AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 19 września 2016

Test obciążenia glukozą - zmiana kryteriów rozpoznania cukrzycy ciążowej

źródło


Test obciążenia glukozą, czyli tzw. krzywa glukozowa to badanie, które powinna przejść każda przyszła mama. To na jego podstawie lekarz stwierdzi, czy masz cukrzycę ciążową, czy nie. Jeśli Twoje wyniki wskażą na cukrzycę ciążową, reszta ciąży upłynie Ci pod hasłem diety, glukometru, a w skrajnym przypadku nawet insuliny (odpukać). Wszystko po to, by uchronić maluszka przed jej negatywnymi skutkami, a po ciąży wrócić do normalnego trybu życia.

W 2012 roku, gdy byłam w ciąży z Hubertem, stwierdzono u mnie cukrzycę ciążową. Wyniki były wysokie i nie pozostawiały żadnych złudzeń. Późniejszy dietetyczny reżim, pomiary cukru nawet o 3ciej w nocy i długie kolejki w poradni diabetologicznej nieźle dały mi popalić. Jedyną pociechą była piękna cera i tylko 5 kilogramów na plusie :-). Dlatego w tej ciąży aż podskoczyłam z radości, gdy odebrałam wyniki i zobaczyłam dużo niższe wartości, o włos, ale jednak mieszczące się w znanych mi normach. Oczywiście, na wszelki wypadek wstukałam je też od razu do wujka google, gdzie szybko uspokoiły mnie ciążowe portale, jeden poczytny blog (wpis z 2016 r.) i kilka wpisów na matczynych forach. 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy ginekolog tylko spojrzał na wyniki i od razu skierował mnie do poradni diabetologicznej. Dlaczego? 

Bo okazało się, że Światowa Organizacja Zdrowia w 2013 r., a za nią Polskie Towarzystwo Diabetologiczne w 2014 r. zmieniły kryteria rozpoznania cukrzycy ciążowej. To, co jeszcze w ciąży z Hubim uznawano za dopuszczalne, teraz stało się obowiązkowym powodem leczenia. 

Tymczasem w sieci krążą nieaktualne normy i to właściwie w przeważającej większości. Co gorsze, zdarza się, że i lekarze ginekolodzy nie do końca wiedzą, co się zmieniło i nie kierują pacjentek do poradni (na przykład u mnie wyszło szydło z worka, dopiero gdy w trzecim miesiącu ciąży zmieniłam lekarza). I chociaż nie są to może jakieś spektakularne zmiany, to fakt jest taki, że nie monitorowana i nieleczona cukrzyca ciążowa może wyrządzić wiele złego i w naszym i maluszka zdrowiu. Przy takich zaniedbaniach dzieci rodzą się często bardzo duże, lecz niedojrzałe, a czasami nawet z niedorozwojem narządów. Dla własnego więc dobra warto wiedzieć, jakie w tej kwestii są najnowsze zalecenia specjalistów.

Większość ciężarówek już przed wizytą u lekarza szuka w sieci prawidłowych norm krzywej, dlatego pomyślałam, że warto napisać o aktualnie obowiązujących zasadach wykonywania testu obciążenia glukozą w ciąży i zmienionych kryteriach rozpoznania cukrzycy ciążowej. Zrobię to na podstawie stanowiska Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego z 2016 r. ("Zalecenia kliniczne dotyczące postępowania u chorych na cukrzycę w 2016"), które w całości możecie znaleźć tutaj (klik). To właśnie z tych zaleceń będą pochodziły grafiki, które zobaczycie poniżej. Mam nadzieję, że się Wam przydadzą :-).

Kiedy wykonuje się badanie?

Test obciążenia glukozą wykonuje się u wszystkich ciężarnych między 24 a 28 tygodniem ciąży. Jeśli jednak kobieta zalicza się do tzw. grupy ryzyka, ginekolog powinien skierować ją na to badanie już podczas pierwszej "ciążowej" wizyty.

Kto zalicza się do grupy ryzyka?


Jeśli podczas pierwszego badania u kobiety z grupy ryzyka nie stwierdzi się nieprawidłowych wartości, test powtarza się u niej już tradycyjnie między 24 a 28 tygodniem ciąży.

Jak się przygotować do badania i na czym polega? 

