AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zatkane cyce

Mój synek jest wcześniakiem i pierwszą dobę życia spędził w inkubatorze, z dala od maminego cyca. Następnego dnia, gdy cyce były już dla niego teoretycznie dostępne, okazało się jednak, że zatkały się obustronnie i żadnego mleka nie dają. Lekarze na obchodzie stwierdzili, że nie ma co siać paniki, tylko próbować, próbować i jeszcze raz próbować, a cyce się w końcu same odkorkują. Do tego czasu maluszek miał jeść z butelki.

Godziny mijały, cyce robiły się coraz pełniejsze, laktator rozgrzewał się do czerwoności, a mleko wciąż nie płynęło. Mój synek też nie ułatwiał sprawy, bo regularnie przystawiany, darł się w niebogłosy, jakby go te cyce żywym ogniem paliły, albo co najmniej pieprzem kajeńskim były wysmarowane. I tak druga doba również zleciała pod znakiem butelki.

Następnego dnia, gdy cyce groziły już wybuchem, nad problemem pochyliła się na obchodzie sama pani ordynator. Pomacała, ponaciskała, popompowała i stwierdziła, że mleko jest i faktycznie nie leci, ale jeszcze się jednak wstrzymają z podaniem mi oksytocyny, która powinna odkręcić kranik. Dlaczego? Bo to nienaturalne, a przy laktacji należy stawiać na naturalność.

Syn mój niestety również konsekwentnie odmawiał wszelkiej współpracy, krzycząc donośnie przy każdej podejmowanej przeze mnie próbie. Pluł, krzywił się i wierzgał maleńkimi nóżkami, nie tylko nie przynosząc ulgi cycom, ale i raniąc mi serce boleśnie. Bo gdzie ta słynna więź? Gdzie ta bliskość, która nawiązuje się między matką a dzieckiem? Dlaczego mój własny syn pała miłością nie do mojego cyca, a do smoczka w butelce, którego nota bene ssie tak mocno, że pewnie zawisłby w powietrzu, gdybym go za tę butelkę do góry chciała podnieść?

Trzeciego dnia w nocy, a właściwie czwartego dnia rano, moje piersi osiągnęły już gigantyczne (jak na mnie) rozmiary i piekły mnie tak bardzo, że zalana łzami bólu, złości i rozpaczy, wpakowałam w końcu do stanika zmrożone liście kapusty. Po raz pierwszy w życiu zapłonęłam wielką miłością do warzywa :-). Ten pradawny sposób na nawał mleczny okazał się genialny, choć kranika niestety nie odkręcił. I z tą kapustą w staniku dalej karmiłam młodego butelką sztucznym pokarmem w imię „naturalnej laktacji”.

W końcu zlitowała się nade mną jedna z położnych. O czwartej rano, czwartej doby od przyjścia na świat naszego synka, po wyciśnięciu ze mnie obietnicy, że przed nikim jej nie zdradzę, po kryjomu dała mi dwa tampony nasączone oksytocyną. Zgodnie z instrukcją zapakowałam je sobie na pół godziny do nosa i jakimś magicznym sposobem korek się odetkał :-). Mleko popłynęło szerokim strumieniem, a ja poczułam tak ogromną ulgę, jakby mi ktoś w końcu zdjął z piersi rozżarzone węgle.

Czwarta rano, dwa tampony w nosie i w końcu ulga :-)

Do końca życia będę wdzięczna tej kobiecie, choć moich cyckowych problemów był ciąg dalszy. Jeśli kiedykolwiek to Pani przeczyta – jest Pani aniołem! Dziękuję raz jeszcze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.