AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 31 stycznia 2013

Menu

Jakbym widziała naszego Juniora :-):

Hmm... Co by tu wybrać? Murzyński cyc, czy maminy...? Ciężki wybór...

Sesja noworodkowa

W osiemnastym dniu życia mój malutki synek wziął udział w profesjonalnej sesji fotograficznej. Na jej wykonanie umówiliśmy się w grudniu, ale wtedy myśleliśmy jeszcze, że zostaniemy rodzicami tłuściutkiego, donoszonego bobasa, a nie 2,5 kilogramowego ośmiomiesięcznego wcześniaka. Miałam więc duże wątpliwości, czy powinnam ryzykować zdrowiem maleństwa, tym bardziej, że mrozy były straszliwe, a sesja w większości odbywałaby się na golaska. Chciałam nawet wszystko odwołać, m.in. po wysłuchaniu mojej spanikowanej mamy. Ostatecznie jednak, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, postanowiłam zaufać Magdzie Sulwińskiej, naszej fotografce i uwierzyć, że wie, co robi... I na szczęście nie zawiodłam się.

Cała sesja trwała prawie pięć godzin i odbyła się w naszym domu. W nagrzanym farelką pokoju powstało mini studio, z różnorodnymi tłami, podłogami, koszami, otulaczami i czapeczkami. Magda przygotowała wszystko wcześniej tak, aby Hubert pojawił się już „na gotowe”. Podobało mi się to, że każdy kocyk, każdy przedmiot, którego dotykał, był przez nią wcześniej ogrzewany. Zresztą wszystko było ciepłe, mięciutkie, przyjazne dziecku, ale przede wszystkim bezpieczne.

W trakcie sesji Hubert był tak spokojny i zrelaksowany, że większość czasu zwyczajnie przespał. Magiczne było też to, jak poddawał się dłoniom Magdy. Nie dało się ukryć, że było mu zwyczajnie dobrze. Nawet moja mama, sceptycznie nastawiona do naszego pomysłu, zupełnie się odprężyła.

Teraz z niecierpliwością czekamy na efekty. Na razie widziałam dwa zdjęcia i muszę przyznać, że są niesamowite. I chyba nie tylko ja tak uważam, bo Magda odnotowała na swoim facebookowym profilu (klik) ponad 700 odsłon jednego z nich i to w ciągu kilku pierwszych godzin od wrzucenia go do sieci :-).

Mój cudowny Hubi :-)


Jej, jak ja nie mogę doczekać się reszty :-).

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Myśl na dziś

"Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy: cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i domagać się ze wszystkich sił tego, czego pragnie."

Paulo Coelho

sobota, 26 stycznia 2013

"Troskliwa" lekarka

Jestem Wam winna ciąg dalszy historii z pomyłką na recepcie. Pomyłką, wskutek której przez cały ósmy miesiąc ciąży brałam czterokrotnie za wysoką dawkę hormonów, regulujących pracę tarczycy. Pomyłką, która spowodowała zahamowanie wzrostu mojego maluszka i moje problemy z wagą i poziomem cukru we krwi. Jej przypadkowe odkrycie wywołało u mnie taki stres, że w efekcie w ciągu dwóch dni zostałam mamą wcześniaka. Niezorientowanych odsyłam tutaj.

Z racji tego, że przyjechałam do szpitala w trybie „pilnym” i nie było czasu na wcześniejszy wywiad lekarski, historię recepty opowiadałam lekarzom między skurczami. Widziałam kątem oka jak oglądali moje wyniki, kartę informacyjną od endokrynologa i skserowaną w aptece receptę. Później pytali mnie o tę sprawę praktycznie na każdym obchodzie. Pobierali mi krew, badali poziom hormonów, znowu kazali brać ten nieszczęsny Euthyrox, ale już w najniższej dawce. Badali też młodego, ale uprzedzili mnie, że i tak będę musiała się z nim stawić w poradni szpitala dziecięcego.

Gdy spytałam wprost, czy przedawkowanie tego leku mogło spowodować przedwczesny poród, niezmiennie słyszałam wymijające odpowiedzi, że „niekoniecznie”, „nie wiadomo”, „przyczyny mogły być różne”, itp., itd. I może faktycznie tak było, ale do myślenia dała mi jedna sprawa...

