AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 25 sierpnia 2016

Jedz i pracuj

 
Uwielbiam książki kucharskie i na półce mam ich z trzydzieści. Cieszę się widząc, jak z roku na rok są coraz lepsze. Standardem zaczynają już być artystyczne zdjęcia, piękne grafiki, bardzo apetyczne przepisy i użyteczne informacje dotyczące czasu przygotowania czy wartości odżywczych. Książki kucharskie są tak pięknie wydane, że spokojnie mogą zostać eleganckim prezentem. Moimi absolutnymi faworytami są w tej materii bajeczne pozycje "What Katie Ate" Katie Quinn Davies, ale polscy autorzy też nie mają się czego wstydzić. Nasze "rodzime" książki zaczynają z nimi konkurować zarówno zawartością, jak i szatą graficzną.

Niedawno na mojej półce zagościła nowa pozycja "Jedz i pracuj... nad własnym zdrowiem" Karoliny i Macieja Szaciłło. Zwróciła moją uwagę piękną okładką i bardzo ładnie wyglądającym "środkiem", ale zdecydowałam się na nią dopiero, gdy przeczytałam, że zawiera prawie 70 przepisów na dania, które można zabrać ze sobą do pracy. W dodatku miały to być dania szybkie do wykonania i z dostępnych w Polsce składników, a to przecież kluczowe dla zabieganej matki-polki :-).

Nie wiem bowiem jak Wy, ale ja, jeszcze do niedawna, miałam naprawdę duży problem z jedzeniem w pracy. Kanapek nie lubię, a jedzenie kupowane w służbowym bufecie kosztowało mnie nie tylko (za) duże pieniądze, ale i nadprogramowe kilogramy. Powoli, acz nieubłaganie moja waga wędrowała w górę. Gdy osiągnęła poziom z porodówki z Hubisiem, postanowiłam definitywnie coś z tym zrobić i wyciągnęłam z szafki zapomniane już dawno plastikowe pudełeczka. Codziennie wieczorem, po położeniu Huberta spać, poświęcałam około 40 minut na przygotowanie sobie pełnego menu na następny dzień. Wyeliminowałam z diety białe pieczywo, ukochane pierogi i inne dania mączne, biały makaron, słodycze, fast foody i kawę. Resztę zostawiłam. Nie liczyłam kalorii, pilnowałam tylko regularnych pór posiłków, by podkręcić sobie przemianę materii. Miałam wrażenie, że jem dużo więcej i częściej niż kiedyś, a i tak traciłam centymetry. Do towarzystwa i wzajemnego wspierania się zachęciłam dwie koleżanki z pokoju i w ciągu trzech miesięcy schudłyśmy w ten sposób w sumie prawie 30 kg :-).

Byłam z nas naprawdę dumna, jednak zauważyłam, że do mojego "pracowego" menu z czasem wdarła się nuda. Szpinak, kasza gryczana, kurczak z grilla, jajka na twardo, omlet, brokuły, ryba z parowaru, ciemny makaron z suszonymi pomidorami i orzechami... Wszystko to było smaczne, ale ile można? Zaczęłam szukać czegoś nowego, lecz zwykle odstraszał mnie czas, który trzeba było poświęcić na przygotowanie nowej, wyszukanej sałatki. 

W "Jedz i pracuj" znalazłam dla siebie kilkanaście nowych pomysłów. Pomysłów, które chociaż początkowo lekko mnie zaskoczyły, to udowodniły, że naprawdę warto być otwartym na nowe smaki i zapachy. Ta książka nie zawiera bowiem przepisów na banalne i wszystkim znane sałatki, które znajdziecie na co drugim fitness-blogu. Jest natomiast swoistą wyprawą przez różne kuchnie świata, odpowiednio zmodyfikowaną i przystosowaną do polskich warunków. Znajdziemy w niej dania m.in. z kuchni chińskiej, greckiej, włoskiej, tajskiej czy francuskiej. Co więcej, potrawy są tam podzielone według pór roku, co uważam za wielką zaletę książki. Bo przecież najtaniej i najzdrowiej gotuje się z produktów sezonowych. Nie wszystko możemy dostać w polskich sklepach zimą, na co innego mamy też ochotę latem. 



