AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 31 grudnia 2012

To był wspaniały rok

Czy Was też ostatni dzień roku skłania do podsumowań? Do zatrzymania się w biegu, chwili refleksji i zadumy nad tym, co było i nad tym, co dopiero się wydarzy? I chociaż nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobić to w każdy inny dzień roku, to właśnie w Sylwestra większość z nas sięga myślami do ostatnich dwunastu miesięcy.

Ze mną jest podobnie, tym bardziej, że 2012 rok był dla mnie i dla mojej rodziny naprawdę wyjątkowy...

Największą niespodzianką, radością, ale i totalną rewolucją, jaką przyniósł nam ten rok jest niewątpliwie malutka istotka, którą od ośmiu miesięcy noszę pod serduchem. Do tej pory brak mi słów na opisanie emocji, jakie towarzyszyły mi, gdy pierwszy raz zobaczyłam na usg naszego synka i usłyszałam bicie jego serduszka. Nieznany mi wcześniej, szalony wręcz rodzaj miłości, zupełnie zawładnął moim życiem. I nie tylko moim, Mojego Lubego również. I chociaż wydawało mi się to niemożliwe, w tym roku jeszcze bardziej pokochałam mojego męża. Za jego troskę, odpowiedzialność i wyrozumiałość. Jestem pewna, że będzie wspaniałym tatą :-).

Nasz synek, nota bene pierwszy męski potomek w rodzinie mojego taty od 60 lat, nie był jednak jedyną sensacją w mojej rodzinie. Wiosną na zasłużoną emeryturę odeszła moja mama, a jesienią doczekaliśmy się zaręczyn mojej młodszej siostry! Młoda wybrała naprawdę wartościowego chłopaka i szczerze cieszę się, że już niedługo dołączy on do naszej rodzinki. Poza tym, Mój Luby oficjalnie zakończył aplikację radcowską i do uzyskania tytułu mecenasa i własnej togi brakuje mu już tylko zaliczenia państwowego egzaminu w marcu. Dumna jestem z niego nieziemsko! Generalnie więc, jak widzicie, był to rok naprawdę dobrych, rodzinnych wiadomości.

Trochę zawirowań zaliczyliśmy jedynie na tle zdrowotnym. W lutym szpital i operację odhaczyła mama Mojego Lubego, ale dzięki Bogu wszystko skończyło się dobrze. Jest teraz zdrowa jak ryba i tak pełna energii, że mogłaby nią obdzielić wszystkie swoje sąsiadki :-). Natomiast u Mojego Lubego wykryto ostatnio przepuklinę pachwinową, ale na szczęście malutką i już za parę dni pozbędzie się jej w szpitalu na dobre. A ja, chociaż czuję się wyśmienicie, od jakiegoś czasu zmagam się z cukrzycą ciążową i problemami z tarczycą. Biorę hormony, mam dietę, kilka razy dziennie kłuję się glukometrem, robię milion badań, ale wszystko to robię dla Maluszka, więc jak się domyślacie, motywację mam wystarczająco silną, by nie narzekać :-).

W tym roku zakochałam się też w Chorwacji. Prawie cały czerwiec spędziliśmy w malutkiej, rybackiej miejscowości w północnej Dalmacji i był to absolutnie magiczny urlop. Wynajęliśmy domek położony 10 metrów od morza i żyliśmy spokojnym rytmem tubylców. Już Wam o tym pisałam, ale mimo wszystko się powtórzę... Doba miała tam 48 godzin. Budziło nas słońce, pogoda rozpieszczała przez resztę dnia, a wieczorem dostawaliśmy w gratisie najpiękniejsze zachody słońca, jakie kiedykolwiek widziałam. Większość czasu spędzaliśmy pływając w ciepłym jak zupa morzu, czytając książki i spacerując po okolicy. Przy leżakach biegały kraby, w wodzie przy brzegu wylegiwały się rozgwiazdy, a któregoś dnia do naszej zatoczki zawitał delfin. Sielanka… Jestem pewna, że kiedyś tam wrócimy :-).

Mijający rok był też rokiem, w którym zdecydowanie podszkoliłam się kulinarnie. Jestem z tego bardzo dumna, bo kocham dobre jedzenie i zawsze podziwiałam osoby, potrafiące zrobić oryginalne, smakowite potrawy. Z uwagi na cukrzycę ciążową musiałam chwilowo zawiesić naukę, ale w przyszłym roku na pewno do niej powrócę. I może z racji tego, że nie mogłam poświęcić czasu gotowaniu, zajęłam się książkami. Zwolnienie lekarskie niewątpliwie mi w tym pomogło. Już dawno nie przeczytałam tylu książek, co w tym roku. I to najczęściej całymi seriami... Stieg Larsson, Camilla Lackberg, Suzanne Collins, John Grisham, Jeffrey Archer, Małgorzata Gutowska-Adamczyk i wielu, wielu innych autorów. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Maluszek pozwoli mi przeczytać chociaż jedną piątą tej kolekcji :-).

A z takich bardziej przyziemnych rzeczy... Zimą zaliczyliśmy nasz pierwszy bal prawnika. Latem świadkowałam na ślubie mojej przyjaciółki Anetki, a jesienią nasz kuzyn dotarł aż do finału jednego z talent show. Z uwagi na powiększającą się rodzinę, sprzedaliśmy też naszą srebrną toyotkę i kupiliśmy dużo większą astrę kombi. I to byłoby z grubsza wszystko... :-).

Jak widzicie, był to rok pełen wrażeń, na szczęście zdecydowanie pozytywnych... A kolejny zapowiada się jeszcze ciekawiej :-).

Kończąc, chciałabym życzyć Wam kochani, by ten Nowy Rok przyniósł Wam same radosne momenty, byście doświadczali ciepła i miłości ze strony bliskich, a w kolejnego Sylwestra mogli powiedzieć „To był naprawdę wspaniały rok”!

Myśl na dziś

Myśl na dziś:

"Jeśli kobiecie opowiada się cokolwiek pod pieczęcią absolutnej tajemnicy, jest się zwykłym sadystą".
  
Marcel Achard

niedziela, 30 grudnia 2012

Serialowy ciąg

Wykorzystując ostatnie wolne dni przed rozpoczęciem „poważnych obowiązków”, czyli opieki nad Maluszkiem (ja) i nauki do państwowego egzaminu radcowskiego (Mój Luby), wpadliśmy z mężem w prawdziwy serialowy ciąg. Nałogowo oglądamy kolejne odcinki kilku ulubionych seriali, prawie zupełnie odstawiając na bok filmy. Niejednokrotnie odbywa się to nawet kosztem naszego snu, ale co tam, warto :-).

Okazało się bowiem, że dobre, zachodnie seriale są świetną alternatywą dla kulejącego ostatnio filmu fabularnego. Co więcej, niejednokrotnie są od nich dużo, dużo ciekawsze. Jeśli więc macie ochotę obejrzeć coś „innego” i dysponujecie odrobinką czasu, zainwestujcie w dobry serial, na pewno nie będziecie żałować.

Serdecznie zapraszam na mój (bardzo subiektywny) przegląd najlepszych seriali, które oglądaliśmy w 2012 roku:

Może ze względu na nasze wykształcenie, a może z uwagi na świetną fabułę, daliśmy się ostatnio porwać serialowi „Suits”, czyli „W garniturach”. Pomysł na ten prawniczy serial był bardzo prosty. Mike Ross to młody mężczyzna bez wykształcenia, ale o absolutnie genialnej pamięci, który w wyniku kilku przypadkowych wydarzeń trafia do jednej z najlepszych kancelarii na Manhattanie. Zostaje asystentem prawnika Harvey’a Spencera i wpada w wir prawniczego świata. Świetny scenariusz, wyraziste postacie, zaskakujące sprawy, niesamowity klimat, wspaniale dobrana obsada... Obejrzeliśmy wszystkie, dostępne w sieci odcinki i z niecierpliwością czekamy na 17 stycznia, kiedy to w Stanach rozpocznie się emisja kolejnych. Jeżeli lubicie seriale o tematyce prawniczej, serdecznie Wam polecamy.

A skoro jestem już w tym klimacie, wspomnę jeszcze przy okazji o serialu „Good wife”, którego kolejne serie oglądamy z Lubym już od 2009 roku. To wielokrotnie nagradzana opowieść o żonie prokuratora stanowego, która po latach wraca do zawodu prawnika, próbując uporać się ze skandalem, jaki wywołał jej małżonek. Bardzo fajny, ciepły, ale i wciągający serial. Już trochę staroć, ale jak najbardziej godny polecenia.

Kolejną produkcją, aktualnie przez nas wałkowaną jest sensacyjno-szpiegowski serial pt. „Homeland”. Opowiada o sierżancie Nicholasie Brody’m, który po 8 latach niewoli w Iraku, zostaje odbity przez amerykańskich żołnierzy i wraca do kraju, do rodziny. Politycy, media i całe społeczeństwo widzą w nim bohatera wojennego, tylko agentka CIA Carrie Mathison, próbuje udowodnić, że jest inaczej... Zaskakujące zwroty akcji, ciekawe, takie „nieamerykańskie” podejście do tematu wojny i fajna obsada – to wszystko znajdziecie w tym serialu. Idealny na długie, zimowe wieczory :-).

I żeby nie było, że zupełnie pomijamy polski rynek serialowy, na koniec wspomnę Wam o jedynej polskiej produkcji, która w tym roku zawładnęła moim wolnym czasem :-). Chodzi o drugą serię serialu „Bez tajemnic”, której emisja zakończyła się właśnie na kanale HBO. Podobnie, jak w serii pierwszej, główną postacią serialu jest psychoterapeuta, który regularnie odbywa spotkania ze swoimi pacjentami. Losy przewijających się przez jego gabinet ludzi, przeplatają się z osobistymi problemami lekarza. Podoba mi się ten inteligentny, odważny i bardzo angażujący emocjonalnie serial. To zupełnie inna bajka, niż większość polskich produkcji. Serial naprawdę godny polecenia, mam nadzieję, że Wam również się spodoba.

