AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 28 listopada 2012

U rodziców

Mój Luby to powsinoga. Do piątku znowu jest w rozjazdach, ale tym razem, dla odmiany, sam się szkoli. A że nie chcę teraz siedzieć sama w domu, postanowiłam wybrać się do rodziców. Mam ostatnio jakieś schizy, że zacznie się „akcja”, ja będę sama, stracę głowę i urodzę w taksówce.

Tak więc jestem teraz u rodziców, ale muszę się Wam przyznać, że jakoś nie mogę znaleźć sobie miejsca. Nie mieszkam tu już od dwunastu lat, nie ma tu moich rzeczy, a mój dawny pokój rodzice przerobili na swoją sypialnię. Niby to mój dom rodzinny, ale wszystko jest inaczej. Na szczęście, moi rodzice się nie zmienili, są tak samo kochani, jak zawsze :-).

wtorek, 27 listopada 2012

Koniec smutków

Na szczęście po wczorajszym „dniu mazgaja” nie ma nawet śladu. Chyba potrzebowałam takiej małej chwili słabości, by z nową siłą wziąć się w garść i przestać nad sobą rozczulać. Dodatkowo spędziłam cudny dzień, który dał mi wielki zastrzyk pozytywnej energii.

Mój Luby był dzisiaj jednym z prelegentów na konferencji zorganizowanej w Warszawie, pomyślałam więc, że to doskonała okazja do ostatniego (przed porodem) dłuższego wypadu i zabrałam się razem z nim. On wykładał, a ja szalałam na zakupach z przekochaną znajomą, która nie tylko się mną zaopiekowała, to jeszcze ugościła nas z rodziną u siebie w domku. Było tak fajnie, że zostaliśmy co najmniej trzy godziny dłużej, niż pierwotnie mieliśmy to w planach.

A na deser, pojawiły się nareszcie wyniki z ostatniego egzaminu Lubego. Mój kochany kujon znowu dostał piątkę i oficjalnie zakończył aplikację radcowską!!!

Cudowny dzień... -)!

poniedziałek, 26 listopada 2012

Dzień mazgaja

Podobnie jak maj, listopad to miesiąc, w którym mamy mnóstwo okazji do świętowania. Wczoraj byliśmy na imprezce u mojej siostry, dzisiaj wybraliśmy się na urodziny do teściowej. I chyba wszechświat postanowił mnie trochę potorturować, bo mama Mojego Lubego upiekła karpatkę, czyli moje absolutnie ukochane ciasto. Nie ruszyłam oczywiście, ale nieszczęście i tak się stało. Chyba od samego patrzenia tak skoczył mi cukier, że zaliczyłam dzisiaj skuchę numer dwa. Przy trzeciej wpadce mam się natychmiast stawić u lekarza, bo mój wysoki cukier jest poważnym zagrożeniem dla Juniora.

Tak się boję, tak bardzo chciałabym, by wszystko było w porządku. Zupełnie się przez to rozkleiłam. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy zwyczajnie się rozpłakałam i wciąż nie potrafię opanować łez.

niedziela, 25 listopada 2012

Imprezka u sister

Trzynastego listopada moja siostra obchodziła okrągłe, trzydzieste urodziny. Z uwagi na liczne obowiązki służbowe jej samej, jej narzeczonego i Mojego Lubego, dopiero dzisiaj udało nam się wszystkim spotkać na urodzinowej imprezce. Cieszę się bardzo, bo ostatnio cały nasz czas, również w soboty i niedziele, podporządkowany był sesji i pracy mojego męża. Biedak nie wiedział w co ręce włożyć i bardzo był mu potrzebny wolny weekend, no a ja zawsze jestem chętna na takie wypady. Zresztą okazja zacna, towarzystwo przesympatyczne, czego chcieć więcej :-)?

Hmmm, no w sumie znalazłaby się tylko jedna rzecz – możliwość normalnego jedzenia. Po raz pierwszy w życiu musiałam wybrać się na imprezkę z własnymi zapasami i nie tknęłam nic ze stołu jubilatki. A żeby zrozumieć poświęcenie, musicie wiedzieć, że moja siostra rewelacyjnie gotuje. Chociaż słowo rewelacyjnie jest tu chyba zbyt słabe :-). Ma jakiś wrodzony, genetycznie zmutowany talent kulinarny, którego zazdroszczę jej jak diabli. Wszystko jedno, czy piecze ciasta, czy przygotowuje mięsa, potrawy zawsze rozpływają się w ustach :-). Już dawno stwierdziliśmy z Lubym, że powinna wybrać się do "MasterChefa" i na pewno długo nie musiałaby "oddawać fartucha".

Dzisiaj oczywiście nie było inaczej. Patrząc, jak Luby wcina cudownie pachnące risotto, albo na przykład polędwiczki wieprzowe, męczyłam go wciąż pytaniami w stylu: a jak to smakuje, a jak przyprawione, a jak te kurki, a ten sosik? Skoro nie mogłam ich spróbować, to chciałam chociaż o nich posłuchać. A potem wcinałam chleb o smaku gliny, zagryzając rzodkiewką.

