AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

piątek, 29 marca 2013

Powroty

Nie było mnie tu troszkę, wiem i przepraszam. Mój Luby wziął parę dni wolnego i zrobiliśmy sobie długi, (prawie) leniwy weekend. Po raz pierwszy od trzech miesięcy spędziliśmy razem tyle dni. Żadnej nauki, żadnych wyjazdów, żadnych ludzi dookoła. Tylko my i nasz Hubercik. Mój mąż nie mógł się nim nacieszyć. Ja nie mogłam się nacieszyć nimi oboma.

Tak dobrze jest być znowu w domu. I chociaż moi rodzice bardzo nam pomogli i jestem im bardzo wdzięczna, to jednak było mi ciężko z dala od naszego mieszkanka i Lubego. Na szczęście mamy już za sobą egzaminy radcowskie i nasze życie wróciło do normalności. No, może z tą normalnością troszkę przesadziłam, bo jest teraz z nami Hubert, ale prawie :-).

Ostatni dzień egzaminów obejmował prawo administracyjne i gospodarcze. Mój Luby był z niego najmniej zadowolony, ale mam nadzieję, że będzie dobrze. Wyniki mają być 30 kwietnia. Teraz pozostało nam tylko czekać i liczyć ewentualnie na jakieś przecieki. Nieoficjalnie wiemy już, że ma zdany pierwszy dzień egzaminu – test wiedzy z całości. Może coś się uda dowiedzieć również co do reszty.

Jeszcze raz dziękuję Wam za trzymanie kciuków i ciepłe myśli!

piątek, 22 marca 2013

Moi dzielni mężczyźni

Mój Luby ma już za sobą trzeci dzień egzaminu radcowskiego. Przez sześć godzin pisał apelację z prawa cywilnego. Jest "w miarę zadowolony", więc powinno być ok :-). Jutro ostatni dzień tego maratonu, więc jeszcze raz proszę Was o trzymanie kciuków :-).

Dzisiejszego dnia emocje zafundował mi również mój drugi mężczyzna. Hubertowi udało się bowiem, po raz pierwszy w jego prawie trzymiesięcznym życiu, samodzielnie przeturlać z pleców na boczek :-). Cieszę się, że pomimo swojego wcześniactwa i malutkiej wagi, rozwija się tak szybko.

Jestem z Was naprawdę dumna moi panowie :-)!

czwartek, 21 marca 2013

Różności

Egzaminy

Dwa dni egzaminów radcowskich już za nami. Jak na razie Mój Luby jest zadowolony, także kciuki zadziałały. Dziękuję Wam kochani za pamięć i pozytywne fluidy :-)! Zostały mu jeszcze dwa dni. Jutro zdaje prawo cywilne, a w piątek administracyjne i gospodarcze. Będę Was na bieżąco informować. Mam nadzieję, że dalej będziecie z nami myślami, za co z góry dziękuję!

Nocki

Maluszek nareszcie wyregulował sobie nocną porę snu i karmienia. Od dwóch dni budzi mnie z dokładnością szwajcarskiego zegarka o 0.20, 4.20 i 6.15. Je sobie spokojnie, odbija jak stary chłop, a potem grzecznie zasypia :-). W trakcie karmienia potrafi oderwać się od cyca, pośmiać się całą buzią przez minutę, po czym wrócić do jedzenia. Jestem w nim coraz bardziej zakochana :-).

Pasje

Wycwaniłam się ostatnio i te długie godziny, jakie spędzam na karmieniu Młodego, wykorzystuję na nadrabianie zaległości kinowych. Oglądam filmy na laptopie w dwudziesto-trzydziestominutowych fragmentach, w zależności od apetytu mojego małego żarłoczka. W ten sposób obejrzałam już „Życie Pi”, „Annę Kareninę”, „Poradnik pozytywnego myślenia” i „Niemożliwe”. Tak mi tego brakowało... Uwielbiam dobre kino, zawsze uważnie śledziłam filmowe premiery, bardzo często chodziliśmy też z Lubym do kina. Ostatnie trzy miesiące natomiast, to była prawdziwa posucha. Nie mam pojęcia, dlaczego tak późno na to wpadłam :-).

wtorek, 19 marca 2013

Trzymajcie kciuki!

Kochani! Wszystkie ręce na pokład! A konkretnie wszystkie kciuki! Po wielu miesiącach bardzo intensywnej nauki, nieprzespanych nocach i hektolitrach wypitej kawy, Mój Luby dotarł do końca swojej edukacyjnej drogi.

Jutro rozpoczyna się czterodniowy egzamin radcowski. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że odbywa się on na zakończenie aplikacji radcowskiej, a jego zaliczenie pozwala przyoblec się w togę i nosić zaszczytne miano „mecenasa”. Mój Luby pierwszego dnia będzie zdawał test z tak zwanej „całości”. Drugiego dnia dostanie „do rozwiązania” sprawę z prawa karnego, trzeciego dnia – z prawa cywilnego, a na koniec czeka go prawo administracyjne i gospodarcze.