A co Wy oglądaliście w minionym roku? Może moglibyście polecić coś miłośniczce seriali :-)?

piątek, 28 grudnia 2012

Czwartek

Sarna

Życie to jednak sinusoida. Ciągłe wzloty i upadki. Dobre wydarzenia przeplatają się z tymi mniej dobrymi... Mieliśmy ostatnio kilka cudnych wieści i chyba dla zachowania równowagi w przyrodzie, moja siostra miała spotkanie pierwszego stopnia z sarną. Jechała do pracy swoją yariską, gdy nieszczęsny zwierzak postanowił sprawdzić trwałość jej zderzaka. Sarna uderzyła w samochód w taki sposób, że zawinęła się na kole jak jakaś szmata. Na szczęście Młoda wyszła z tego bez większego szwanku, ale i tak najedliśmy się wszyscy strachu.

Atlas chmur

Byliśmy wczoraj z Lubym w kinie. Trochę na przekór tłumom nie wybraliśmy „Hobbita”, a „Atlas chmur” w reżyserii braci Wachowskich i Toma Tykwera. I nie żałujemy, chociaż nie jest to film, który ogląda się łatwo, szybko i przyjemnie. Po początkowym „bałaganie” w fabule, nagle wszystko zaczyna mieć swój sens. Na przykład to, że pojedyncze życie nie jest ani końcem, ani początkiem. I to, że każdy nasz uczynek ma wpływ na przyszłość. Film głęboki, trochę wzruszający, ale i trochę straszny. Generalnie polecam.

Pranie

Zrobiłam dzisiaj pranie ciuszków Juniorka. Chcę, by mięciutkie i pachnące czekały już na niego w komodzie. W sumie nie ma już na co czekać. Chodzę teraz i co chwila gapię się na suszarkę pełną śpioszków, pajacyków i czapeczek :-).

środa, 26 grudnia 2012

Świątecznie

Pomimo wielu obaw, jakie mieliśmy jeszcze miesiąc temu, udało nam się spędzić święta z naszą rodzinką. Bardzo się z tego powodu cieszę, no i doceniam, bo mogło być różnie. Święta bez bliskich, to niepełne święta... Na szczęście wszystko ułożyło się dobrze - Junior utył, wyniki badań miałam w miarę dobre, lekarz pozwolił nam wyjechać z miasta, a pogoda nie dokuczała.

Z racji tego, że Mój Luby musiał normalnie pracować, w świąteczne wojaże wyruszyliśmy dopiero wczoraj po południu. Najpierw byliśmy na wigilii u mojej teściowej, a potem wyruszyliśmy w prawie stukilometrową podróż do moich rodziców. Było cudownie i chociaż po raz pierwszy w życiu nie mogłam najeść się do syta, to magia potraw na obu wigilijnych stołach zadziałała. Przyznaję się, że niestety zgrzeszyłam i zjadłam kilka zakazanych rzeczy, ale mam nadzieję, że nasz Juniorek wybaczył mi tę małą niesubordynację. Maluszku, zapewniam Cię, że to było niezbędne dla zdrowia psychicznego mamusi i zdarzyło się tylko ten jeden jedyny raz :-).

Święty Mikołaj uznał chyba, że byłam bardzo grzeczna w tym roku, bo pospełniał wszystkie moje prezentowe marzenia. Takich cudownych prezentów nie dostałam chyba jeszcze nigdy w życiu. I tak idealnie trafionych. Jeszcze raz dziękuję za wszystko!!! Nawet Juniorek załapał się na przesłodkie buciki-halówki z najnowszej kolekcji adidasa :-).

I chociaż wciąż ciężko mi w to uwierzyć, to były nasze ostatnie święta w dotychczasowym składzie. Za rok pewien mały brzdąc będzie już ściągał rączką z choinki kolorowe bombki. Będzie dawał buziaki babciom, dziadkowi, ciociom i wujkom i oglądał swoje prezenty :-). Już za rok :-).

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt

Kochani!
W tę Wigilijną noc, niech w Waszym domowym zaciszu, przy Wigilijnym stole,
Zapanuje miłość, poczucie radości oraz zgoda,
Niech rodzinne ciepło doda Wam odwagi w nadchodzącym nowym roku,
Tak aby był jeszcze lepszy od bieżącego.

sobota, 22 grudnia 2012

Udało się!!!

Udało się!!! Akcja „tuczenie”, którą intensywnie prowadziłam przez ostatnie dni, przyniosła rezultaty. Nasz Maluszek przekroczył magiczną barierę 2 kg i waży dokładnie 2,018 kg :-)! Czyli rośnie prawidłowo :-)! Jest wprawdzie malutki, ale przy mojej cukrzycowej diecie i problemach z tarczycą trudno spodziewać się, że urodzę jakieś wielkiego kluska. Poza tym, ani ja, ani Mój Luby w momencie urodzenia nie osiągnęliśmy 3 kg, więc może to być też kwestia genów. Najważniejsze, że „przyrost” wagi jest właściwy.

Junior znowu troszkę "pociągnął ze mnie", bo przytył w ciągu pół miesiąca ok. 350-400 g, a ja tylko 250 g, ale najważniejsze, że rośnie i z każdym dniem staje się silniejszy :-). I że widmo szpitala zostało na razie oddalone.

Nawet nie wiecie, jaka jestem szczęśliwa... Takie cudowne końce świata mogłabym mieć na co dzień :-).

Ps. Co do fotek na usg, nasz Juniorek znowu pokazał, kto tu rządzi. Wprawdzie tym razem pokazał nam buźkę, ale z pięknie przytulonymi do policzków... piętami :-).

piątek, 21 grudnia 2012

Położna

Termin porodu zbliża się nieubłaganie i uznaliśmy, że czas zwiedzić porodówkę i dowiedzieć się w szpitalu o wszystkie formalności, które na nas czekają. Nie udało nam się wczoraj, bo mieli tam „akcję za akcją”, ale dzisiaj było już spokojniej i właśnie wróciliśmy z pierwszego spotkania z naszą położną.

Pomimo moich wcześniejszych obaw, pani Jowitka okazała się bardzo sympatyczną i budzącą zaufanie osobą. Taki typ korpulentnej, rzeczowej babeczki, która wali prawdę prosto w oczy i śmieje się ze sprośnych dowcipów. Jak trzeba, tupnie nogą, ale też przytuli do serca. Zdecydowaliśmy się na jej „usługi” z kilku powodów...

Po pierwsze, nasz ginekolog jest z innego szpitala, niż ten, w którym będę rodzić i pomimo tego, że nie powinno mieć to znaczenia, sami wiecie, że znaczenie jednak ma. Po drugie, jakoś od samego początku nie widziałam się w szkole rodzenia, w związku z czym potrzebowaliśmy osoby, która na spokojnie opowie nam, jak to w praktyce będzie wyglądać i poprowadzi za rękę przez cały poród. A po trzecie i ostatnie, akurat ta położna pomogła przyjść na świat kilku maluszkom z mojego otoczenia i wszystkie mamy bardzo ją chwaliły.

Mam nadzieję, że ja też się na niej nie zawiodę.

czwartek, 20 grudnia 2012

Fajny dzień

Zaczęło się od dobrych wyników hormonów tarczycy :-). Po moich ostatnich, zdrowotnych problemach, były dla mnie bardzo, bardzo miłym zaskoczeniem. A gdy endokrynolog powiedziała mi, że jej zdaniem Maluszkowi nic już od strony mojej tarczycy nie grozi, rozpłynęłam się ze szczęścia. Oczywiście do końca ciąży muszę brać hormony, ale to tak drobny szczegół, że nawet nie warto o nim wspominać :-).

Wracając do domu, pierwszy raz od bardzo dawna, nabrałam wielkiej ochoty na zakupowe szaleństwo. I to bynajmniej nie prezentowe, a moje własne, ciuchowe. Pomimo tłumów w sklepach i użerania się z kurtką w przymierzalni, było naprawdę super. Co więcej, czego bym nie przymierzyła, leżało jak ulał :-). Kto by pomyślał, że można znaleźć tyle fajnych rzeczy na ośmiomiesięczny brzuszek? I chociaż zupełnie tego nie planowałam, kupiłam dwie długie tuniko-sukienki, przepiękny lśniący sweterek i koszulę w granatową kratkę. Aaaa, i grubaśny sweter dla Mojego Lubego :-).

Ale to nie był koniec rozpieszczania mnie przez los na dwa dni przed końcem świata. Godzinę po powrocie do domku, dowiedziałam się, że wygrałam wspaniały zestaw kosmetyków w konkursie organizowanym przez jeden z urodowych blogów :-). Kosmetyków z kategorii mocno ekskluzywnych, których pewnie nigdy w życiu nie kupiłabym sobie sama. Szczęśliwa i dumna z siebie byłam tym bardziej, że zwycięzcę wyłoniono nie przez zwykłe losowanie, ale poprzez wybór najciekawszej odpowiedzi na konkursowe pytanie :-).

A na sam koniec dnia, mój kochany Luby wręczył mi, tak zupełnie bez okazji, moje ulubione perfumy. Wyobrażacie sobie?! Na pięć dni przed Gwiazdką dostać prezent bez okazji?! Czyż nie jest najwspanialszym mężem na świecie :-)?! Jest, prawda?!

To był naprawdę fajny dzień :-)!

środa, 19 grudnia 2012

Wieści różniste

Hubert

Najnowszy pomysł Mojego Lubego na imię dla Juniorka to... Hubert :-). To kolejne imię, którego nawet przez moment nie brałam pod uwagę. Ale muszę przyznać, że jakbym miała wybierać między Arturem, na którego upierał się do tej pory, a Hubertem, to faktycznie bardziej podoba mi się ta druga propozycja.

Synowa

Dzisiaj dowiedziałam się, że w maju na świat przyjdzie Zuza – moja przyszła synowa :-). Madziu, Michale – gratulujemy z całego serca!!!

Śnieg

Wiem, że mamy połowę grudnia i śnieg nie powinien mnie dziwić, ale to, co zobaczyłam dziś rano troszkę mnie zszokowało. Nasze miasteczko zostało totalnie zasypane białym puchem. Spod wielkich zasp nie było widać ani samochodów, ani płotu otaczającego osiedlowy parking.

