AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 2 stycznia 2013

Wściekła

Jestem wściekła, chociaż słowo wściekła nie oddaje w pełni moich uczuć. Mam ochotę wystrzelić w kosmos całą tą pieprzoną przychodnię diabetologiczno-endokrynologiczną i wszystkich idiotów, którzy są w niej zatrudnieni. Chce mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Dlaczego? Bo nasza polska służba zdrowia to jeden wielki koszmar. A lekarze to skrajnie nieodpowiedzialne dupki.

Jakiś czas temu stwierdzono u mnie dużo za wysoki poziom hormonu TSH. A że jestem w ostatnim trymestrze ciąży, natychmiast przepisano mi lek hormonalny o nazwie Euthyrox. Trochę bałam się tych hormonów, ale czego nie robi się dla dobra dziecka? Ba, nawet cieszyłam się, że tak dokładnie mnie przebadano i zadbano, by dzieciaczkowi nic nie zagrażało. W końcu lekarze w przychodni, znajdującej się przy szpitalu wojewódzkim i specjalizującej się w leczeniu ciężarnych, na pewno wiedzą, co robią.

Niedoczynność tarczycy była dodatkiem do cukrzycy ciążowej, która przypałętała się do mnie jeszcze wcześniej. Byłam i wciąż jestem na dość rygorystycznej diecie cukrzycowej. I cały czas martwię się, czy na pewno dobrze dobieram sobie jadłospis, czy mój cukier nie jest za wysoki, bądź za niski, czy nie jem przypadkiem za mało, albo za dużo. Generalnie, czy mój stan zdrowia nie będzie miał wpływu na Maleństwo. A gdy doszła tarczyca, podwoiłam starania, zero luzu, zero ciążowych zachcianek.

Łykałam więc codziennie rano swój hormon, pilnowałam zdrowej diety i modliłam się w duchu, by Maluszek zaczął wreszcie przybierać na wadze, bo jest taki malutki, że i mój ginekolog i położna zaczęli bić na alarm. Pomimo tego, wciąż coś było nie tak, bo Juniorek wprawdzie bardzo powolutku przybierał na wadze, ale cały czas balansował na najniższej dopuszczalnej granicy. Ja natomiast, chociażbym nie wiem, ile jadła, zamiast tyć, chudłam, co w przypadku ciąży nie jest dobrym zjawiskiem.

I gdy wczoraj odebrałam wyniki badań mojej tarczycy, z zaskoczeniem zauważyłam, że poziom hormonu TSH zmalał mi praktycznie do zera. Pomyślałam, że to pewnie oznacza, że lek nareszcie działa i że może w końcu skończą się problemy z moją i Maluszka wagą. Że tarczyca się uspokoiła i jest szansa na zmniejszenie mi dawki hormonu ze 100 µg do 75 µg, albo nawet do 50 µg.

I faktycznie, wyniki moich badań żywo zainteresowały lekarkę. Była bardzo zaskoczona, że mój organizm tak mocno zareagował na leczenie. Ale gdy spytałam, czy w związku z tym jest szansa na zmianę dawki hormonu ze 100 µg na mniejszą, spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała:

- Jak to zmniejszenie dawki ze 100 µg? Pani nie ma zapisanej dawki 100 µg, tylko 25 µg. Stu nie zapisuje się ciężarnym w takiej sytuacji jak pani, coś się pani pomyliło. O, proszę zobaczyć, w karcie ma pani wpisaną dawkę 25.

- Ale pani doktor, ja na pewno biorę dawkę 100 µg, bo taką miałam wypisaną na recepcie.

Lekarka popatrzyła na mnie jak na przygłupa, więc wyciągnęłam opakowanie z torebki i jej pokazuję, a tam jak byk dawka 100 µg. Ona wielkie oczy i mówi, że to aż niemożliwe, że musieli się w aptece pomylić, bo oni NIGDY nie przepisaliby mi takiej dawki. Gdy upierałam się, że na recepcie była dawka 100 µg (a byłam tego pewna), usłyszałam, że pani doktor O..., która wypisywała receptę, „musiała w takim razie popełnić czeski błąd i że ona będzie się musiała skonsultować z innymi lekarzami, co tu z tym fantem zrobić”.

Najpierw mnie zatkało, a potem zrobiło mi się słabo. Dotarło do mnie, że przez ponad miesiąc przyjmowałam czterokrotnie za wysoką dawkę hormonu, bo „pani doktor popełniła czeski błąd”, a jestem przecież na końcówce ciąży!

Lekarka, widząc moją reakcję, zaczęła mnie zapewniać, że „nie jest tak źle”, że ona „zaraz się skonsultuje telefonicznie z innymi lekarzami i powie mi, co zrobić”, że „na pewno dziecku nic nie jest i nie ma powodu do paniki”, po czym wyprosiła mnie na korytarz.

Wyszłam na ten korytarz, ale tak się trzęsłam, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Zadzwoniłam do Lubego, ale nie wiem, czy zrozumiał coś z mojej relacji, bo nie byłam w stanie się wysłowić. Ludzie w przychodni patrzyli na mnie, a ja krążyłam po tym korytarzu, jak po klatce, w tę i z powrotem, dopóki po 20 minutach lekarka nie zawołała mnie do gabinetu.

Najpierw poinformowała mnie, że mam zupełnie odstawić ten hormon, a potem zaczęła badać mi serce i wypytywać o wagę dziecka i moje chudnięcie. Okazało się bowiem, że przedawkowanie Euthyroxu (a w moim przypadku tak właśnie było) powoduje m.in. kołatanie serca, bóle w klatce piersiowej, spadek wagi ciała, podwyższenie ciśnienia i zaburzenia poziomu cukru we krwi. A dla ciężarnej dodatkowo możliwość przedwczesnego porodu i niską masę ciała dziecka.

Ja owszem, miałam zawroty głowy, sapałam na spacerach, było mi ciężko oddychać, chudłam, ale do głowy mi nie przyszło, że to może być wynik czterokrotnie za wysokiej dawki hormonów. Oczywiście, tej pipki, która wystawiła mi receptę, nie było dzisiaj w przychodni, ale może być pewna, że wszyscy jej przełożeni, izba lekarska, rzecznik praw pacjenta i lokalna gazeta dowiedzą się o jej „czeskim błędzie”.

Na wszelki wypadek byłam też w aptece, gdzie wykupiłam lek. Farmaceutki zrobiły mi ksero recepty z pieczątką, podpisem tej skrajnie nieodpowiedzialnej kretynki i dawką 100 µg.

Do tej pory brak mi słów, by opisać, co czuję i jak wściekła jestem... Ale czasu niestety nie cofnę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.