a ja po raz dziesiąty próbuję przystawić go do piersi... Już nie załamuję się, że nie potrafię. Nie przełykam łez. Po prostu trzymam słodką łepetynkę, czekam na dobry moment i w końcu się cycamy. Samo karmienie też jest inne. Przy Huberciku okupione walką, okraszone emocjami. Teraz po prostu naturalne, co wcale nie oznacza, że łatwiejsze. Nie ominęły mnie nawały, zastoje, czy krwawe rany. Ale wiedziałam, że damy z Leośkiem radę. Bo niby czemu nie?

Podobnie ze spacerami. Szczerze? Cztery lata temu chodziłam na nie z obowiązku. Będąc w ciąży wyobrażałam sobie, że po półgodzinnej przejażdżce będę mogła usiąść z książką na ławce, a śpiący w wózku Hubercik będzie korzystał z wiosennego słoneczka. W praktyce okazało się, że każde zatrzymanie wózka czy wejście do sklepu, włączało w moim synku syrenę alarmową. Chodziłam więc, mając poczucie potwornej straty czasu. A teraz? Teraz mogłabym chodzić godzinami, bo w trakcie spaceru słucham audiobooków. W efekcie i Leoś szczęśliwy i jego mama usatysfakcjonowana :-).

W końcu też zrozumiałam, jak mądre są słowa "śpij z dzieckiem". Bo chociaż czasami czułam się i wyglądałam jak zombie, to rzadko robiłam sobie w dzień drzemki. Posprzątać przecież trzeba, obiad zrobić, do piekarni po bułki pobiec. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Tym razem wypełniłam po brzegi zamrażarkę mieszankami warzywnymi, pierogami, gołąbkami i innymi gotowymi daniami. W razie potrzeby obiad mam gotowy w dziesięć minut. Pieczywo kupuję raz w tygodniu i też mrożę. Sprzątam na bieżąco, tylko prasowanie wiecznie leży... Ale cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze :-). Taka godzinna drzemka potrafi podnieść moje samopoczucie i próg tolerancji o wiele poziomów w górę :-). 

W ogóle, mam wrażenie, że cztery lata temu do niemowlaka podchodziłam bardziej "technicznie". Bałam się, że mogę coś zaniedbać, albo o czymś zapomnieć. Robiłam check listy, odhaczając nawet czesanie maleńkiej główki. To nie było oczywiście nic złego, wręcz przeciwnie. Z perspektywy czasu widzę jednak, że zmieniało mi to opiekę z przyjemności w obowiązek. Przy Leośku listy nie mam. Już jej nie potrzebuję. Nie oznacza to oczywiście, że o wszystkim tak dobrze pamiętam. Nie pamiętam, ale jak chwytam ten grzebień, to po to, by po serii mokrych buziaków i magicznych zaklęć, wyczesać tego mojego Kojaka. A nie dlatego, że muszę postawić ptaszka w odpowiedniej rubryce.

Jem normalnie, już nie dając się zwariować eliminacyjnym dietom matki karmiącej. I Leoś ani razu nie miał kolki (odpukaj ze mną szybko). Nie zaglądam na fora internetowe, gdzie poziom fantazji, by nie rzec głupoty, niektórych "mądrych" mam, po prostu mnie przeraża. Nie wdaję się w dyskusje na temat szczepień. Bo po co? Słucham siebie i mojego dziecka. Bo to sprawa między nami :-).

I gdy tak obsypuję buziakami pachnącego bobasa, tylko jedna rzecz mnie uwiera. Chciałabym móc cofnąć czas i wrócić do Hubisiowych pierwszych miesięcy. I samej sobie powiedzieć "Nie musisz być idealna. Nie wszystko musi ci wychodzić. Odpuść sobie. Po prostu kochaj i okazuj maleństwu tę miłość na każdym kroku. Macierzyństwo stanie się wtedy nie tylko najpiękniejszą, ale i najfajniejszą przygodą Twojego życia".  Teraz już to wiem.

Ściskam ciepło wszystkie nieidealne mamy :-)

Hubisiowa mama

-♥-

środa, 8 marca 2017

Urodzinowe skrawki życia # 5




Chociaż czasami śmieję się, że los ograbił mnie z jednego święta, lubię datę moich urodzin. Jest coś magicznego w ósmym marca. Nikt nie marudzi, że to amerykańskie święto, że naciągane, że po co i na co. Prawie każdy pamięta i to bez względu na płeć czy wiek. Gdzie się nie obejrzysz tam widać drobny gest, miłe słowo, albo symbolicznego kwiatka... Po prostu fajnie jest widzieć, jak w "mój dzień" mijanym na ulicy ludziom uśmiechają się oczy :-).