Cztery dni po porodzie zadzwoniła do mnie sąsiadka (ta, która przywiozła mnie na izbę przyjęć) i spytała, dlaczego podałam jej numer telefonu jako numer kontaktowy w poradni endokrynologicznej. Bo właśnie zadzwoniła do niej pani doktor z pytaniem, czy mnie zna i może wie, czy wybieram się na umówioną wizytę dziesiątego stycznia. Sąsiadka odpowiedziała, że leżę w szpitalu po urodzeniu dziecka i że nie wie, jakie mam plany. Na co pani doktor stwierdziła „acha, to niech jej pani powie, że powinna się zgłosić do mnie 6 tygodni po porodzie”, po czym rozłączyła się. Dla pełnej jasności dodam, że do mnie nie dzwoniła w ogóle, a telefon sąsiadki mogła mieć tylko i wyłącznie z izby przyjęć mojego szpitala (podała tam swoje dane), przy którym działa poradnia...

Pomyślcie, jak bardzo musiało palić się jej koło tyłka, że zdobyła telefon mojej sąsiadki i zadzwoniła pod takim dziwnym pretekstem. W ogóle zdarzyło się Wam kiedykolwiek, by z dużej, państwowej poradni osobiście dzwonił do Was lekarz z pytaniem, czy za dwa dni pofatygujecie się na wizytę?! Nie mówiąc już o tym, by zdobywał numer sąsiadów w trosce o Wasze zdrowie...? Jak żyję, nigdy mi się to nie zdarzyło. Zresztą, w tej poradni to nawet pielęgniarki miały pacjentów w czterech literach. Zwykła fabryka... następny, następny...

Tak więc pani doktor „czeski błąd” lekko się wystraszyła. Ten dziwaczny telefon jest tego najlepszym  dowodem. I w sumie ma czego, bo jak tylko będziemy już po badaniach Juniora, Mój Luby ma zamiar zacząć działać w tej sprawie. I chociaż wiemy, że ta kobieta i tak żadnych konsekwencji nie poniesie, to chcemy, by przynajmniej musiała się wytłumaczyć. Bo na słowo "przepraszam" nawet nie liczę.

Może to spowoduje, że następnym razem dwa razy sprawdzi, zanim da pacjentowi błędną receptę...

piątek, 25 stycznia 2013

Wielbiciel silikonów

Będąc w ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji, niż karmienie piersią naszego Juniorka. Bo to zdrowe, naturalne, z korzyściami ogromnymi dla mamy i dziecka. Bo zawsze uważałam karmienie piersią za coś cudownego i wyjątkowego.

Jednak już pierwszego dnia po porodzie okazało się, że nie jest tak kolorowo. O zatkanych cycach, koszmarze ich odkorkowywania i położnej aniele pisałam Wam już tutaj. I wprawdzie mleko w końcu z cyców popłynęło, ale problemów był ciąg dalszy, gdyż dziecię moje wzgardziło naturalnym biustem swojej mamy na rzecz silikonowych sztuczności.

W sumie nie dziwię mu się wcale. Przez pierwsze dni życia karmiony był butelką, a co za tym idzie wysiłku specjalnego w wypicie mleka wkładać nie musiał. Teraz natomiast nie dość, że dostał jakąś „końcówkę” nieznaną w dotyku, to jeszcze musiał się nieźle natrudzić, by wydobyć coś z tej dziwnej butelki przyklejonej do mamy. Poprzytulać się, pospać, ewentualnie zlizać, co samo na język spłynie, proszę bardzo. Ssać pierś, jak to dzieci zwykle z ochotą czynią, nie ma mowy. Przykładany do piersi i zmuszany delikatnie do szerszego otworzenia dzioba, wił się i krzyczał w niebogłosy, by natychmiast ucichnąć, gdy dostawał butelkę.

