AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

niedziela, 30 września 2012

Szósty miesiąc

Zaczęłam szósty miesiąc ciąży i jestem bardzo zadowolona, bo w końcu osiągnęłam wymiary idealne – 90 cm w biuście i 90 cm w talii :-). A że zgubiło mi się po drodze to środkowe 60 cm? Kto by się tam wdawał w tak nieistotne szczegóły :-)?

Nasz Junior rośnie jak na drożdżach i kopie tak mocno, że nawet Mój Luby wyczuwa go dłonią. Uwielbiam te momenty, choć trochę niepokoi mnie fakt, że budzi się tylko wieczorami. Mam nadzieję, że nie będzie nocnym markiem, bo jako niepoprawne śpiochy będziemy mieć przechlapane.

W poniedziałek dowiemy się wreszcie, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Wprawdzie lekarz wie to już od miesiąca, ale poprosiłam go, by na razie mi nie mówił. Chciałam poczekać do wizyty, na którą będzie mógł przyjść mój małżonek. Chciałam, by to była nasza wspólna chwila. Jakże mogłabym ją zawłaszczyć tylko dla siebie? Muszę się Wam jednak przyznać, że chyba wiem, co powie lekarz. Mam prawie 90% pewności, że to będzie chłopak.

Od samego początku ciąży, w każdej mojej myśli, w każdym śnie, widziałam chłopca. Nie potrafiłam inaczej o nim myśleć. O, proszę, znowu piszę „o nim” :-). Zresztą, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na synka. Najchętniej jadłabym „pod zagrychę” – rzeczy kwaśne, słone i gorzkie. Włosy na nogach rosną mi jak szalone, a cera jest ładniejsza niż kiedykolwiek.

I chociaż kiedyś marzyła mi się córeczka, przez ostatnie miesiące tak przyzwyczaiłam się do myśli, że to będzie synek, że pewnie będę w ciężkim szoku, gdy w poniedziałek okaże się co innego :-).

piątek, 28 września 2012

Sesja

Mój Luby właśnie rozpoczął sesję kończącą ostatni rok aplikacji radcowskiej. Jak za starych, studenckich czasów siedzi po nocach i zakuwa paragrafy. Niestety nie jest już tak łatwo, jak kiedyś, chociaż chyba źle się wyraziłam, bo łatwo nie było praktycznie nigdy. Po prostu, tym razem nie są to typowe prawnicze „standardy” jak prawo karne, czy cywilne, ale prawdziwe „brzydale”. Pomyślcie, że musicie na jedną sesję wkuć prawo bankowe, podatkowe, egzekucyjne, ochrony środowiska, Unii Europejskiej i jeszcze kilka innych paskudztw. Ani tego zrozumieć, ani nauczyć. No, ale mam zdolnego męża, poradzi sobie. Pierwszy egzamin już za nim.

Nawet nie wiem, kiedy minęły te trzy lata aplikacji. Jeszcze tylko ta ostatnia sesja i wiosną Mój Luby przystąpi do państwowego egzaminu, uprawniającego do wykonywania zawodu. A miesiąc wcześniej powiększy się nam rodzina. Zapowiada się bardzo interesujący 2013 rok…:-).

czwartek, 27 września 2012

Zaręczyny

I mamy kolejną sensację w rodzinie. Radosną i długo wyczekiwaną (szczególnie przez moją mamę :-)). Moja młodsza siostra zaręczyła się!

O tym, że coś się święci wiedzieliśmy z Lubym już ponad tydzień temu. Szwagier przyjechał do naszego miasta i zadzwonił z prośbą o adres dobrego jubilera. Nie pytałam, czy chce kupić pierścionek, czy bransoletkę, ale przykaz trzymania języka za zębami upewnił mnie, że chodzi o to pierwsze. A gdy dwa dni później zabrał ją na romantyczny urlop w góry, wszystko stało się jasne.

Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Tym bardziej, że jej narzeczonego już od dawna traktujemy z Lubym jak brata. To świetny facet, który w jakiś magiczny sposób zamienił moją szaloną siostrzyczkę w dojrzałą, zakochaną kobietę. Tworzą naprawdę super parę, uzupełniają się i dogadują. Czego chcieć więcej?

Gratuluję Kochani!!!!!!

wtorek, 25 września 2012

Wytrwałość

W miniony weekend mieliśmy małą rodzinną sensację. Bliski kuzyn Mojego Lubego wystąpił w programie telewizyjnym typu „talent show”. Powszechna mobilizacja i dziesiątki wymienionych smsów zaowocowały tym, że całą rodzinką zasiedliśmy przed telewizorami, by mu kibicować.

