AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 22 czerwca 2016

Magnetyczna układanka Janod

Kilka miesięcy temu z przerażeniem zauważyłam, że zabawki Huberta kompletnie opanowały nasze mieszkanie. Znajdowałam je za kanapą w saloniku, pod stołem w kuchni i w butach stojących w przedpokoju. Po małym rachunku sumienia uznałam, że jest ich zwyczajnie za dużo i jest to nasza wina. Co najmniej 1/4 Hubercikowych zabawek powinnam dawno wyrzucić albo komuś oddać (te połamane, zniszczone albo nieodpowiednie do wieku). Kolejna 1/4 zabawek nie powinna w ogóle się tam znaleźć, bo nic, absolutnie nic nie wnosiła do życia młodego (pozdrawiamy jajka niespodzianki). Pozostałe zabawki też nie były w 100% idealne. Takich prawdziwych perełek wcale nie mieliśmy dużo. Chodzi mi o takie zabawki, które byłyby jednocześnie ładne, fajne i dobrej jakości, a na dokładkę czegoś Hubiego uczyły :-).

Po zabawkowym remanencie, zaczęłam pilnować, co trafia do Hubercikowych zasobów. Oczywiście w miarę możliwości, bo na prezenty nie ma rady :-). Od kilku miesięcy bardzo starannie dobieram mu zabawki. Stawiam na jakość, nie na ilość. Najczęściej szukam zabawek, które w jakiś sposób związane są z jego największą pasją - strażą pożarną. Przestałam jednak bezmyślnie kupować kolejne wozy strażackie, czy kartonowe remizy. Teraz szukam niebanalnych, kreatywnych "okołostrażackich" gadżetów. Czegoś, co go zafascynuje i nauczy przy okazji. Takiej superzabawki w stylu tablicy z zamkami firmy Melissa&Doug, którą pokazywałam Wam rok temu (klik), a którą do tej pory uważam za jedną z najwspanialszych zabawek, jaką można kupić dwulatkowi. Zabawkę, którą chciałabym Wam pokazać dzisiaj mam zresztą dokładnie z tego samego sklepu, w którym kupiłam tablicę z zamkami, czyli mamaania.com.pl.



Jest to układanka firmy Janod, a właściwie pudełko w kształcie książki, w którym jedna z wewnętrznych ścian to tablica magnetyczna. W pudełku znajduje się 50 małych magnesów, które można dowolnie układać, tworząc najróżniejsze pojazdy latające, pływające i jeżdżące. Magnesy są tak skomponowane, by maluch mógł ułożyć z nich np. samolot, czołg, wóz strażacki i wiele innych wehikułów. Żeby pomóc małym konstruktorom, do zestawu dołączone są karty z propozycjami układanek i jest ich aż osiemnaście. A wszystko, jak to u firmy Janod w zwyczaju, najwyższej jakości, trwałe, ładne i kolorowe.



Zabawka okazała się u nas prawdziwym hitem. Ku mojemu zaskoczeniu Hubert z wielkim zapałem układał nie tylko wozy strażackie, ale i inne pojazdy. Początkowo przygotowywałam mu elementy potrzebne do ułożenia konkretnego pojazdu, ale później bez problemu wyszukiwał je sam. Aż mi serducho rosło :-). To kolejny, duży krok do przodu po tym, jak w końcu dał się przekonać do puzzli. Nareszcie udało mi się zainteresować go zabawką, która wymaga dłuższej chwili skupienia, logicznego myślenia, kombinowania, projektowania. Bez wątpienia świetnie też ćwiczy spostrzegawczość i jego zmysł artystyczny. I co najważniejsze, na pewno szybko mu się nie znudzi. Możliwości układania jest tak wiele, że zapewni nam zabawę na długie miesiące, o ile nawet nie lata :-).






Jeśli więc szukacie naprawdę fajnego, mądrego prezentu dla trzylatka (cztero- i pięciolatka jak najbardziej też) z całego serca polecam Wam tę zabawkę. Tym bardziej, że firma Janod wypuściła całą serię magnetycznych układanek, zarówno dla chłopców, jak i dziewczynek. Są piękne kuferki dla małych wielbicielek księżniczek, mody, wypieków czy biżuterii. Dla chłopców, oprócz pojazdów są też układanki na przykład z dinozaurami. Albo uniwersalne - z alfabetem i cyferkami. Każdy znajdzie coś dla swojego malucha. Zerknijcie zresztą sami (klik). A że są tak ładnie wykonane i opakowane, na prezent będą idealne. U nas w każdym razie sprawdziły się świetnie :-)!