To, że jest to egzamin trudny, to za mało powiedziane. To najbardziej paskudny, stresujący i wymagający egzamin, o jakim słyszałam i jaki Mój Luby mógł sobie zafundować. Widziałam jednak, ile pracy i czasu włożył w przygotowanie się do niego, dlatego wierzę, że będzie dobrze.

Tylko „z przezorności procesowej” :-), czyli na wszelki wypadek, będzie miał w kieszeni marynarki amulet od Huberta, czyli jego opaskę ze szpitala. Różową, bo niebieskich akurat nie mieli na porodówce, gdy młody się rodził :-).

Bardzo Was proszę - trzymajcie kciuki!

Ps. ange761 - kciuki trzymamy również za Ciebie!!!

poniedziałek, 18 marca 2013

Stare fotografie

Robiąc porządki w szafie znalazłam kilka starych fotografii, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Nie są to zdjęcia nikogo z moich przodków. Szczerze mówiąc nie mam nawet pojęcia, kto na nich jest. Spadły mi z nieba, dosłownie. Pamiętam, że stałam wczesnym rankiem na przystanku autobusowym, gdy jesienny wiatr przywiał je wprost pod moje nogi. Był 12 października 2005 roku. Dookoła żywego ducha. Zaciekawiona podniosłam jedno ze zdjęć z ziemi i aż mnie ciarki przeszły, gdy zobaczyłam datę - 12 października 1925 r. Od tej na fotografii minęło dokładnie 80 lat. Co do dnia! Szybko sięgnęłam po resztę. Wyglądały na bardzo stare. Na odwrocie widniała pieczęć zakładu fotograficznego z Wilna. Byłam coraz bardziej zaintrygowana. Co one robiły na ulicy?

Dziwne to wszystko. Te zdjęcia przetrwały wojnę i przebyły pół tysiąca kilometrów, by po 80 latach trafić pod moje nogi. Do tej pory zastanawiam się, skąd one się tam wzięły. Nie chce mi się wierzyć, że ktoś mógłby po prostu wyrzucić taką pamiątkę. Może wypadły komuś z niesionej pod ramieniem książki? Nie wiem... Pamiętam, że dość długo próbowałam odnaleźć właściciela tych zdjęć, ale to jeszcze nie były czasy facebooka i wszechmocnego internetu. Ogłoszenie na przystanku i w lokalnej gazecie nic nie dało. Może teraz spróbuję ponownie?






W każdym razie kochani, jeżeli na tych zdjęciach poznajecie swoich przodków, albo widzieliście już kiedyś te zdjęcia, napiszcie proszę do mnie na adres: bigosstud@op.pl. Będę bardzo wdzięczna. Pozdrawiam serdecznie!

sobota, 16 marca 2013

Cud

Kochani, stał się najprawdziwszy cud! Moje dziecię spało dziś w nocy od 22.30 do 3.30! A potem od 4.15 do 6.30! I jeszcze od 7.00 do 9.30!!! Biorąc pod uwagę, że do tej pory budził się w nocy z częstotliwością co półtorej godziny, a w ostatnich „zakatarzonych” tygodniach – co pół godziny, noc taka jak dzisiejsza, jest dla mnie prawdziwym cudem :-). Po raz pierwszy odkąd się urodził, naprawdę się wyspałam.

Wyspane dziecko i wyspana mama zaowocowały spokojnym, radosnym dniem, podczas którego Hubert obdarzał wszystko i wszystkich bezzębnym uśmiechem. Nareszcie zadziałały antybiotyki. Nie męczy go katar, wreszcie normalnie je, obyło się bez wielogodzinnego płaczu. Tak bardzo się cieszę, bo byłam już na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Mam nadzieję, że to nie chwilowa poprawa i że nasze życie trochę się uspokoi. Pozdrawiam Was ciepło!

środa, 13 marca 2013

Wspomnień czar

Choróbska

Nareszcie wróciłam do świata żywych. Chorowanie w trakcie karmienia piersią, przy braku możliwości zażywania lekarstw, jest naprawdę nieprzyjemne. Gdy dochodzi do tego jeszcze chore maleństwo, sytuacja jest już skrajnie nieprzyjemna. Na szczęście udało mi się stanąć na nogi i mogłam znów 100% sił poświęcić na kurowanie Huberta.

