AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 31 grudnia 2012

To był wspaniały rok

Czy Was też ostatni dzień roku skłania do podsumowań? Do zatrzymania się w biegu, chwili refleksji i zadumy nad tym, co było i nad tym, co dopiero się wydarzy? I chociaż nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobić to w każdy inny dzień roku, to właśnie w Sylwestra większość z nas sięga myślami do ostatnich dwunastu miesięcy.

Ze mną jest podobnie, tym bardziej, że 2012 rok był dla mnie i dla mojej rodziny naprawdę wyjątkowy...

Największą niespodzianką, radością, ale i totalną rewolucją, jaką przyniósł nam ten rok jest niewątpliwie malutka istotka, którą od ośmiu miesięcy noszę pod serduchem. Do tej pory brak mi słów na opisanie emocji, jakie towarzyszyły mi, gdy pierwszy raz zobaczyłam na usg naszego synka i usłyszałam bicie jego serduszka. Nieznany mi wcześniej, szalony wręcz rodzaj miłości, zupełnie zawładnął moim życiem. I nie tylko moim, Mojego Lubego również. I chociaż wydawało mi się to niemożliwe, w tym roku jeszcze bardziej pokochałam mojego męża. Za jego troskę, odpowiedzialność i wyrozumiałość. Jestem pewna, że będzie wspaniałym tatą :-).

Nasz synek, nota bene pierwszy męski potomek w rodzinie mojego taty od 60 lat, nie był jednak jedyną sensacją w mojej rodzinie. Wiosną na zasłużoną emeryturę odeszła moja mama, a jesienią doczekaliśmy się zaręczyn mojej młodszej siostry! Młoda wybrała naprawdę wartościowego chłopaka i szczerze cieszę się, że już niedługo dołączy on do naszej rodzinki. Poza tym, Mój Luby oficjalnie zakończył aplikację radcowską i do uzyskania tytułu mecenasa i własnej togi brakuje mu już tylko zaliczenia państwowego egzaminu w marcu. Dumna jestem z niego nieziemsko! Generalnie więc, jak widzicie, był to rok naprawdę dobrych, rodzinnych wiadomości.

Trochę zawirowań zaliczyliśmy jedynie na tle zdrowotnym. W lutym szpital i operację odhaczyła mama Mojego Lubego, ale dzięki Bogu wszystko skończyło się dobrze. Jest teraz zdrowa jak ryba i tak pełna energii, że mogłaby nią obdzielić wszystkie swoje sąsiadki :-). Natomiast u Mojego Lubego wykryto ostatnio przepuklinę pachwinową, ale na szczęście malutką i już za parę dni pozbędzie się jej w szpitalu na dobre. A ja, chociaż czuję się wyśmienicie, od jakiegoś czasu zmagam się z cukrzycą ciążową i problemami z tarczycą. Biorę hormony, mam dietę, kilka razy dziennie kłuję się glukometrem, robię milion badań, ale wszystko to robię dla Maluszka, więc jak się domyślacie, motywację mam wystarczająco silną, by nie narzekać :-).

W tym roku zakochałam się też w Chorwacji. Prawie cały czerwiec spędziliśmy w malutkiej, rybackiej miejscowości w północnej Dalmacji i był to absolutnie magiczny urlop. Wynajęliśmy domek położony 10 metrów od morza i żyliśmy spokojnym rytmem tubylców. Już Wam o tym pisałam, ale mimo wszystko się powtórzę... Doba miała tam 48 godzin. Budziło nas słońce, pogoda rozpieszczała przez resztę dnia, a wieczorem dostawaliśmy w gratisie najpiękniejsze zachody słońca, jakie kiedykolwiek widziałam. Większość czasu spędzaliśmy pływając w ciepłym jak zupa morzu, czytając książki i spacerując po okolicy. Przy leżakach biegały kraby, w wodzie przy brzegu wylegiwały się rozgwiazdy, a któregoś dnia do naszej zatoczki zawitał delfin. Sielanka… Jestem pewna, że kiedyś tam wrócimy :-).

Mijający rok był też rokiem, w którym zdecydowanie podszkoliłam się kulinarnie. Jestem z tego bardzo dumna, bo kocham dobre jedzenie i zawsze podziwiałam osoby, potrafiące zrobić oryginalne, smakowite potrawy. Z uwagi na cukrzycę ciążową musiałam chwilowo zawiesić naukę, ale w przyszłym roku na pewno do niej powrócę. I może z racji tego, że nie mogłam poświęcić czasu gotowaniu, zajęłam się książkami. Zwolnienie lekarskie niewątpliwie mi w tym pomogło. Już dawno nie przeczytałam tylu książek, co w tym roku. I to najczęściej całymi seriami... Stieg Larsson, Camilla Lackberg, Suzanne Collins, John Grisham, Jeffrey Archer, Małgorzata Gutowska-Adamczyk i wielu, wielu innych autorów. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Maluszek pozwoli mi przeczytać chociaż jedną piątą tej kolekcji :-).