Dni mijały, maluch upodobań nawet nie myślał zmieniać, a do mojego szpitalnego łóżka rozpoczęły pielgrzymki położne laktacyjne. No bo jak to nie chce ssać piersi? Ssie butelkę, to i pierś będzie ssał, na bank go pani źle przystawia, ściska za mocno albo denerwuje się za bardzo, nie rozumiejąc, że to wpływ na dziecko ma ogromny. Usłyszałam nawet zawoalowaną sugestię, że jestem wygodna i pewnie nie chcę sobie biustu „popsuć”. Pierwsza spędziła z nami dwie godziny, reszta wytrzymała dużo krócej. Czego my nie próbowałyśmy? Pozycje najróżniejsze, prawo, lewo, krzyżowa, spod pachy, na leżaka, na żyrandolu... młody nic (to znaczy nic oprócz wrzasku). Stymulacja usteczek maluszka, szczypanie, masowanie, łaskotanie, pocieranie... nic. Wstrzykiwanie specyfików zachęcających bezpośrednio do buzi... nic. W końcu postawiły diagnozę, że problem tkwi w dziecku i trzeba dać mu trochę czasu.

Gdy po tygodniu wyszłam ze szpitala, Hubercik był już tak przyzwyczajony do butelki, że wszelkie moje starania z góry skazane były na porażkę. Nie wiem nawet, ile godzin przepłakałam, że ja tu proszę, z mlekiem, z cycem, a mój syn wykręca się, jakbym go z największego ohydztwa świata próbowała karmić. W końcu, w akcie totalnej desperacji, nałożyłam sobie na piersi nakładki, jakie karmiące matki kupują, gdy ich pociechy mają już zęby i maltretują sutki boleśnie. Pomyślałam, że mają kształt podobny do zakończenia smoczka i a nuż, widelec...

I wiecie, co się stało? Mój małoletni syn chwycił silikonowy sutek jak ostatnią deskę ratunku i zaczął ssać, jak oszalały. Okazało się, że moje małe europejskie sutki nie spełniały jego oczekiwań, natomiast duże, twarde, iście murzyńskie zakończenia nakładek, wręcz przeciwnie :-). Od tamtej pory minęło już półtora tygodnia. Murzyńskie suty wciąż są w użyciu, a ja musiałam pogodzić się z faktem, że mój syn od urodzenia jest wielbicielem silikonów :-).

środa, 23 stycznia 2013

Myśl na dziś

"Naj­piękniej­szych chwil w życiu nie zap­la­nujesz. One przyjdą same."  

Phil Bosmans

wtorek, 22 stycznia 2013

Kwiatki

Po wyjściu ze szpitala i opanowaniu pierwszego chaosu z naszym nowo narodzonym synkiem, Mój Luby powrócił do wkuwania na czterodniowy egzamin radcowski, który czeka go w marcu.

Aktualnie męczy kodeks cywilny, a kwiatki, jakie można w nim znaleźć, powalają mnie z nóg :-). Przykładowo art. 504 brzmi tak:

"Zajęcie wierzytelności przez osobę trzecią wyłącza umorzenie tej wierzytelności przez potrącenie tylko wtedy, gdy dłużnik stał się wierzycielem swojego wierzyciela dopiero po dokonaniu zajęcia albo gdy jego wierzytelność stała się wymagalna po tej chwili, a przy tym dopiero później aniżeli wierzytelność zajęta".

Rozumiecie coś z tego :-)???

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zatkane cyce

Mój synek jest wcześniakiem i pierwszą dobę życia spędził w inkubatorze, z dala od maminego cyca. Następnego dnia, gdy cyce były już dla niego teoretycznie dostępne, okazało się jednak, że zatkały się obustronnie i żadnego mleka nie dają. Lekarze na obchodzie stwierdzili, że nie ma co siać paniki, tylko próbować, próbować i jeszcze raz próbować, a cyce się w końcu same odkorkują. Do tego czasu maluszek miał jeść z butelki.

Godziny mijały, cyce robiły się coraz pełniejsze, laktator rozgrzewał się do czerwoności, a mleko wciąż nie płynęło. Mój synek też nie ułatwiał sprawy, bo regularnie przystawiany, darł się w niebogłosy, jakby go te cyce żywym ogniem paliły, albo co najmniej pieprzem kajeńskim były wysmarowane. I tak druga doba również zleciała pod znakiem butelki.

Następnego dnia, gdy cyce groziły już wybuchem, nad problemem pochyliła się na obchodzie sama pani ordynator. Pomacała, ponaciskała, popompowała i stwierdziła, że mleko jest i faktycznie nie leci, ale jeszcze się jednak wstrzymają z podaniem mi oksytocyny, która powinna odkręcić kranik. Dlaczego? Bo to nienaturalne, a przy laktacji należy stawiać na naturalność.