Do laboratorium powinnaś zgłosić się rano, świeżo po przebudzeniu i przespanej nocy (zalecenia każą się wyspać :-)), koniecznie na czczo, przy czym ostatni posiłek należy spożyć ok. 12 godzin wcześniej. W oficjalnym stanowisku PTD nie mogłam tego znaleźć, ale w laboratorium powiedziano mi także, by rano przed badaniem nie pić nawet czystej wody i by zjawić się na to badanie nie później niż o godzinie 8:00 rano.

Należy wziąć ze sobą kupioną w aptece glukozę 75 g (kosztuje ok. 4-7 zł), chociaż w wielu laboratoriach możesz kupić ją również na miejscu :-). Aha, jeszcze do niedawna u ciężarnych spoza grupy ryzyka stosowano test obciążenia glukozą 50 g, aktualnie zaleca się jednak, by zawsze było to 75 g.

Oprócz glukozy, do laboratorium warto też zabrać limonkę lub cytrynę, książkę, coś do jedzenia na czas "po badaniu" (po tych kilku godzinach będziecie głodne jak wilk) i duuużo cierpliwości. Po co limonka? Bo w żadnym stopniu nie fałszuje wyników badań, a pomaga znieść smak roztworu, który będziecie musiały wypić. Często same laborantki, patrząc na mdlejące prawie od słodkości kobietki zachęcają, by przy drugim dziecku wziąć ze sobą ten mały zakwaszacz :-). Jako weteranka krzywych glukozowych (robiłam ich już sześć w trzech różnych laboratoriach) mogę Wam z ręką na sercu powiedzieć, że różnica w smaku jest wtedy ogromna.

Badanie rozpoczyna się od pobrania krwi i oznaczenia poziomu glukozy na czczo. Następnie otrzymacie do wypicia glukozę rozpuszczoną w 250-300 ml zimnej wody. W moim laboratorium daję po prostu laborantce glukozę wraz z limonką i to ona przygotowuje roztwór. W niektórych laboratoriach pacjentki muszą to jednak zrobić same. 

Glukozę należy wypić od razu (w ciągu max. 5 minut), po czym usiąść na krześle w poczekalni i poczekać na kolejne pobrania krwi. W tym czasie nie powinnyście spacerować ani oddalać się od laboratorium, nie tylko ze względu na możliwość zafałszowania wyniku, ale również na własne bezpieczeństwo. Podobno zdarza się (wcale nie tak rzadko), że ciężarna w tym czasie potrafi zasłabnąć. Także lepiej by ktoś miał nas na oku :-).

Kolejne pobrania krwi czekają nas teraz po godzinie i po dwóch godzinach od wypicia glukozy. Wyniki z reguły można odebrać jeszcze tego samego dnia lub następnego.

Jak interpretować wyniki?

Pamiętajcie, że normy znajdujące się na Waszych wynikach to najczęściej normy dla tzw. "ogółu", nie dotyczące sytuacji ciąży. Nie należy się nimi sugerować. Aktualnie obowiązujące kryteria rozpoznania cukrzycy ciążowej są bowiem następujące:


Jeśli chociaż jedno z wymienionych wyżej w tabeli kryteriów jest spełnione, macie cukrzycę ciążową. Wystarczy jedno. Tak właśnie było w moim przypadku. Chociaż przekroczenie normy było w moim przypadku niewielkie, codzienne badania glukometrem pokazały mi, że jednak problem mam. 

Na szczęście znam już dobrze dietę cukrzycowej ciężarówki i jakoś spokojniej podchodzę do sprawy niż przy cukrzycy z Hubertem. Ale dieta to już temat na zupełnie inny wpis :-).

Trzymam mocno kciuki za Wasze wyniki, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam.

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 15 września 2016

Mamo, a będziesz mnie kochać?

Uwielbiam te chwile, gdy małe łapki ściskają mnie mocno za szyję i słyszę cichutkie "Kocham cię mamo". Te szczere, niewymuszone słowa zawsze zalewają mi serce falą wzruszenia. Hubiś jest teraz w tym pięknym, magicznym wieku, gdy nie potrafi jeszcze grać uczuciami. Nigdy nie wykorzystywał słów "kocham cię", by coś ode mnie uzyskać, nigdy jeszcze nie próbował mnie nimi szantażować. Co najwyżej słyszałam, że "inne mamusie pozwalają jeść na obiad czekoladę, a ty nie" albo "inne dzieci oglądają bajki cały czas, a ty mi pozwalasz za mało" :-).