Dzisiejsze urodziny rozpoczęłam chwilę po północy mlecznym toastem z Leośkiem. Imprezka trwała do rana, z małymi, godzinnymi przerwami na odpoczynek. I chociaż cudownie było tulić do siebie tego mojego głodomorka, to jednak całonocne tańce trochę dały mi popalić. Nie te lata już niestety :-). W dodatku o 5:30 dołączył do nas Hubercik, który postanowił namalować dla mnie laurkę z pomarańczowym kwiatkiem. I nie dał się przekonać, że może to zrobić dwie godzinki później. Także rysował, a ja częstowałam go porannym kubkiem kakao i maślaną bułeczką. O zakończeniu imprezy mogłam zapomnieć :-). W końcu stała się rzecz wstydliwa, ale niestety prawdziwa - padłam na twarz i zasnęłam na łóżku Huberta, zostawiając swoich gości na pastwę losu. Normalnie urwał mi się film, co nie zdarzało mi się nawet za studenckich czasów :-). Na szczęście okazało się, że młodszy gość, najwidoczniej równie zmęczony, poszedł w moje ślady, a starszy przeniósł imprezkę do łóżka rodziców.

Gdy w końcu się ocknęłam, mój małżonek siedział uśmiechnięty, popijając kawkę, a starsze dziecię zniknęło. Była prawie dziewiąta, a Hubercik od dawna łobuzował w przedszkolu. Wspaniały prezent o poranku, prawda :-)? Nie zdążyłam jeszcze oprzytomnieć, a dostałam drugi, pięknie prezentujący się teraz na moim nadgarstku. W dodatku ze wzruszającym charmsem "Family". A potem jeszcze trzeci, który czerwieni się i pachnie w wazonie.

Gdy Hubisiowy Tata pojechał do pracy, zostaliśmy z Leośkiem sami. I tak, jak normalnie mam w głowie całą listę rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, tym razem zaplanowałam tylko i wyłącznie błogie lenistwo. Żadnego prasowania, odkurzania, układania czy gotowania. Leośkowe drzemki wykorzystywałam na przyjemności - dziesięciominutową kąpiel w pianie, pomalowanie paznokci i dwa rozdziały książki. Więcej się nie udało, ale to i tak była mega frajda :-).

Fajne te moje urodziny. Bo chociaż przez większość czasu byłam sama (przepraszam Leosiu, że Cię nie liczę), to rodzina, przyjaciele i znajomi zadbali o to, bym nie czuła się samotna :-). Rodzice, Anetka, Ewelina, Marta, Magda, Ania, druga Magda, druga Ania, Nina, Asia, druga Asia, Sylwia, Monika, druga Monika, Milenka, Emil... I cudowna babeczka na kawie. I druga wspaniała, która popołudniu zabrała Hubisia na trening piłki, by młody nie stracił zabawy, gdy tata nie mógł go tam zabrać... Tyle ciepła. Kochani, dziękuję! Tak się cieszę, że Was mam!!!

Teraz jest już wieczór. Chłopcy śpią. Z pracy wrócił Łukasz. Dom pachnie kolacją i bożonarodzeniową świeczką. Na stole moje ulubione dogadzajki, m.in. bezalkoholowa, jabłkowa bavaria i nadziewane migdałami oliwki. I chociaż nieumyta podłoga troszkę się lepi, a pranie już trzeci dzień wisi na suszarce, to mam to w nosie. Może to cukierkowe, ale jestem szczęśliwa. Po prostu. 

Tak, bliżej mi już do czterdziestki niż trzydziestki. Tak, zawodowo mogłabym osiągnąć dużo więcej. Tak, nasza kawalerka jest już dla nas troszkę za ciasna. Ale to wszystko naprawdę nie ma znaczenia. Najważniejsza jest rodzina. To mój najpiękniejszy prezent. Moje Hubisiowo :-).

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 4 marca 2017

Cztery latka Hubisia

 

Zanim opowiem Wam, gdzie byłam, jak mnie nie było, muszę nadrobić jeszcze jedną blogową zaległość. Tradycję, którą bardzo lubię, i której naprawdę nie chciałabym zaniechać. Chodzi mi o czwarte urodziny Hubisia i coroczne podsumowanie kolejnego, wspólnego roku.