Ale nie myślcie, że nie wydębiłam od siostry obietnicy, że dostanę przepisy na te cuda. Już nie mogę doczekać się, kiedy je wypróbuję. Ach, jak ja będę będę szaleć w kuchni... :-)!

sobota, 24 listopada 2012

Pierwsza skucha

Niestety zaliczyłam pierwszą „cukrową” wpadkę. O dziwo, miałam za niski, a nie za wysoki cukier. Wychodzi na to, że moja restrykcyjna dieta działa aż za dobrze, a wizytę kontrolną mam dopiero za tydzień. Może lekarka pozwoli mi zwiększyć porcje? Albo dorzuci mi kolejny posiłek do tych ośmiu, które muszę zjadać co dwie godziny? Mam tylko nadzieję, że przez kolejne dni nie będę miała więcej cukrowych problemów, bo boję się zastrzyków z insuliny, jak ognia.

Przykro mi trochę jest, bo tak się starałam, a tu wyszło, jak zwykle. No, ale nic, trzeba walczyć dalej. Łatwiej by mi troszkę było, gdybym tylko nie miała zabronionych wszystkich moich zwyczajowych „pocieszajek”. Nie mogę wybrać się przecież na siłownię, gdzie zwykle zostawiałam wszelkie kłopoty. Nie wolno mi wciągnąć gorącego pączusia, albo kawałka karpatki, które zawsze poprawiały mi humor. W sklepie z ciuchami też raczej nie zaszaleję. Nie mogę nawet cały dzień wylegiwać się w łóżku, bo po pierwsze ciągle jem, a po drugie bez ruchu skacze mi cukier.

Żeby sobie troszkę poprawić humor, wybrałam się więc do drogerii. I wiecie, co? Pomogło! Wyszłam wzbogacona o dwie szminki, piękne cienie do powiek, trzy lakiery do paznokci, balsam do ciała i świeczkę zapachową. Cały wieczór je oglądam i buzia mi się cieszy. Kobietki to są jednak proste w obsłudze istoty :-).

środa, 21 listopada 2012

Światowy Dzień Życzliwości

Wiedzieliście, że dzisiaj jest Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień :-)? Pomysł na to święto wywodzi się oczywiście ze Stanów Zjednoczonych i obchodzone jest już w ponad 180 krajach. Zostało ustalone w 1973 r. jako wezwanie do pokoju w odpowiedzi na wojnę Jom Kippur między Izraelem a Egiptem, ale teraz funkcjonuje bardziej jako dzień uśmiechu i miłego gestu.

Źródło: www.terazwroclaw.pl

W Polsce promocji tego święta podjął się Wrocław. I bardzo dobrze, bo nie wiem, czy istnieje drugi naród, który tak bardzo potrzebowałby przypomnienia, że uśmiech i miły gest mogą wiele zdziałać. Tyle w nas złośliwości, narzekania i antypatii... Tyle nieżyczliwości. Doświadczam tego na każdym kroku. Przechodzę teraz ciężkie chwile w przychodniach i szpitalach, gdzie toczy się prawdziwa kolejkowa wojna na noże. Pomimo tego, że za parę dni zacznę ósmy miesiąc ciąży, jeszcze nikt nigdy nie ustąpił mi miejsca w autobusie, ani nie przepuścił w kolejce do kasy.

Czy naprawdę tak trudno uśmiechnąć się do obcej osoby? Albo życzyć jej miłego dnia? Spojrzeć na świat trochę inaczej, bez tego ciągłego narzekania. Ja wiem, że jest zimno, szaro i depresyjnie, ale żeby zasłużyć na życzliwość innych, samemu trzeba się na nią zdobyć.

Dzisiaj, troszkę symbolicznie, los dał mi szansę wykazać się życzliwością. Kasjerka, myląc się w rachunku, wydała mi o 20 zł reszty za dużo. Jakże była zdziwiona i szczęśliwa, gdy powiedziałam jej o tym i zwróciłam pieniądze. Mam nadzieję, że uśmiech nie schodził jej z twarzy do końca dnia :-).

Finisz

Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, Mój Luby zda jutro ostatni egzamin i definitywnie zakończy aplikację radcowską. Cieszę się bardzo, bo była to dla niego trudna i często uciążliwa przygoda (i dla mnie troszkę też). Trzy lata cotygodniowych zajęć, praktyki w najdziwniejszych instytucjach, liczne egzaminy i niestety całkiem spora kasiorka. Mnóstwo wyrzeczeń i setki nieprzespanych nocy.

Oczywiście, nie oznacza to, że Mój Luby od razu wskoczy w togę radcy prawnego. Tak dobrze niestety nie będzie. W marcu będzie musiał jeszcze zdać ogólnopaństwowy egzamin, uprawniający do wykonywania zawodu. Ale bez względu na jego wynik, aplikację będzie miał zakończoną.