W związku z tym, że okropny, męczący katar wciąż mu nie mijał, ponownie wylądowaliśmy u pediatry. I tak, jak się spodziewałam skończyło się na antybiotykach. Lekarz stwierdził, że nie można dłużej ryzykować, że katar zejdzie Młodemu na oskrzela, bądź uszy. Antybiotyki przyjmuje od wczoraj i już widzę delikatną poprawę. Mam nadzieję, że w końcu pozbędziemy się tego paskudztwa. Już nie mogę patrzeć, jak moje dziewięciotygodniowe dziecko płacze, nie mogąc w nocy złapać oddechu, jak męczy się przy karmieniu, jak ucieka buzią na sam widok fridy...

Urodziny

Gdy wszyscy świętowali dzień kobiet, ja obchodziłam swoje 32 urodziny. I po raz pierwszy w życiu nie poświęciłam tego dnia nawet sekundy na refleksję nad mijającym czasem. Bo i po co? Moi dwaj mężczyźni nadają sens mojemu życiu. Jestem po prostu szczęśliwa. Tu i teraz. Nic bym nie zmieniła, nie chcę niczego więcej.

Historia naszej rodziny

Sentyment natomiast dopadł moich rodziców. Siedzieliśmy sobie ostatnio przy herbatce i od słowa do słowa temat rozmowy zszedł na naszych przodków. Tata zaczął wspominać, jak babcia wysyłała go z kaneczką po piwo i jak później próbowali je z bratem podebrać :-). Opowiadał też jak jego mama otworzyła pasmanterię i o tym, że oprócz materiałów i guzików, sprzedawała cukierki, które miała w wielkich szklanych słojach. Żałował, że nie spisał dokładnie opowieści o tym, jak we wrześniu 1939 roku jego mama, wraz ze swoim pierwszym mężem i dwójką maleńkich dzieci uciekała w rodzinne strony. Pierwszy mąż babci był ciężko ranny. Z zawodu był policjantem i miał przy sobie broń. Niemcy karali to wówczas śmiercią przez rozstrzelanie. Po drodze zatrzymali się na nocleg u jakichś ludzi i właśnie wtedy przyszli Niemcy. Znaleźli broń, ale zlitowali się i nie odebrali im życia.

Takich historii jest mnóstwo, niestety dziadkowie już nie żyją i jedynym ich źródłem są teraz moi rodzice.

Dlaczego Wam o tym piszę? A dlatego, że w moje ręce wpadł przedwczoraj album „Historia naszej rodziny. Wspomnienia dziadków”. Pięknie wydana książka, z miejscem na fotografie, pamiątki i zapisanie najcenniejszych wspomnień. Autorzy zadają naprawdę fajne, inspirujące pytania, które ułatwiają stworzenie rodzinnego albumu. Moim zdaniem doskonały prezent od dziadków dla wnuków.  Kupiłam i dzisiaj spędziłam dzień z mamą, spisując wspomnienia o jej dziadkach, rodzicach, dzieciństwie i o tym, jak poznała mojego tatę. Potem zrobię to samo z tatą.


Hubert będzie miał wspaniałą pamiątkę :-).

piątek, 8 marca 2013

Stópki po raz trzeci i ostatni

Dalej walczymy z chorobami, dlatego dzisiaj krótko i na temat. Oto trzecia, ostatnia już odsłona stópek mojego szkraba:

środa, 6 marca 2013

Wykład

Znalezione na facebooku :-):

"Na jednej z uniwersyteckich auli, profesor filozofii stanął przed swoimi studentami i położył przed sobą kilka przedmiotów.

Kiedy zaczęły się zajęcia, wziął spory słoik i wypełnił go po brzegi dużymi kamieniami. Potem zapytał studentów, czy ich zdaniem słój jest pełny, oni zaś potwierdzili.

Wtedy profesor wziął pudełko żwiru, wsypał do słoika i lekko potrząsnął. Żwir oczywiście stoczył się w wolną przestrzeń między kamieniami. Profesor ponownie zapytał studentów, czy słoik jest pełny, a oni z uśmiechem przytaknęli.

Następnie profesor wziął pudełko piasku i wsypał go, potrząsając słojem. W ten sposób piasek wypełnił pozostałą jeszcze wolną przestrzeń. Ostatni raz zapytał się studentów czy ich zdaniem słój jest pełen. Wszyscy chórem odpowiedzieli, że tak..

W końcu profesor wyjął spod biurka dwa piwa. Otworzył je i wlał sprawnie do słoika.

„Teraz” – powiedział profesor, chciałbym byście przyjrzeli się dokładnie temu słojowi. Przedstawia on Wasze życie...

Kamienie – to ważne rzeczy w życiu: Wasza rodzina, Wasza druga połowa, Wasze dzieci, Wasze zdrowie, Wasza życiowa Pasja. Gdyby nie było wszystkiego innego, Wasze życie i tak byłoby wypełnione.

Żwir – to inne, mniej ważne rzeczy: praca, pieniądze, mieszkanie albo samochód.

Piasek symbolizuje rzeczy mało ważne i często bezwartościowe.