Tak, jak się spodziewałam, występ był wspaniały i kuzyn z palcem w nosie przeszedł do następnego etapu. Jury było jednomyślne, a publiczność zachwycona. Dumni byliśmy z niego niesamowicie. Ale z tego, co opowiadał mi Mój Luby, nie zawsze tak było.

W minionych latach kuzyn nasłuchał się bardzo, że ta jego pasja, to tylko zabawa, że musi zdobyć „porządny zawód”, że z tych swoich występów „na dom nie zarobi”, itp., itd. Nawet najbliższa rodzina wątpiła, czy mu się uda. Ale on się nie poddawał. Kochał to, co robił i z roku na rok był coraz lepszy. Skończył studia w zupełnie innym kierunku i dalej robił swoje.

Minęło kilka lat, kuzyn przeprowadził się do stolicy, założył swoją firmę i żyje ze swojej pasji. Występuje na imprezach, koncertach i na otwarciach galerii handlowych. Wciąż się rozwija. Ostatnio zorganizował festiwal w rodzinnym mieście. A potem warsztaty. Przekazuje swój talent młodszym. Coraz częściej dostaje zaproszenia zza granicy. Talent show to dla niego zabawa, ale i pewien sposób na jeszcze szerszą promocję.

Jestem z niego dumna. Udowodnił, że wytrwałą pracą można osiągnąć bardzo wiele.

sobota, 22 września 2012

Na pudle

Pamiętacie konkurs na zdjęcie i historię z dzieciństwa, w którym wzięłam udział tydzień temu? Wysłałam zdjęcie sprzed prawie trzydziestu lat, na którym ściskam ukochanego misia. Misia, który potem towarzyszył mi przez całe dzieciństwo, i którego z sentymentem przechowuję do chwili obecnej. Do zdjęcia załączyłam krótką historię naszej szczególnej „przyjaźni”.

Zdecydowałam się wziąć udział w tej zabawie ze względu na super nagrody. Można było wygrać trzy – profesjonalną sesję zdjęciową oraz 50% i 30% rabatu na taką sesję. A że i tak w najbliższym czasie planowałam zrobić sesję „brzuszkową”, postanowiłam spróbować swoich sił.  I… udało się!!!

Wczoraj ogłoszono wyniki i muszę się Wam pochwalić, że zdobyłam trzecie miejsce :-)!  Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, tym bardziej, że moja historia została określona jako „zabawna i wzruszająca jednocześnie”.  Już nie mogę się doczekać listopada, kiedy odbiorę swoją nagrodę :-).

środa, 19 września 2012

Świadkowanie

Przez emocje związane z pierwszym kopniakiem naszego potomka, kompletnie zapomniałam opisać Wam ślub i weselicho Anetki. Moja piękna, niezależna i niezbyt wylewna w okazywaniu uczuć przyjaciółka w końcu zdecydowała się zalegalizować swój związek. Miałam zaszczyt i wielką radość być wtedy przy niej.

Tego dnia okazało się, że moja twarda Anetka nie jest wcale taka harda. Że nawet ją mogą dopaść wątpliwości. I że nawet ona potrzebuje czasami przyjacielskiego kopniaka na otrzeźwienie. Gdy w dniu ślubu zadzwoniła do mnie o 8mej rano, cała zapłakana, zrozumiałam, że nie jest dobrze. Chlipiąca w niebogłosy Anetka to sytuacja tak niesłychana, że 10 minut później byłam już przy niej.
Gdy upewniłam się, że się nie rozmyśliła, że jest pewna, że kocha, i tak naprawdę nie wie, dlaczego ryczy, po przyjacielsku nakrzyczałam na nią. A potem rozśmieszałam tak długo, aż gile przestały lecieć z nosa, a oczka wyschły.  

To był piękny, bardzo wzruszający ślub. Aż mi się serce ściskało, gdy patrzyłam na Młodą Parę. I pewnie uznacie mnie za sentymentalną romantyczkę, ale ja naprawdę uważam, że ślub to jedna z najpiękniejszych uroczystości, jakie ludzie kiedykolwiek wymyślili. Przepełniona miłością, szczęściem i nadzieją.

Fot. Magdalena Sulwińska

No a potem, żeby tradycji stało się zadość, bawiliśmy się na weselu. Troszkę inaczej, niż zwykle - spokojniej, bo ciążowo :-). Było… śmiesznie. Mój Luby patrzył z niedowierzaniem, jak krążę między smalczykiem, a fontanną z czekolady, zagryzając wszystko plackami z kaszy gryczanej. Dzielnie asystował mi w licznych wyprawach do łazienki i nie miał nic przeciwko, gdy tańczyłam boso, bo spuchły mi stopy. I mimo, że padałam ze zmęczenia, wytrzymałam do samego końca :-). To był niezapomniany dzień.