A z takich bardziej przyziemnych rzeczy... Zimą zaliczyliśmy nasz pierwszy bal prawnika. Latem świadkowałam na ślubie mojej przyjaciółki Anetki, a jesienią nasz kuzyn dotarł aż do finału jednego z talent show. Z uwagi na powiększającą się rodzinę, sprzedaliśmy też naszą srebrną toyotkę i kupiliśmy dużo większą astrę kombi. I to byłoby z grubsza wszystko... :-).

Jak widzicie, był to rok pełen wrażeń, na szczęście zdecydowanie pozytywnych... A kolejny zapowiada się jeszcze ciekawiej :-).

Kończąc, chciałabym życzyć Wam kochani, by ten Nowy Rok przyniósł Wam same radosne momenty, byście doświadczali ciepła i miłości ze strony bliskich, a w kolejnego Sylwestra mogli powiedzieć „To był naprawdę wspaniały rok”!

Myśl na dziś

Myśl na dziś:

"Jeśli kobiecie opowiada się cokolwiek pod pieczęcią absolutnej tajemnicy, jest się zwykłym sadystą".
  
Marcel Achard

niedziela, 30 grudnia 2012

Serialowy ciąg

Wykorzystując ostatnie wolne dni przed rozpoczęciem „poważnych obowiązków”, czyli opieki nad Maluszkiem (ja) i nauki do państwowego egzaminu radcowskiego (Mój Luby), wpadliśmy z mężem w prawdziwy serialowy ciąg. Nałogowo oglądamy kolejne odcinki kilku ulubionych seriali, prawie zupełnie odstawiając na bok filmy. Niejednokrotnie odbywa się to nawet kosztem naszego snu, ale co tam, warto :-).

Okazało się bowiem, że dobre, zachodnie seriale są świetną alternatywą dla kulejącego ostatnio filmu fabularnego. Co więcej, niejednokrotnie są od nich dużo, dużo ciekawsze. Jeśli więc macie ochotę obejrzeć coś „innego” i dysponujecie odrobinką czasu, zainwestujcie w dobry serial, na pewno nie będziecie żałować.

Serdecznie zapraszam na mój (bardzo subiektywny) przegląd najlepszych seriali, które oglądaliśmy w 2012 roku:

Może ze względu na nasze wykształcenie, a może z uwagi na świetną fabułę, daliśmy się ostatnio porwać serialowi „Suits”, czyli „W garniturach”. Pomysł na ten prawniczy serial był bardzo prosty. Mike Ross to młody mężczyzna bez wykształcenia, ale o absolutnie genialnej pamięci, który w wyniku kilku przypadkowych wydarzeń trafia do jednej z najlepszych kancelarii na Manhattanie. Zostaje asystentem prawnika Harvey’a Spencera i wpada w wir prawniczego świata. Świetny scenariusz, wyraziste postacie, zaskakujące sprawy, niesamowity klimat, wspaniale dobrana obsada... Obejrzeliśmy wszystkie, dostępne w sieci odcinki i z niecierpliwością czekamy na 17 stycznia, kiedy to w Stanach rozpocznie się emisja kolejnych. Jeżeli lubicie seriale o tematyce prawniczej, serdecznie Wam polecamy.

A skoro jestem już w tym klimacie, wspomnę jeszcze przy okazji o serialu „Good wife”, którego kolejne serie oglądamy z Lubym już od 2009 roku. To wielokrotnie nagradzana opowieść o żonie prokuratora stanowego, która po latach wraca do zawodu prawnika, próbując uporać się ze skandalem, jaki wywołał jej małżonek. Bardzo fajny, ciepły, ale i wciągający serial. Już trochę staroć, ale jak najbardziej godny polecenia.

Kolejną produkcją, aktualnie przez nas wałkowaną jest sensacyjno-szpiegowski serial pt. „Homeland”. Opowiada o sierżancie Nicholasie Brody’m, który po 8 latach niewoli w Iraku, zostaje odbity przez amerykańskich żołnierzy i wraca do kraju, do rodziny. Politycy, media i całe społeczeństwo widzą w nim bohatera wojennego, tylko agentka CIA Carrie Mathison, próbuje udowodnić, że jest inaczej... Zaskakujące zwroty akcji, ciekawe, takie „nieamerykańskie” podejście do tematu wojny i fajna obsada – to wszystko znajdziecie w tym serialu. Idealny na długie, zimowe wieczory :-).