 
Przy każdym przepisie znajdziemy informację m.in. na temat wielkości porcji, trudności i czasu przygotowania, czy zawartości glutenu. Fajne są również porady, w jaki sposób daną potrawę zapakować, by po kilku godzinach była tak samo świeża i pyszna, jak w momencie przygotowania. A na koniec każdego dnia menu znajduje się podsumowanie, sporządzone przez Hanię Stolińską, dietetyczkę z Instytutu Żywności i Żywienia, która czuwała nad tym by całe przedstawione w książce menu było odpowiednio zbilansowane i zgodne z najnowszą piramidą żywienia. 

Jeśli więc chcecie urozmaicić swoje menu w pracy lub szukacie pomysłów na szybkie, tanie i ciekawe potrawy, serdecznie zachęcam Was do przyjrzenia się bliżej tej pozycji. Jest naprawdę warta uwagi, tym bardziej, że jej cena nie przekracza nawet 30 zł :-)

Ps. Moja książka pochodzi stąd (klik).

Pozdrawiam Was ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 23 sierpnia 2016

Myśli potargane # 18




3 sierpnia 2016 (środa)
Wciąż zachwyca mnie na nowo. Rozczula wrażliwością, wzrusza rycerskością i zadziwia świetnym zmysłem obserwacji. Oczywiście jest też małym uparciuchem i zawsze chce mieć w dyskusji ostatnie słowo, ale to akurat cechy, które w przyszłości raczej mu pomogą, niż zaszkodzą. Wiem, jestem nieobiektywna, pewnie inne trzylatki też takie są, ale to on jest moim małym rycerzem :-).
Czytałam mu dzisiaj przed snem książeczkę o strażakach. Na obrazku rysunkowa cysterna wpadła na drzewo, więc strażacy rozpylali dookoła pianę. Hubiś obejrzał obrazek, po czym zapytał:
- Mamo, a ty to widziałaś? Tak naprawdę, a nie w bajce?
- Co kochanie? Wypadek?
- Tak, wypadek.
- Kiedyś widziałam. Jechałam samochodem do Dziadków i widziałam jak samochód zsunął się z drogi i tak, jak ta cysterna, zatrzymał się na drzewie.
- I poszłaś być gapiem?
- Nie, żabko, pojechałam dalej.
- Pojechałaś obok? Mamo, nigdy więcej tak nie rób. To niebezpieczne, mogło ci się coś stać. Następnym razem dzwoń do mnie. Ja przyjadę szybko i zrobię porządek i będziesz bezpieczna! 


6 sierpnia 2016 (sobota)
Ze sto razy wołałam go dzisiaj do łazienki, by w końcu umył zęby. "No idę, idę" - słyszałam, po czym znowu zatrzymywała go jakaś niecierpiąca zwłoki kwestia. Bo przecież właśnie pod biurkiem palił się pożar, albo naszła go zaskakująca potrzeba sprzątnięcia klocków. Gdy wreszcie do mnie przyszedł, spojrzał na mnie i powiedział:
- Mamo, ale nie bądź na mnie zła.
- Nie jestem zła Huberciku, ale jest mi przykro, że tyle razy musiałam cię wołać.
- Nieprawda, jesteś zła, bo masz na głowie te paseczki.
- Jakie paseczki?
- O te, tutaj, zawsze ci się robią, jak jesteś na mnie zła - powiedział i pokazał paluszkiem na moje czoło.
I wiecie co? Nawet jeśli rzeczywiście byłam na niego trochę zła, to przeszło mi momentalnie. Zamiast tego poczułam mieszankę wstydu, dumy i czułości... Dzieci są niesamowite. Hubiś jest niesamowity :-).