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego kochani :-)!


wtorek, 18 września 2012

Kopniak

Od miesiąca rodzina i znajomi bombardują mnie tym samym pytaniem: „Czujesz już ruchy?”. To pytanie denerwowało mnie strasznie, bo niby skąd miałam wiedzieć, czy to, co czuję, to maleństwo, czy zjedzona na obiad grochówka? Czy odczuwane mrowienie, to zdrętwiały tyłek, czy też wiercąca się niunia? Pierwszy raz jestem w ciąży, wszystko jest dla mnie kosmicznie nowe, a od kilku miesięcy moje ciało żyje własnym życiem. Nic nie jest tak jak dawniej. Po prostu nie wiedziałam i ta niepewność wkurzała mnie jeszcze bardziej, niż samo pytanie.

Gdy o ruchy dziecka zapytał mnie lekarz, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia. A potem popisałam się swoimi blond włosami i spytałam go, jak to jest. Śmiał się tak bardzo, że mało nie spadł z krzesła.
- Pani o to pyta mnie!? A skąd ja mam wiedzieć? Nigdy nie byłem w ciąży.

W końcu zrobiłam wśród koleżanek mały wywiad i dowiedziałam się, że ruchy dziecka odczuwa się początkowo:
- jakby w twoim brzuchu wybuchały bąbelki wody sodowej;
- jakbyś miała w brzuchu stado latających motyli;
- jak mdłości, tylko że w brzuchu, a nie w żołądku;
- jakby w brzuchu falowało ci morze;
- jakby przeszywał cię prąd, ale tak delikatnie, tak falująco.

Na koleżanki zawsze mogłam liczyć…:-). Wiedziałam jeszcze mniej, niż na początku :-). Ale nie poddawałam się. W internecie wyczytałam, że aby poczuć ruchy dziecka należy zjeść coś słodkiego i położyć się na lewym boku. I pomimo tego, że mam w ciąży absolutny słodyczowstręt, zjadłam całą miskę bitej śmietany, położyłam się na kanapie i przez pół godziny czekałam na jakiś znak. Jak się domyślacie, mały uparciuch, ani myślał odezwać się do mamy.

W końcu zupełnie dałam sobie spokój. Minęło półtora tygodnia. I wiecie co? Przed dwoma godzinami poczułam nagle… kopniaka :-). A potem drugiego i trzeciego. Żadnych motylków, ani bąbelków. Żadnej fali, ani mrówek. Nasze dziecko nie bawi się w półśrodki :-). To był najnormalniejszy na świecie kopniak, tyle że „od środka”. Najsłodszy kopniak świata!

I nagle wszystko stało się jasne :-).

sobota, 15 września 2012

Miś

Idąc za ciosem mojej ostatniej „spektakularnej” wygranej kocyka w konkursie ogłoszonym przez pewną markę płynu do płukania tkanin, skusiłam się na kolejną zabawę. Wymagała ode mnie troszkę więcej zaangażowania, niż wysłanie sms’a. Musiałam bowiem wyciągnąć album z dzieciństwa i znaleźć zdjęcie, z którym wiąże się jakaś historia. Zdjęcie, które jest dla mnie z jakiegoś powodu ważne. Należało je wysłać wraz ze swoją opowieścią. Nagrodą główną była darmowa sesja fotograficzna, więc pomyślałam, że co mi szkodzi spróbować.

Wybrałam zdjęcie, na którym mam niecałe trzy latka i ściskam misia, który towarzyszył mi potem przez całe dzieciństwo. Ten miś z miejsca skradł moje serce i królował w nim przez wiele lat. Bo sami przyznajcie, czymże jest dzieciństwo bez ukochanego misia? Bez tego pluszaka, któremu można powierzyć największe tajemnice i który zawsze jest przy tobie?

Mój miś był moim pierwszym i najwierniejszym przyjacielem, a to zdjęcie, które wysłałam na konkurs zostało zrobione w dniu, w którym go dostałam. Patrzyłam wczoraj na tę starą fotografię i nie potrafiłam ukryć wzruszenia. Mój misiek - pełen najskrytszych pragnień i ciężki od łez, które wylewałam w jego miękkie futerko, gdy świat trochę mnie przerastał. W naszym albumie rodzinnym pojawia się wielokrotnie. W końcu należał do rodziny. Mam go do dzisiaj.



Moją historię zakończyłam zdaniem, że zimą na świat przyjdzie nasze pierwsze dziecko. Że czekamy na tego maluszka z utęsknieniem i wielką miłością. Ale czekamy nie tylko my… pewien mały sfatygowany miś również :-).

czwartek, 13 września 2012

Dumna

Pisałam Wam już kilkukrotnie o moich kulinarnych przygodach, najczęściej w kontekście jakiejś katastrofy. Dzisiaj będzie inaczej. Dzisiaj się pochwalę :-).