Za punkt honoru postawiłam sobie, by Hubert wiedział, że zawsze będę go kochać i wspierać. Że moich uczuć nic nie zmieni. Ale widzę też, jak coraz częściej potrzebuje zapewnienia o mojej miłości. Na przykład, gdy coś zmaluje i przyjdzie przeprosić... Widzę, jak w tej małej główce powoli zaczynają rodzić się pytania.

"Kiedy mama mnie kocha?"
"Dlaczego mama mnie kocha?"
"Czy mama kocha mnie cały czas?"
"Czy mama kocha mnie, jak się na mnie złości?"
"Czy mama będzie mnie kochać zawsze?"
"Czy mama będzie mnie kochać, jak pojawi się dzidziuś?"

Te pytania niewątpliwie dotyczą również osoby Hubisiowego Taty. To nie są łatwe sprawy dla kilkulatka (w sumie dla dorosłego też nie :-)). Mój maluch często nie potrafi ich sformułować, ale widzę, jak intuicyjnie czuje, że to właśnie nasza miłość zapewnia mu bezpieczeństwo i szczęście. Nie nowe zabawki, czy atrakcyjne wyjazdy, tylko miłość mamy i taty.

"Miłość" Astrid Desbordes i Pauline Martin (wyd. Entliczek) zobaczyłam pierwszy raz na półce naszej osiedlowej biblioteki. Przejrzałam i z miejsca się w niej zakochałam. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak bardzo zachwyciła mnie jakaś książka dla dzieci.


Przyznam się Wam szczerze, że początkowo wzięłam ją tylko dla siebie. Pastelowe kolory, białe tło, niewiele elementów, poważna w sumie tematyka, żadnej spektakularnej akcji w stylu ratowania kota z drzewa... byłam przekonana, że Hubi w ogóle się nią nie zainteresuje. Ale chciałam wiedzieć, jak z nim rozmawiać o swoich uczuciach, jakim torem mogą biec jego myśli.

I znowu mnie zaskoczył. Gdy po powrocie do domu przeglądałam ją na kanapie, usiadł obok i zapytał, o czym jest. A potem poprosił, bym mu ją przeczytała. A potem jeszcze raz. I przed snem... Dużo pytał, śmiał się, pokazywał paluszkiem. Już wiedziałam, że po prostu muszę mieć nasz własny egzemplarz, bo to naprawdę wyjatkowa książka.

"Miłość" rozpoczyna się sceną znaną doskonale każdej mamie i każdemu dziecku, czyli wieczornym tuleniem do snu. Bohater książeczki, leżąc już w łóżku, pyta mamę: "Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?". Na co mama odpowiada: "Hmm, no cóż, zdradzę ci pewien sekret...". Po czym opowiada Archibaldowi od kiedy go kocha, w jakich sytuacjach i do kiedy będzie... A wszystko w krótkich, zrozumiałych dla dziecka zdaniach, skonstruowanych na zasadzie przeciwieństw.

"Kocham cię, od kiedy się znamy, a nawet jeszcze dłużej."
"Kocham cię, kiedy to widzisz i kiedy tego nie widzisz".
"Kocham cię, kiedy jesteś najładniejszy, i kiedy dostrzegam to tylko ja".
"Kocham cię, kiedy jesteś blisko, i kiedy blisko jest awantura."
"Kocham cię, kiedy o mnie pamietasz, i kiedy zapominasz".






Tych przykładów jest bardzo dużo, a wszystkie wzbogacone o naprawdę bardzo ładne, zabawne ilustracje Pauline Martin. 

Ta książeczka w ciepły, przystępny sposób uświadamia dziecku, jak wielka jest miłość rodziców. Maluch może ją znaleźć w codziennych czynnościach, prostych gestach, czy powtarzanych milion razy słowach. Dowiaduje się, że miłość kryje się nie tylko w uśmiechu, ale również w smutku, czy gniewie. Że powinien czuć się kochany zarówno wtedy, jak ma rodziców na wyciągnięcie ręki, jak i wtedy, gdy z jakiejś przyczyny są daleko. Gdy jest zdrowy i osiaga sukcesy, ale także wtedy, gdy choruje lub ponosi porażki...