7 sierpnia 2016 (niedziela)
Od kilku tygodni Hubi mówi o szkółce piłkarskiej. Na takie zajęcia chodzą jego koledzy z przedszkola, więc zamarzyły się i jemu. Zrobiłam więc małe rozeznanie w kwestii ilości i pory treningów, a potem obiecałam mu, że zapiszę go, jak tylko ruszy jesienny nabór. Ucieszył się tak, że aż podskoczył :-). Gdy wieczorem opowiedział o wszystkim Babci, ta postanowiła wykorzystać okazję i stwierdziła:
- Wiesz Huberciku, jeśli ktoś chce być piłkarzem, musi na kolację jeść dwie kanapki, a nie tylko jedną.
Hubi spojrzał na nią poważnie, wziął się pod boczki i powiedział:
- Nie znam takiego przepisu!
Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy serdecznym śmiechem. Nieodrodny syn prawnika :-).


10 sierpnia 2016 (środa)
Od kilku dni tak potwornie bolały mnie kości policzkowe, że musiałam pójść dzisiaj do dentysty. Na miejscu okazało się na szczęście, że wszystkie zęby mam zdrowe, ale ząbkuję. Wyżynają mi się jednocześnie dwie ósemki i prawdopodobnie stąd ten ból. Wracając do domu, opowiadałam o wszystkim teściowej, a Hubi szedł obok mnie przysłuchując się rozmowie. W pewnym momencie powiedział:
- Nieprawda babcia! Mama była u dentysty, bo zjadła słodycz i nie umyła zębów!!! Wiem, bo widziałem!!!
Hehehe, no i mnie przyłapał :-).


13 sierpnia 2016 (piątek)
- Huberciku, chcesz jeszcze jedną kanapkę przed kąpielą?
- Jasne, złotko!
:-) :-) :-)


16 sierpnia 2016 (wtorek)
Hubiś jest teraz w tym sympatycznym dla nas, acz krótkim zapewne okresie, w którym jesteśmy dla niego najmądrzejsi, najwspanialsi i najpiękniejsi :-). Szczególnie tata :-). Dzisiaj usłyszał od naszego syna szczególny komplement. "Tata, masz takie piękne stopy! Śliczne! Są tak piękne, że aż chciałbym się do nich przytulić". Hehehehe, jeszcze długo nie będę mogła spojrzeć na jego stopy, by nie wybuchnąć śmiechem :-).


19 sierpnia 2016 (piątek)
- Wiesz mamo, moim przyjacielem jest tata. I miś!
- A ja kochanie? Też bardzo chciałabym być twoim przyjacielem.
- Ty nie mamo. Ty musisz jeszcze dorosnąć, by być taka jak tata i miś.
- A jak mam to zrobić?
- To proste, musisz tylko jeść i spać. I dorośniesz. Nie martw się.
Da się zrobić synku :-).


21 sierpnia 2016 (niedziela)
Bardzo lubię chodzić na grzyby. Najlepiej z moim tatą w roli towarzysza, który zawsze bezbłędnie wskaże drogę do samochodu i pokaże najlepsze miejsca na borowiki :-). Hubiś już od dawna prosił o to, byśmy zabrali go ze sobą, ale wiadomo, grzyby z trzylatkiem, to niezbyt fajna perspektywa. Już to widziałam... Zmęczy się, zacznie marudzić, trzeba będzie go nosić, wyciągać z wiadra muchomory itp, itd. 
Dzisiaj nie było już jednak wymówki. Wiedział, że jedziemy, wybierał się z nami i dzierżył w rączce wiaderko i plastikowy nożyk. Pomyśleliśmy więc, że pojedziemy gdzieś, gdzie jest blisko i w miarę wygodnie do spacerowania, a gdy po pół godzinie Hubi się znudzi, odwieziemy jego i babcię do domu, a potem z tatą wrócimy do lasu. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy Hubi nie tylko ani razu nie zamarudził, ale po trzech (!) godzinach nie chciał wracać do domu! Dał się przekonać dopiero, gdy powiedziałam mu, że skończyliśmy, bo zebraliśmy już wszystkie grzyby z lasu :-). 
Tak mnie zaskoczył swoim zachowaniem, jak już dawno mu się nie udało. W lesie zachwycało go praktycznie wszystko - żabka, żuczek, choinki, kwiatki, mrowisko, dzięcioły. Grzyby zbierał jak wytrawny grzybiarz. Nie zdenerwował się ani razu, gdy mówiłam, że znaleziony przez niego grzybek jest jedzeniem dla sarenek, nie dla ludzi. Trzy razy udało mu się trafić na podgrzybka :-). Niesamowity był :-). A na koniec rozbawił nas bardzo. Chciał iść do łazienki, więc powiedziałam mu, żeby schował się za jakieś drzewko. Rozejrzał się dookoła i oznajmił poważnym tonem: "Ale mamo, ja nie wiem które drzewo wybrać".
Chyba będziemy mieć nowego miłośnika grzybobrania w rodzinie :-).


Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 18 sierpnia 2016

Fenomen książki "Chłopiec i pingwin" Olivera Jeffersa



Polskie wydanie książki "Chłopiec i pingwin" Olivera Jeffersa, to jedna z najczęściej poszukiwanych książeczek dla dzieci. Wydana w 2010 roku przez nieistniejące już wydawnictwo "mam", w przekładzie Michała Rusinka, jest właściwie nieosiągalna w żadnej internetowej księgarni. Jeśli pojawia się na allegro, to jej cena na licytacji kończy się zwykle w okolicach 100-150 zł, chociaż kilka miesięcy temu jedna z nich sprzedała się za prawie 200 zł. Szaleństwo, prawda :-)? A przecież trzeba pamiętać, że zwykle nie są to nowe egzemplarze. Ja swój też upolowałam na allegro, ale nie przyznam się za ile, bo Hubisiowy Tata złapie się za głowę :-).

Gdy w poście o pokoju Huberta, na zdjęciu z biblioteczką młodego znalazła się właśnie ta pozycja (klik), dostałam przynajmniej kilkanaście e-maili z pytaniem, czy nie chciałabym jej odsprzedać. Zresztą do tej pory zdarzają się takie wiadomości. Skąd takie zainteresowanie? Czy "Chłopiec i pingwin" naprawdę wart jest tych pieniędzy? Co ma w sobie ta historia, że szaleją za nią nie tylko dzieci, ale i rodzice? Zobaczcie i oceńcie sami :-).

"Chłopiec i pingwin" to bardzo prosta bajka, ale właśnie w prostocie tkwi jej siła. Nie znajdziemy tu żadnych imion, nazw miejscowości, czy dat. Po prostu... był sobie raz chłopiec i pewnego dnia w drzwiach jego domu stanął pingwin. Chłopiec nie miał pojęcia, skąd się wziął, a pingwin zaczął wszędzie za nim chodzić. Pingwin miał smutną minę, więc chłopiec pomyślał, że pewnie się zgubił... Postanowił więc pomóc mu wrócić do domu, nawet jeśli w tym celu będzie musiał przepłynąć morza i oceany. Tak zaczyna się historia, która prowadzi nas wprost na Biegun Południowy i w piękny, ale niezwykle przystępny dla kilkuletniego dziecka sposób, pokazuje czym jest samotność, przyjaźń i potrzeba bliskości. Jak ważne jest, by zauważyć, że komuś na tobie bardzo zależy, że o przyjaźń warto zawalczyć i że nie wolno poddawać się za szybko... 









Bo okazało się, że pingwin na Biegunie Południowym wcale nie jest szczęśliwy, a wracający łódką do domu chłopiec tęskni za nim bardzo... Że im na sobie zależy... Każdy z nich na własną rękę postanawia więc wrócić do przyjaciela, ale niestety mijają się za wielką górą lodową (ten moment Hubi przeżywa zawsze najbardziej). Chłopiec nie znalazł na Biegunie pingwina i smutny wyruszył w drogę powrotną... Bajka oczywiście kończy się jednak dobrze. Chłopiec odnalazł płynącego na parasolu pingwina i tak oto razem wrócili do domu, przez całą drogę rozmawiając o cudownych rzeczach :-).