Jeszcze tylko jeden mały egzamin... :-).

wtorek, 20 listopada 2012

Ile cukru w cukrze

W związku z cukrzycą ciążową, od soboty jestem na restrykcyjnej diecie. Jem co dwie godziny malutkie porcje produktów, które nie znalazły się na długaśnej liście „rzeczy zakazanych”. Bardzo, bardzo długaśnej :-). Prawdę mówiąc, mało nie padłam, gdy zobaczyłam jadłospis, ułożony dla mnie przez dietetyczkę.

Musiałam całkowicie wyeliminować cukier i prawie zupełnie sól. Jeśli zjem żółty ser, to nie więcej niż pół plasterka dziennie. Jeśli jajka, to dwa, góra trzy w tygodniu. Jabłko wolno mi zjeść, ale tylko w postaci 6 plasterków, przed 17stą i to tylko jako dodatek do jakiejś przekąski, nigdy samego. A chleb odpowiadający wymogom diety, znalazłam dopiero w piątym sklepie. Na chwilę obecną żywię się chudą wędliną drobiową, sałatą, rzodkiewkami, surowymi pieczarkami, jogurtem naturalnym, kalafiorem i rybami. Piję praktycznie tylko wodę mineralną.

Cztery razy dziennie muszę też mierzyć glukometrem swój poziom cukru. Oprócz kontroli stanu zdrowia, ma mi to pomóc nauczyć się, jak mój organizm reaguje na poszczególne dania. W teorii, bo w praktyce, mój poziom cukru robi, co chce. Nigdy nie wiem, jakiego wyniku mogę się spodziewać. Przykładowo, jem dokładnie to samo, dokładnie o tej samej porze, a mój wynik różni się aż o 40 mg/dL. Gdy po śniadaniu kładę się jeszcze na godzinkę spać (mam ustawiony budzik, by rano zjeść o odpowiedniej porze), po przepisowej godzinie mój pomiar jest mniejszy, niż wtedy, gdy od razu zaczynam dzień, chociaż teoretycznie ruch pomaga spalać cukier. Wystarczy, że do jogurtu dodam 3 łyżeczki płatków owsianych, a nie dwie i już jest problem.

Robię to wszystko dla Juniorka, więc nie mogę narzekać. Nic nie jest dla mnie teraz ważniejsze, niż zdrowie naszego maleństwa. To potężna motywacja, by nie zgrzeszyć nawet kryształkiem cukru. Denerwuje mnie tylko to, że zupełnie nie potrafię ułożyć sobie jakiegoś schematu. Nigdy nie wiem, co pokaże mój glukometr. I drżę przy każdym pomiarze, bo wystarczą trzy złe wyniki i wyląduję z nową koleżanką – insuliną.

Mam nadzieję, że kolejne dni będą łatwiejsze. Zostało nam już tylko niewiele ponad dwa miesiące, więc trzymajcie kciuki :-)!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Pięćdziesiąt twarzy gniota

Ten post został napisany ku przestrodze. A także, w trosce o Wasze poczucie smaku i czas wolny od obowiązków domowych (tak cenny przecież, że nie warto go marnować).

Kochani, jeśli kiedykolwiek najdzie Was ochota, by sprawdzić fenomen „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E. L. James, błagam NIE RÓBCIE TEGO! Ja wiem, że to bestseller, że sprzedał się już w ponad 58 mln egzemplarzy i że prawa do ekranizacji wylicytowano za 5 milionów dolarów. Nie mam wprawdzie pojęcia, jakim cudem się to stało, ale proszę nie dajcie się na to złapać. To musiał być jakiś wirus, rozsiewany w księgarniach, by zmusić niczego nie świadomych ludzi do kupna tej konkretnej pozycji. Wymyślony przez wojsko i testowany na razie w warunkach pokojowych. Ktoś to kiedyś ujawni i wspomnicie jeszcze moje słowa :-).

Ale przechodząc do sedna. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to opowieść o niezdarnej, niewinnej i niepewnej siebie studentce Anastazji, która przypadkowo poznaje miliardera Christiana Greya i zakochuje się w nim bez pamięci. On jest oczywiście dobrze wychowany, młody i tak bajecznie przystojny, że brakuje słów na opisanie jego urody (w związku z czym autorka używa ciągle tych samych). Książka zaczyna się więc jak typowy harlequin. Okazuje się jednak, że Grey nie jest zainteresowany normalnym związkiem. On szuka kobiety, która zgodziłaby się na układ sado-maso, w którym on będzie Panem, a ona Uległą. Reguły są twarde – on może z nią robić wszystko, ona nie może go nawet dotknąć.