Niesamowita jest ta książeczka. A najbardziej podoba mi się w niej, że pozostawia naprawdę duże pole do własnych interpretacji i doświadczeń. Hubiś wciąż porównywał się z bohaterem, a ja przypominałam mu sceny z naszego własnego życia. Uśmiechał się, potakiwał, wyciszał. Jestem pewna, że układał sobie w główce swoje własne przemyślenia.

Całość książki podsumowują dwa piękne zdania:
"Kocham cię, bo jesteś moim dzieckiem, ale nigdy nie będziesz tylko mój" (te słowa chyba najbardziej złapały mnie za serducho i mam wrażenie, że chyba skierowane były bardziej do czytającego rodzica niż malucha); i
"Kocham cię każdego dnia. I tak już pozostanie".




Z całego serca polecam Wam "Miłość", bo to prawdziwa perełka wśród książeczek dla dzieci.

Jeśli znacie coś podobnego, koniecznie dajcie znać!!!!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 13 września 2016

Skrawki życia # 4

 
Śpiąc jeszcze poczułam, jak mała rączka ciągnie mnie za ramię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam zapłakanego Hubisia. Patrzył na mnie z pretensją, a po chwili wychlipał: "A dlaczego nie chciałaś przeczytać mi bajki?". I chociaż miałam właśnie przed sobą mały smuteczek, nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu. Wczoraj kupiłam mu nową książeczkę o strażakach z serii "Mądra mysz". Przed snem czytaliśmy ją ze trzy razy, po czym o 3.30 w nocy Hubiś obudził mnie i chciał czytać znowu :-). Musiałam się nieźle natłumaczyć, by w końcu odpuścił i wrócił do łóżka ;-). Ale teraz już nie było, że jest środek nocy i wszystkie książki śpią. Mądra mysz poszła w ruch kolejny raz :-).

Lubię takie poranki jak dzisiejszy, gdy nie muszę iść do pracy... Budzik nie dzwoni o 5tej, nie biegam jak wariatka, by zdążyć ze wszystkim, nie czuję stresu, że spóźnię się i za 4 minuty poślizgu będę musiała tłumaczyć się jak w szkole. Możemy spokojnie obudzić się, poprzytulać, przeczytać na dzień dobry książeczkę, a potem spokojnie pójść spacerkiem do przedszkola. Doceniam każdą sekundę takich chwil...

Jednak, gdy Hubiś jest już w przedszkolu, czas przyspiesza. Bo chociaż za każdym razem obiecuję sobie, że w wolny dzień zajmę się nic-nie-robieniem, to i tak znajdzie się zawsze milion spraw do załatwienia. Bo dowód osobisty trzeba Hubisiowi wyrobić (i przy okazji zgubić telefon, na szczęście trafiając na uczciwego znalazcę - jeszcze raz dziękuję!), i paczkę urodzinową do przyjaciółki wysłać (bo trzydziestka to nie przelewki), i okulary u optyka podregulować (bo z nosa spadają), i wyniki w szpitalnym laboratorium odebrać. I to i tamto, a potem z zaskoczenia dopada mnie godzina 16sta i po tego mojego łobuza pędzę, bo stęskniona jestem okrutnie, no i przecież plany towarzyskie kawaler ma :-).

Na 17stą jedziemy z Hubisiem na urodziny jego przedszkolnej koleżanki, gdzie pomimo pisków radości, krzyków niemiłosiernych i bieganiny, relaksuję się rozmawiając z innymi rodzicami. Swoją drogą, naprawdę nie spodziewałam się, że wśród przedszkolnych mam, spotkam tak wspaniałe, ciepłe, życzliwe osoby... Takie, z którymi człowiek natychmiast chciałby się zaprzyjaźnić i podzielić ukochaną książką... Mam jednak szczęście do ludzi i codziennie dziękuję za to losowi.

Gdy w końcu docieramy do domu, dzwonimy do Hubisiowego Taty, który szkoli akurat duszyczki gdzieś przy granicy czeskiej. Na wyścigi opowiadamy mu cały dzień, bo nic nie powinno go ominąć. Ani to, że Hubisa udziabał w szyjkę komar i ma wielką gulę. Ani to, że u Amelki na urodzinach Hubiś nie chciał zjeść tortu, bo tort był z Elzą, a on tej bajki nie lubi. Tata musi przecież wiedzieć, że w przedszkolu był na deser budyń, a mama zgubiła telefon, który na szczęście szybko się odnalazł. Te wieczorne rozmowy to nasz rytuał i nasze antidotum na tęsknotę. Jak dobrze, że niedługo piątek i znowu będziemy razem.