Badania

Wczoraj byłam w szpitalu na kolejnych badaniach hormonów tarczycy. I jak zwykle ostatnio, zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Mam wrażenie, że moje wyniki to totalna ruletka. Im lepiej się czuję, tym są gorsze. I chociaż miałam odebrać je dzisiaj, to na myśl o przedzieraniu się przez zaspy, postanowiłam przełożyć to na jutro.

Prezenty

Macie już wszystkie prezenty? My już prawie finiszujemy. Został nam już właściwie tylko szwagier. W tym roku postawiliśmy na zakupy internetowe i muszę Wam powiedzieć, że jesteśmy bardzo zadowoleni. Nie wiem jak wytrzymałabym szwendanie się po sklepach w tym zakupowym szale, który ogarnął ludzi. Mam tylko nadzieję, że kurierzy dotrą do nas przed weekendem.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Popisy

Pewnie większość z Was pomyśli, że przesadzam albo mam zbyt wybujałą wyobraźnię, ale uzmysłowiłam sobie właśnie, że Juniorek, pomimo tego, że nie wykluł się jeszcze na ten świat, ma już swój własny charakterek. I to całkiem silny, po tatusiu pewnie :-).

Przykładowo, jest nocnym markiem. W dzień trochę się powierci, złapie jakąś czkawkę, parę razy kopnie, ale najczęściej śpi jak aniołek. Za to w nocy... hulaj dusza, piekła nie ma :-). W końcu ja nie śpię, to i mama spać nie będzie. Przecież najlepiej jak mama chodzi i kołysze brzuchem, wtedy mogę się ewentualnie zastanowić nad odpuszczeniem ciosów w żebra i wątrobę :-). Ale za to, jak trzeba w środku dnia pokazać się ładnie na usg, wtedy to już mamy inną historię. Wtedy się nie śpi, tylko wierzga kopytkami, chowa buzię i złości potwornie, aż serduszko zaczyna mocniej bić i pan doktor szybko kończy badanie.

Młody ma też swoje ulubione dźwięki, pozycje i smaki. Co więcej, bardzo dobitnie potrafi przekazać mi, co mu się podoba, a co nie. To, że nie znosi jak leżę na plecach, a uspokaja się, gdy przekręcę się na prawy bok, zauważyłam już dawno. Podobnie jak to, że uspokaja się przy balladach Adele i Michaela Buble, a denerwuje przy odgłosie filmowych wystrzałów. Reaguje na mój głos, a czasami (podczas uprawiania kopaniny), zamiera na chwilę, gdy usłyszy skierowany do brzucha głos Mojego Lubego :-). Od jakiegoś czasu wyraża też niezadowolenie, gdy zbyt długo trzymam ręce w górze, albo piję kwaśną herbatę z cytryną. Robi mi z brzucha Himalaje, ale natychmiast przestaje, jak tylko włączamy kamerę. Jakby miał jakiś szósty zmysł. Jest uparty i konsekwentny :-).

Mam wrażenie, że z każdym tygodniem znam go coraz lepiej, ale i tak wciąż na nowo potrafi mnie zadziwić. Otóż w ten weekend pierwszy raz zobaczyłam jak mój Maluszek popisywał się przed ciocią. Nie wiem, może to była kwestia przypadku, podobnej tonacji naszych głosów albo chwilowego ADHD – ale Młody skumulował wszystkie swoje sztuczki w dwudziestominutowym pokazie dla mojej siostry. Były i Himalaje, i morskie fale... Było chowanie się po bokach brzucha i uciekanie z powrotem do środka... wystawianie stópek i łokci. Junior kopał dokładnie w miejsca, gdzie ciocia pukała paluszkiem, reagował na jej głos. Miałam wrażenie, że się z nią zwyczajnie bawi :-). Jak myślicie, to możliwe :-)?

niedziela, 16 grudnia 2012

Zdolniacha

Doszłam do wniosku, że naprawdę zdolna ze mnie bestia. Bo sami przyznajcie, potrafilibyście zapiąć kurtkę razem z własnymi ustami? W dodatku omijając dolną wargę, a wciągając w żelazne objęcia górną? Pewnie nie... A ja potrafiłam :-)! Do tej pory nie wiem, jakim cudem, ale udało mi się to koncertowo.

Widząc w lusterku moją twarz, najpierw zamarłam w niemym szoku, potem poczułam potworny ból, a na koniec zobaczyłam tryskająca krew. Byłam tak zdziwiona, że musiało minąć dobrych parę sekund, zanim szarpnęłam zamek w dół. Nawet nie mogłam mieć za złe Mojemu Lubemu lekkiego uśmiechu na wieść o tym, co zrobiłam.

W sumie teraz to i mnie to trochę śmieszy. Przypomniała mi się kultowa scena ze "Sposobu na blondynkę", w której Ben Stiller przyciął sobie zamkiem "klejnoty rodzinne". Interweniowała policja, straż pożarna i pogotowie ratunkowe, na wiele lat przekreślając jego marzenia o szczęśliwym życiu u boku pięknej Cameron Diaz :-). Pamiętacie ten widok? Aż wstyd się przyznać, ale moje usta wyglądały bardzo podobnie :-).

Pozdrawiam!

 

piątek, 14 grudnia 2012

A gdyby tak...

„A gdyby tak wszystko magicznie odwrócić? Gdyby ludzie rodzili się tuż przed śmiercią i żyli do poczęcia. W drugą stronę. Mieliby już na początku życia tę swoją życiową mądrość, doświadczenia i cały ten przychodzący z wiekiem spokój i rozsądek. Popełniliby już te wszystkie swoje błędy, zdrady i życiowe pomyłki. Mieliby już te wszystkie blizny i zmarszczki i wszystkie wspomnienia i żyliby w drugą stronę. Ich skóra stawałaby się coraz gładsza, każdego dnia budziłaby się w nich coraz większa ciekawość, włosy byłyby coraz mniej siwe, oczy coraz bardziej błyszczące, serce coraz silniejsze i coraz bardziej otwarte na przyjmowanie nowych ciosów i nowych miłości..."

J.L. Wiśniewski

czwartek, 13 grudnia 2012

Sesja brzuszkowa

Zdjęcia to wspomnienia, które dane jest nam trzymać w dłoniach... (Adnachiel)

Fotografia to moim zdaniem jedna z najwspanialszych rzeczy wymyślonych przez człowieka. To niesamowite, że na małej kartce papieru może zmieścić się tak wiele emocji, uczuć i wzruszenia :-). Uwielbiam piękne zdjęcia i dlatego od początku ciąży marzyłam, by sprawić sobie pamiątkę w postaci sesji brzuszkowej. By w naszym rodzinnym albumie mieć chociaż kilka wyjątkowych zdjęć z okresu, gdy Maleństwo było jeszcze pod moim sercem.

Wiem, że wiele osób może uznać to za fanaberię, ale ja nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie utrwalić magii tych wspaniałych chwil... Bardzo, bardzo tego chciałam i dzisiaj udało mi się to marzenie zrealizować :-).

Zdjęcia robiliśmy w malutkim studio na drugim końcu naszego miasteczka. Troszkę się obawiałam, czy będę potrafiła pozować, jakby nie było, lekko roznegliżowana, ale na szczęście fotografka Magda zadbała o to, bym czuła się komfortowo i bezpiecznie. Poza tym, cały czas był ze mną Mój Luby, który nie tylko pomagał Magdzie ze sprzętem, ale sam również brał udział w wymyślanych przez nas ujęciach. Kocham go za to jeszcze bardziej, bo wiem, że nie jest specjalnym entuzjastą pozowania i zrobił to wyłącznie dla mnie :-).

Cała sesja przebiegła w bardzo fajnej, luźnej atmosferze. Najwięcej naśmialiśmy się, gdy próbowaliśmy ułożyć mi na brzuchu imię naszego synka z klocków scrabble. Okazało się, że nasz mały złośnik ani myśli na to pozwolić. Gdy tylko się położyłam, zaczął tak mocno kopać, że klocki wręcz fruwały dookoła :-). Nie za bardzo spodobał mu się również piękny, ręcznie robiony pas na brzuch, ale później był już grzeczny jak aniołek, nawet gdy Mój Luby robił mi głośną dmuchawą "artystyczny wiatr we włosach”.

Bardzo, bardzo mi się podobało i już nie mogę się doczekać efektów :-). Kto wie, może nawet się odważę i wrzucę Wam coś na bloga :-)?

wtorek, 11 grudnia 2012

Łóżeczko

Nasz maluszek wzbogacił się dzisiaj o łóżeczko. I niby to naturalna kolei rzeczy, w końcu będzie musiał gdzieś spać, ale ja wciąż jakoś nie mogę uwierzyć, że już niedługo w tym łóżeczku będzie leżał nasz synek :-). Nasz syn - połowa mnie i połowa Mojego Lubego. To niesamowite...

Patrząc na to łóżeczko, już nie mogę się doczekać, by móc się nachylić i nareszcie wiedzieć jak Junior wygląda, móc powąchać jego włoski, dotknąć policzka, przytulić ciepłe ciałko. Już teraz trudno opisać uczucie, jakim darzę tę maleńką istotkę. Co będzie później :-)?

niedziela, 9 grudnia 2012

Akcja tuczenie

Mam pewien nietypowy dla ciężarnych problem... nie mogę przytyć. I naprawdę nie rozumiem dlaczego. Jem co dwie godziny, wprawdzie bez cukru (cukrzyca ciążowa), ale naprawdę tłusto, tygodnie mijają, a waga stoi w miejscu jak zaklęta. Jestem w ósmym miesiącu ciąży, a nie dobiłam nawet do pięciu dodatkowych kilogramów. Co gorsze, według wagi ginekologa od ostatniej wizyty schudłam.