Syn mój niestety również konsekwentnie odmawiał wszelkiej współpracy, krzycząc donośnie przy każdej podejmowanej przeze mnie próbie. Pluł, krzywił się i wierzgał maleńkimi nóżkami, nie tylko nie przynosząc ulgi cycom, ale i raniąc mi serce boleśnie. Bo gdzie ta słynna więź? Gdzie ta bliskość, która nawiązuje się między matką a dzieckiem? Dlaczego mój własny syn pała miłością nie do mojego cyca, a do smoczka w butelce, którego nota bene ssie tak mocno, że pewnie zawisłby w powietrzu, gdybym go za tę butelkę do góry chciała podnieść?

Trzeciego dnia w nocy, a właściwie czwartego dnia rano, moje piersi osiągnęły już gigantyczne (jak na mnie) rozmiary i piekły mnie tak bardzo, że zalana łzami bólu, złości i rozpaczy, wpakowałam w końcu do stanika zmrożone liście kapusty. Po raz pierwszy w życiu zapłonęłam wielką miłością do warzywa :-). Ten pradawny sposób na nawał mleczny okazał się genialny, choć kranika niestety nie odkręcił. I z tą kapustą w staniku dalej karmiłam młodego butelką sztucznym pokarmem w imię „naturalnej laktacji”.

W końcu zlitowała się nade mną jedna z położnych. O czwartej rano, czwartej doby od przyjścia na świat naszego synka, po wyciśnięciu ze mnie obietnicy, że przed nikim jej nie zdradzę, po kryjomu dała mi dwa tampony nasączone oksytocyną. Zgodnie z instrukcją zapakowałam je sobie na pół godziny do nosa i jakimś magicznym sposobem korek się odetkał :-). Mleko popłynęło szerokim strumieniem, a ja poczułam tak ogromną ulgę, jakby mi ktoś w końcu zdjął z piersi rozżarzone węgle.

Czwarta rano, dwa tampony w nosie i w końcu ulga :-)

Do końca życia będę wdzięczna tej kobiecie, choć moich cyckowych problemów był ciąg dalszy. Jeśli kiedykolwiek to Pani przeczyta – jest Pani aniołem! Dziękuję raz jeszcze!

niedziela, 20 stycznia 2013

Synku

Zanim zostałeś poczęty - pragnęłam Cię,
zanim się urodziłeś - kochałam Cię,
zanim minęła pierwsza minuta Twojego życia -
byłam gotowa za Ciebie umrzeć... 

sobota, 19 stycznia 2013

Mój cud

Mój mały prywatny cud zaczął się czwartego stycznia o świcie. Tego dnia obudziłam się wyjątkowo wyspana i nie zważając na to, że jest piąta rano, postanowiłam zrobić sobie gorącą herbatkę. Byłam sama, bo Mój Luby dzień wcześniej poszedł do szpitala na operację przepukliny. W domu było tak cicho i spokojnie... Nawet do głowy mi nie przyszło, że już za pięć godzin będę przytulała do serca naszego rozkrzyczanego synka.

Około szóstej rano, poczułam w dole brzucha bardzo delikatne ćmienie. Nic specjalnego, nawet specjalnie nie zwróciłam na to uwagi. Byłam dopiero w 36 tygodniu ciąży i prędzej spodziewałabym się trzęsienia ziemi, niż porodu. Zresztą ćmienie szybko ustąpiło i mogłam wrócić do książki. Gdy po chwili poczułam je znowu, a po kilku minutach jeszcze raz, pomyślałam sobie, że to pewnie te słynne skurcze przepowiadające i zgodnie z instrukcjami położnej zrobiłam sobie długą ciepłą kąpiel. Jeśli to skurcze przepowiadające, to po kąpieli miną, jeśli nie, to czas się zbierać do szpitala. Włączyłam więc muzyczkę, nałożyłam maseczkę, ogoliłam nogi... generalnie zafundowałam sobie małe, domowe spa :-). Po wyjściu z wanny już nic nie czułam, więc zupełnie uspokojona, kończyłam toaletę.