Później, leżąc w łóżku z wtulonym we mnie Hubim, rozmyślam o minionym dniu. O naszym cichym, spokojnym życiu. O sprawach do załatwienia. O małych i większych kłopotach. A gdy czuję, jak synek kopie mnie delikatnie, myślę o uczuciu, które zalewa mi serce. 

Bo to nie po tej stronie brzucha te kopniaki i to nie Hubisia nóżka tak się dopomina o uwagę... 

I nie mam najmniejszego problemu, by to uczucie nazwać. Szczęście, to po prostu szczęście.


Hubisiowa mama

-♥-

wtorek, 6 września 2016

Z Hubisiowej biblioteczki # 10

Łaskawe były dla mnie letnie miesiące. Łaskawe i obfite. Książkowo również, bo dzisiaj o książkach będzie :-). Ostatnio wpadło mi w ręce kilka pozycji, które chciałabym Wam polecić, przy czym jedna (a może nawet dwie), to książki, które zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Jeśli więc szukacie pomysłu na lekturę w długie, jesienne wieczory, albo zastanawiacie się po prostu, po co warto sięgnąć (a po co niekoniecznie), serdecznie zapraszam na kolejny odcinek cyklu "Z Hubisiowej biblioteczki".


 
"Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i 1/4" Hendrik Groen

Pierwszy raz przeczytałam o tej książce w Wysokich Obcasach. Międzynarodowy fenomen literacki, prawa do publikacji wykupione w kilkudziesięciu krajach, ponad 30 tygodni na szczytach list bestsellerów w Holandii (gdzie książka ukazała się w 2014 r.) i zakończone niepowodzeniem śledztwo dziennikarzy, pragnących odkryć prawdziwą tożsamość autora. Wszystko to brzmiało bardzo zachęcająco. Na dokładkę artykuł zawierał fragmenty dziennika, po przeczytaniu których przepadłam na amen. Były fantastyczne, lekko prześmiewcze, a jednocześnie poruszające. Kupiłam więc ebooka i zabrałam ze sobą na urlop. A potem zamiast korzystać z bajkowo ciepłej wody, czytałam i czytałam :-).

Hendrik Groen to mieszkaniec amsterdamskiego domu spokojnej starości, który w krótkich, ale błyskotliwych notkach opisuje kolejny rok swojego życia. Ze wszystkich sił nie chce być zgrzybiałym staruszkiem. Chociaż nie miał łatwego życia, nie użala się nad sobą i po prostu pragnie być szczęśliwy. Wbrew wszystkiemu - starości, poważnym problemom ze zdrowiem, czy śmierci bliskich osób. Wraz z kilkoma pensjonariuszami wplata w rutynę dnia codziennego drobne przyjemności albo małe psoty. I chociaż wciąż boryka się z ograniczeniami związanymi z wiekiem, powoli odzyskuje radość życia. Podróżuje, flirtuje, pije dobre wino :-).

Dziennik Hendrika był dla mnie słodko-gorzkim doznaniem. Momentami smutny, momentami bardzo mądry, ale mimo wszystko pokazujący życie staruszka z ogromnym poczuciem humoru i dystansem. W jednej minucie potrafił rozśmieszyć mnie i poruszyć najdelikatniejsze struny uczuć. Bo gdzieś między wierszami mogłam wyczytać - ty też będziesz w moim wieku, ty też będziesz przeżywać to, co ja... Czytając tę książkę po prostu nie sposób nie zastanowić się nad sobą i swoją przyszłością. W kilku miejscach poruszany jest również temat eutanazji, ale w tak subtelny i elegancki sposób, że nawet jej najwięksi przeciwnicy nie powinni czuć niesmaku.

Bardzo, bardzo serdecznie polecam Wam tę pozycję. Na mnie zrobiła duże wrażenie i mam nadzieję, że również Wam przypadnie do gustu.

A jeśli ktoś ma ochotę na małą próbkę dziennika Hendrika, to fragmenty książki znajdziecie tutaj (klik).