I pewnie myślicie sobie – a ta, jak zwykle, zamiast się cieszyć, narzeka. Problem jednak tkwi w tym, że Juniorek również przestał tyć. Wprawdzie jego waga mieści się jeszcze w normie, ale niebezpiecznie zbliża się do najniższej możliwej granicy. Lekarz właśnie mi powiedział, że jeżeli do 21 grudnia nie uda mi się go podtuczyć, będzie zmuszony położyć mnie do szpitala. Że Maluszek musi przybrać na wadze. Na moje pytanie, jak mam to zrobić, usłyszałam: jeść, jeść i jeszcze raz jeść. Polewać co się da oliwą z oliwek, leżeć, oszczędzać kalorie i tyć...

Dzisiejszy dzień spędziłam więc głównie na jedzeniu. I to nie co dwie godziny, a co półtorej. Jem tłusto, jem smacznie, balansuję na granicy maksymalnego poziomu cukru, ledwo się ruszam z przejedzenia, ale się nie poddaję... utuczę Malucha, choćby nie wiem co :-).

sobota, 8 grudnia 2012

Termin

Wszystko wskazuje na to, że zaczniemy nowy rok ze szpitalnym przytupem. Mojemu Lubemu właśnie wyznaczono termin operacji przepukliny pachwinowej. O dziwo jest on zaskakująco szybki, bo zaplanowano ją już na 4 stycznia 2013 r. W szpitalu ma się zjawić dzień wcześniej i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyjdzie do domu po 3 dniach. Potem około dwóch tygodni rekonwalescencji i wszystko powinno wrócić do normy.

Z jednej strony martwię się, bo to jednak jest zabieg operacyjny, z drugiej zaś cieszę, że nie będzie musiał dłużej męczyć się z tym diabelstwem. Oby tylko Junior nie wymyślił sobie w tym czasie akcji "oto jestem" :-). Poczekasz Maluszku, prawda?

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołajki

Odwiedził Was w tym roku św. Mikołaj? Mnie odwiedził i chyba byłam wyjątkowo grzeczna, bo dostałam dokładnie to, czego pragnęłam :-).

Od dawna czekałam na premierę najnowszej książki Jeffrey’a Archera „Za grzechy ojca”. To kontynuacja wydanej rok temu, niezwykle wciągającej powieści „Czas pokaże”. Pierwsza część kronik Clifftonów skończyła się bardzo emocjonująco i jestem naprawdę ciekawa, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Mój Mikołaj chyba wiedział, jak bardzo, bo właśnie tę książkę znalazłam rano w swoim prawym bucie :-). Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Jeśli Archer nadal pisze na tak wysokim poziomie, to czeka mnie niezwykła, pasjonująca i życiowa opowieść, od której trudno się będzie oderwać.

Lewy bucik zawierał natomiast, jedyną dostępną dla mnie, ale jakże wspaniałą rozkosz smakową – trzy tabliczki 70-procentowej gorzkiej czekolady! Jedna jest z nadzieniem wiśniowym z chilli, druga ze skórką pomarańczy, a trzecia z białym nadzieniem truflowym i sosem miętowym... Na pierwszy ogień poszła ta wiśniowa. Niebo w gębie to za mało, by powiedzieć, jak była pyszna... Aż żal, że wolno zjeść mi tylko jedną kostkę dziennie.

Jeszcze raz dziękuję mój kochany św. Mikołaju :-)!

środa, 5 grudnia 2012

Wtorkowy flash

Nawet się nie obejrzałam, a zaczął się nam ósmy miesiąc ciąży. W związku z tym uznaliśmy, że najwyższa pora umówić się na sesję brzuszkową, którą planowaliśmy od początku ciąży. W przyszłą środę uwiecznimy  naszego Juniorka u fotografa, jeszcze w wersji „pod serduchem”. Już nie mogę się doczekać efektów :-).

Idąc za ciosem, ustaliliśmy też termin wizyty „zapoznawczej” na porodówce. Nasza położna chce mieć pewność, że w godzinie „zero” nie zgubimy się w gąszczu korytarzy :-). Cieszę się, że będę miała okazję zobaczyć wszystko „na spokojnie”, porozmawiać, rozejrzeć się po oddziale. Może dzięki temu, będę czuła się chociaż troszkę pewniej?

Odkryłam dzisiaj, że w sieci są już odcinki drugiego sezonu  „Bez tajemnic”. Obejrzałam siedem pod rząd :-). I chociaż wiem, że dla wielu osób jest to przegadany, nudny, pseudopsychologiczny serial, to mnie się bardzo podoba...

Dostałam od lekarza pozwolenie na zjedzenie przed snem jednej kostki czekolady gorzkiej 70%. Nigdy nie lubiłam gorzkich czekolad, ale teraz moje podniebienie przeżywa prawdziwą kulinarną rozkosz :-).

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Dwa miesiące

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i spełnią się proroctwa naszego lekarza, dokładnie za dwa miesiące pierwszy raz przytulimy nasze Maleństwo. Cieszę się i troszkę boję jednocześnie :-).


sobota, 1 grudnia 2012

Nareszcie grudzień

Jak dobrze, że wreszcie skończył się listopad! Jakoś w tym roku wyjątkowo często mi podpadał. Przede wszystkim zdrowotnie. Na początek przyniósł mi cukrzycę ciążową i nieustający stres o poziom cukru i jego wpływ na Juniorka. U Mojego Lubego zdiagnozowano przepuklinę, którą trzeba będzie ponaprawiać w szpitalu. Mojemu tacie natomiast siadła noga - zaczął tak kuleć, że aż go kiedyś nie poznałam na ulicy.

I żeby tego wszystkiego było mało, wczoraj – chyba w ramach andrzejkowej rozrywki, okazało się, że mam niedoczyność tarczycy. Gdybym nie była w ciąży, wyniki moich badań mieściłyby się w normie, ale na chwilę obecną muszę przyjmować hormony, które wezmą w ryzy moją tarczycę. Lekarz zapewnia mnie, że nie wpłyną one na maleństwo, ale i tak trochę mnie to wszystko przytłacza. Jakim cudem z okazu zdrowia zmieniłam się w teraźniejszą siebie?

Na szczęście do domku wrócił mój mężuś i od razu zrobiło mi się raźniej. Stęskniłam się za nim bardzo. I chociaż u rodziców było naprawdę sympatycznie, to jednak nie ma to jak u siebie w domu, z ukochaną osobą.

A listopad pożegnaliśmy w kinie, oglądając w końcu najnowszego Bonda. Wiadomo, na kłopoty najlepszy jest stary, dobry 007. I sądząc po kopniakach, jakie wymierzał mi Juniorek, podobało się chyba całej naszej trójce :-).

środa, 28 listopada 2012

U rodziców

Mój Luby to powsinoga. Do piątku znowu jest w rozjazdach, ale tym razem, dla odmiany, sam się szkoli. A że nie chcę teraz siedzieć sama w domu, postanowiłam wybrać się do rodziców. Mam ostatnio jakieś schizy, że zacznie się „akcja”, ja będę sama, stracę głowę i urodzę w taksówce.

Tak więc jestem teraz u rodziców, ale muszę się Wam przyznać, że jakoś nie mogę znaleźć sobie miejsca. Nie mieszkam tu już od dwunastu lat, nie ma tu moich rzeczy, a mój dawny pokój rodzice przerobili na swoją sypialnię. Niby to mój dom rodzinny, ale wszystko jest inaczej. Na szczęście, moi rodzice się nie zmienili, są tak samo kochani, jak zawsze :-).

wtorek, 27 listopada 2012

Koniec smutków

Na szczęście po wczorajszym „dniu mazgaja” nie ma nawet śladu. Chyba potrzebowałam takiej małej chwili słabości, by z nową siłą wziąć się w garść i przestać nad sobą rozczulać. Dodatkowo spędziłam cudny dzień, który dał mi wielki zastrzyk pozytywnej energii.

Mój Luby był dzisiaj jednym z prelegentów na konferencji zorganizowanej w Warszawie, pomyślałam więc, że to doskonała okazja do ostatniego (przed porodem) dłuższego wypadu i zabrałam się razem z nim. On wykładał, a ja szalałam na zakupach z przekochaną znajomą, która nie tylko się mną zaopiekowała, to jeszcze ugościła nas z rodziną u siebie w domku. Było tak fajnie, że zostaliśmy co najmniej trzy godziny dłużej, niż pierwotnie mieliśmy to w planach.

A na deser, pojawiły się nareszcie wyniki z ostatniego egzaminu Lubego. Mój kochany kujon znowu dostał piątkę i oficjalnie zakończył aplikację radcowską!!!

Cudowny dzień... -)!

poniedziałek, 26 listopada 2012

Dzień mazgaja

Podobnie jak maj, listopad to miesiąc, w którym mamy mnóstwo okazji do świętowania. Wczoraj byliśmy na imprezce u mojej siostry, dzisiaj wybraliśmy się na urodziny do teściowej. I chyba wszechświat postanowił mnie trochę potorturować, bo mama Mojego Lubego upiekła karpatkę, czyli moje absolutnie ukochane ciasto. Nie ruszyłam oczywiście, ale nieszczęście i tak się stało. Chyba od samego patrzenia tak skoczył mi cukier, że zaliczyłam dzisiaj skuchę numer dwa. Przy trzeciej wpadce mam się natychmiast stawić u lekarza, bo mój wysoki cukier jest poważnym zagrożeniem dla Juniora.

Tak się boję, tak bardzo chciałabym, by wszystko było w porządku. Zupełnie się przez to rozkleiłam. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy zwyczajnie się rozpłakałam i wciąż nie potrafię opanować łez.

niedziela, 25 listopada 2012

Imprezka u sister

Trzynastego listopada moja siostra obchodziła okrągłe, trzydzieste urodziny. Z uwagi na liczne obowiązki służbowe jej samej, jej narzeczonego i Mojego Lubego, dopiero dzisiaj udało nam się wszystkim spotkać na urodzinowej imprezce. Cieszę się bardzo, bo ostatnio cały nasz czas, również w soboty i niedziele, podporządkowany był sesji i pracy mojego męża. Biedak nie wiedział w co ręce włożyć i bardzo był mu potrzebny wolny weekend, no a ja zawsze jestem chętna na takie wypady. Zresztą okazja zacna, towarzystwo przesympatyczne, czego chcieć więcej :-)?