Macie:-)? Znacie :-)? Lubicie :-)? Szukacie :-)? Dajcie koniecznie znać!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

niedziela, 12 czerwca 2016

Jakie to szczęście, że cię znalazłem


Przez nasz dom przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki książeczek dla dzieci. Kupujemy je, dostajemy w prezencie lub wypożyczamy. I różnie z nimi bywa. Są lepsze i gorsze, bardziej wartościowe i bezwartościowe niestety, sami zresztą wiecie, jak to z tymi książeczkami jest... Na szczęście czasami trafiają się prawdziwe perełki. Takie, które zachwycają i Huberta i mnie i jeszcze Hubisiową Babcią na dokładkę :-). Fantastycznie wydane, z prostą, ale trafiającą w serducho historią, ślicznymi ilustracjami i pięknym przesłaniem. Właśnie takie książeczki chciałabym Wam jak najczęściej pokazywać. I właśnie taka jest opowieść Guido van Genechtena  "Jakie to szczęście, że cię znalazłem".

Główny bohater Kicek, to młody, tryskający energią zajączek, który nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. I chociaż lubi czasem po prostu popatrzeć w dal lub odpocząć pod jodłą, to trwa to zaledwie chwilkę, bo COŚ wciąż każe mu kicać. "To tu, to tam, a potem tam i z powrotem. Całymi godzinami." Zajączek ma wspaniały węch i to właśnie nosek podpowiada mu, gdzie pokicać, by znaleźć na przykład pole słodkiej marchewki. Kicek słucha swojego noska i zawsze kica tam, gdzie nosek go prowadzi.

Pewnego, letniego dnia, jego nosek wyczuł jednak coś nowego, tajemniczego i nie do odparcia. COŚ, co bardzo zajączka zaintrygowało. Pomknął ku temu zapachowi tak szybko, jak jeszcze nigdy nie kicał. Przeskakiwał przez płoty, krzaki, kałuże, nawet przez jeża. Wiedział, że nosek prowadzi go w stronę czegoś wyjątkowego...





Gdy wreszcie dotarł na miejsce, okazało się, że ten wspaniały zapach to... zajączkowa dziewczynka Zuza :-). Od tej pory Kicek i Zuza razem kicali po łące. Całymi godzinami. To tu, to tam, a potem tam i z powrotem :-). Razem jedli słodkie marchewki i razem odpoczywali pod jodłą. Kicek często mówił do niej: "Jakie to szczęście, że cię znalazłem", a ona odpowiadał, jak bardzo się cieszy, że tak się stało. A gdy po latach ktoś ich pytał, jak się właściwie poznali, Kicek, patrząc na Zuzę mówił, że pokicał za swoim noskiem. "Co za szczęście" - śmiała się wtedy Zuza.



W ten piękny, ale jakże przystępny sposób, Guido van Genechten pokazał maluszkom uczucie zakochiwania się i miłości. Tę nieodpartą, wyjątkową siłę, która gna jedną osobę do drugiej. Naturalny proces szukania bratniej duszy i szczęścia. Hubi bardzo polubił tę historię, a gdy czytaliśmy ją trzeci raz, spytał mnie, czy mnie też nosek zaprowadził do tatusia :-).

Naprawdę serdecznie polecam Wam tę książeczkę. Nie tylko ma uroczą treść, ale jest także świetnie wydana. Kolorowe, urzekające ilustracje na pewno przypadną Waszym szkrabom do gustu. A do kompletu dostaniecie twardą oprawę i 32 duże, dość sztywne strony. W dodatku można ją dostać za naprawdę przystępną cenę. Ja swoją kupiłam za niecałe 23 zł (klik).

Jeszcze raz serdecznie ją Wam polecam i ściskam!