"Saszeńka" Simon Sebag Montefiore  

Bardzo lubię książki z XX-wieczną Rosją w tle. Niesamowity przepych carskiego dworu, krwawa rewolucja, oblężenie Leningradu, okrucieństwo syberyjskich zsyłek - te wszystkie wydarzenia już same w sobie stanowią niesamowitą historię. Gdy dodać do tego barwnych bohaterów i dobry warsztat autora, otrzymujemy zwykle książkę, od której po prostu ciężko się oderwać.

O "Saszeńce" Simona Montefiore słyszałam już kilka lat temu, ale dopiero niedawno wpadła mi w ręce. Wychwalana przez recenzentów, z piękną, klimatyczną okładką, skojarzyła mi się od razu z "Anną Kareniną". W rzeczywistości okazała się jednak zupełnie inna, głębsza, pełniejsza, bardziej fascynująca.  

Ta książka to dwie, a właściwie trzy historie w jednej. Wszystkie łączy główna bohaterka, a dzieli miejsce i czas. Saszeńkę poznajemy w 1916 roku. Ma 16 lat, mieszka w Petersburgu i jest córką bogatego Żyda. Ma przepełniony bogactwem dom, chodzi do ekskluzywnej szkoły, a jej matka jest uosobieniem wszystkiego, z czym Saszeńka walczy. Walczy, bo dziewczyna czynnie działa w partyjnej konspiracji, głęboko wierząc w konieczność rewolucji i zakończenia rządów carskiej arystokracji. 

Gdy spotykamy ją ponownie jest 34-letnią żoną wysoko postawionego komunisty. Mieszka na przedmieściach Moskwy, ma dwójkę dzieci i jest redaktorem naczelnym jednej z komunistycznych gazet dla kobiet. Pomimo okresu wielkiej czystki, jej szczęściu i bezpieczeństwu właściwie nic nie zagraża. Do czasu jednak, bo chociaż w dalszym ciągu głęboko wierzy w sens i potrzebę komunizmu, to zaczyna dostrzegać, że życie i miłość wcale nie są wyłącznie czarno-białe. W konsekwencji wdaje się w gorący romans, który może kosztować ją wszystko...

Ostatnia, trzecia część opowiada o młodej, zdolnej studentce z Kaukazu, która na zlecenie bogatych ludzi z Londynu poszukuje w tajnych, radzieckich archiwach informacji o... Saszeńce. To, co odkryje zmieni losy wielu osób. A mnie do tej pory trzyma za gardło.

"Saszeńka" to świetnie napisana historia z całą gamą emocji do przetrawienia. Nieidealna główna bohaterka, niezwykle wyraziste postacie drugoplanowe, fascynujące tło dziejowe. Jak dla mnie pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników powieści historycznych. Polecam gorąco :-).




"Nieznajomy" Harlan Coben

Harlan Coben to marka sama w sobie. Nigdy mnie nie zawiódł i na każdą jego nową książkę czekam z niecierpliwością. Żeby być jednak uczciwą, muszę przyznać, że jego książki dzielę na te "świetne" oraz te "mniej świetne, ale w dalszym ciągu świetne" :-). "Nieznajomy" należy do tej drugiej kategorii, ale i tak to naprawdę fajna lektura, która z każdą przeczytaną stroną wciąga nas coraz bardziej.

Adam Price to zwyczajny facet, wiodący zwyczajne życie. Jest prawnikiem, ma żonę, dwóch synów i dom na przedmieściach. W dzień chodzi do pracy, a popołudniami kibicuje miejscowej drużynie lacrosse, w której gra jego syn. Pewnego dnia podchodzi do niego nieznajomy mężczyzna i bez żadnych wstępów informuje, że przed laty jego żona Corrine udawała przed nim ciążę i poronienie. Zostawia też Adamowi wskazówkę, jak może potwierdzić prawdziwość jego słów, po czym znika. Zaskoczony Adam zostaje z milionem pytań i czarną plamą w sercu. Kim jest nieznajomy? Jaki ma cel? Dlaczego Corrine miałaby w ogóle coś takiego zrobić? I dlaczego postawiona przed faktami nagle znika? 