Hubisiowy kawaler cztery latka skończył czwartego stycznia. Ważna to była data ogromnie, wyczekana i wytęskniona, bo Hubi najmłodszy jest w swojej przedszkolnej grupie i zwyczajnie nie mógł się swoich urodzin doczekać. Co się dziwić, wszedł w wiek, w którym ilość paluszków pokazujących lata, stała się jedną z kluczowych kwestii w życiu towarzyskim :-). A że chodzi do grupy z dziećmi o rok od niego starszymi... sami rozumiecie :-).

Urodziny, zarówno te dla przedszkolaków, jak i dla najbliższych, upłynęły oczywiście pod hasłem straży pożarnej. W tej kwestii nic się przez miniony rok nie zmieniło. Hubi nie bawi się w strażaka, on strażakiem jest :-). Pół życia spędził już na "akcjach", sprzęt strażacki zna lepiej od niejednego dorosłego i potrafi wymienić praktycznie wszystkie potencjalne zagrożenia. W naszej szafie wiszą dwa strażackie mundury, a na półkach stoi arsenał wozów strażackich. Uparty jest w tej swojej pasji i totalnie rozczulający...

Upór to zresztą cecha charakteru, która przez minione lata zawsze trafiała do moich podsumowań. Jak się na coś uprze, to koniec świata. Mój mąż twierdzi, że "zupełnie jak mama", ale ja chyba jestem jeszcze gorsza :-). Całe szczęście, nie objawia się to w krzykach, rzucaniu na podłogę, czy wymuszaniu płaczem. Przybiera raczej formę "Hubisia Jęczydupki", który przez wiele dni i tygodni potrafi wiercić nam o coś dziurę w brzuchu :-).

Nie potrafi też odpuścić, zawsze i we wszystkim musi mieć ostatnie zdanie. Dyskutuje z nami jakby miał szesnaście lat :-). Tak sprytnie odkręca kota ogonem, że czasami z uznania dla pomysłowości, ustępuję mu na polu bitwy. Coś mi się zdaje, że przejmie po tacie kancelarię :-).

Lubi ładnie wyglądać. Sam upomina się o fryzjera albo każe zmienić poplamioną bluzeczkę. Ma nieszkodliwego bzika na punkcie zarazków :-). Woli prysznic niż kąpiel.

Jest też empatyczny. Bardzo przejmuje się tym, jak jego zachowanie wpływa na uczucia innych ludzi. Oczywiście z reguły najpierw nabroi, ale potem siedzi i płacze, że zrobił komuś przykrość. Ta wrażliwość ujmuje mnie, a jednocześnie martwi trochę, bo widzę, jak wiele, zupełnie niepotrzebnych kwestii, bierze sobie do serca. 

Uwielbia też dawać prezenty. A to czerwone plastikowe serduszko włoży w książkę i da mi "opakowane w to, co najbardziej lubisz mamo". Albo obdaruje dziadka znalezionym na chodniku kapslem, bo kiedyś widział jak dziadek w takim kapslu rozrabiał patyczkiem klej do drewna. Babci wybierze tulipanka i każe jej za tego kwiatka zapłacić, laurkę zrobi dla cioci w podziękowaniu za prezent...

Miniony rok to też ogromna hubisiowa ciekawość świata. Wciąż zaskakuje nas pytaniami w stylu "co to jest stocznia?", "czy odrzutowiec jest szybszy niż rakieta?" albo "ilu kosmitów widziałaś?". Liczy do 17stu, przy czym prawie zawsze myli się, po dziewięciu mówiąc jedenaście. Zna coraz więcej literek i coraz częściej chce sam pisać (oczywiście najczęściej od prawej do lewej lub w lustrzanym odbiciu :-)). I nie radzi sobie z literką "k", więc ćwiczy u logopedy. Pasjonuje go kwestia miast, państw i kontynentów. Wciąż jednak myli mu się, co jest miastem, a co krajem, lecz mimo wszystko uparcie próbuje i docieka. Bardzo lubi oglądać mapy.
 
Powoli przekonuje się do gier planszowych (uwielbia "O rety krety") i puzzli. No i najważniejsze - nie wyobraża już sobie dnia bez książeczki. W końcu polubił książki do tego stopnia, że pyta, czy może z nimi spać. Tak jestem z tego powodu szczęśliwa, że nawet sobie nie wyobrażacie. Mnóstwo pracy, czasu i uporu mnie to kosztowało, ale udało się. 

Jego ulubione dania to zupa pomidorowa babci Zosi, kopytka, pasta jajeczna i pizza :-).