Hmmm, no w sumie znalazłaby się tylko jedna rzecz – możliwość normalnego jedzenia. Po raz pierwszy w życiu musiałam wybrać się na imprezkę z własnymi zapasami i nie tknęłam nic ze stołu jubilatki. A żeby zrozumieć poświęcenie, musicie wiedzieć, że moja siostra rewelacyjnie gotuje. Chociaż słowo rewelacyjnie jest tu chyba zbyt słabe :-). Ma jakiś wrodzony, genetycznie zmutowany talent kulinarny, którego zazdroszczę jej jak diabli. Wszystko jedno, czy piecze ciasta, czy przygotowuje mięsa, potrawy zawsze rozpływają się w ustach :-). Już dawno stwierdziliśmy z Lubym, że powinna wybrać się do "MasterChefa" i na pewno długo nie musiałaby "oddawać fartucha".

Dzisiaj oczywiście nie było inaczej. Patrząc, jak Luby wcina cudownie pachnące risotto, albo na przykład polędwiczki wieprzowe, męczyłam go wciąż pytaniami w stylu: a jak to smakuje, a jak przyprawione, a jak te kurki, a ten sosik? Skoro nie mogłam ich spróbować, to chciałam chociaż o nich posłuchać. A potem wcinałam chleb o smaku gliny, zagryzając rzodkiewką.

Ale nie myślcie, że nie wydębiłam od siostry obietnicy, że dostanę przepisy na te cuda. Już nie mogę doczekać się, kiedy je wypróbuję. Ach, jak ja będę będę szaleć w kuchni... :-)!

sobota, 24 listopada 2012

Pierwsza skucha

Niestety zaliczyłam pierwszą „cukrową” wpadkę. O dziwo, miałam za niski, a nie za wysoki cukier. Wychodzi na to, że moja restrykcyjna dieta działa aż za dobrze, a wizytę kontrolną mam dopiero za tydzień. Może lekarka pozwoli mi zwiększyć porcje? Albo dorzuci mi kolejny posiłek do tych ośmiu, które muszę zjadać co dwie godziny? Mam tylko nadzieję, że przez kolejne dni nie będę miała więcej cukrowych problemów, bo boję się zastrzyków z insuliny, jak ognia.

Przykro mi trochę jest, bo tak się starałam, a tu wyszło, jak zwykle. No, ale nic, trzeba walczyć dalej. Łatwiej by mi troszkę było, gdybym tylko nie miała zabronionych wszystkich moich zwyczajowych „pocieszajek”. Nie mogę wybrać się przecież na siłownię, gdzie zwykle zostawiałam wszelkie kłopoty. Nie wolno mi wciągnąć gorącego pączusia, albo kawałka karpatki, które zawsze poprawiały mi humor. W sklepie z ciuchami też raczej nie zaszaleję. Nie mogę nawet cały dzień wylegiwać się w łóżku, bo po pierwsze ciągle jem, a po drugie bez ruchu skacze mi cukier.

Żeby sobie troszkę poprawić humor, wybrałam się więc do drogerii. I wiecie, co? Pomogło! Wyszłam wzbogacona o dwie szminki, piękne cienie do powiek, trzy lakiery do paznokci, balsam do ciała i świeczkę zapachową. Cały wieczór je oglądam i buzia mi się cieszy. Kobietki to są jednak proste w obsłudze istoty :-).

środa, 21 listopada 2012

Światowy Dzień Życzliwości

Wiedzieliście, że dzisiaj jest Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień :-)? Pomysł na to święto wywodzi się oczywiście ze Stanów Zjednoczonych i obchodzone jest już w ponad 180 krajach. Zostało ustalone w 1973 r. jako wezwanie do pokoju w odpowiedzi na wojnę Jom Kippur między Izraelem a Egiptem, ale teraz funkcjonuje bardziej jako dzień uśmiechu i miłego gestu.

Źródło: www.terazwroclaw.pl

W Polsce promocji tego święta podjął się Wrocław. I bardzo dobrze, bo nie wiem, czy istnieje drugi naród, który tak bardzo potrzebowałby przypomnienia, że uśmiech i miły gest mogą wiele zdziałać. Tyle w nas złośliwości, narzekania i antypatii... Tyle nieżyczliwości. Doświadczam tego na każdym kroku. Przechodzę teraz ciężkie chwile w przychodniach i szpitalach, gdzie toczy się prawdziwa kolejkowa wojna na noże. Pomimo tego, że za parę dni zacznę ósmy miesiąc ciąży, jeszcze nikt nigdy nie ustąpił mi miejsca w autobusie, ani nie przepuścił w kolejce do kasy.

Czy naprawdę tak trudno uśmiechnąć się do obcej osoby? Albo życzyć jej miłego dnia? Spojrzeć na świat trochę inaczej, bez tego ciągłego narzekania. Ja wiem, że jest zimno, szaro i depresyjnie, ale żeby zasłużyć na życzliwość innych, samemu trzeba się na nią zdobyć.

Dzisiaj, troszkę symbolicznie, los dał mi szansę wykazać się życzliwością. Kasjerka, myląc się w rachunku, wydała mi o 20 zł reszty za dużo. Jakże była zdziwiona i szczęśliwa, gdy powiedziałam jej o tym i zwróciłam pieniądze. Mam nadzieję, że uśmiech nie schodził jej z twarzy do końca dnia :-).

Finisz

Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, Mój Luby zda jutro ostatni egzamin i definitywnie zakończy aplikację radcowską. Cieszę się bardzo, bo była to dla niego trudna i często uciążliwa przygoda (i dla mnie troszkę też). Trzy lata cotygodniowych zajęć, praktyki w najdziwniejszych instytucjach, liczne egzaminy i niestety całkiem spora kasiorka. Mnóstwo wyrzeczeń i setki nieprzespanych nocy.

Oczywiście, nie oznacza to, że Mój Luby od razu wskoczy w togę radcy prawnego. Tak dobrze niestety nie będzie. W marcu będzie musiał jeszcze zdać ogólnopaństwowy egzamin, uprawniający do wykonywania zawodu. Ale bez względu na jego wynik, aplikację będzie miał zakończoną.

Jeszcze tylko jeden mały egzamin... :-).

wtorek, 20 listopada 2012

Ile cukru w cukrze

W związku z cukrzycą ciążową, od soboty jestem na restrykcyjnej diecie. Jem co dwie godziny malutkie porcje produktów, które nie znalazły się na długaśnej liście „rzeczy zakazanych”. Bardzo, bardzo długaśnej :-). Prawdę mówiąc, mało nie padłam, gdy zobaczyłam jadłospis, ułożony dla mnie przez dietetyczkę.

Musiałam całkowicie wyeliminować cukier i prawie zupełnie sól. Jeśli zjem żółty ser, to nie więcej niż pół plasterka dziennie. Jeśli jajka, to dwa, góra trzy w tygodniu. Jabłko wolno mi zjeść, ale tylko w postaci 6 plasterków, przed 17stą i to tylko jako dodatek do jakiejś przekąski, nigdy samego. A chleb odpowiadający wymogom diety, znalazłam dopiero w piątym sklepie. Na chwilę obecną żywię się chudą wędliną drobiową, sałatą, rzodkiewkami, surowymi pieczarkami, jogurtem naturalnym, kalafiorem i rybami. Piję praktycznie tylko wodę mineralną.

Cztery razy dziennie muszę też mierzyć glukometrem swój poziom cukru. Oprócz kontroli stanu zdrowia, ma mi to pomóc nauczyć się, jak mój organizm reaguje na poszczególne dania. W teorii, bo w praktyce, mój poziom cukru robi, co chce. Nigdy nie wiem, jakiego wyniku mogę się spodziewać. Przykładowo, jem dokładnie to samo, dokładnie o tej samej porze, a mój wynik różni się aż o 40 mg/dL. Gdy po śniadaniu kładę się jeszcze na godzinkę spać (mam ustawiony budzik, by rano zjeść o odpowiedniej porze), po przepisowej godzinie mój pomiar jest mniejszy, niż wtedy, gdy od razu zaczynam dzień, chociaż teoretycznie ruch pomaga spalać cukier. Wystarczy, że do jogurtu dodam 3 łyżeczki płatków owsianych, a nie dwie i już jest problem.

Robię to wszystko dla Juniorka, więc nie mogę narzekać. Nic nie jest dla mnie teraz ważniejsze, niż zdrowie naszego maleństwa. To potężna motywacja, by nie zgrzeszyć nawet kryształkiem cukru. Denerwuje mnie tylko to, że zupełnie nie potrafię ułożyć sobie jakiegoś schematu. Nigdy nie wiem, co pokaże mój glukometr. I drżę przy każdym pomiarze, bo wystarczą trzy złe wyniki i wyląduję z nową koleżanką – insuliną.

Mam nadzieję, że kolejne dni będą łatwiejsze. Zostało nam już tylko niewiele ponad dwa miesiące, więc trzymajcie kciuki :-)!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Pięćdziesiąt twarzy gniota

Ten post został napisany ku przestrodze. A także, w trosce o Wasze poczucie smaku i czas wolny od obowiązków domowych (tak cenny przecież, że nie warto go marnować).

Kochani, jeśli kiedykolwiek najdzie Was ochota, by sprawdzić fenomen „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E. L. James, błagam NIE RÓBCIE TEGO! Ja wiem, że to bestseller, że sprzedał się już w ponad 58 mln egzemplarzy i że prawa do ekranizacji wylicytowano za 5 milionów dolarów. Nie mam wprawdzie pojęcia, jakim cudem się to stało, ale proszę nie dajcie się na to złapać. To musiał być jakiś wirus, rozsiewany w księgarniach, by zmusić niczego nie świadomych ludzi do kupna tej konkretnej pozycji. Wymyślony przez wojsko i testowany na razie w warunkach pokojowych. Ktoś to kiedyś ujawni i wspomnicie jeszcze moje słowa :-).