Na 10.30 miałam umówioną wizytę u ginekologa. Zależało mi na niej bardzo, szczególnie po ostatnich wydarzeniach z pomyłką na recepcie i odkryciem, że przez ponad miesiąc brałam czterokrotnie za wysoką dawkę hormonu. Zdenerwowałam się wtedy straszliwie i bardzo chciałam upewnić się, że z dzieckiem jest wszystko w porządku. I chociaż myślałam, że  przetłumaczyłam sobie,  by dla dobra Juniorka być spokojną, gdzieś w głębi duszy dalej siedział we mnie paniczny strach o jego zdrowie.

Do lekarza miała podrzucić mnie sąsiadka. Nie dotarłyśmy tam jednak wcale. O 8mej rano poczułam pierwszy skurcz. Mocny, naprawdę mocny. Po pięciu minutach kolejny, potem kolejny. O 8.20 skurcze były już co trzy minuty. O 8.30 co dwie. Skulona na dywanie zadzwoniłam do sąsiadki, że nie jedziemy do lekarza, tylko do szpitala, i to zaraz natychmiast. Zadzwoniłam też do swojej położnej. Pięć minut później gnałyśmy przez miasto, a mnie przeszła przez głowę myśl, że nie jest dobrze, bo jeśli tak boli już na początku, to co dopiero będzie po pięciu godzinach? Jeszcze nie wiedziałam, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie.

Na izbie przyjęć już na mnie czekali. Nawet nie musiałam się przedstawiać. Podbiegli do mnie jacyś ludzie i położyli na łóżku. Pamiętam, że po szybkim badaniu położna powiedziała do kogoś „pełne rozwarcie, jedziemy natychmiast”. A do mnie: „Niech tylko pani nie prze, musimy dostać się na szóste piętro” :-).

Na porodówkę wjechałam chwilę przed dziewiątą. Byłam bardzo zaskoczona, gdy w pokoju zobaczyłam aż dziesięć osób z personelu (policzyłam pomiędzy skurczami). Wszyscy wyluzowani, cały czas żartowali. Na przykład, że mało brakowało, aby mnie taksówkarz za rękę teraz trzymał :-). Albo, że szkoda, że mój mąż operowany jest w innym szpitalu, bo by go do mnie przywieźli na wózku :-). Pamiętam też, jak wybuchnęli śmiechem, gdy spytałam o znieczulenie, przygotowując się na gorszy ból. „Dziewczyno, to już koniec, ty za minutę będziesz miała dziecko, jakie znieczulenie?” :-).

I wtedy, dokładnie o 10.00, świat się zatrzymał. Usłyszałam krzyk mojego synka, zobaczyłam maleńkie skulone ciałko, zaciśnięte piąstki, białe włoski... Wzruszenie tak ścisnęło mi gardło, że nie byłam w stanie wykrztusić z siebie nic więcej, poza cichutkie „cześć maluszku”. Pogłaskałam go po maleńkim policzku, a potem ktoś wcisnął mi do rąk nożyce i sama przecięłam pępowinę.

Hubert :-)

I tak oto spełnił się mój cud. Zostałam mamą najcudowniejszej istotki na świecie :-).


środa, 16 stycznia 2013

Wróciliśmy

Cześć Kochani! Troszkę mnie nie było, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie, tym bardziej, że mam słodkie wytłumaczenie :-). Powodem mojej nieobecności jest nasz synek Hubercik i „kinder niespodzianka”, jaką czwartego stycznia postanowił nam zafundować.

Nie zaważając na to, że zaczął dopiero dziewiąty miesiąc, ani na to, że jego tata leży w szpitalu, a mama jest w domu kompletnie sama, nasz synek postanowił sprawdzić, czy wieści o „życiu poza brzuchem” są prawdziwe :-). Jak postanowił, tak zrobił i to w dodatku w tempie kierowcy rajdowego, bo obudził mamę o piątej rano, zaczął dokuczać skurczami przed ósmą, a punkt dziesiąta krzyczał już w niebogłosy na szpitalnym oddziale.