Nie jestem specjalnie pruderyjna, fabuła powieści miała więc dla mnie potencjał, ale co z tego, jak wszystko położył styl, w jakim została napisana. Pod względem językowym książka jest tak słaba, jak pamiętnik egzaltowanej gimnazjalistki. Ubogi, nieskładny, żenujący. Ilość stosowanych powtórzeń doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Nic tylko „o kuźwa”, „św. Barnabo”, „bogini wewnętrzna” i „rozkoszny ból w podbrzuszu”. Główna bohaterka na co drugiej stronie „bezwiednie zagryza wargę”, co niezmiennie podnieca Greya i ostatecznie doprowadza do seksu. W konsekwencji, Ana za każdym razem „rozpada się na milion kawałków”, a Grey krzyczy „poczuj to dla mnie, mała”. Brrrr, aż zęby bolą.

Czyta się to koszmarnie. I nawet nie chodzi o to, że książka nudzi. Problemem jest to, że ta książka irytuje. Chyba nie było strony, przy czytaniu której bym nie pomyślała „jakim cudem COŚ TAKIEGO stało się bestsellerem”. Nota bene, osoba odpowiadająca za promocję tej powieści, powinna dostać Nobla za zrobienie niemożliwego.

Postanowiłam opisać Wam moje odczucia, przede wszystkim ze względu na zbliżające się święta i duże prawdopodobieństwo, że ktoś z Was umieści tę pozycję w swoim liście do Św. Mikołaja, albo nie daj Boże, postanowi obdarować nią swojego bliskiego.

Gdybyście jednak się skusili, pamiętajcie – ostrzegałam :-)!

sobota, 17 listopada 2012

Piątek

Przygód z polską służbą zdrowia ciąg dalszy… Polecam, jakby ktoś szukał sposobu na zabicie czasu :-).

9.00 – otwarcie poradni diabetologicznej
9.00-9.25 – kolejka do rejestracji
9.25 – rejestracja
9.30-10.10 – kolejka do pielęgniarek
10.15-10.30 – zakładanie karty pacjenta, ważenie, mierzenie itp.
10.35-12.10 – kolejka do lekarza
12.10-12.20 – lekarz, problem z moim ZUS RMUA
12.25-12.50 – kolejka do dietetyka
12.50-13.05 – dietetyk
13.05-14.15 – wyprawa do mojego biura po nowe RMUA
14.15-14.50 – powrót do poradni, czekanie na receptę na paseczki i glukometr
14.55-15.30 – kolejka do pielęgniarek w celu szkolenia
15.30-15.45 – szkolenie z używania glukometru
16.10 – apteka
17.10 – powrót do domu.

Na szczęście prawie wszystko załatwiłam w jednym miejscu. Nawet nie chcę myśleć, ile czasu by mi zajęło, gdybym musiała krążyć między różnymi adresami :-).

piątek, 16 listopada 2012

Od Annasza do Kajfasza

Dzisiejszy dzień pokazał mi, że trzeba być niezłego zdrowia, żeby leczyć się w tym kraju :-).

Z uwagi na zdiagnozowanie u mnie cukrzycy ciążowej, dostałam skierowanie do specjalistycznej poradni diabetologicznej, w której pomoc mogą uzyskać również przyszłe mamy. Wiązało się to oczywiście z małą wyprawą, bo w naszym regionie jest tylko jedna taka przychodnia i mieści się przy szpitalu wojewódzkim. Wiedziałam, że będzie kolejka do rejestracji, ale takich tłumów, jakie tam zastałam, zdecydowanie się nie spodziewałam. Ciężarnych wprawdzie było tylko kilka, ale co z tego… Sądząc po nastrojach czekających, pewnie by nas zlinczowali, gdybyśmy próbowały zarejestrować się bez kolejki. Odczekałam więc swoje, popychana co rusz przez najróżniejszej maści mohery.

Gdy po godzinie dotarłam do okienka, okazało się, że skierowanie jakie otrzymałam od ginekologa jest „nie takie”. W związku z tym, że leczę się prywatnie, oni mnie informują, że „tu potrzeba skierowania z numerem umowy z NFZ-tem, bo wie pani, jest koniec roku, limity”, itp. itd. Na takie skierowanie przyjęliby mnie może na początku roku, ale teraz to już nie. Najlepiej więc zrobię, jeśli wybiorę się do swojego lekarza rodzinnego i „przepiszę” skierowanie na inny druczek. Wtedy mnie przyjmą, oczywiście po wcześniejszej rejestracji :-).     

Co robić? Zapakowałam tyłek w autobus i pojechałam  z powrotem do domu, modląc się w duchu, by mój rodzinny jeszcze mnie przyjął. Gdy w końcu dotarłam do przychodni, kolejna niespodzianka. Na drzwiach wisiała kartka z informacją o zmianie adresu i lakonicznymi wskazówkami, jak tam dotrzeć. Wiedziałam już, że nie zdążę wrócić do szpitala, dlatego na spokojnie ruszyłam na poszukiwania przeniesionej przychodni.