Uwielbiam dobrą kuchnię. Kocham poznawać nowe smaki, lubię eksperymenty i naprawdę potrafię docenić piękne podane potrawy. Mogłabym godzinami oglądać kulinarne blogi, hurtowo kupuję kulinarne gazetki i tworzę liczne segregatory z przepisami, „które muszę kiedyś wypróbować”. Jestem świetnym szefem naszej domowej kuchni. W teorii... bo w praktyce wygląda to tak, że na co dzień gotuje Mój Luby, a ja podejmuję jedynie rzadkie kulinarne próby. Zwykle w przypływie natchnienia porywałam się na wyszukane potrawy, co, jak się domyślacie dawało bardzo różny efekt końcowy.

Potem zaszłam w ciążę. Przez pierwsze cztery miesiące nie mogłam nawet spojrzeć na kulinarną gazetkę. Już samo zdjęcie, na przykład ryby, powodowało u mnie mdłości. Do kuchni nie zbliżałam się w ogóle, chyba że po suchara. Na samą myśl, że miałabym coś ugotować, robiło mi się niedobrze. I gdy już traciłam nadzieję, wszystko minęło, jak ręką odjął.

Odzyskałam smak i zapach. Powrócił apetyt. Nareszcie mam czas, by zajrzeć do moich zakurzonych segregatorów. Gotuję, próbuję, uczę się. Staram się robić potrawy, których nigdy wcześniej nie jedliśmy. I coraz lepiej mi idzie. Jestem dumna, gdy Mój Luby zajada ze smakiem jakąś nową zupę krem, a goście proszą o dokładkę piersi kurczaka duszonej w sosie kurkowo-boczkowym. Jestem szczęśliwa, że moje ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką zrobiło furorę wśród znajomych. Po raz pierwszy to ja daję przepisy mojej mamie, a nie na odwrót. Te małe sukcesy motywują mnie do dalszych prób.

Mam jeszcze parę miesięcy na naukę i zamierzam je maksymalnie wykorzystać. W końcu jestem szefem naszej kuchni i jestem z siebie dumna :-)!

środa, 12 września 2012

Malediwy

Mój Luby przytaszczył z zakupów butlę płynu do płukania tkanin z zawieszką w stylu „Wygraj 10 tysięcy złotych na komfortowy wyjazd lub jeden z komfortowych koców Silana”. I pomimo tego, że generalnie nie wierzę w tego typu konkursy i nie biorę w nich udziału, postanowiłam puścić smska z numerem paragonu.

Ach, jak cudnie byłoby wygrać taki wymarzony urlop… Przez chwilę wyobraziłam nas sobie na plaży, gdzieś na Malediwach, wygrzewających się w tropikalnym słońcu. Piasek byłby biały jak mąka, woda tak lazurowa, że aż zielona, a powietrze pachnące egzotyką….

I gdy już zupełnie zapomniałam o całej sprawie, dostałam nagle smsa, że „Gratulacje! że zostałam wylosowana i że miło jest im poinformować o tym, że zostałam laureatem nagrody Silana!”. Mało z krzesła nie spadłam z wrażenia. Wyyyyyygrrrrałłłaaammmm!!! Nareszcie! I może nie jest to szóstka w totka, ale zawsze coś!

Niestety, za chwilę przeczytałam pozostałą część smsa, która brzmiała: „Wyślij na nasz adres zwycięski paragon, a otrzymasz w nagrodę wspaniały, komfortowy kocyk”. Kocyk…

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze Malediwy :-).

wtorek, 11 września 2012

Potencjał

Ostatnio Mój Luby miał na aplikacji zajęcia z retoryki i sztuki prezentacji. Warsztaty prowadziła aktorka z naszego miejscowego teatru - słusznego wieku, wściekle ruda artystka. Aplikanci wychodzili po kolei na środek sali, wygłaszali krótką autoprezentację, po czym byli oceniani pod kątem dykcji, brzmienia głosu, czy pracy przepony. I wiecie, jaką opinię usłyszał Mój Luby?

Trochę za szybko i trochę za cicho, ale w ciele jest zdecydowany potencjał...

Zgadzam się całkowicie :-).

wtorek, 4 września 2012

Pępkowo

Dzisiaj ujrzałam dno swojego pępka :-). Pierwszy raz w swoim ponad trzydziestoletnim życiu. Śmieszne uczucie. Tak jakby ktoś podmienił mi tę część ciała :-). Do tej pory był malutki, głęboki i pomarszczony jak suszona śliwka. Teraz zrobił się jak słońce z dziecięcego obrazka. Taki okrąglutki z promieniami odchodzącymi z każdej strony. Nie mogę się napatrzeć :-).

Czy to naprawdę mój pępek?

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.