Ale przechodząc do sedna. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to opowieść o niezdarnej, niewinnej i niepewnej siebie studentce Anastazji, która przypadkowo poznaje miliardera Christiana Greya i zakochuje się w nim bez pamięci. On jest oczywiście dobrze wychowany, młody i tak bajecznie przystojny, że brakuje słów na opisanie jego urody (w związku z czym autorka używa ciągle tych samych). Książka zaczyna się więc jak typowy harlequin. Okazuje się jednak, że Grey nie jest zainteresowany normalnym związkiem. On szuka kobiety, która zgodziłaby się na układ sado-maso, w którym on będzie Panem, a ona Uległą. Reguły są twarde – on może z nią robić wszystko, ona nie może go nawet dotknąć.

Nie jestem specjalnie pruderyjna, fabuła powieści miała więc dla mnie potencjał, ale co z tego, jak wszystko położył styl, w jakim została napisana. Pod względem językowym książka jest tak słaba, jak pamiętnik egzaltowanej gimnazjalistki. Ubogi, nieskładny, żenujący. Ilość stosowanych powtórzeń doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Nic tylko „o kuźwa”, „św. Barnabo”, „bogini wewnętrzna” i „rozkoszny ból w podbrzuszu”. Główna bohaterka na co drugiej stronie „bezwiednie zagryza wargę”, co niezmiennie podnieca Greya i ostatecznie doprowadza do seksu. W konsekwencji, Ana za każdym razem „rozpada się na milion kawałków”, a Grey krzyczy „poczuj to dla mnie, mała”. Brrrr, aż zęby bolą.

Czyta się to koszmarnie. I nawet nie chodzi o to, że książka nudzi. Problemem jest to, że ta książka irytuje. Chyba nie było strony, przy czytaniu której bym nie pomyślała „jakim cudem COŚ TAKIEGO stało się bestsellerem”. Nota bene, osoba odpowiadająca za promocję tej powieści, powinna dostać Nobla za zrobienie niemożliwego.

Postanowiłam opisać Wam moje odczucia, przede wszystkim ze względu na zbliżające się święta i duże prawdopodobieństwo, że ktoś z Was umieści tę pozycję w swoim liście do Św. Mikołaja, albo nie daj Boże, postanowi obdarować nią swojego bliskiego.

Gdybyście jednak się skusili, pamiętajcie – ostrzegałam :-)!

sobota, 17 listopada 2012

Piątek

Przygód z polską służbą zdrowia ciąg dalszy… Polecam, jakby ktoś szukał sposobu na zabicie czasu :-).

9.00 – otwarcie poradni diabetologicznej
9.00-9.25 – kolejka do rejestracji
9.25 – rejestracja
9.30-10.10 – kolejka do pielęgniarek
10.15-10.30 – zakładanie karty pacjenta, ważenie, mierzenie itp.
10.35-12.10 – kolejka do lekarza
12.10-12.20 – lekarz, problem z moim ZUS RMUA
12.25-12.50 – kolejka do dietetyka
12.50-13.05 – dietetyk
13.05-14.15 – wyprawa do mojego biura po nowe RMUA
14.15-14.50 – powrót do poradni, czekanie na receptę na paseczki i glukometr
14.55-15.30 – kolejka do pielęgniarek w celu szkolenia
15.30-15.45 – szkolenie z używania glukometru
16.10 – apteka
17.10 – powrót do domu.

Na szczęście prawie wszystko załatwiłam w jednym miejscu. Nawet nie chcę myśleć, ile czasu by mi zajęło, gdybym musiała krążyć między różnymi adresami :-).

piątek, 16 listopada 2012

Od Annasza do Kajfasza

Dzisiejszy dzień pokazał mi, że trzeba być niezłego zdrowia, żeby leczyć się w tym kraju :-).

Z uwagi na zdiagnozowanie u mnie cukrzycy ciążowej, dostałam skierowanie do specjalistycznej poradni diabetologicznej, w której pomoc mogą uzyskać również przyszłe mamy. Wiązało się to oczywiście z małą wyprawą, bo w naszym regionie jest tylko jedna taka przychodnia i mieści się przy szpitalu wojewódzkim. Wiedziałam, że będzie kolejka do rejestracji, ale takich tłumów, jakie tam zastałam, zdecydowanie się nie spodziewałam. Ciężarnych wprawdzie było tylko kilka, ale co z tego… Sądząc po nastrojach czekających, pewnie by nas zlinczowali, gdybyśmy próbowały zarejestrować się bez kolejki. Odczekałam więc swoje, popychana co rusz przez najróżniejszej maści mohery.

Gdy po godzinie dotarłam do okienka, okazało się, że skierowanie jakie otrzymałam od ginekologa jest „nie takie”. W związku z tym, że leczę się prywatnie, oni mnie informują, że „tu potrzeba skierowania z numerem umowy z NFZ-tem, bo wie pani, jest koniec roku, limity”, itp. itd. Na takie skierowanie przyjęliby mnie może na początku roku, ale teraz to już nie. Najlepiej więc zrobię, jeśli wybiorę się do swojego lekarza rodzinnego i „przepiszę” skierowanie na inny druczek. Wtedy mnie przyjmą, oczywiście po wcześniejszej rejestracji :-).     

Co robić? Zapakowałam tyłek w autobus i pojechałam  z powrotem do domu, modląc się w duchu, by mój rodzinny jeszcze mnie przyjął. Gdy w końcu dotarłam do przychodni, kolejna niespodzianka. Na drzwiach wisiała kartka z informacją o zmianie adresu i lakonicznymi wskazówkami, jak tam dotrzeć. Wiedziałam już, że nie zdążę wrócić do szpitala, dlatego na spokojnie ruszyłam na poszukiwania przeniesionej przychodni.

Po kolejnej godzinie siedziałam w poczekalni u lekarza rodzinnego, pełnej zasmarkanych i kaszlących dzieciaków. Dzięki Bogu, gdy doszło do mnie lekarz nie robił większych problemów z przepisaniem skierowania.

Do domu wróciłam po południu zmęczona, zła, głodna i zziębnięta. Ciekawe, czy jutro będzie równie ciekawie :-)?

czwartek, 15 listopada 2012

Wieści różne

Cukrzyca ciążowa

W światowy dzień walki z cukrzycą dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową. Powtórne badanie krzywej glukozowej wyszło jeszcze gorzej, niż poprzednie i lekarz nie mógł postawić innej diagnozy. Jeszcze wczoraj miałam nadzieję, że się wywinę, bo na cukrzycę ciążową zapada tylko ok. 3% kobiet spodziewających się dziecka, ale niestety... Nie na żarty przeraziłam się też, gdy usłyszałam o konsekwencjach nieleczonej lub źle leczonej cukrzycy. I przyznam się Wam szczerze, że trochę mnie to wszystko podłamało, ale wiem, że muszę wziąć się w garść i zacząć działać. Jutro idę do specjalistycznej poradni diabetologicznej dla kobiet w ciąży. Im szybciej zacznę leczenie, tym lepiej.

Przepuklina

Jakby przygód zdrowotnych było nam mało, wczoraj okazało się, że Mój Luby nabawił się przepukliny pachwinowej. Jedyną metodą leczenia, która może przynieść jakiś efekt, jest zabieg operacyjny. Po zakończeniu maratonu egzaminacyjno-szkoleniowego, będzie więc musiał stawić się w szpitalu. Niezła z nas parka, jak sypiemy się ze zdrowiem, to razem :-).

Prezent

Żeby nie zamęczyć Was tym moim narzekaniem, zmienię troszkę temat i pochwalę się Wam prezentem, który dostałam wczoraj od Lubego. Wiedząc, że mój stary sprzęt dożywa swoich ostatnich chwil, mój kochany mąż kupił mi pięknego, nowiusieńkiego i supernowoczesnego laptopa!!! Nie mogę się nacieszyć i wciąż go oglądam. Nareszcie nie będę musiała zapisywać swoich postów z częstotliwością co pół minuty, z obawy, że komputer zawiesi się lub po prostu wyłączy :-).

środa, 14 listopada 2012

Życzenia

Dzisiaj jest szczególny dzień. Moja siostra obchodzi okrągłe 30-ste urodziny :-)!

Młoda, z tej wspaniałej okazji, chcielibyśmy z Lubym, życzyć Ci:

Prawdziwych przyjaciół, niewyczerpanych pokładów energii, uśmiechu na co dzień, niskich podatków, pomyślnych wiatrów, błyskotliwych ripost, pozycji lidera, samych pozytywnych wibracji, niezmiennie zielonego światła, sumiennych dłużników, miejsca w Księdze Rekordów Guinnessa, niewieszającego się komputera, zasięgu w każdym miejscu, miejsca w historii, pakietu kontrolnego, zdobycia Mount Everestu, ostatniego słowa, anielskiej cierpliwości przy czytaniu tych życzeń i wszystkiego o czym tylko marzysz… :-)!

wtorek, 13 listopada 2012

Poniedziałek

Okazało się, że to nie koniec mojej przygody z glukozą. Byłam dzisiaj u lekarza z wynikami i chociaż morfologia i badanie moczu wypadło w porządku, to krzywa glukozowa już nie za bardzo. Zła jestem bardzo, bo tak dbałam o dietę... Odstawiłam na bok kulinarne eksperymenty i przeszłam na tak zdrową dietę, że każdy lekarz byłby ze mnie dumny. Zero słodyczy, tylko ciemne pieczywo, kasze, ryby i razowe makarony. Żadnych napojów gazowanych, dużo warzyw i owoców. W domu wprowadziłam mężowi mały pokarmowy terror i co? I dupa :-(. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to na śniadanie jadłabym cieplutkie, białe bułeczki, a nie to pastewne musli. W każdym razie, we wtorek lub środę muszę zrobić powtórkę z glukozowej rozrywki. Tym razem z większą dawką i dłuższym czekaniem.  