Chociaż zasypia sam, zawsze nad ranem przybiega do naszego łóżka. Z nieodłącznym misiem. Uwielbia się przytulać, ale całować pozwala się tylko w główkę. Nawet nam.

Waży 16,5 kg, nosi ubranka w rozmiarze 104-110, a buciki w rozmiarze 27.

Taki jest ten nasz czterolatek. Wyjątkowy, jedyny, po prostu Hubiś. Nasz Hubiś :-)


Hubisiowa mama

-♥-

środa, 1 marca 2017

Leoś


Cześć kochani! Długo mnie tutaj nie było, ale w końcu przyszedł czas, by otrzepać kurz z laptopa i kogoś Wam przedstawić. Oto Leoś - Hubisiowy brat. Wyczekany, wymarzony. Nasz brakujący element, nasza kropka nad i. Maluch, który swoim pojawieniem dopełnił hubisiową rodzinę i udowodnił, że serce matki pomieści jeszcze więcej miłości. Całe morze miłości, choć wcześniej wydawało mi się, że to już zupełnie niemożliwe.

Urodził się, podobnie jak jego starszy brat, szybko i z przytupem. W sobotnią noc, na początku lutego. Wszystko miał dokładnie zaplanowane. Poczekał, aż tata wróci z kilkudniowej podróży. Poczekał, aż mama będzie gotowa. Poczekał na fantastyczny personel na dyżurze. 

Do szpitala pojechał w asyście całej swojej rodziny. I jak przystało na brata strażaka, przy akompaniamencie syreny alarmowej. Ta nasza słodka syrena, siedząca w foteliku z tyłu, była tak podekscytowana "pierwszą, prawdziwą akcją", że nawet trzecia w nocy nie stanowiła problemu :-). Nie marudził, nie dyskutował. Błyskawicznie się ubrał, złapał pod pachę swojego ukochanego misia i popędził z nami do samochodu. Kazał tacie włączyć syrenę, a jak usłyszał, że jej nie mamy, stwierdził  "nie szkodzi, ja będę ją udawał". Dumna byłam z niego i rozbawiona tą naszą wariacką nocną jazdą, pomimo szalejących już na całego skurczy.

Półtorej godziny. Tyle czasu minęło od chwili, gdy obudziłam się w nocy, do pierwszego przytulenia Leośka. Pewnie byłoby jeszcze szybciej, gdyby maluch nie zaplątał się trochę i nie potrzebował dodatkowej pomocy. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Moment, w którym pocałowałam to mokre, ciepłe ciałko, to absolutnie jedna z dwóch najpiękniejszych chwil mojego życia. Tego uczucia nie da się porównać do niczego innego. Nie da się wytłumaczyć...

Niecałe trzy kilogramy, 52 centymetry, delikatne ciemnoblond włoski i najładniejsze uszka, jakie do tej pory widziałam :-). Do tego wielkie stópki, chude kolanka i krzywy nosek, który wyprostował się dopiero po kilku dniach. Najpiękniejszy kurczaczek na świecie. Kserokopia swojego starszego brata. Niby identyczny, ale jednak inny, bo podobno Hubiś to bardziej ja, a Leoś bardziej tata :-).

Podczas gdy po raz pierwszy wtulał się we mnie po tej stronie brzucha, jego starszy brat podrywał w dyżurce położne. Siedząc na kolankach jednej z nich, oglądał na telefonie Strażaka Sama i popijał zrobioną specjalnie dla niego herbatkę malinową. Opowiadały mi później, jak zapewniał je, że zawsze mogą do niego zadzwonić. Z każdym problemem. On przyjedzie i pomoże :-). I że są bardzo miłe. Milsze nawet niż pani doktor mamy, która dała mu kiedyś czekoladkę. Śmiały się, że takiego czarującego czterolatka na porodówce jeszcze nie było.

Do domku wróciliśmy po niecałych trzech dniach. Znowu wszyscy razem, bo Hubiś przyjechał po brata razem z tatą. W ciemnym, szpitalnym korytarzu, przy zamkniętych z powodu epidemii grypy drzwiach oddziału, poznał brata. Do fotelika zajrzał, paluszkiem Leośkowego nosa dotknął, zaciekawiony i lekko onieśmielony jednocześnie. W domu co chwilę do kosza mojżeszowego zaglądał, a potem swojego ukochanego misia obok brata położył.

I tak zaczął się nowy etap w życiu hubisiowej rodziny... Piękny, ale i trudny jednocześnie. Ale o tym następnym razem :-).

Ściskam Was ciepło i dziękuję, że wciąż jesteście,

Hubisiowa mama

-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.