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 8 czerwca 2016

Myśli potargane # 17



11 maja 2016 (środa)
Od kilku miesięcy wiodę żywot słomianej wdowy. Hubisiowy Tata pląta się służbowo po całej Polsce. Jednego dnia szkoli przykładowo w Gdańsku, drugiego w Krakowie. Tęsknię za nim bardzo, podobnie zresztą jak Hubercik, ale skutecznie nadrabiamy odległość długimi rozmowami przez telefon. Hubi ze szczegółami opowiada tacie, co robił w przedszkolu, który kolega go uszczypnął i czym się aktualnie bawi. A dzisiaj zdradził matkę swoją :-)
- Cześć Huberciku, jak spałeś synku?
- Dobrze.
- Spałeś u siebie, czy przybiegłeś do mamy w nocy?
- Przybiegłem, ale nie do mamy. Do taty!
- Do taty?
- Tak, do taty.
- Na pewno? I tata był w łóżku?
- Tak, był - oznajmił z pełną powagą mój syn.
Zaczęłam się śmiać, a mój mąż dopytywał go dalej. 
- Mów dalej synu, mów :-).  A fajny ten tata przynajmniej jest?
- Tak, bardzo fajny. 
Także, ten tego, wydało się :-).


13 maja 2016 (piątek)
W Hubisiowym przedszkolu trwa akcja zbierania darów dla schroniska dla zwierząt. W szatni wystawiony jest karton, do którego można wrzucać karmę, koce i inne potrzebne rzeczy. Młody bardzo się w to zaangażował, kupiłam więc kilka paczek i wieczorem postawiłam przy drzwiach, by nie zapomnieć rano zabrać. Hubiś przejęty, kilka razy chodził sprawdzać, czy aby spod tych drzwi karma nie wyparowała i w końcu mówi do mnie tak:
- Wiesz mama, to jest jedzonko dla piesków i kotków. Całe przedszkole zbiera. I jak będzie pełne pudło, przyjedzie pan i to zabierze. I ten pan jest bardzo przystojny i nie ma żony.
Spojrzałam na niego zdziwiona i dopytuję, że jaki ten pan jest? Więc Hubi powtarza posłusznie, że pan jest bardzo przystojny i nie ma żony :-). Śmiać się zaczęłam tak, że aż mi łzy do oczu napłynęły i pytam się, kto mu to powiedział. A on na to, że ciocia w przedszkolu tak mówiła :-). Do drugiej cioci :-).
Dyktafon mały :-).


17 maja 2016 (wtorek)
Jaki jest najmilszy zwrot w języku polskim? Zwrot podatku!!! Dostałam i mogę zaszaleć :-). Chociaż, jak znam życie znowu pójdę po rzeczy dla siebie, a wrócę z pełną torbą rzeczy dla Hubisia :-).


19 maja 2016 (czwartek)
Pamiętam, jak jeszcze pół roku temu łzy wylewałam, bo Hubert jawnie i ostentacyjnie mnie ignorował. Ba, zachowywał się, jakby największą karą było dla niego zostanie ze mną w domu. Bardzo powoli odbudowywaliśmy swoje relacje i dzisiaj na szczęście wszystko jest już w absolutnym porządku. Co więcej, Hubi zaczął lać miód na moje serce, kilkanaście razy dziennie mówiąc mi, jak bardzo mnie kocha. A dzisiaj spotkał mnie kolejny wielki komplement. W Lidlu, przy obleganym regale z pieczywem :-). Młody wybrał sobie bułeczkę, po czym oznajmił stanowczo i głośno:
- Wiesz mama... Nie lubię dziewczyn w ogóle. Ale Ty jesteś super!


21 maja 2016 (sobota)
Dzień sprzątania. Nie chce mi się potwornie, ale w naszym domu idealnie czysto jest już chyba tylko w pudełku ze słodyczami :-). I chociaż uważam się za mistrzynię sprzątania w tzw. międzyczasie (np. myjąc zęby, czyszczę umywalkę itp.), to zaczyna mi już brakować tych międzyczasowych chwil. Od jutra nauka odkładania rzeczy na miejsce. Będę bezwzględna! Będę nieugięta! Będę gderliwa! Będę i nauczę. Wyrobię nawyk. Stworzę ideał mężczyzny :-). I ogarnę ten chaos. Dla siebie, dla świata, dla przyszłej synowej :-).