Na szczęście inne wieści mam dobre. Junior rośnie książkowo, ma już 1,2 kg i ok. 35 cm („wyciągnięty” - od główki do stópek). Solidny klusek już się z niego zrobił :-). W dodatku klusek o niezłym charakterku. Na usg nie spał, tylko wisząc głową w dół wierzgał nóżkami we wszystkie strony. Oczywiście, ani myślał pokazać mamie twarzyczki. Lekarz podchodził go z różnych stron, ja prosiłam go tylko o jeden mały rzut oka, ale nic z tego... Wtulił buźkę w ściankę macicy, rączkami zasłonił uszy i jedyne co pokazywał bez oporów, to swoje klejnoty rodzinne.

I gdy już prawie się poddaliśmy, na sekundę odwrócił się i najnormalniej w świecie pokazał nam język :-)! I jak tu się nie zakochać :-)?   


niedziela, 11 listopada 2012

Glukozowo cz. 2

No i zrobiłam w końcu te badania. Wstaliśmy z Lubym o barbarzyńskiej (jak na niedzielę) porze, czyli o siódmej rano i pojechaliśmy do szpitala. Tam z miejsca pobrali mi krew i kazali czekać, aż pielęgniarka przyjdzie do mnie z glukozą.

Przyznam się szczerze, że trochę się obawiałam reakcji mojego żołądka na to, co miałam wypić. Wszyscy dookoła, łącznie z lekarzem, nastraszyli mnie, że nie jest to przyjemne w smaku, że trzeba mocno się skoncentrować, by nie oddać tego światu z powrotem, że niektóre kobiety mdleją, itp., itd. A w związku z tym, że pierwsze mojej miesiące ciąży to były mdłości od rana do nocy, wiedziałam, że może być naprawdę kolorowo.

Kubeczek dostałam o 8.30, Mój Luby wycisnął do niego sok z całej limonki i… Niespodzianka :-)! To naprawdę było do przełknięcia! Co więcej, ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że wcale nie było takie „fuj”. Nie wiem, może to kwestia zakwaszenia sokiem z limonki, albo moich dziwacznych kubków smakowych, ale bez najmniejszego problemu wypiłam wszystko duszkiem :-). Widziałam, jak inne kobietki patrzą na mnie zaskoczone i byłam z siebie bardzo dumna. Teraz wystarczyło tylko posiedzieć godzinkę i z głowy.

Prawie natychmiast po wypiciu glukozy, obudził się nasz Maluszek. Najpierw poczułam jak rusza się energicznie, a potem zaczęło się istne bombardowanie. Mój brzuch podskakiwał we wszystkie strony, gdy kopał jak chyba nigdy przedtem :-). Śmiałam się i pojękiwałam jednocześnie. Mój mały Kliczko :-).

Młody uspokoił się po pół godzinie, a mnie ogarnęła nagle taka senność, że prawie zjechałam z krzesła. I pewnie faktycznie ucięłabym sobie drzemkę, gdyby nie to, że zobaczyłam, jak pielęgniarka bez najmniejszego problemu rejestruje na krzywą glukozową trzy babeczki. O dziewiątej rano!!!! A mnie wczoraj wypędziła z krzykiem, że kto to widział tak późno przychodzić, że trzeba być najpóźniej o ósmej, itp., itd! Cała kolejka się ze mnie śmiała. A tu, proszę bardzo! Aż się zagotowałam normalnie…!

No, ale najważniejsze, że mam to z głowy. Wieczorem odbiorę wyniki. Trzymajcie kciuki, by były w porządku!

Miłego dnia Wam życzę Kochani!!!


Glukozowo

Piątkowy wieczór. Gdy Mój Luby wrócił ze szkoleniowych wojaży, zamówiliśmy pizze i wybraliśmy się na godzinkę do znajomych. Było tak miło, że z godzinki zrobiło się kilka. Spać położyliśmy się o drugiej.

Następnego dnia miałam stawić się w szpitalu na badania. Krzywa glukozowa, mocz i morfologia. W laboratorium kazali mi przyjść po przebudzeniu, oczywiście na czczo, przynieść glukozę i limonkę. Wiedziałam, że po wypiciu tej mdłej zawiesiny, będę musiała siedzieć tam przez godzinę, więc jeszcze wieczorem wcisnęłam do torebki książkę.

Po nocnych wojażach, obudziłam się ok. dziesiątej rano. Mój Luby jeszcze smacznie spał, gdy ogarnęłam się szybko i pojechałam do szpitala. Stanęłam w kolejce do rejestracji, a gdy dotarła do mnie, usłyszałam oburzony głos:

- Pani przyszła na krzywą? Chyba pani żartuje?! Przecież jest jedenasta, a tu trzeba przyjść zaraz po przebudzeniu.

- Ale ja dopiero się obudziłam! No i jestem oczywiście na czczo – powiedziałam dumna z siebie. Co, oni nie wiedzą, że ciężarne długo śpią :-)?

Pielęgniarka znacząco spojrzała na zegarek na ścianie, kilka osób w kolejce zachichotało, a ja twardo nie ruszałam się z miejsca.

- Proszę pani, mówię pani, że jest już za późno. Badanie robimy do dziesiątej, a trochę ono trwa, więc musi tu pani być najpóźniej o ósmej. Proszę przyjść jutro! – powiedziała do mnie tonem nie znoszącym sprzeciwu.

W tym momencie przypomniały mi się siuśki, które przytachałam w torebce. Spytałam więc, czy zrobią mi chociaż mocz i morfologię, skoro już tam jestem. Oczywiście usłyszałam kolejne dobitne NIE i zostałam wyrzucona z kolejki.

Przy drzwiach zdałam sobie sprawę, że jutro jest święto narodowe i że jest ryzyko kolejnego odprawienia z kwitkiem, postanowiłam się więc wrócić i upewnić. Na mój widok pielęgniarka tylko westchnęła i nie pytana odpowiedziała:

- Tak, zrobimy pani jutro te badania, pomimo święta. Do widzenia.

W niedzielę czeka mnie więc ciąg dalszy akcji "glukoza". A co do laboratorium - mam nadzieję, że im się tam myszy zalęgną za to odmawianie ciężarnej :-)!

środa, 7 listopada 2012

Liebster Blog Award

Ale fajnie! Po raz pierwszy w całym moim "blogowym" życiu zostałam wyróżniona i zaproszona do zabawy przez innego blogera :-). Dziękuję Kobieto na cały etat :-)!



Na czym polega ta zabawa? W skrócie jest to wyróżnienie otrzymywane od innego blogera w celu wzajemnego poznania się i pochwały za dobrze wykonaną pracę na blogu :-). Otrzymują ją blogi o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje to możliwość zwiększenia liczby obserwatorów i czytelników. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób, musisz je koniecznie poinformować o tym, oraz zadać im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię  nominował.
Oto pytania od Kobiety na cały etat i moje odpowiedzi:
  1. Ile masz lat?  31 :-)
  2. Sprzątanie czy gotowanie? gotowanie
  3. Mieszkanie czy domek? domek
  4. Jaką ostatnio książkę przeczytałaś/eś? "Pięćdziesiąt twarzy Greya" E. L. James 
  5. Zdjęcia na karcie pamięci czy w albumie? zdecydowanie w albumie
  6. Ulubiona przekąska do filmu to... suszone jabłka
  7. Jakie imię nosiłabyś/nosiłbyś gdybyś był/a jednym z krasnoludków Królewny Śnieżki? Śpioszek
  8. Ostatni zakup tylko i wyłącznie w ramach poprawy nastroju to... ogrzewacz dłoni w formie malutkiego termoforka
  9. Jakie nadzienie w czekoladzie? wedlowskie - z czarnej porzeczki z gruszką
  10. Prysznic czy wanna? wanna
  11. Weekend szalony czy w domu? teraz w domku :-)
A to moja lista nominowanych blogów :-):
  1. http://lumbagomozgu.blox.pl/html
  2. http://ultrafioletowa.blox.pl/html
  3. http://nybatteri.blox.pl/html
  4. http://oliolaole.blox.pl/html
  5. http://dumkaja.blox.pl/html
  6. http://coslychacudziewczynek.blox.pl/html
  7. http://31latka.blox.pl/html
  8. http://coolinarnie.blox.pl/html
  9. http://kolorowapokrzywa.blox.pl/html
  10. http://sisterskitchen.blox.pl/html
  11. http://ginamrozek.blox.pl/html
Kochani! Jeśli chcecie pobawić się razem ze mną, a przy okazji popracować nad swoimi "statystykami", odpowiedzcie co wolicie:
  1. Kawa czy herbata?
  2. Góry czy plaża?
  3. Jabłko czy gruszka?
  4. Kryminał czy romans?
  5. Pies czy kot?
  6. E-mail czy tradycyjny list?
  7. Sms czy rozmowa przez telefon?
  8. Garbus czy audi?
  9. Schabowy czy ryba?
  10. Poranek czy wieczór?
  11. Jogging czy siłownia?
Jeszcze dzisiaj powiadomię Was o zabawie. Czekam z niecierpliwością na odpowiedzi, mam nadzieję, że wkrótce pojawią się na Waszych blogach :-). Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia!

Piąteczka i robótki domowe

Mój Luby idzie jak burza. Z dzisiejszego egzaminu dostał piątkę!!! Normalnie mu jakiś dyplom zrobię na ścianę :-).

Do definitywnego skończenia aplikacji radcowskiej został mu już tylko jeden jedyny egzamin pod koniec listopada. Teoretycznie ma więc mnóstwo czasu, by się wszystkiego nauczyć. Niestety tak pięknie nie będzie, gdyż mąż mój przyjął propozycję poprowadzenia sześciu szkoleń z zakresu zamówień publicznych. W terminach, a jakże, przedegzaminacyjnych. Pierwsze szkolenie – jutro, prawie 200 kilometrów od naszego domu.

Gdy patrzę jak Mój Luby ciężko pracuje, goniąc właściwie na trzech etatach, nie potrafię uwolnić się od wyrzutów sumienia, że siedzę w domu i nic nie robię. To znaczy robię, ale jakoś tak dużo wolniej i mniej dokładnie. Mam poczucie, że powinnam go wyręczać we wszystkich pracach domowych. Niestety, siódmy miesiąc ciąży zdecydowanie nie ułatwia mi odkurzania, czy szorowania wanny. Coraz częściej widzę, jak daleko mi do perfekcyjnej pani domu, co z kolei wpędza mnie w kolejne wyrzuty sumienia, bo zawsze byłam dumna z mojego pięknie wysprzątanego domku.