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Blisko z Tobą chcę być... w szpitalu również

Bliskość, czuły dotyk mamy i taty, tulenie od pierwszych chwil życia... Właśnie to daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i jest podstawą w budowaniu, a potem podtrzymywaniu więzi z rodzicami.  Aby zdrowo się rozwijać, maluszki powinny czuć od rodziców miłość, bliskość i szacunek. To najważniejsze filary rodzicielstwa bliskości.

Są jednak sytuacje w których, mimo ogromnych chęci, nie możemy zapewnić naszym dzieciom wystarczającej dawki bliskości. Pobyt w inkubatorze, czy leczenie w szpitalu wiążą się z licznymi barierami, które utrudniają, a czasami nawet uniemożliwiają bliski kontakt z maluchem. I nie chodzi mi wcale o przeciwwskazania medyczne, bo zdrowie dziecka zawsze będzie dla rodzica najważniejsze. Mam na myśli takie prozaiczne sprawy, jak brak dyskretnego, wygodnego miejsca do tulenia/kangurowania wcześniaka, czy niewystarczającą ilość rozkładanych łóżek dla czuwających rodziców. Przecież to są kwestie, które przy odrobinie dobrej woli i wsparciu finansowym, mogą zostać rozwiązane nawet w naszych polskich warunkach.

Mam wielką nadzieję, że słyszałyście już o akcji "Blisko z Tobą chcę być"? To program, w którym marka Pharmaceris EMOTOPIC postanowiła wspomóc rodziców właśnie w takich trudnych, szpitalnych sytuacjach. Wspierając i propagując rodzicielstwo bliskości, Pharmaceris EMOTOPIC rozpoczęła program tworzenia w szpitalach i placówkach medycznych specjalnych EmoStref, umożliwiających rodzicom bliski kontakt ze swoimi dziećmi. W każdej z nich znajdą się m.in. fotele do kangurowania na oddziałach neonatologicznych, rozkładane łóżka dla rodziców czuwających przy łóżkach szpitalnych swoich dzieci oraz maskotki koala Emo i gry, umilające szpitalny pobyt dzieciom i ich rodzicom.

http://emosfera.pl/


Niby niewiele, a może zmienić wszystko! Wie o tym każdy rodzic, który zetknął się z trudną, szpitalną rzeczywistością. Aż strach pomyśleć, jak wiele jest jeszcze w Polsce miejsc, w których o umożliwieniu rodzicom budowania z dzieckiem bliskości, myśli się symbolicznie, albo i wcale...

Pamiętam, jak mój Hubiś w 10 minut po przyjściu na świat trafił do inkubatora... I jak wciąż do tego inkubatora wędrowałam. Stałam i patrzyłam na niego, szeptałam słowa miłości i wracałam do swojej sali. Nie zostawałam na dłużej, bo nie dawałam rady stać. Stałam, bo obok nie było krzesła, a ja przecież zaledwie kilka godzin wcześniej urodziłam... Dopiero po 12 godzinach od porodu przyniesiono dla mnie krzesło z dyżurki położnych i pozwolono mi Hubiego nakarmić... Byłam taka szczęśliwa :-). Tuliłam go do siebie i chociaż z tego karmienia nic wtedy nie wyszło, to i tak był to jedne z najpiękniejszych 10 minut mojego życia. Pamiętam, jak siedziałam na tym twardym krześle, na środku sali, bo akurat tak umiejscowiony był inkubator i przybierałam różne pozycje, by zniwelować odczuwane wciąż trudy porodu. Jak chowałam Hubiego pod swój szlafrok, a pielęgniarka przeganiała podglądającego mnie przez szybę jakiegoś przyszłego tatę, który włóczył się po trakcie porodowym, zamiast być przy żonie... Byłam szczęśliwa, ale nie będę ukrywać, że warunki tego mojego naszego pierwszego tulenia, mogłyby być lepsze... A ile mam siedziało wcześniej na moim miejscu?

