AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 19 listopada 2012

Pięćdziesiąt twarzy gniota

Ten post został napisany ku przestrodze. A także, w trosce o Wasze poczucie smaku i czas wolny od obowiązków domowych (tak cenny przecież, że nie warto go marnować).

Kochani, jeśli kiedykolwiek najdzie Was ochota, by sprawdzić fenomen „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E. L. James, błagam NIE RÓBCIE TEGO! Ja wiem, że to bestseller, że sprzedał się już w ponad 58 mln egzemplarzy i że prawa do ekranizacji wylicytowano za 5 milionów dolarów. Nie mam wprawdzie pojęcia, jakim cudem się to stało, ale proszę nie dajcie się na to złapać. To musiał być jakiś wirus, rozsiewany w księgarniach, by zmusić niczego nie świadomych ludzi do kupna tej konkretnej pozycji. Wymyślony przez wojsko i testowany na razie w warunkach pokojowych. Ktoś to kiedyś ujawni i wspomnicie jeszcze moje słowa :-).

Ale przechodząc do sedna. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to opowieść o niezdarnej, niewinnej i niepewnej siebie studentce Anastazji, która przypadkowo poznaje miliardera Christiana Greya i zakochuje się w nim bez pamięci. On jest oczywiście dobrze wychowany, młody i tak bajecznie przystojny, że brakuje słów na opisanie jego urody (w związku z czym autorka używa ciągle tych samych). Książka zaczyna się więc jak typowy harlequin. Okazuje się jednak, że Grey nie jest zainteresowany normalnym związkiem. On szuka kobiety, która zgodziłaby się na układ sado-maso, w którym on będzie Panem, a ona Uległą. Reguły są twarde – on może z nią robić wszystko, ona nie może go nawet dotknąć.

Nie jestem specjalnie pruderyjna, fabuła powieści miała więc dla mnie potencjał, ale co z tego, jak wszystko położył styl, w jakim została napisana. Pod względem językowym książka jest tak słaba, jak pamiętnik egzaltowanej gimnazjalistki. Ubogi, nieskładny, żenujący. Ilość stosowanych powtórzeń doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Nic tylko „o kuźwa”, „św. Barnabo”, „bogini wewnętrzna” i „rozkoszny ból w podbrzuszu”. Główna bohaterka na co drugiej stronie „bezwiednie zagryza wargę”, co niezmiennie podnieca Greya i ostatecznie doprowadza do seksu. W konsekwencji, Ana za każdym razem „rozpada się na milion kawałków”, a Grey krzyczy „poczuj to dla mnie, mała”. Brrrr, aż zęby bolą.

Czyta się to koszmarnie. I nawet nie chodzi o to, że książka nudzi. Problemem jest to, że ta książka irytuje. Chyba nie było strony, przy czytaniu której bym nie pomyślała „jakim cudem COŚ TAKIEGO stało się bestsellerem”. Nota bene, osoba odpowiadająca za promocję tej powieści, powinna dostać Nobla za zrobienie niemożliwego.

Postanowiłam opisać Wam moje odczucia, przede wszystkim ze względu na zbliżające się święta i duże prawdopodobieństwo, że ktoś z Was umieści tę pozycję w swoim liście do Św. Mikołaja, albo nie daj Boże, postanowi obdarować nią swojego bliskiego.

Gdybyście jednak się skusili, pamiętajcie – ostrzegałam :-)!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.