Czarna plama robi się coraz większa, gdy na jaw wychodzą nowe fakty. Wolna początkowo akcja nabiera tempa śnieżnej kuli. Defraudacja, szantaż, dziwna grupa ludzi czyhająca na ludzkie potknięcia, pościgi, morderstwo... Wszystko zgrabnie skonstruowane i nieustannie trzymające w napięciu. Na szczególną uwagę zasługuje też zakończenie, które naprawdę mnie zaskoczyło. A przynajmniej do dwóch trzecich książki zupełnie się go nie spodziewałam. Okazało się takie "nie-cobenowskie", ale akurat przy tej książce nie było to wadą.

"Nieznajomy" to thriller, który zapewni Wam kilka godzin dobrej, mocnej rozrywki. Nie jest to może najlepsza książka Cobena, ale na pewno warta uwagi. Ja swój egzemplarz kupiłam w formie audiobooka, ale jestem przekonana, że wersja papierowa jest równie wciągająca. Polecam nie tylko fanom Cobena :-).




"Igrając z ogniem" Tess Gerritsen

Jako miłośniczka kryminałów, aż wstydzę się przyznać, że "Igrając z ogniem" było moim pierwszym spotkaniem z Tess Gerritsen. Oczywiście wiedziałam, że specjalizuje się w thrillerach medycznych, że to ona jest autorką bestsellerowego cyklu Rizzoli & Isles, ale jakoś nigdy wcześniej nie było nam po drodze. Teraz już jednak na pewno będzie :-).

Książka opowiada historię skrzypaczki Julii Ansdell, która podczas służbowego wyjazdu do Wenecji kupuje w antykwariacie książkę ze starą cygańską muzyką. Wewnątrz znajduje odręczny zapis nutowy utworu zatytułowanego "Incendio", czyli "Ogień". To niezwykły walc, pełen dysonansów i mocnych nut, który z miejsca porywa serce Julii. Jego autorem jest zupełnie jej nieznany L. Todesco. 

Gdy po powrocie do domu Julia gra Incendio, coś dziwnego staje się z jej trzyletnią córką. Dziewczynka z ogromną agresją zabija w ogródku kota, a gdy słyszy walca ponownie, atakuje matkę szkłem. Kobieta jest przerażona zachowaniem córki. Bezskutecznie odwiedza lekarzy, psychologów i psychiatrów, aż w końcu w odruchu bezsilności próbuje odnaleźć powiązanie między nagłym i nieracjonalnym zachowaniem małej a starym utworem. Rozpoczyna śledztwo, które prowadzi ją do lat czterdziestych XX wieku i związku dwójki młodych muzyków we Włoszech czasów Mussoliniego. Równolegle z historią Julii będziemy od tego momentu śledzić życie Lorenzo Todesco, którego żydowskie pochodzenie w opętanej antysemityzmem Wenecji, mocno skomplikowało jego artystyczne marzenia.

Nie wiem jak "Igrając z ogniem" wypada na tle innych książek autorki, ale ta stoi na naprawdę wysokim poziomie. To nie jest zwykła historia z muzyką w tle. Książka ma w sobie coś mrocznego, coś co nie pozwala wypuścić z płuc powietrza. Tajemnica, niepewność, intryga i świetnie przedstawione tło historyczne. Mnie się bardzo podobała, chociaż wydaje mi się, że zakończenie może niektórych trochę rozczarować. Uważam jednak, że naprawdę warto po nią sięgnąć :-).



Te cztery książki, które pokazałam Wam powyżej, to nie wszystkie, po które sięgnęłam latem. Było ich więcej, ale niestety nie każda przypadła mi do gustu. Najmniej sympatii poczułam do wychwalanej na lubimyczytac.pl powieści "Kochając pana Danielsa" Brittainy C. Cherry (klik). Już dawno nie czytałam tak schematycznej, przeładowanej banałami książki. Było w niej wszystko - umierająca na białaczkę siostra bliźniaczka, miłość uczennicy do nauczyciela, matka alkoholiczka, ojciec dyrektor liceum, przyrodni brat gej, umierająca na rękach drugiego bohatera zamordowana matka, brat diler narkotyków i samobójstwo. A na dokładkę imponujących rozmiarów biust głównej bohaterki, którego temat przewija się co dziesiątą stronę. Brrrrrr...... Także, żeby nie było, lojalnie ostrzegałam :-)!
 