W ciągu kolejnych trzech i pół roku, jeszcze dwa razy trafiałam z Hubim do szpitala. Raz po czołowym zderzeniu z żeliwną futryną, drugi po użądleniu przez pszczołę. Za każdym razem spędzałam z nim w szpitalu dwie noce. Miałam szczęście, bo w salach były rozkładane łóżka dla rodziców. Kosztowały 15 zł za nockę, ale były. I chociaż dostałam małe manto od pielęgniarek za położenie się tam z Hubim, to przez jakiś czas mogłam go normalnie utulić... W ilu miejscach rodzice nie mają jeszcze takiej możliwości?

Bardzo, bardzo się cieszę, że marka Pharmaceris zaczęła głośno mówić o tym problemie. Że zaczęła działać. I do tego działania włączyła nie tylko personel medyczny, ale również nas, rodziców! Bo każdy może zgłosić do programu placówkę, w której widzi zapotrzebowanie na taką EmoStrefę. Wystarczy wypełnić zgłoszenie na stronie: http://emosfera.pl/zglos-potrzebe/. Jej budowę sfinansuje Pharmaceris, przeznaczając na ten cel środki ze sprzedaży dermokosmetyków z serii EMOTOPIC.
 
Mam nadzieję, że i Wy zainteresujecie się tą akcją i czynnie włączycie w jej realizację. Po szczegóły zapraszam Was serdecznie na stronę: http://emosfera.pl/. Pamiętajcie, że razem możemy zdziałać naprawdę wiele!

*** KONKURS ROZSTRZYGNIĘTY***

A dla wszystkich hubisiowych czytelników, mam niespodziankę. Marka Pharmaceris ufundowała dla Was duży zestaw kosmetyków, w skład którego wchodzą produkty zarówno dla dziecka, jak i rodziców: z serii EMOTOPIC kremowy żel myjący (400 ml) oraz preparat 3 w 1 intensywnie natłuszczający do ciała (400 ml); z serii Pharmaceris S - suchy olejek ochronny do ciała 50 SPF+ (200 ml) oraz z serii Pharmaceris H - specjalistyczny szampon stymulujący wzrost włosów (250 ml) oraz preparat do intensywnej kuracji stymulującej wzrost włosów (125 ml). Wspaniały zestaw, prawda :-)?

Co zrobić, by wziąć udział w jego losowaniu? Wystarczy w komentarzu pod tym postem, dosłownie w dwóch zdaniach napisać, jaki rytuał bliskości ze swoim dzieckiem lubicie najbardziej? Może wieczorną kąpiel albo przytulanie? Czytanie na dobranoc, wspólną zabawę, a może coś jeszcze innego :-)? Podziel się swoim sposobem na budowanie więzi z dzieckiem. Na Wasze komentarze będę czekać do 12 sierpnia włącznie. W niedzielę 14 sierpnia zrobimy losowanie, o ile nie spadnie na nas jakiś rodzicielski kataklizm :-).

Aha, a jeśli piszecie z profilu anonimowego, zostawcie koniecznie swój adres e-mail, z którego potem się do mnie odezwiecie w razie wygranej. To po to, by Wasza nagroda nie trafiła w niepowołane ręce :-).


***WYNIKI***

Kochani, mały paluszek wskazał komentarz Joanny :-). Serdecznie gratuluję i proszę o kontakt na adres: joanna.mackiewicz@op.pl. Będę czekać na Ciebie do 18 sierpnia br. włącznie. A wszystkim uczestniczkom z całego serca dziękuję za piękne komentarze.



Ściskam Was serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

środa, 22 czerwca 2016

Magnetyczna układanka Janod

Kilka miesięcy temu z przerażeniem zauważyłam, że zabawki Huberta kompletnie opanowały nasze mieszkanie. Znajdowałam je za kanapą w saloniku, pod stołem w kuchni i w butach stojących w przedpokoju. Po małym rachunku sumienia uznałam, że jest ich zwyczajnie za dużo i jest to nasza wina. Co najmniej 1/4 Hubercikowych zabawek powinnam dawno wyrzucić albo komuś oddać (te połamane, zniszczone albo nieodpowiednie do wieku). Kolejna 1/4 zabawek nie powinna w ogóle się tam znaleźć, bo nic, absolutnie nic nie wnosiła do życia młodego (pozdrawiamy jajka niespodzianki). Pozostałe zabawki też nie były w 100% idealne. Takich prawdziwych perełek wcale nie mieliśmy dużo. Chodzi mi o takie zabawki, które byłyby jednocześnie ładne, fajne i dobrej jakości, a na dokładkę czegoś Hubiego uczyły :-).