I żeby nie było, że zupełnie pomijamy polski rynek serialowy, na koniec wspomnę Wam o jedynej polskiej produkcji, która w tym roku zawładnęła moim wolnym czasem :-). Chodzi o drugą serię serialu „Bez tajemnic”, której emisja zakończyła się właśnie na kanale HBO. Podobnie, jak w serii pierwszej, główną postacią serialu jest psychoterapeuta, który regularnie odbywa spotkania ze swoimi pacjentami. Losy przewijających się przez jego gabinet ludzi, przeplatają się z osobistymi problemami lekarza. Podoba mi się ten inteligentny, odważny i bardzo angażujący emocjonalnie serial. To zupełnie inna bajka, niż większość polskich produkcji. Serial naprawdę godny polecenia, mam nadzieję, że Wam również się spodoba.

A co Wy oglądaliście w minionym roku? Może moglibyście polecić coś miłośniczce seriali :-)?

piątek, 28 grudnia 2012

Czwartek

Sarna

Życie to jednak sinusoida. Ciągłe wzloty i upadki. Dobre wydarzenia przeplatają się z tymi mniej dobrymi... Mieliśmy ostatnio kilka cudnych wieści i chyba dla zachowania równowagi w przyrodzie, moja siostra miała spotkanie pierwszego stopnia z sarną. Jechała do pracy swoją yariską, gdy nieszczęsny zwierzak postanowił sprawdzić trwałość jej zderzaka. Sarna uderzyła w samochód w taki sposób, że zawinęła się na kole jak jakaś szmata. Na szczęście Młoda wyszła z tego bez większego szwanku, ale i tak najedliśmy się wszyscy strachu.

Atlas chmur

Byliśmy wczoraj z Lubym w kinie. Trochę na przekór tłumom nie wybraliśmy „Hobbita”, a „Atlas chmur” w reżyserii braci Wachowskich i Toma Tykwera. I nie żałujemy, chociaż nie jest to film, który ogląda się łatwo, szybko i przyjemnie. Po początkowym „bałaganie” w fabule, nagle wszystko zaczyna mieć swój sens. Na przykład to, że pojedyncze życie nie jest ani końcem, ani początkiem. I to, że każdy nasz uczynek ma wpływ na przyszłość. Film głęboki, trochę wzruszający, ale i trochę straszny. Generalnie polecam.

Pranie

Zrobiłam dzisiaj pranie ciuszków Juniorka. Chcę, by mięciutkie i pachnące czekały już na niego w komodzie. W sumie nie ma już na co czekać. Chodzę teraz i co chwila gapię się na suszarkę pełną śpioszków, pajacyków i czapeczek :-).

środa, 26 grudnia 2012

Świątecznie

Pomimo wielu obaw, jakie mieliśmy jeszcze miesiąc temu, udało nam się spędzić święta z naszą rodzinką. Bardzo się z tego powodu cieszę, no i doceniam, bo mogło być różnie. Święta bez bliskich, to niepełne święta... Na szczęście wszystko ułożyło się dobrze - Junior utył, wyniki badań miałam w miarę dobre, lekarz pozwolił nam wyjechać z miasta, a pogoda nie dokuczała.

Z racji tego, że Mój Luby musiał normalnie pracować, w świąteczne wojaże wyruszyliśmy dopiero wczoraj po południu. Najpierw byliśmy na wigilii u mojej teściowej, a potem wyruszyliśmy w prawie stukilometrową podróż do moich rodziców. Było cudownie i chociaż po raz pierwszy w życiu nie mogłam najeść się do syta, to magia potraw na obu wigilijnych stołach zadziałała. Przyznaję się, że niestety zgrzeszyłam i zjadłam kilka zakazanych rzeczy, ale mam nadzieję, że nasz Juniorek wybaczył mi tę małą niesubordynację. Maluszku, zapewniam Cię, że to było niezbędne dla zdrowia psychicznego mamusi i zdarzyło się tylko ten jeden jedyny raz :-).

Święty Mikołaj uznał chyba, że byłam bardzo grzeczna w tym roku, bo pospełniał wszystkie moje prezentowe marzenia. Takich cudownych prezentów nie dostałam chyba jeszcze nigdy w życiu. I tak idealnie trafionych. Jeszcze raz dziękuję za wszystko!!! Nawet Juniorek załapał się na przesłodkie buciki-halówki z najnowszej kolekcji adidasa :-).

I chociaż wciąż ciężko mi w to uwierzyć, to były nasze ostatnie święta w dotychczasowym składzie. Za rok pewien mały brzdąc będzie już ściągał rączką z choinki kolorowe bombki. Będzie dawał buziaki babciom, dziadkowi, ciociom i wujkom i oglądał swoje prezenty :-). Już za rok :-).