25 maja 2016 (środa)
Czasami zastanawiam się, gdzie ja mam głowę :-). Jak zawsze po pracy wpadłam po Hubisia do przedszkola. Ogarnęłam młodego, spakowałam ufaflunione ubrania, po drodze do domu zajechałam z nim po zakupy i odebrałam przesyłkę z paczkomatu. Generalnie jeszcze przez godzinę plątaliśmy się po mieście. I dopiero pod domem zorientowałam się, że młody wciąż ma na nóżkach przedszkolne kapcie... Dobrze, że to nie zima :-).


31 maja 2016 (wtorek)
Taka już chyba Hubisia natura, że zawsze próbuje mnie przegadać. Na każdy mój argument, ma swój własny. Czasami trafny (i wtedy składam broń), czasami nie, ale w każdej dyskusji musi mieć ostatnie zdanie (ciekawe kochanie, po kim to ma? :-)). Bawi mnie tym okrutnie i naprawdę wróżę mu karierę w kancelarii taty :-). Dzisiaj rano, nie chciał przebrać się ze swojej strażackiej piżamki, bo trzeba gasić pożary, a przecież nie będzie tego robił w zwykłych ubraniach. W końcu, po długich negocjacjach, udało mi się ją zdjąć i zmierzam do niego z majteczkami. Młody spojrzał na nie i powiedział:
- Mamo, ja ich nie założę. Przecież żaden prawdziwy strażak nie nosi majtek!!!
Hmmm, dobrze wiedzieć :-). 


3 czerwca 2016 (piątek)
Nieodmiennie wzrusza mnie więź między młodym i jego tatą. Tata jest dla Hubisia wzorem, idolem i najlepszym przyjacielem. Widzę, jak za nim tęskni, gdy musi służbowo wyjeżdżać, a dzisiaj podsłuchałam jak mówił do taty:
- Wiesz tata... Kocham cię nawet gdy cię nie widzę... 


6 czerwca 2016 (poniedziałek)
Opowiadam Hubiemu bajkę na dobranoc. Tym razem była o trzech biedronkach, które bawiły się w ogródku Hubisiowych Dziadków, gdy nagle zawiał wiatr i jednej z nich zdmuchnął kropeczki. Gdy biedroneczki ich szukały, nadleciał motylek i postanowił im pomóc. A że był większy od biedronek, szybko zobaczył, że kropeczki utknęły na pajęczynie utkanej przez pajączka. Motylek pofrunął tam i opowiedział pająkowi o problemie biedroneczki. Pajączek przełożył więc kropeczki na listek, zawołał świerszcza i kurierem wysłał je do biedroneczki. Ależ była radość, gdy biedronka odzyskała swoje kropeczki. I wszystkie razem znowu wesoło bawiły się z kropkami na swoich skrzydełkach.
Zadowolona z siebie kończę i czekam na zwyczajową reakcję, ale młody, chociaż nie śpi, nie odzywa się, tylko leży z szeroko otwartymi oczami. 
- Podobała ci się bajka Hubisiu? - pytam.
- Nie, mamo. Była straszna!
- Straszna??? A dlaczego?
- Bo wiał ten straszny wiatr i ona zgubiła kropeczki i był tam pająk!!! Boję się!
Także, jakbyście szukali mistrza horroru, wiecie już, do kogo trzeba się zgłosić :-).


Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Magiczny maj

I jak tu się dziwić, że kocham maj? Zawsze w jakiś magiczny sposób omijają nas w maju kłopoty. Oczywiście drobne życiowe potknięcia zdarzają się, jak u każdego, ale los wynagradza nam je szybko, serwując absolutnie piękne, rodzinne chwile. Słońce, zielona trawa, dwa długie weekendy, trzy wypady nad morze, jeden wypad do zoo. Urodziny Hubisiowego Taty, imieniny Hubisiowej Babci, mojej Siostry i moje, Dzień Matki, Dzień Strażaka :-). Wzruszające imprezy w przedszkolu, ekscytujące dla naszego malucha imprezy strażackie, pyszne spotkania z przyjaciółmi... Niby czasu nie ma jak zawsze, a jednak udaje się tyle pięknego przeżyć.