Po kolejnej godzinie siedziałam w poczekalni u lekarza rodzinnego, pełnej zasmarkanych i kaszlących dzieciaków. Dzięki Bogu, gdy doszło do mnie lekarz nie robił większych problemów z przepisaniem skierowania.

Do domu wróciłam po południu zmęczona, zła, głodna i zziębnięta. Ciekawe, czy jutro będzie równie ciekawie :-)?

czwartek, 15 listopada 2012

Wieści różne

Cukrzyca ciążowa

W światowy dzień walki z cukrzycą dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową. Powtórne badanie krzywej glukozowej wyszło jeszcze gorzej, niż poprzednie i lekarz nie mógł postawić innej diagnozy. Jeszcze wczoraj miałam nadzieję, że się wywinę, bo na cukrzycę ciążową zapada tylko ok. 3% kobiet spodziewających się dziecka, ale niestety... Nie na żarty przeraziłam się też, gdy usłyszałam o konsekwencjach nieleczonej lub źle leczonej cukrzycy. I przyznam się Wam szczerze, że trochę mnie to wszystko podłamało, ale wiem, że muszę wziąć się w garść i zacząć działać. Jutro idę do specjalistycznej poradni diabetologicznej dla kobiet w ciąży. Im szybciej zacznę leczenie, tym lepiej.

Przepuklina

Jakby przygód zdrowotnych było nam mało, wczoraj okazało się, że Mój Luby nabawił się przepukliny pachwinowej. Jedyną metodą leczenia, która może przynieść jakiś efekt, jest zabieg operacyjny. Po zakończeniu maratonu egzaminacyjno-szkoleniowego, będzie więc musiał stawić się w szpitalu. Niezła z nas parka, jak sypiemy się ze zdrowiem, to razem :-).

Prezent

Żeby nie zamęczyć Was tym moim narzekaniem, zmienię troszkę temat i pochwalę się Wam prezentem, który dostałam wczoraj od Lubego. Wiedząc, że mój stary sprzęt dożywa swoich ostatnich chwil, mój kochany mąż kupił mi pięknego, nowiusieńkiego i supernowoczesnego laptopa!!! Nie mogę się nacieszyć i wciąż go oglądam. Nareszcie nie będę musiała zapisywać swoich postów z częstotliwością co pół minuty, z obawy, że komputer zawiesi się lub po prostu wyłączy :-).

środa, 14 listopada 2012

Życzenia

Dzisiaj jest szczególny dzień. Moja siostra obchodzi okrągłe 30-ste urodziny :-)!

Młoda, z tej wspaniałej okazji, chcielibyśmy z Lubym, życzyć Ci:

Prawdziwych przyjaciół, niewyczerpanych pokładów energii, uśmiechu na co dzień, niskich podatków, pomyślnych wiatrów, błyskotliwych ripost, pozycji lidera, samych pozytywnych wibracji, niezmiennie zielonego światła, sumiennych dłużników, miejsca w Księdze Rekordów Guinnessa, niewieszającego się komputera, zasięgu w każdym miejscu, miejsca w historii, pakietu kontrolnego, zdobycia Mount Everestu, ostatniego słowa, anielskiej cierpliwości przy czytaniu tych życzeń i wszystkiego o czym tylko marzysz… :-)!

wtorek, 13 listopada 2012

Poniedziałek

Okazało się, że to nie koniec mojej przygody z glukozą. Byłam dzisiaj u lekarza z wynikami i chociaż morfologia i badanie moczu wypadło w porządku, to krzywa glukozowa już nie za bardzo. Zła jestem bardzo, bo tak dbałam o dietę... Odstawiłam na bok kulinarne eksperymenty i przeszłam na tak zdrową dietę, że każdy lekarz byłby ze mnie dumny. Zero słodyczy, tylko ciemne pieczywo, kasze, ryby i razowe makarony. Żadnych napojów gazowanych, dużo warzyw i owoców. W domu wprowadziłam mężowi mały pokarmowy terror i co? I dupa :-(. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to na śniadanie jadłabym cieplutkie, białe bułeczki, a nie to pastewne musli. W każdym razie, we wtorek lub środę muszę zrobić powtórkę z glukozowej rozrywki. Tym razem z większą dawką i dłuższym czekaniem.  

Na szczęście inne wieści mam dobre. Junior rośnie książkowo, ma już 1,2 kg i ok. 35 cm („wyciągnięty” - od główki do stópek). Solidny klusek już się z niego zrobił :-). W dodatku klusek o niezłym charakterku. Na usg nie spał, tylko wisząc głową w dół wierzgał nóżkami we wszystkie strony. Oczywiście, ani myślał pokazać mamie twarzyczki. Lekarz podchodził go z różnych stron, ja prosiłam go tylko o jeden mały rzut oka, ale nic z tego... Wtulił buźkę w ściankę macicy, rączkami zasłonił uszy i jedyne co pokazywał bez oporów, to swoje klejnoty rodzinne.