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt

Kochani!
W tę Wigilijną noc, niech w Waszym domowym zaciszu, przy Wigilijnym stole,
Zapanuje miłość, poczucie radości oraz zgoda,
Niech rodzinne ciepło doda Wam odwagi w nadchodzącym nowym roku,
Tak aby był jeszcze lepszy od bieżącego.

sobota, 22 grudnia 2012

Udało się!!!

Udało się!!! Akcja „tuczenie”, którą intensywnie prowadziłam przez ostatnie dni, przyniosła rezultaty. Nasz Maluszek przekroczył magiczną barierę 2 kg i waży dokładnie 2,018 kg :-)! Czyli rośnie prawidłowo :-)! Jest wprawdzie malutki, ale przy mojej cukrzycowej diecie i problemach z tarczycą trudno spodziewać się, że urodzę jakieś wielkiego kluska. Poza tym, ani ja, ani Mój Luby w momencie urodzenia nie osiągnęliśmy 3 kg, więc może to być też kwestia genów. Najważniejsze, że „przyrost” wagi jest właściwy.

Junior znowu troszkę "pociągnął ze mnie", bo przytył w ciągu pół miesiąca ok. 350-400 g, a ja tylko 250 g, ale najważniejsze, że rośnie i z każdym dniem staje się silniejszy :-). I że widmo szpitala zostało na razie oddalone.

Nawet nie wiecie, jaka jestem szczęśliwa... Takie cudowne końce świata mogłabym mieć na co dzień :-).

Ps. Co do fotek na usg, nasz Juniorek znowu pokazał, kto tu rządzi. Wprawdzie tym razem pokazał nam buźkę, ale z pięknie przytulonymi do policzków... piętami :-).

piątek, 21 grudnia 2012

Położna

Termin porodu zbliża się nieubłaganie i uznaliśmy, że czas zwiedzić porodówkę i dowiedzieć się w szpitalu o wszystkie formalności, które na nas czekają. Nie udało nam się wczoraj, bo mieli tam „akcję za akcją”, ale dzisiaj było już spokojniej i właśnie wróciliśmy z pierwszego spotkania z naszą położną.

Pomimo moich wcześniejszych obaw, pani Jowitka okazała się bardzo sympatyczną i budzącą zaufanie osobą. Taki typ korpulentnej, rzeczowej babeczki, która wali prawdę prosto w oczy i śmieje się ze sprośnych dowcipów. Jak trzeba, tupnie nogą, ale też przytuli do serca. Zdecydowaliśmy się na jej „usługi” z kilku powodów...

Po pierwsze, nasz ginekolog jest z innego szpitala, niż ten, w którym będę rodzić i pomimo tego, że nie powinno mieć to znaczenia, sami wiecie, że znaczenie jednak ma. Po drugie, jakoś od samego początku nie widziałam się w szkole rodzenia, w związku z czym potrzebowaliśmy osoby, która na spokojnie opowie nam, jak to w praktyce będzie wyglądać i poprowadzi za rękę przez cały poród. A po trzecie i ostatnie, akurat ta położna pomogła przyjść na świat kilku maluszkom z mojego otoczenia i wszystkie mamy bardzo ją chwaliły.

Mam nadzieję, że ja też się na niej nie zawiodę.

czwartek, 20 grudnia 2012

Fajny dzień

Zaczęło się od dobrych wyników hormonów tarczycy :-). Po moich ostatnich, zdrowotnych problemach, były dla mnie bardzo, bardzo miłym zaskoczeniem. A gdy endokrynolog powiedziała mi, że jej zdaniem Maluszkowi nic już od strony mojej tarczycy nie grozi, rozpłynęłam się ze szczęścia. Oczywiście do końca ciąży muszę brać hormony, ale to tak drobny szczegół, że nawet nie warto o nim wspominać :-).

Wracając do domu, pierwszy raz od bardzo dawna, nabrałam wielkiej ochoty na zakupowe szaleństwo. I to bynajmniej nie prezentowe, a moje własne, ciuchowe. Pomimo tłumów w sklepach i użerania się z kurtką w przymierzalni, było naprawdę super. Co więcej, czego bym nie przymierzyła, leżało jak ulał :-). Kto by pomyślał, że można znaleźć tyle fajnych rzeczy na ośmiomiesięczny brzuszek? I chociaż zupełnie tego nie planowałam, kupiłam dwie długie tuniko-sukienki, przepiękny lśniący sweterek i koszulę w granatową kratkę. Aaaa, i grubaśny sweter dla Mojego Lubego :-).

