AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

sobota, 26 stycznia 2013

"Troskliwa" lekarka

Jestem Wam winna ciąg dalszy historii z pomyłką na recepcie. Pomyłką, wskutek której przez cały ósmy miesiąc ciąży brałam czterokrotnie za wysoką dawkę hormonów, regulujących pracę tarczycy. Pomyłką, która spowodowała zahamowanie wzrostu mojego maluszka i moje problemy z wagą i poziomem cukru we krwi. Jej przypadkowe odkrycie wywołało u mnie taki stres, że w efekcie w ciągu dwóch dni zostałam mamą wcześniaka. Niezorientowanych odsyłam tutaj.

Z racji tego, że przyjechałam do szpitala w trybie „pilnym” i nie było czasu na wcześniejszy wywiad lekarski, historię recepty opowiadałam lekarzom między skurczami. Widziałam kątem oka jak oglądali moje wyniki, kartę informacyjną od endokrynologa i skserowaną w aptece receptę. Później pytali mnie o tę sprawę praktycznie na każdym obchodzie. Pobierali mi krew, badali poziom hormonów, znowu kazali brać ten nieszczęsny Euthyrox, ale już w najniższej dawce. Badali też młodego, ale uprzedzili mnie, że i tak będę musiała się z nim stawić w poradni szpitala dziecięcego.

Gdy spytałam wprost, czy przedawkowanie tego leku mogło spowodować przedwczesny poród, niezmiennie słyszałam wymijające odpowiedzi, że „niekoniecznie”, „nie wiadomo”, „przyczyny mogły być różne”, itp., itd. I może faktycznie tak było, ale do myślenia dała mi jedna sprawa...

Cztery dni po porodzie zadzwoniła do mnie sąsiadka (ta, która przywiozła mnie na izbę przyjęć) i spytała, dlaczego podałam jej numer telefonu jako numer kontaktowy w poradni endokrynologicznej. Bo właśnie zadzwoniła do niej pani doktor z pytaniem, czy mnie zna i może wie, czy wybieram się na umówioną wizytę dziesiątego stycznia. Sąsiadka odpowiedziała, że leżę w szpitalu po urodzeniu dziecka i że nie wie, jakie mam plany. Na co pani doktor stwierdziła „acha, to niech jej pani powie, że powinna się zgłosić do mnie 6 tygodni po porodzie”, po czym rozłączyła się. Dla pełnej jasności dodam, że do mnie nie dzwoniła w ogóle, a telefon sąsiadki mogła mieć tylko i wyłącznie z izby przyjęć mojego szpitala (podała tam swoje dane), przy którym działa poradnia...

Pomyślcie, jak bardzo musiało palić się jej koło tyłka, że zdobyła telefon mojej sąsiadki i zadzwoniła pod takim dziwnym pretekstem. W ogóle zdarzyło się Wam kiedykolwiek, by z dużej, państwowej poradni osobiście dzwonił do Was lekarz z pytaniem, czy za dwa dni pofatygujecie się na wizytę?! Nie mówiąc już o tym, by zdobywał numer sąsiadów w trosce o Wasze zdrowie...? Jak żyję, nigdy mi się to nie zdarzyło. Zresztą, w tej poradni to nawet pielęgniarki miały pacjentów w czterech literach. Zwykła fabryka... następny, następny...

Tak więc pani doktor „czeski błąd” lekko się wystraszyła. Ten dziwaczny telefon jest tego najlepszym  dowodem. I w sumie ma czego, bo jak tylko będziemy już po badaniach Juniora, Mój Luby ma zamiar zacząć działać w tej sprawie. I chociaż wiemy, że ta kobieta i tak żadnych konsekwencji nie poniesie, to chcemy, by przynajmniej musiała się wytłumaczyć. Bo na słowo "przepraszam" nawet nie liczę.

Może to spowoduje, że następnym razem dwa razy sprawdzi, zanim da pacjentowi błędną receptę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.