I gdy już prawie się poddaliśmy, na sekundę odwrócił się i najnormalniej w świecie pokazał nam język :-)! I jak tu się nie zakochać :-)?   


niedziela, 11 listopada 2012

Glukozowo cz. 2

No i zrobiłam w końcu te badania. Wstaliśmy z Lubym o barbarzyńskiej (jak na niedzielę) porze, czyli o siódmej rano i pojechaliśmy do szpitala. Tam z miejsca pobrali mi krew i kazali czekać, aż pielęgniarka przyjdzie do mnie z glukozą.

Przyznam się szczerze, że trochę się obawiałam reakcji mojego żołądka na to, co miałam wypić. Wszyscy dookoła, łącznie z lekarzem, nastraszyli mnie, że nie jest to przyjemne w smaku, że trzeba mocno się skoncentrować, by nie oddać tego światu z powrotem, że niektóre kobiety mdleją, itp., itd. A w związku z tym, że pierwsze mojej miesiące ciąży to były mdłości od rana do nocy, wiedziałam, że może być naprawdę kolorowo.

Kubeczek dostałam o 8.30, Mój Luby wycisnął do niego sok z całej limonki i… Niespodzianka :-)! To naprawdę było do przełknięcia! Co więcej, ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że wcale nie było takie „fuj”. Nie wiem, może to kwestia zakwaszenia sokiem z limonki, albo moich dziwacznych kubków smakowych, ale bez najmniejszego problemu wypiłam wszystko duszkiem :-). Widziałam, jak inne kobietki patrzą na mnie zaskoczone i byłam z siebie bardzo dumna. Teraz wystarczyło tylko posiedzieć godzinkę i z głowy.

Prawie natychmiast po wypiciu glukozy, obudził się nasz Maluszek. Najpierw poczułam jak rusza się energicznie, a potem zaczęło się istne bombardowanie. Mój brzuch podskakiwał we wszystkie strony, gdy kopał jak chyba nigdy przedtem :-). Śmiałam się i pojękiwałam jednocześnie. Mój mały Kliczko :-).

Młody uspokoił się po pół godzinie, a mnie ogarnęła nagle taka senność, że prawie zjechałam z krzesła. I pewnie faktycznie ucięłabym sobie drzemkę, gdyby nie to, że zobaczyłam, jak pielęgniarka bez najmniejszego problemu rejestruje na krzywą glukozową trzy babeczki. O dziewiątej rano!!!! A mnie wczoraj wypędziła z krzykiem, że kto to widział tak późno przychodzić, że trzeba być najpóźniej o ósmej, itp., itd! Cała kolejka się ze mnie śmiała. A tu, proszę bardzo! Aż się zagotowałam normalnie…!

No, ale najważniejsze, że mam to z głowy. Wieczorem odbiorę wyniki. Trzymajcie kciuki, by były w porządku!

Miłego dnia Wam życzę Kochani!!!


Glukozowo

Piątkowy wieczór. Gdy Mój Luby wrócił ze szkoleniowych wojaży, zamówiliśmy pizze i wybraliśmy się na godzinkę do znajomych. Było tak miło, że z godzinki zrobiło się kilka. Spać położyliśmy się o drugiej.

Następnego dnia miałam stawić się w szpitalu na badania. Krzywa glukozowa, mocz i morfologia. W laboratorium kazali mi przyjść po przebudzeniu, oczywiście na czczo, przynieść glukozę i limonkę. Wiedziałam, że po wypiciu tej mdłej zawiesiny, będę musiała siedzieć tam przez godzinę, więc jeszcze wieczorem wcisnęłam do torebki książkę.

Po nocnych wojażach, obudziłam się ok. dziesiątej rano. Mój Luby jeszcze smacznie spał, gdy ogarnęłam się szybko i pojechałam do szpitala. Stanęłam w kolejce do rejestracji, a gdy dotarła do mnie, usłyszałam oburzony głos:

- Pani przyszła na krzywą? Chyba pani żartuje?! Przecież jest jedenasta, a tu trzeba przyjść zaraz po przebudzeniu.

- Ale ja dopiero się obudziłam! No i jestem oczywiście na czczo – powiedziałam dumna z siebie. Co, oni nie wiedzą, że ciężarne długo śpią :-)?

Pielęgniarka znacząco spojrzała na zegarek na ścianie, kilka osób w kolejce zachichotało, a ja twardo nie ruszałam się z miejsca.

- Proszę pani, mówię pani, że jest już za późno. Badanie robimy do dziesiątej, a trochę ono trwa, więc musi tu pani być najpóźniej o ósmej. Proszę przyjść jutro! – powiedziała do mnie tonem nie znoszącym sprzeciwu.

W tym momencie przypomniały mi się siuśki, które przytachałam w torebce. Spytałam więc, czy zrobią mi chociaż mocz i morfologię, skoro już tam jestem. Oczywiście usłyszałam kolejne dobitne NIE i zostałam wyrzucona z kolejki.