Ale to nie był koniec rozpieszczania mnie przez los na dwa dni przed końcem świata. Godzinę po powrocie do domku, dowiedziałam się, że wygrałam wspaniały zestaw kosmetyków w konkursie organizowanym przez jeden z urodowych blogów :-). Kosmetyków z kategorii mocno ekskluzywnych, których pewnie nigdy w życiu nie kupiłabym sobie sama. Szczęśliwa i dumna z siebie byłam tym bardziej, że zwycięzcę wyłoniono nie przez zwykłe losowanie, ale poprzez wybór najciekawszej odpowiedzi na konkursowe pytanie :-).

A na sam koniec dnia, mój kochany Luby wręczył mi, tak zupełnie bez okazji, moje ulubione perfumy. Wyobrażacie sobie?! Na pięć dni przed Gwiazdką dostać prezent bez okazji?! Czyż nie jest najwspanialszym mężem na świecie :-)?! Jest, prawda?!

To był naprawdę fajny dzień :-)!

środa, 19 grudnia 2012

Wieści różniste

Hubert

Najnowszy pomysł Mojego Lubego na imię dla Juniorka to... Hubert :-). To kolejne imię, którego nawet przez moment nie brałam pod uwagę. Ale muszę przyznać, że jakbym miała wybierać między Arturem, na którego upierał się do tej pory, a Hubertem, to faktycznie bardziej podoba mi się ta druga propozycja.

Synowa

Dzisiaj dowiedziałam się, że w maju na świat przyjdzie Zuza – moja przyszła synowa :-). Madziu, Michale – gratulujemy z całego serca!!!

Śnieg

Wiem, że mamy połowę grudnia i śnieg nie powinien mnie dziwić, ale to, co zobaczyłam dziś rano troszkę mnie zszokowało. Nasze miasteczko zostało totalnie zasypane białym puchem. Spod wielkich zasp nie było widać ani samochodów, ani płotu otaczającego osiedlowy parking.

Badania

Wczoraj byłam w szpitalu na kolejnych badaniach hormonów tarczycy. I jak zwykle ostatnio, zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Mam wrażenie, że moje wyniki to totalna ruletka. Im lepiej się czuję, tym są gorsze. I chociaż miałam odebrać je dzisiaj, to na myśl o przedzieraniu się przez zaspy, postanowiłam przełożyć to na jutro.

Prezenty

Macie już wszystkie prezenty? My już prawie finiszujemy. Został nam już właściwie tylko szwagier. W tym roku postawiliśmy na zakupy internetowe i muszę Wam powiedzieć, że jesteśmy bardzo zadowoleni. Nie wiem jak wytrzymałabym szwendanie się po sklepach w tym zakupowym szale, który ogarnął ludzi. Mam tylko nadzieję, że kurierzy dotrą do nas przed weekendem.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Popisy

Pewnie większość z Was pomyśli, że przesadzam albo mam zbyt wybujałą wyobraźnię, ale uzmysłowiłam sobie właśnie, że Juniorek, pomimo tego, że nie wykluł się jeszcze na ten świat, ma już swój własny charakterek. I to całkiem silny, po tatusiu pewnie :-).

Przykładowo, jest nocnym markiem. W dzień trochę się powierci, złapie jakąś czkawkę, parę razy kopnie, ale najczęściej śpi jak aniołek. Za to w nocy... hulaj dusza, piekła nie ma :-). W końcu ja nie śpię, to i mama spać nie będzie. Przecież najlepiej jak mama chodzi i kołysze brzuchem, wtedy mogę się ewentualnie zastanowić nad odpuszczeniem ciosów w żebra i wątrobę :-). Ale za to, jak trzeba w środku dnia pokazać się ładnie na usg, wtedy to już mamy inną historię. Wtedy się nie śpi, tylko wierzga kopytkami, chowa buzię i złości potwornie, aż serduszko zaczyna mocniej bić i pan doktor szybko kończy badanie.

Młody ma też swoje ulubione dźwięki, pozycje i smaki. Co więcej, bardzo dobitnie potrafi przekazać mi, co mu się podoba, a co nie. To, że nie znosi jak leżę na plecach, a uspokaja się, gdy przekręcę się na prawy bok, zauważyłam już dawno. Podobnie jak to, że uspokaja się przy balladach Adele i Michaela Buble, a denerwuje przy odgłosie filmowych wystrzałów. Reaguje na mój głos, a czasami (podczas uprawiania kopaniny), zamiera na chwilę, gdy usłyszy skierowany do brzucha głos Mojego Lubego :-). Od jakiegoś czasu wyraża też niezadowolenie, gdy zbyt długo trzymam ręce w górze, albo piję kwaśną herbatę z cytryną. Robi mi z brzucha Himalaje, ale natychmiast przestaje, jak tylko włączamy kamerę. Jakby miał jakiś szósty zmysł. Jest uparty i konsekwentny :-).