Po zabawkowym remanencie, zaczęłam pilnować, co trafia do Hubercikowych zasobów. Oczywiście w miarę możliwości, bo na prezenty nie ma rady :-). Od kilku miesięcy bardzo starannie dobieram mu zabawki. Stawiam na jakość, nie na ilość. Najczęściej szukam zabawek, które w jakiś sposób związane są z jego największą pasją - strażą pożarną. Przestałam jednak bezmyślnie kupować kolejne wozy strażackie, czy kartonowe remizy. Teraz szukam niebanalnych, kreatywnych "okołostrażackich" gadżetów. Czegoś, co go zafascynuje i nauczy przy okazji. Takiej superzabawki w stylu tablicy z zamkami firmy Melissa&Doug, którą pokazywałam Wam rok temu (klik), a którą do tej pory uważam za jedną z najwspanialszych zabawek, jaką można kupić dwulatkowi. Zabawkę, którą chciałabym Wam pokazać dzisiaj mam zresztą dokładnie z tego samego sklepu, w którym kupiłam tablicę z zamkami, czyli mamaania.com.pl.



Jest to układanka firmy Janod, a właściwie pudełko w kształcie książki, w którym jedna z wewnętrznych ścian to tablica magnetyczna. W pudełku znajduje się 50 małych magnesów, które można dowolnie układać, tworząc najróżniejsze pojazdy latające, pływające i jeżdżące. Magnesy są tak skomponowane, by maluch mógł ułożyć z nich np. samolot, czołg, wóz strażacki i wiele innych wehikułów. Żeby pomóc małym konstruktorom, do zestawu dołączone są karty z propozycjami układanek i jest ich aż osiemnaście. A wszystko, jak to u firmy Janod w zwyczaju, najwyższej jakości, trwałe, ładne i kolorowe.



Zabawka okazała się u nas prawdziwym hitem. Ku mojemu zaskoczeniu Hubert z wielkim zapałem układał nie tylko wozy strażackie, ale i inne pojazdy. Początkowo przygotowywałam mu elementy potrzebne do ułożenia konkretnego pojazdu, ale później bez problemu wyszukiwał je sam. Aż mi serducho rosło :-). To kolejny, duży krok do przodu po tym, jak w końcu dał się przekonać do puzzli. Nareszcie udało mi się zainteresować go zabawką, która wymaga dłuższej chwili skupienia, logicznego myślenia, kombinowania, projektowania. Bez wątpienia świetnie też ćwiczy spostrzegawczość i jego zmysł artystyczny. I co najważniejsze, na pewno szybko mu się nie znudzi. Możliwości układania jest tak wiele, że zapewni nam zabawę na długie miesiące, o ile nawet nie lata :-).






Jeśli więc szukacie naprawdę fajnego, mądrego prezentu dla trzylatka (cztero- i pięciolatka jak najbardziej też) z całego serca polecam Wam tę zabawkę. Tym bardziej, że firma Janod wypuściła całą serię magnetycznych układanek, zarówno dla chłopców, jak i dziewczynek. Są piękne kuferki dla małych wielbicielek księżniczek, mody, wypieków czy biżuterii. Dla chłopców, oprócz pojazdów są też układanki na przykład z dinozaurami. Albo uniwersalne - z alfabetem i cyferkami. Każdy znajdzie coś dla swojego malucha. Zerknijcie zresztą sami (klik). A że są tak ładnie wykonane i opakowane, na prezent będą idealne. U nas w każdym razie sprawdziły się świetnie :-)!

Macie:-)? Znacie :-)? Lubicie :-)? Szukacie :-)? Dajcie koniecznie znać!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.