Aż strach pomyśleć, jaki chaos zapanuje w naszych czterdziestu metrach, gdy na świecie pojawi się Junior :-)?

wtorek, 6 listopada 2012

Szkolenie

Moja młodsza siostra jest farmaceutką, z czego nie ukrywam jestem niezmiernie zadowolona :-). Razem z Lubym doświadczamy samych plusów jej zawodu (chociaż zdajemy sobie sprawę, że minusów jest pewnie drugie tyle). Dzięki Młodej nasza wielka kuchenna szuflada zawsze jest pełna najróżniejszych leków, znamy wszystkie kosmetyczno-apteczne nowości, a czasami nawet uda nam się wycyganić od niej trochę próbek, które przydają się szczególnie przy okazji wyjazdów. Dla mnie jest też inny, fajny bonus - siostra zabiera mnie czasami na szkolenia dla farmaceutów, organizowane przez firmy produkujące dermo-kosmetyki.

Uwielbiam takie imprezy jak dzisiaj. Mogłabym godzinami słuchać o przeznaczeniu, składach i działaniu kosmetyków. A zaznaczam, że są to kosmetyki bardzo znanych i dobrych firm aptecznych. I prawie zawsze dostaję te kosmetyki do wypróbowania w domu (wcale nie próbki, a normalne, pełne opakowania). No i jeszcze jedna ekstra rzecz – jedzenie. Nie wiem jak to się dzieje, ale na szkoleniach dla farmaceutów serwowane obiady i przekąski są po prostu boskie. Bywałam na dziesiątkach różnych szkoleń, przez dwa lata do moich obowiązków służbowych należało nawet organizowanie szkoleń, ale nigdy i nigdzie nie jadłam tak dobrze, jak na szkoleniach, na które zabiera mnie siostra. Pychotka :-).

poniedziałek, 5 listopada 2012

U rodziców

Od kilku dni Mój Luby ostro zakuwa do egzaminu ustnego, który będzie miał we wtorek. Tematyka jak zwykle paskudna, m.in. prawo budowlane i gospodarka przestrzenna, a czasu do nauki naprawdę niewiele. Na dokładkę siedzi mu na karku żona w ciąży, która wydeptuje kilometry ścieżek, jak nie do łazienki, to do lodówki, przeszkadzając co chwila i nie pozwalając się skupić :-).

Aby dać biedakowi szansę na przyswojenie tych brzydali, prawie cały weekend spędziłam u rodziców. Zresztą korzyść z mojego wyjazdu była obustronna. Luby nadgonił naukę, a moja mama mogła nareszcie „przypilnować mnie” z jedzeniem (czytaj: podtuczyć) i nacieszyć się kopniakami swojego wnusia.

W ogóle rodzice rozpieszczali mnie niemiłosiernie. Pilnowali bym przypadkiem nie podnosiła niczego cięższego niż kostka masła, nie pozwalali mi zmywać naczyń, rozkładać łóżka, podsuwali mi miękką podusię pod plecki i w ogóle byli przekochani. Czułam się jak księżniczka :-).

Do rodziców wpadła też moja siostra i jak za prehistorycznych lat zjedliśmy w czwórkę obiad, a potem oglądaliśmy razem finał turnieju ATP w Paryżu z udziałem Jerzego Janowicza. Było bardzo fajnie i gdybym nie stęskniła się tak bardzo za moim mężusiem, zostałabym pewnie dłużej.

sobota, 3 listopada 2012

Kolejny zaliczony

Dzisiaj ogłoszono wyniki z zeszłotygodniowego egzaminu mojego męża. Nareszcie! Już od kilku dni bez przerwy odświeżałam stronę internetową okręgowej izby z nadzieją, że w końcu się pojawią. Od egzaminu minął ponad tydzień i zaczynałam się już denerwować tą ciszą. No, ale teraz mogę już oficjalnie Wam napisać, że Mój Luby zdobył piękną czwórkę! A co za tym idzie, zrobił kolejny krok do ukończenia aplikacji :-).

Jeszcze tylko dwa egzaminy i koniec sesji! A potem, na egzaminie państwowym w marcu, niech się dzieje wola nieba :-)...

piątek, 2 listopada 2012

Domowo

Gdy wszyscy odwiedzali cmentarze, ja spędziłam bardzo spokojny dzień w domku. Kocyk, książka, gorąca herbata z sokiem malinowym – tego właśnie potrzebowałam najbardziej. Maluszkowi też się chyba podobało, bo pół dnia figlował, wypychając mi brzuch na wszystkie strony. Muszę to w końcu nagrać, by za dwadzieścia lat, gdy będzie już słynnym piłkarzem Manchesteru United i będą o nim kręcić film dokumentalny, mieć dowód na to, że perfekcyjnie kopał jeszcze zanim się urodził :-).

środa, 31 października 2012

Siostra

Miałam naprawdę fajny wtorek… Przyjechała do mnie na cały dzień moja siostra. Były ploteczki, herbatka, oglądanie wyprawki dla Juniorka i wspólne buszowanie po sklepach. Już dawno nie spędziłyśmy razem tyle czasu…

Czasami naprawdę mocno żałuję, że mieszkamy w różnych miastach, bo „choć bywają trudne chwile, siostra zawsze zostanie. Będzie wtedy, kiedy uroni się łza, kiedy będziemy się uśmiechać i wtedy, kiedy nie będziemy mieć na twarzy nawet krzty emocji. Siostra - to jednak dobre słowo. Miłe i łatwe do wypowiedzenia. I kiedy żadna pomoc nie może się przecisnąć do naszego serca, siostra zawsze tam dotrze."

Kocham Cię sister :-)!

poniedziałek, 29 października 2012

Ciężkie wybory

Nawet nie myślałam, że wybór szpitala na narodziny Juniorka będzie taki ciężki. W grę wchodziły tylko trzy, więc myślałam, że wystarczy zasięgnąć opinii mojego lekarza prowadzącego, ewentualnie kilku „doświadczonych” koleżanek i sprawa będzie załatwiona. Jak się okazało, nic bardziej mylnego.

Mój ginekolog kategorycznie odradził nam szpital nr 1, o którym myśleliśmy na początku i za którym optowała moja mama. Stwierdził, że nie ma przyzwoitego oddziału intensywnej opieki nad noworodkami, więc w razie jakiś problemów i tak będzie konieczny transport maleństwa do innego szpitala. Poza tym powiedział, że szpital ten może i ma pierwszy garnitur położnych, ale niestety dopiero trzeci garnitur lekarzy. Trochę nas to zaniepokoiło, więc skreśliliśmy go z listy grubą krechą. Do wyboru zostały więc jeszcze szpitale nr 2 i nr 3, które według naszego lekarza, prezentują podobno identyczny poziom medyczny.

W tym miejscu wkroczyły więc moje koleżanki, przyjaciółki i sąsiadki. Gdy zaczęłam delikatnie podpytywać o ich osobiste doświadczenia, zostałam po prostu zalana falą mrożących krew w żyłach opowieści o tym, co i gdzie przytrafiło się im samym, albo ich siostrom i koleżankom. Z rosnącą paniką słuchałam o latających skalpelach, zmuszaniu do biegania po korytarzu z gołym tyłkiem, morzu krwi, wrzeszczących położnych i innych tego typu historiach. No i żeby było zabawniej, najczęściej były to opowieści nie o szpitalu, w którym one rodziły, tylko „o tym drugim, który mi absolutnie odradzają”.

W końcu, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, zdecydowaliśmy się na szpital nr 2. Niemałą rolę odegrał tu fakt, że w szpitalu tym pracuje bliska nam osoba. Wiedzieliśmy, że pomoże nam w załatwieniu wszystkich „niespodzianek”, jakie mogą przydarzyć się nam po drodze. Umówiliśmy się, że pogadamy jeszcze o sprawie w sobotę na spotkaniu.

I co się wczoraj okazało? Że oddział położniczy szpitala nr 2, to kłębowisko żmij i innych paskudztw. Że niekompetencja, ignorancja i chora rywalizacja między lekarzami jest tam na porządku dziennym. Że popełniane są tam błędy, których ofiarami są przyszłe matki i ich dzieci. I że, gdyby nasz przyjaciel, miał znowu zostać ojcem, „nie dopuściłby do tego, by dziecko rodziło się w jego szpitalu”. Mało z krzesła nie spadłam, bo jeśli mówi tak osoba, siedząca „wewnątrz”, to jak tu jej nie wierzyć. A ja chciałam tam rodzić??!!

Drogą eliminacji został więc tylko szpital nr 3. W pamięci mam jednak to, co powiedział nasz ginekolog – że szpitale nr 2 i nr 3 prezentują identyczny poziom. Nie wiem, jak to będzie, ale lekko się wczoraj podłamałam…

niedziela, 28 października 2012

Finał

Nasza kuzynka obchodziła urodziny, więc uzbrojeni w prezent i wielki gar makaronu w cytrynowo-pieczarkowym sosie, wybraliśmy się dzisiaj na imprezkę. A że z wielu względów nasze życie towarzyskie stało się ostatnio mniej intensywne, cieszyłam się na to wyjście bardzo. Poza tym, Mój Luby mógł nareszcie zrobić sobie przerwę od nieustannego zakuwania do sesji, na co zdecydowanie zasłużył.

Rodzinną domóweczkę połączyliśmy z kibicowaniem naszemu wspólnemu kuzynowi, który wieczorem  występował w półfinale pewnego talent show. I zrobił to fe-no-me-nal-nie :-). Wszyscy słaliśmy smsy, łącznie z małoletnim bratankiem, z grzywą jak Justin Bieber, którego „tak w ogóle to mało obchodzą tego typu programiki” :-).

Opłacało się, bo mamy finał!!!! I jak tu nie być dumnym z takiej rodzinki:-)?
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.