Mam wrażenie, że z każdym tygodniem znam go coraz lepiej, ale i tak wciąż na nowo potrafi mnie zadziwić. Otóż w ten weekend pierwszy raz zobaczyłam jak mój Maluszek popisywał się przed ciocią. Nie wiem, może to była kwestia przypadku, podobnej tonacji naszych głosów albo chwilowego ADHD – ale Młody skumulował wszystkie swoje sztuczki w dwudziestominutowym pokazie dla mojej siostry. Były i Himalaje, i morskie fale... Było chowanie się po bokach brzucha i uciekanie z powrotem do środka... wystawianie stópek i łokci. Junior kopał dokładnie w miejsca, gdzie ciocia pukała paluszkiem, reagował na jej głos. Miałam wrażenie, że się z nią zwyczajnie bawi :-). Jak myślicie, to możliwe :-)?

niedziela, 16 grudnia 2012

Zdolniacha

Doszłam do wniosku, że naprawdę zdolna ze mnie bestia. Bo sami przyznajcie, potrafilibyście zapiąć kurtkę razem z własnymi ustami? W dodatku omijając dolną wargę, a wciągając w żelazne objęcia górną? Pewnie nie... A ja potrafiłam :-)! Do tej pory nie wiem, jakim cudem, ale udało mi się to koncertowo.

Widząc w lusterku moją twarz, najpierw zamarłam w niemym szoku, potem poczułam potworny ból, a na koniec zobaczyłam tryskająca krew. Byłam tak zdziwiona, że musiało minąć dobrych parę sekund, zanim szarpnęłam zamek w dół. Nawet nie mogłam mieć za złe Mojemu Lubemu lekkiego uśmiechu na wieść o tym, co zrobiłam.

W sumie teraz to i mnie to trochę śmieszy. Przypomniała mi się kultowa scena ze "Sposobu na blondynkę", w której Ben Stiller przyciął sobie zamkiem "klejnoty rodzinne". Interweniowała policja, straż pożarna i pogotowie ratunkowe, na wiele lat przekreślając jego marzenia o szczęśliwym życiu u boku pięknej Cameron Diaz :-). Pamiętacie ten widok? Aż wstyd się przyznać, ale moje usta wyglądały bardzo podobnie :-).

Pozdrawiam!

 

piątek, 14 grudnia 2012

A gdyby tak...

„A gdyby tak wszystko magicznie odwrócić? Gdyby ludzie rodzili się tuż przed śmiercią i żyli do poczęcia. W drugą stronę. Mieliby już na początku życia tę swoją życiową mądrość, doświadczenia i cały ten przychodzący z wiekiem spokój i rozsądek. Popełniliby już te wszystkie swoje błędy, zdrady i życiowe pomyłki. Mieliby już te wszystkie blizny i zmarszczki i wszystkie wspomnienia i żyliby w drugą stronę. Ich skóra stawałaby się coraz gładsza, każdego dnia budziłaby się w nich coraz większa ciekawość, włosy byłyby coraz mniej siwe, oczy coraz bardziej błyszczące, serce coraz silniejsze i coraz bardziej otwarte na przyjmowanie nowych ciosów i nowych miłości..."

J.L. Wiśniewski

czwartek, 13 grudnia 2012

Sesja brzuszkowa

Zdjęcia to wspomnienia, które dane jest nam trzymać w dłoniach... (Adnachiel)

Fotografia to moim zdaniem jedna z najwspanialszych rzeczy wymyślonych przez człowieka. To niesamowite, że na małej kartce papieru może zmieścić się tak wiele emocji, uczuć i wzruszenia :-). Uwielbiam piękne zdjęcia i dlatego od początku ciąży marzyłam, by sprawić sobie pamiątkę w postaci sesji brzuszkowej. By w naszym rodzinnym albumie mieć chociaż kilka wyjątkowych zdjęć z okresu, gdy Maleństwo było jeszcze pod moim sercem.

Wiem, że wiele osób może uznać to za fanaberię, ale ja nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie utrwalić magii tych wspaniałych chwil... Bardzo, bardzo tego chciałam i dzisiaj udało mi się to marzenie zrealizować :-).