O całej akcji, która wyglądała jak rodem wyjęta z amerykańskiego filmu, jeszcze Wam napiszę, ale na razie, obiecana fotka z naszej sesji brzuszkowej:


 Pozdrawiamy,

sobota, 5 stycznia 2013

Kochanie, witaj na świecie

Hej kochani, chciałam się tylko podzielić z Wami nowiną, że nasz synek jest już na świecie :-). Hubercik waży 2300 g i mierzy 48 cm i jest małym klonem Mojego Lubego :-). Jak tylko będę miała możliwość, napiszę coś więcej. Pozdrawiam Was serdecznie!!!

czwartek, 3 stycznia 2013

Luby w szpitalu

Odwiozłam dziś Mojego Lubego do szpitala. Biedny żuczek nabawił się przepukliny pachwinowej i musi poddać się zabiegowi operacyjnego jej usunięcia. A że za miesiąc przychodzi na świat nasze maleństwo, wspólnie uznaliśmy, że nie ma co zwlekać i trzeba to załatwić jak najszybciej. Później nie będzie na to ani siły, ani czasu.

Leży więc biedaczysko w szpitalu, a ja siedzę w domku i myślę o nim, o tej całej sprawie z pomyłką na recepcie, o naszym Juniorku i o czekającej mnie jutro wizycie u ginekologa. Tak się boję o tych moich dwóch mężczyzn... Oby jednemu lekarze pomogli, a drugiemu nie zaszkodzili...

środa, 2 stycznia 2013

Wściekła

Jestem wściekła, chociaż słowo wściekła nie oddaje w pełni moich uczuć. Mam ochotę wystrzelić w kosmos całą tą pieprzoną przychodnię diabetologiczno-endokrynologiczną i wszystkich idiotów, którzy są w niej zatrudnieni. Chce mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Dlaczego? Bo nasza polska służba zdrowia to jeden wielki koszmar. A lekarze to skrajnie nieodpowiedzialne dupki.

Jakiś czas temu stwierdzono u mnie dużo za wysoki poziom hormonu TSH. A że jestem w ostatnim trymestrze ciąży, natychmiast przepisano mi lek hormonalny o nazwie Euthyrox. Trochę bałam się tych hormonów, ale czego nie robi się dla dobra dziecka? Ba, nawet cieszyłam się, że tak dokładnie mnie przebadano i zadbano, by dzieciaczkowi nic nie zagrażało. W końcu lekarze w przychodni, znajdującej się przy szpitalu wojewódzkim i specjalizującej się w leczeniu ciężarnych, na pewno wiedzą, co robią.

Niedoczynność tarczycy była dodatkiem do cukrzycy ciążowej, która przypałętała się do mnie jeszcze wcześniej. Byłam i wciąż jestem na dość rygorystycznej diecie cukrzycowej. I cały czas martwię się, czy na pewno dobrze dobieram sobie jadłospis, czy mój cukier nie jest za wysoki, bądź za niski, czy nie jem przypadkiem za mało, albo za dużo. Generalnie, czy mój stan zdrowia nie będzie miał wpływu na Maleństwo. A gdy doszła tarczyca, podwoiłam starania, zero luzu, zero ciążowych zachcianek.

Łykałam więc codziennie rano swój hormon, pilnowałam zdrowej diety i modliłam się w duchu, by Maluszek zaczął wreszcie przybierać na wadze, bo jest taki malutki, że i mój ginekolog i położna zaczęli bić na alarm. Pomimo tego, wciąż coś było nie tak, bo Juniorek wprawdzie bardzo powolutku przybierał na wadze, ale cały czas balansował na najniższej dopuszczalnej granicy. Ja natomiast, chociażbym nie wiem, ile jadła, zamiast tyć, chudłam, co w przypadku ciąży nie jest dobrym zjawiskiem.

I gdy wczoraj odebrałam wyniki badań mojej tarczycy, z zaskoczeniem zauważyłam, że poziom hormonu TSH zmalał mi praktycznie do zera. Pomyślałam, że to pewnie oznacza, że lek nareszcie działa i że może w końcu skończą się problemy z moją i Maluszka wagą. Że tarczyca się uspokoiła i jest szansa na zmniejszenie mi dawki hormonu ze 100 µg do 75 µg, albo nawet do 50 µg.

