AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

piątek, 25 stycznia 2013

Wielbiciel silikonów

Będąc w ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji, niż karmienie piersią naszego Juniorka. Bo to zdrowe, naturalne, z korzyściami ogromnymi dla mamy i dziecka. Bo zawsze uważałam karmienie piersią za coś cudownego i wyjątkowego.

Jednak już pierwszego dnia po porodzie okazało się, że nie jest tak kolorowo. O zatkanych cycach, koszmarze ich odkorkowywania i położnej aniele pisałam Wam już tutaj. I wprawdzie mleko w końcu z cyców popłynęło, ale problemów był ciąg dalszy, gdyż dziecię moje wzgardziło naturalnym biustem swojej mamy na rzecz silikonowych sztuczności.

W sumie nie dziwię mu się wcale. Przez pierwsze dni życia karmiony był butelką, a co za tym idzie wysiłku specjalnego w wypicie mleka wkładać nie musiał. Teraz natomiast nie dość, że dostał jakąś „końcówkę” nieznaną w dotyku, to jeszcze musiał się nieźle natrudzić, by wydobyć coś z tej dziwnej butelki przyklejonej do mamy. Poprzytulać się, pospać, ewentualnie zlizać, co samo na język spłynie, proszę bardzo. Ssać pierś, jak to dzieci zwykle z ochotą czynią, nie ma mowy. Przykładany do piersi i zmuszany delikatnie do szerszego otworzenia dzioba, wił się i krzyczał w niebogłosy, by natychmiast ucichnąć, gdy dostawał butelkę.

Dni mijały, maluch upodobań nawet nie myślał zmieniać, a do mojego szpitalnego łóżka rozpoczęły pielgrzymki położne laktacyjne. No bo jak to nie chce ssać piersi? Ssie butelkę, to i pierś będzie ssał, na bank go pani źle przystawia, ściska za mocno albo denerwuje się za bardzo, nie rozumiejąc, że to wpływ na dziecko ma ogromny. Usłyszałam nawet zawoalowaną sugestię, że jestem wygodna i pewnie nie chcę sobie biustu „popsuć”. Pierwsza spędziła z nami dwie godziny, reszta wytrzymała dużo krócej. Czego my nie próbowałyśmy? Pozycje najróżniejsze, prawo, lewo, krzyżowa, spod pachy, na leżaka, na żyrandolu... młody nic (to znaczy nic oprócz wrzasku). Stymulacja usteczek maluszka, szczypanie, masowanie, łaskotanie, pocieranie... nic. Wstrzykiwanie specyfików zachęcających bezpośrednio do buzi... nic. W końcu postawiły diagnozę, że problem tkwi w dziecku i trzeba dać mu trochę czasu.

Gdy po tygodniu wyszłam ze szpitala, Hubercik był już tak przyzwyczajony do butelki, że wszelkie moje starania z góry skazane były na porażkę. Nie wiem nawet, ile godzin przepłakałam, że ja tu proszę, z mlekiem, z cycem, a mój syn wykręca się, jakbym go z największego ohydztwa świata próbowała karmić. W końcu, w akcie totalnej desperacji, nałożyłam sobie na piersi nakładki, jakie karmiące matki kupują, gdy ich pociechy mają już zęby i maltretują sutki boleśnie. Pomyślałam, że mają kształt podobny do zakończenia smoczka i a nuż, widelec...

I wiecie, co się stało? Mój małoletni syn chwycił silikonowy sutek jak ostatnią deskę ratunku i zaczął ssać, jak oszalały. Okazało się, że moje małe europejskie sutki nie spełniały jego oczekiwań, natomiast duże, twarde, iście murzyńskie zakończenia nakładek, wręcz przeciwnie :-). Od tamtej pory minęło już półtora tygodnia. Murzyńskie suty wciąż są w użyciu, a ja musiałam pogodzić się z faktem, że mój syn od urodzenia jest wielbicielem silikonów :-).

1 komentarz:

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.