Przy drzwiach zdałam sobie sprawę, że jutro jest święto narodowe i że jest ryzyko kolejnego odprawienia z kwitkiem, postanowiłam się więc wrócić i upewnić. Na mój widok pielęgniarka tylko westchnęła i nie pytana odpowiedziała:

- Tak, zrobimy pani jutro te badania, pomimo święta. Do widzenia.

W niedzielę czeka mnie więc ciąg dalszy akcji "glukoza". A co do laboratorium - mam nadzieję, że im się tam myszy zalęgną za to odmawianie ciężarnej :-)!

środa, 7 listopada 2012

Liebster Blog Award

Ale fajnie! Po raz pierwszy w całym moim "blogowym" życiu zostałam wyróżniona i zaproszona do zabawy przez innego blogera :-). Dziękuję Kobieto na cały etat :-)!



Na czym polega ta zabawa? W skrócie jest to wyróżnienie otrzymywane od innego blogera w celu wzajemnego poznania się i pochwały za dobrze wykonaną pracę na blogu :-). Otrzymują ją blogi o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje to możliwość zwiększenia liczby obserwatorów i czytelników. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób, musisz je koniecznie poinformować o tym, oraz zadać im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię  nominował.
Oto pytania od Kobiety na cały etat i moje odpowiedzi:
  1. Ile masz lat?  31 :-)
  2. Sprzątanie czy gotowanie? gotowanie
  3. Mieszkanie czy domek? domek
  4. Jaką ostatnio książkę przeczytałaś/eś? "Pięćdziesiąt twarzy Greya" E. L. James 
  5. Zdjęcia na karcie pamięci czy w albumie? zdecydowanie w albumie
  6. Ulubiona przekąska do filmu to... suszone jabłka
  7. Jakie imię nosiłabyś/nosiłbyś gdybyś był/a jednym z krasnoludków Królewny Śnieżki? Śpioszek
  8. Ostatni zakup tylko i wyłącznie w ramach poprawy nastroju to... ogrzewacz dłoni w formie malutkiego termoforka
  9. Jakie nadzienie w czekoladzie? wedlowskie - z czarnej porzeczki z gruszką
  10. Prysznic czy wanna? wanna
  11. Weekend szalony czy w domu? teraz w domku :-)
A to moja lista nominowanych blogów :-):
  1. http://lumbagomozgu.blox.pl/html
  2. http://ultrafioletowa.blox.pl/html
  3. http://nybatteri.blox.pl/html
  4. http://oliolaole.blox.pl/html
  5. http://dumkaja.blox.pl/html
  6. http://coslychacudziewczynek.blox.pl/html
  7. http://31latka.blox.pl/html
  8. http://coolinarnie.blox.pl/html
  9. http://kolorowapokrzywa.blox.pl/html
  10. http://sisterskitchen.blox.pl/html
  11. http://ginamrozek.blox.pl/html
Kochani! Jeśli chcecie pobawić się razem ze mną, a przy okazji popracować nad swoimi "statystykami", odpowiedzcie co wolicie:
  1. Kawa czy herbata?
  2. Góry czy plaża?
  3. Jabłko czy gruszka?
  4. Kryminał czy romans?
  5. Pies czy kot?
  6. E-mail czy tradycyjny list?
  7. Sms czy rozmowa przez telefon?
  8. Garbus czy audi?
  9. Schabowy czy ryba?
  10. Poranek czy wieczór?
  11. Jogging czy siłownia?
Jeszcze dzisiaj powiadomię Was o zabawie. Czekam z niecierpliwością na odpowiedzi, mam nadzieję, że wkrótce pojawią się na Waszych blogach :-). Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia!

Piąteczka i robótki domowe

Mój Luby idzie jak burza. Z dzisiejszego egzaminu dostał piątkę!!! Normalnie mu jakiś dyplom zrobię na ścianę :-).

Do definitywnego skończenia aplikacji radcowskiej został mu już tylko jeden jedyny egzamin pod koniec listopada. Teoretycznie ma więc mnóstwo czasu, by się wszystkiego nauczyć. Niestety tak pięknie nie będzie, gdyż mąż mój przyjął propozycję poprowadzenia sześciu szkoleń z zakresu zamówień publicznych. W terminach, a jakże, przedegzaminacyjnych. Pierwsze szkolenie – jutro, prawie 200 kilometrów od naszego domu.

Gdy patrzę jak Mój Luby ciężko pracuje, goniąc właściwie na trzech etatach, nie potrafię uwolnić się od wyrzutów sumienia, że siedzę w domu i nic nie robię. To znaczy robię, ale jakoś tak dużo wolniej i mniej dokładnie. Mam poczucie, że powinnam go wyręczać we wszystkich pracach domowych. Niestety, siódmy miesiąc ciąży zdecydowanie nie ułatwia mi odkurzania, czy szorowania wanny. Coraz częściej widzę, jak daleko mi do perfekcyjnej pani domu, co z kolei wpędza mnie w kolejne wyrzuty sumienia, bo zawsze byłam dumna z mojego pięknie wysprzątanego domku.