I faktycznie, wyniki moich badań żywo zainteresowały lekarkę. Była bardzo zaskoczona, że mój organizm tak mocno zareagował na leczenie. Ale gdy spytałam, czy w związku z tym jest szansa na zmianę dawki hormonu ze 100 µg na mniejszą, spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała:

- Jak to zmniejszenie dawki ze 100 µg? Pani nie ma zapisanej dawki 100 µg, tylko 25 µg. Stu nie zapisuje się ciężarnym w takiej sytuacji jak pani, coś się pani pomyliło. O, proszę zobaczyć, w karcie ma pani wpisaną dawkę 25.

- Ale pani doktor, ja na pewno biorę dawkę 100 µg, bo taką miałam wypisaną na recepcie.

Lekarka popatrzyła na mnie jak na przygłupa, więc wyciągnęłam opakowanie z torebki i jej pokazuję, a tam jak byk dawka 100 µg. Ona wielkie oczy i mówi, że to aż niemożliwe, że musieli się w aptece pomylić, bo oni NIGDY nie przepisaliby mi takiej dawki. Gdy upierałam się, że na recepcie była dawka 100 µg (a byłam tego pewna), usłyszałam, że pani doktor O..., która wypisywała receptę, „musiała w takim razie popełnić czeski błąd i że ona będzie się musiała skonsultować z innymi lekarzami, co tu z tym fantem zrobić”.

Najpierw mnie zatkało, a potem zrobiło mi się słabo. Dotarło do mnie, że przez ponad miesiąc przyjmowałam czterokrotnie za wysoką dawkę hormonu, bo „pani doktor popełniła czeski błąd”, a jestem przecież na końcówce ciąży!

Lekarka, widząc moją reakcję, zaczęła mnie zapewniać, że „nie jest tak źle”, że ona „zaraz się skonsultuje telefonicznie z innymi lekarzami i powie mi, co zrobić”, że „na pewno dziecku nic nie jest i nie ma powodu do paniki”, po czym wyprosiła mnie na korytarz.

Wyszłam na ten korytarz, ale tak się trzęsłam, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Zadzwoniłam do Lubego, ale nie wiem, czy zrozumiał coś z mojej relacji, bo nie byłam w stanie się wysłowić. Ludzie w przychodni patrzyli na mnie, a ja krążyłam po tym korytarzu, jak po klatce, w tę i z powrotem, dopóki po 20 minutach lekarka nie zawołała mnie do gabinetu.

Najpierw poinformowała mnie, że mam zupełnie odstawić ten hormon, a potem zaczęła badać mi serce i wypytywać o wagę dziecka i moje chudnięcie. Okazało się bowiem, że przedawkowanie Euthyroxu (a w moim przypadku tak właśnie było) powoduje m.in. kołatanie serca, bóle w klatce piersiowej, spadek wagi ciała, podwyższenie ciśnienia i zaburzenia poziomu cukru we krwi. A dla ciężarnej dodatkowo możliwość przedwczesnego porodu i niską masę ciała dziecka.

Ja owszem, miałam zawroty głowy, sapałam na spacerach, było mi ciężko oddychać, chudłam, ale do głowy mi nie przyszło, że to może być wynik czterokrotnie za wysokiej dawki hormonów. Oczywiście, tej pipki, która wystawiła mi receptę, nie było dzisiaj w przychodni, ale może być pewna, że wszyscy jej przełożeni, izba lekarska, rzecznik praw pacjenta i lokalna gazeta dowiedzą się o jej „czeskim błędzie”.

Na wszelki wypadek byłam też w aptece, gdzie wykupiłam lek. Farmaceutki zrobiły mi ksero recepty z pieczątką, podpisem tej skrajnie nieodpowiedzialnej kretynki i dawką 100 µg.

Do tej pory brak mi słów, by opisać, co czuję i jak wściekła jestem... Ale czasu niestety nie cofnę...

wtorek, 1 stycznia 2013

Sylwester

Sylwestra spędziliśmy bardzo spokojnie, ciepło i rodzinnie. Było pyszne jedzenie zrobione przez moją siostrę i wystrzałowe fajerwerki, zakupione przez Mojego Lubego. Były życzenia, toasty i uściski. A przede wszystkim było mnóstwo śmiechu i życzliwości...

To chyba dobra wróżba na kolejne 12 miesięcy szczęścia, 53 tygodni radości, 8760 godzin zdrowia, 525600 minut spełnienia i 31536000 sekund miłości. Czego oczywiście i Wam z całego serca życzę :-).

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.