Jak łapię w maju za książkę, to okazuje się świetna; jak biorę jeden dzień urlopu, to akurat nie pada. Na bieżni biję rekordy życiowe, frytki ku mojemu zaskoczeniu idą w pięty, a dawno niewidziana przyjaciółka wpada na kawę. I chociaż obowiązków domowych mam dokładnie tyle samo, co zawsze, a w pracy szefowski but przygniata do podłogi, to mam wrażenie, że wiatr wieje mi w plecy, a nie w oczy. I tak co roku :-). 

Kocham maj. Z pachnącym bzem, śnieżnobiałą magnolią i z żółtym morzem kwitnącego rzepaku. Kocham maj z wieczorną kawą pitą na balkonie i z odliczaniem do letniego urlopu. Kocham maj z wysypem premier książkowych, z pastelowymi ciuszkami w sklepach i truskawkami na talerzu...  

To właśnie w maju zakochałam się w moim mężu i w maju pod moim sercem zabiło serduszko Hubisia. Maj to magia po prostu... Już nie mogę doczekać się następnego :-).

A tak kończyliśmy maj w tym roku. Rodzinnie, leniwie, na pustej plaży w Kątach Rybackich...






Maju trwaj dwanaście miesięcy w roku!

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 25 maja 2016

Dziecko z pasją



Nawet jeśli tylko sporadycznie wpadacie do Hubisiowa, na jedno pytanie na pewno znacie odpowiedź. Jaka jest największa pasja naszego trzylatka? Co kocha miłością wielką i nieprzemijającą? Zgadza się, straż pożarną i wszystko, co z nią związane :-). I wcale nie jest to, tak zwykła w jego wieku, chwilowa fascynacja. To trwająca już ponad 1,5 roku przygoda, która zawładnęła jego, a przy okazji i naszym życiem.

Hubi nie miał nawet dwóch lat, gdy "na poważnie" zainteresował się strażakami. Od tamtej pory właściwie nie istnieje dla niego inna zabawa. Ratuje kotki z drzew, gasi pożary, wyciąga ludzi z zawalonych domów, ściąga gniazda os, itp. Wszystkie "niestrażackie" zabawki prędzej, czy później kończą jako pechowe ofiary losu, ratowane przez dzielnego strażaka lub są włączane do strażackiego wyposażenia. Pluszowa świnka Peppa weszła na drzewo i nie może zejść, koparka wpadła do dziury w jezdni i tylko strażak może ją wyciągnąć, samolot gasi z powietrza pożar lasu, itd. itd.

Młody ma trzy i pół roku, a doskonale wie, do czego służą hydranty i co znajduje się w gaśnicy (i że to bynajmniej nie woda). Wie, że rozlane na jezdni paliwo muszą zebrać strażacy i że noszą oni hełmy, a nie kaski. To dzięki niemu zaczęłam zauważać w sklepach gaśnice, to jego mały paluszek pokazał mi wszystkie osiedlowe hydranty, to dla niego zaczęłam interesować się strażackimi imprezami... Siedział już za kierownicą sześciu różnych wozów strażackich, przy trzech różnych okazjach. Odwiedził remizę i to bynajmniej nie podczas przedszkolnej wycieczki. Robię, co mogę, by mu to ułatwić. Bo chociaż początkowo traktowałam tę jego fascynację z przymrużeniem oka, to widząc jak wiele szczęścia mu ona daje i jak pięknie się dzięki niej rozwija, zaczęłam ją całym sercem wspierać. 

Bo dostrzegam teraz, jak ogromnym kapitałem jest pasja dziecka. Kapitałem, który wykorzystuję, by uczyć go świata, rozbudzać mu wyobraźnię i budować jego poczucie własnej wartości. Szybko przekonałam się, że właściwie każdy temat można podciągnąć pod strażacki. Smażąc coś na oleju, uczę go przy okazji, by nigdy nie polewał oleju wodą, gdyby zaczął się palić. Widząc porzuconą w lesie szklaną butelkę, robię pogadankę o tym, jak ważne jest by wszystkie śmieci zabierać ze sobą, dla efektu podbijając to opowieścią o słoneczku, które padając na szkło spowodowało pożar lasu. A potem wiatr przenosił ten ogień z drzewka na drzewko i biedne wiewiórki musiały uciekać ze swoich dziupli, bo wiewiórki mieszkają w dziuplach drzew i zbierają tam zapasy. I uciekając przed pożarem wynosiły ze swoich dziupli jedzonko, czyli.... itd. A gdy raz usłyszy coś w strażackim kontekście, nigdy nie zapomina.  Opowiada potem o wszystkim tacie albo babci i widzę, jak szczęśliwy jest, czując się w temacie małym ekspertem.