Zdjęcia robiliśmy w malutkim studio na drugim końcu naszego miasteczka. Troszkę się obawiałam, czy będę potrafiła pozować, jakby nie było, lekko roznegliżowana, ale na szczęście fotografka Magda zadbała o to, bym czuła się komfortowo i bezpiecznie. Poza tym, cały czas był ze mną Mój Luby, który nie tylko pomagał Magdzie ze sprzętem, ale sam również brał udział w wymyślanych przez nas ujęciach. Kocham go za to jeszcze bardziej, bo wiem, że nie jest specjalnym entuzjastą pozowania i zrobił to wyłącznie dla mnie :-).

Cała sesja przebiegła w bardzo fajnej, luźnej atmosferze. Najwięcej naśmialiśmy się, gdy próbowaliśmy ułożyć mi na brzuchu imię naszego synka z klocków scrabble. Okazało się, że nasz mały złośnik ani myśli na to pozwolić. Gdy tylko się położyłam, zaczął tak mocno kopać, że klocki wręcz fruwały dookoła :-). Nie za bardzo spodobał mu się również piękny, ręcznie robiony pas na brzuch, ale później był już grzeczny jak aniołek, nawet gdy Mój Luby robił mi głośną dmuchawą "artystyczny wiatr we włosach”.

Bardzo, bardzo mi się podobało i już nie mogę się doczekać efektów :-). Kto wie, może nawet się odważę i wrzucę Wam coś na bloga :-)?

wtorek, 11 grudnia 2012

Łóżeczko

Nasz maluszek wzbogacił się dzisiaj o łóżeczko. I niby to naturalna kolei rzeczy, w końcu będzie musiał gdzieś spać, ale ja wciąż jakoś nie mogę uwierzyć, że już niedługo w tym łóżeczku będzie leżał nasz synek :-). Nasz syn - połowa mnie i połowa Mojego Lubego. To niesamowite...

Patrząc na to łóżeczko, już nie mogę się doczekać, by móc się nachylić i nareszcie wiedzieć jak Junior wygląda, móc powąchać jego włoski, dotknąć policzka, przytulić ciepłe ciałko. Już teraz trudno opisać uczucie, jakim darzę tę maleńką istotkę. Co będzie później :-)?

niedziela, 9 grudnia 2012

Akcja tuczenie

Mam pewien nietypowy dla ciężarnych problem... nie mogę przytyć. I naprawdę nie rozumiem dlaczego. Jem co dwie godziny, wprawdzie bez cukru (cukrzyca ciążowa), ale naprawdę tłusto, tygodnie mijają, a waga stoi w miejscu jak zaklęta. Jestem w ósmym miesiącu ciąży, a nie dobiłam nawet do pięciu dodatkowych kilogramów. Co gorsze, według wagi ginekologa od ostatniej wizyty schudłam.

I pewnie myślicie sobie – a ta, jak zwykle, zamiast się cieszyć, narzeka. Problem jednak tkwi w tym, że Juniorek również przestał tyć. Wprawdzie jego waga mieści się jeszcze w normie, ale niebezpiecznie zbliża się do najniższej możliwej granicy. Lekarz właśnie mi powiedział, że jeżeli do 21 grudnia nie uda mi się go podtuczyć, będzie zmuszony położyć mnie do szpitala. Że Maluszek musi przybrać na wadze. Na moje pytanie, jak mam to zrobić, usłyszałam: jeść, jeść i jeszcze raz jeść. Polewać co się da oliwą z oliwek, leżeć, oszczędzać kalorie i tyć...

Dzisiejszy dzień spędziłam więc głównie na jedzeniu. I to nie co dwie godziny, a co półtorej. Jem tłusto, jem smacznie, balansuję na granicy maksymalnego poziomu cukru, ledwo się ruszam z przejedzenia, ale się nie poddaję... utuczę Malucha, choćby nie wiem co :-).

sobota, 8 grudnia 2012

Termin

Wszystko wskazuje na to, że zaczniemy nowy rok ze szpitalnym przytupem. Mojemu Lubemu właśnie wyznaczono termin operacji przepukliny pachwinowej. O dziwo jest on zaskakująco szybki, bo zaplanowano ją już na 4 stycznia 2013 r. W szpitalu ma się zjawić dzień wcześniej i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyjdzie do domu po 3 dniach. Potem około dwóch tygodni rekonwalescencji i wszystko powinno wrócić do normy.

Z jednej strony martwię się, bo to jednak jest zabieg operacyjny, z drugiej zaś cieszę, że nie będzie musiał dłużej męczyć się z tym diabelstwem. Oby tylko Junior nie wymyślił sobie w tym czasie akcji "oto jestem" :-). Poczekasz Maluszku, prawda?

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołajki

Odwiedził Was w tym roku św. Mikołaj? Mnie odwiedził i chyba byłam wyjątkowo grzeczna, bo dostałam dokładnie to, czego pragnęłam :-).