Aż strach pomyśleć, jaki chaos zapanuje w naszych czterdziestu metrach, gdy na świecie pojawi się Junior :-)?

wtorek, 6 listopada 2012

Szkolenie

Moja młodsza siostra jest farmaceutką, z czego nie ukrywam jestem niezmiernie zadowolona :-). Razem z Lubym doświadczamy samych plusów jej zawodu (chociaż zdajemy sobie sprawę, że minusów jest pewnie drugie tyle). Dzięki Młodej nasza wielka kuchenna szuflada zawsze jest pełna najróżniejszych leków, znamy wszystkie kosmetyczno-apteczne nowości, a czasami nawet uda nam się wycyganić od niej trochę próbek, które przydają się szczególnie przy okazji wyjazdów. Dla mnie jest też inny, fajny bonus - siostra zabiera mnie czasami na szkolenia dla farmaceutów, organizowane przez firmy produkujące dermo-kosmetyki.

Uwielbiam takie imprezy jak dzisiaj. Mogłabym godzinami słuchać o przeznaczeniu, składach i działaniu kosmetyków. A zaznaczam, że są to kosmetyki bardzo znanych i dobrych firm aptecznych. I prawie zawsze dostaję te kosmetyki do wypróbowania w domu (wcale nie próbki, a normalne, pełne opakowania). No i jeszcze jedna ekstra rzecz – jedzenie. Nie wiem jak to się dzieje, ale na szkoleniach dla farmaceutów serwowane obiady i przekąski są po prostu boskie. Bywałam na dziesiątkach różnych szkoleń, przez dwa lata do moich obowiązków służbowych należało nawet organizowanie szkoleń, ale nigdy i nigdzie nie jadłam tak dobrze, jak na szkoleniach, na które zabiera mnie siostra. Pychotka :-).

poniedziałek, 5 listopada 2012

U rodziców

Od kilku dni Mój Luby ostro zakuwa do egzaminu ustnego, który będzie miał we wtorek. Tematyka jak zwykle paskudna, m.in. prawo budowlane i gospodarka przestrzenna, a czasu do nauki naprawdę niewiele. Na dokładkę siedzi mu na karku żona w ciąży, która wydeptuje kilometry ścieżek, jak nie do łazienki, to do lodówki, przeszkadzając co chwila i nie pozwalając się skupić :-).

Aby dać biedakowi szansę na przyswojenie tych brzydali, prawie cały weekend spędziłam u rodziców. Zresztą korzyść z mojego wyjazdu była obustronna. Luby nadgonił naukę, a moja mama mogła nareszcie „przypilnować mnie” z jedzeniem (czytaj: podtuczyć) i nacieszyć się kopniakami swojego wnusia.

W ogóle rodzice rozpieszczali mnie niemiłosiernie. Pilnowali bym przypadkiem nie podnosiła niczego cięższego niż kostka masła, nie pozwalali mi zmywać naczyń, rozkładać łóżka, podsuwali mi miękką podusię pod plecki i w ogóle byli przekochani. Czułam się jak księżniczka :-).

Do rodziców wpadła też moja siostra i jak za prehistorycznych lat zjedliśmy w czwórkę obiad, a potem oglądaliśmy razem finał turnieju ATP w Paryżu z udziałem Jerzego Janowicza. Było bardzo fajnie i gdybym nie stęskniła się tak bardzo za moim mężusiem, zostałabym pewnie dłużej.

sobota, 3 listopada 2012

Kolejny zaliczony

Dzisiaj ogłoszono wyniki z zeszłotygodniowego egzaminu mojego męża. Nareszcie! Już od kilku dni bez przerwy odświeżałam stronę internetową okręgowej izby z nadzieją, że w końcu się pojawią. Od egzaminu minął ponad tydzień i zaczynałam się już denerwować tą ciszą. No, ale teraz mogę już oficjalnie Wam napisać, że Mój Luby zdobył piękną czwórkę! A co za tym idzie, zrobił kolejny krok do ukończenia aplikacji :-).

Jeszcze tylko dwa egzaminy i koniec sesji! A potem, na egzaminie państwowym w marcu, niech się dzieje wola nieba :-)...

piątek, 2 listopada 2012

Domowo

Gdy wszyscy odwiedzali cmentarze, ja spędziłam bardzo spokojny dzień w domku. Kocyk, książka, gorąca herbata z sokiem malinowym – tego właśnie potrzebowałam najbardziej. Maluszkowi też się chyba podobało, bo pół dnia figlował, wypychając mi brzuch na wszystkie strony. Muszę to w końcu nagrać, by za dwadzieścia lat, gdy będzie już słynnym piłkarzem Manchesteru United i będą o nim kręcić film dokumentalny, mieć dowód na to, że perfekcyjnie kopał jeszcze zanim się urodził :-).
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.