Strażacką pasję wykorzystuję też bezczelnie do swoich celów :-). Gdy Hubi kategorycznie odmawiał posmarowania ciałka balsamem, znalazłam mu taki dla strażaków, w czerwonej butelce z białymi napisami. Zmienił zdanie od razu :-). Zimą nie chciał nosić czapki, aż udało się nam znaleźć czerwoną z białym napisem New York, który oficjalnie dla niego brzmiał "Straż pożarna", o czym zostali uprzedzeni wszyscy bliscy i opiekunki w przedszkolu. Czapkę nosił już bez protestów. Nie kłóci się już z nami, gdy słyszy, że każdy prawdziwy strażak myje włosy. Nie raz ta jego strażacka obowiązkowość ratowała mnie z wychowawczej opresji.

To dzięki strażackim książeczkom dał się przekonać do regularnego, wieczornego czytania. A gdy już się w tym rozsmakował, mogliśmy zacząć wprowadzać mu książki o innej tematyce. To kolorowanka ze Strażakiem Samem przekonała go do kredek, bo jeszcze niedawno uznawał tylko i wyłącznie flamastry. Odpowiedni dobór zabawek stał się u nas sprawą kluczową. Właściwie wybrane są nieocenioną pomocą w nauce dziecka. Wciąż szukamy nowych. Ciekawszych, bardziej pomysłowych, lepszej jakości, a przede wszystkim rozwijających. A jeśli chcemy mieć gwarancję sukcesu, do tych wszystkich przymiotników musimy dorzucić jeszcze jedno - zabawka musi być strażacka :-).

W maju zrobiliśmy kolejny, wielki krok. Dzięki przesyłce od Fabryki Wafelków nasz strażak nareszcie zaczął sam i to chętnie układać puzzle. Do tej pory robił to bardzo sporadycznie i nie ukrywam, że troszkę przeze mnie przymuszany, bo już zaczynała mnie martwić ta jego niechęć do skupienia się na prościutkiej przecież planszy. Puzzle 4 w 1 wóz strażacki Jacka zapakowane są w solidną, czerwono-białą walizeczkę, to aktualnie hubisiowy ulubieniec. W środku ma cztery różnej trudności plansze z puzzlami. Hubiś z każdym dniem coraz szybciej je układa, a w walizce po prostu się zakochał. Nosi ją jak obowiązkowy bagaż podręczny :-). Ostatnio zabrał ją nawet nad morze. Najpierw układał puzzle, a później zbierał do niej swoje strażackie skarby - muszelki, patyczki, piórka i kamyki. Swoją drogą, po raz kolejny przekonałam się, jak fantastycznej jakości są zabawki marki Janod - po całym dniu w piachu, nie noszą nawet śladu używania. Mamy ich już trochę w naszej kolekcji (część z nich pokazywałam Wam na instagramie), a teraz mogę dodać, że puzzle są równie solidnie (i naprawdę ładnie!) wykonane.




Wiecie, dumna jestem z tego mojego synka. Za to jak bardzo jest wytrwały, jak mu zależy, jak wciąż ćwiczy, by stać się jeszcze lepszym strażakiem. Podziwiam go za ogromną ciekawość i nieustającą żądzę wiedzy. Jednocześnie pilnuję, by nie przesadzić w drugą stronę. By go tym całym strażackim światem nie zmęczyć, by nie przeciążyć informacjami. Bardzo mi zależy, by dla niego wciąż była to po prostu zabawa.

Podejrzewam, że w końcu zmieni obiekt zainteresowań, ale póki co, ma w nas wielkich sprzymierzeńców. Bo taka pasja to skarb, a wiedza, którą dzięki niej zdobędzie, zostanie mu na zawsze :-).

Dlatego wspierajcie w pasjach swoje maluchy. Kto wie, czy nie stanie się ona kluczem do zawodowego sukcesu w dorosłym życiu :-)?


Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.