Całkiem fajne okazały się natomiast tytuły "Długa droga do domu" Joanny Jax; "Pierwsza przychodzi miłość" Emily Giffin czy "Zatoka o północy" Diane Chamberlaine. Skończyłam też całą serię książek Simona Becketta o antropologu sadowym Davidzie Hunterze (polecam osobom o silnych żołądkach). Było tych książek trochę :-). Wszystkie znajdziecie na naszym instagramie wraz z minirecenzjami (klik). 
 
Serdecznie zapraszam i nieodmiennie proszę o książkowe inspiracje. Podzielcie się ze mną swoimi letnimi hitami :-)!


Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

wtorek, 30 sierpnia 2016

Chlebek z cukinii i sera cheddar




Sezon na cukinię w pełni, więc na Hubisiowym stole królują ostatnio leczo, cukiniowe placki, zupa-krem z cukinii i inne cukiniowe dania. A że moja mama co tydzień dostarcza nam kolejne zielone wielorybki, dlatego wciąż szukam nowych, ciekawych przepisów na ich wykorzystanie :-). Jeden z nich okazał się tak smaczny, prosty i szybki w wykonaniu, że postanowiłam podzielić się nim z Wami. Bo przecież każda zabiegana mama chciałaby gotować smacznie, efektownie, ale przede wszystkim szybko! 

To chlebek z cukinii i sera cheddar, którego przygotowanie zajmie nam dosłownie chwilę, a efekt zaskoczy smakiem i pięknym wyglądem. Idealnie smakuje gorący, na przykład jako dodatek do kremowej zupy lub po prostu posmarowany masełkiem. Zachęcam Was, by właśnie tak go podawać, bo chociaż można przechowywać go w lodówce przez 1-2 dni, to podgrzany trochę jednak traci na smaku. 

Z podanych składników wychodzi dość duży bochenek (u mnie ok. 12 grubych kromek), więc możecie proporcjonalnie zmniejszyć ilości składników, jeśli chcecie zjeść go w całości na ciepło albo nie macie sporej lub bardzo głodnej rodziny :-).

Składniki:
  • 400 g mąki samorosnącej (lub jeśli takiej nie macie do 400 g zwykłej mąki tortowej dodajcie 1 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia oraz 1 i 1/4 łyżeczki sody - ja robię właśnie tę wersję);
  • 2 średniej wielkości cukinie;
  • 50 g płatków owsianych;
  • 1 i 1/2 łyżeczki sody;
  • 75 g sera żółtego cheddar - startego na tarce o grubych oczkach;
  • 280 ml maślanki;
  • 1 łyżka płynnego miodu;
  • 1 jajko (rozkłócone);
  • 1 łyżeczka drobne soli;
  • 1 łyżeczka świeżych listków tymianku (niekoniecznie).

Nagrzej piekarnik do 200 st. C (jeśli masz termoobieg to do 180 st. C). Cukinie (razem ze skórką) zetrzyj na tarce o grubych oczkach i na drobnym sitku odciśnij nad zlewem jak najwięcej soku. W dużej misce wymieszaj mąkę, płatki owsiane, starty żółty ser, sodę, sól, tymianek i cukinię. Oddzielnie wymieszaj maślankę i miód. Dodaj do suchych składników i drewnianą miską wymieszaj, aż ciasto zacznie się sklejać. Wyłóż na posypany mąką blat i ugniataj przez chwilę, żeby wszystkie luźne grudki się połączyły. To ważne, by nie ugniatać zbyt długo i starannie, bo wtedy chlebek wyjdzie zbyt ciężki.

Uformuj z ciasta okrągły bochenek i ułóż go na papierze do pieczenia (ja piekę go w dużej keksówce). Posmaruj jajkiem, natnij głęboko na środku i jeśli chcesz posyp odrobiną startego żółtego sera (ja za pierwszym razem byłam lekko zaniepokojona zbyt płynną, moim zdaniem, konsystencją ciasta, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie). Piecz 40 minut, aż chlebek nabierze głębokiego, złotobrązowego koloru.  

Podawaj na ciepło, bo najsmaczniejszy jest prosto z piekarnika :-).

Smacznego Kochani!!!! Dajcie znać, jeśli skusicie się na jego zrobienie.

Hubisiowa mama

-♥-
 
Ps. Przepis pochodzi z czerwcowego wydania gazetki "goodfood" :-).

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.