Od dawna czekałam na premierę najnowszej książki Jeffrey’a Archera „Za grzechy ojca”. To kontynuacja wydanej rok temu, niezwykle wciągającej powieści „Czas pokaże”. Pierwsza część kronik Clifftonów skończyła się bardzo emocjonująco i jestem naprawdę ciekawa, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Mój Mikołaj chyba wiedział, jak bardzo, bo właśnie tę książkę znalazłam rano w swoim prawym bucie :-). Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Jeśli Archer nadal pisze na tak wysokim poziomie, to czeka mnie niezwykła, pasjonująca i życiowa opowieść, od której trudno się będzie oderwać.

Lewy bucik zawierał natomiast, jedyną dostępną dla mnie, ale jakże wspaniałą rozkosz smakową – trzy tabliczki 70-procentowej gorzkiej czekolady! Jedna jest z nadzieniem wiśniowym z chilli, druga ze skórką pomarańczy, a trzecia z białym nadzieniem truflowym i sosem miętowym... Na pierwszy ogień poszła ta wiśniowa. Niebo w gębie to za mało, by powiedzieć, jak była pyszna... Aż żal, że wolno zjeść mi tylko jedną kostkę dziennie.

Jeszcze raz dziękuję mój kochany św. Mikołaju :-)!

środa, 5 grudnia 2012

Wtorkowy flash

Nawet się nie obejrzałam, a zaczął się nam ósmy miesiąc ciąży. W związku z tym uznaliśmy, że najwyższa pora umówić się na sesję brzuszkową, którą planowaliśmy od początku ciąży. W przyszłą środę uwiecznimy  naszego Juniorka u fotografa, jeszcze w wersji „pod serduchem”. Już nie mogę się doczekać efektów :-).

Idąc za ciosem, ustaliliśmy też termin wizyty „zapoznawczej” na porodówce. Nasza położna chce mieć pewność, że w godzinie „zero” nie zgubimy się w gąszczu korytarzy :-). Cieszę się, że będę miała okazję zobaczyć wszystko „na spokojnie”, porozmawiać, rozejrzeć się po oddziale. Może dzięki temu, będę czuła się chociaż troszkę pewniej?

Odkryłam dzisiaj, że w sieci są już odcinki drugiego sezonu  „Bez tajemnic”. Obejrzałam siedem pod rząd :-). I chociaż wiem, że dla wielu osób jest to przegadany, nudny, pseudopsychologiczny serial, to mnie się bardzo podoba...

Dostałam od lekarza pozwolenie na zjedzenie przed snem jednej kostki czekolady gorzkiej 70%. Nigdy nie lubiłam gorzkich czekolad, ale teraz moje podniebienie przeżywa prawdziwą kulinarną rozkosz :-).

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Dwa miesiące

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i spełnią się proroctwa naszego lekarza, dokładnie za dwa miesiące pierwszy raz przytulimy nasze Maleństwo. Cieszę się i troszkę boję jednocześnie :-).


sobota, 1 grudnia 2012

Nareszcie grudzień

Jak dobrze, że wreszcie skończył się listopad! Jakoś w tym roku wyjątkowo często mi podpadał. Przede wszystkim zdrowotnie. Na początek przyniósł mi cukrzycę ciążową i nieustający stres o poziom cukru i jego wpływ na Juniorka. U Mojego Lubego zdiagnozowano przepuklinę, którą trzeba będzie ponaprawiać w szpitalu. Mojemu tacie natomiast siadła noga - zaczął tak kuleć, że aż go kiedyś nie poznałam na ulicy.

I żeby tego wszystkiego było mało, wczoraj – chyba w ramach andrzejkowej rozrywki, okazało się, że mam niedoczyność tarczycy. Gdybym nie była w ciąży, wyniki moich badań mieściłyby się w normie, ale na chwilę obecną muszę przyjmować hormony, które wezmą w ryzy moją tarczycę. Lekarz zapewnia mnie, że nie wpłyną one na maleństwo, ale i tak trochę mnie to wszystko przytłacza. Jakim cudem z okazu zdrowia zmieniłam się w teraźniejszą siebie?

Na szczęście do domku wrócił mój mężuś i od razu zrobiło mi się raźniej. Stęskniłam się za nim bardzo. I chociaż u rodziców było naprawdę sympatycznie, to jednak nie ma to jak u siebie w domu, z ukochaną osobą.

A listopad pożegnaliśmy w kinie, oglądając w końcu najnowszego Bonda. Wiadomo, na kłopoty najlepszy jest stary, dobry 007. I sądząc po kopniakach, jakie wymierzał mi Juniorek, podobało się chyba całej naszej trójce :-).

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.