Jeżeli najpierw napełnicie słój piaskiem, nie będzie już miejsca na żwir, a tym bardziej na kamienie.

Dlatego jeśli nie włożymy kamieni jako pierwszych, później nie będzie to możliwe..

Tak jest też w życiu..
Jeśli poświęcicie całą Waszą energię na drobne rzeczy, nie będziecie jej mieli na rzeczy istotne.

Dlatego ważne jest, by zadać sobie pytanie: co stanowi kamienie w moim życiu? Następnie włożyć je jako pierwsze do słoja i dbać o nie. Zostanie Wam jeszcze dość czasu na inne sprawy.

Dlatego spędzajcie czas z rodzicami i Waszymi rodzinami. Odwiedzajcie dziadków, zabierzcie dziewczynę na obiad.
Zważajcie przede wszystkim na kamienie – one są tym, co się naprawdę liczy. Reszta to piasek.” – powiedział profesor.

W pewnym momencie, jedna ze studentek podniosła rękę i zapytała się co oznaczało piwo.

Profesor uśmiechnął się i odpowiedział: „Cieszę się, że o to spytałaś. Piwo, mówi nam to, że bez względu na to jak zapełnione może wydawać się nam nasze życie, to zawsze powinno być w nim miejsce na kilka piw w gronie przyjaciół...
"

tłum. maciejjacob dla „The Human Experience – Poland."
Zródło: Temprell Nothingham Jewelry Store


Gardło

Jak nie urok, to ... gardło. Hubert na szczęście czuje się lepiej, ale tym razem rozłożyłam się ja. Tak boli mnie gardło, że mam wrażenie, jakby ktoś zainstalował mi w nim kaktusa. Piecze, pali, boli... szkoda gadać. Małego karmię i przewijam w maseczce higienicznej, modląc się, by się ode mnie nie zaraził.

Nie mam pojęcia, jakim cudem się to do mnie przypałętało. Fakt, byłam i wciąż jestem zmęczona i niewyspana, ale nie miałam kontaktu z żadnymi chorymi osobami (oprócz własnego syna). Skąd tu nagle taki paskudny ból gardła? Myślicie, że może to być od intensywnego, dwudniowego odciągania kataru fridą?

wtorek, 5 marca 2013

Katar

Swoją dwumiesięcznicę Hubert uczcił wielkim katarem i wizytą u pediatry. Cały dzień ma tak założony nosek, że zamiast oddychać, charczy jak traktor. Od rana nie mógł jeść, ani spać. Nie pomagało odciąganie, noszenie w pozycji pionowej, maść majerankowa, ani inne domowe sposoby. Był wykończony, podobnie zresztą jak i jego mama. Na szczęście katar nie zszedł na gardełko i oskrzela, a kropelki i inhalacja już trochę pomogły. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

Ps. Przy okazji wizyty u lekarza, Młody wylądował na wadze i okazało się, że waży dokładnie 4 kg :-)!

poniedziałek, 4 marca 2013

Podsumowanie tygodnia

No i masz, nie wyrobiłam się z podsumowaniem tygodnia na niedzielny wieczór. Cały dzień zabierałam się do napisania postu i ciągle coś mi wypadało. W dodatku mój mały terrorysta postanowił sprawdzić, jak długo można wytrzymać bez spania :-). Od rana zaliczył tylko dwie drzemki po 15 minut, a biorąc pod uwagę, że ma osiem tygodni był to wyczyn ekstremalny. Potwornie zmęczony marudził praktycznie cały dzień, za żadne skarby świata nie dając się uspać. Na szczęście o 21szej w końcu padł, a ja wraz z nim.

Ale wracając do mojego podsumowania... Miniony tydzień był tygodniem dwóch wspaniałych „pierwszych razów”. Hubert zaliczył pierwszy głośny śmiech oraz pierwszy spacer. Ze względu na jego wcześniactwo i mroźną pogodę, lekarze długo nie pozwalali nam wyjść na zewnątrz. Nie ukrywam, że trochę mnie to dobijało, bo dwa miesiące praktycznie non-stop spędzane w czterech ścianach powodowały, że zaczynałam powoli dziczeć :-). No, ale w końcu się doczekałam i w czwartkowy, słoneczny poranek wyjechaliśmy Hubercikową furą, strzelić kilka rundek dookoła osiedla. Było cuuudownie, tym bardziej, że młody natychmiast usnął snem kamiennym, co w jego przypadku jest czymś niezwykłym. Zresztą następnego dnia było podobnie. Mam nadzieję, że zdrowie Juniora i pogoda nadal pozwolą mi uskuteczniać codzienne spacery.


W minionym tygodniu przyjechała też do nas mama Mojego Lubego. Nie widziała Młodego od dnia jego narodzin, ale w końcu udało jej się przyjechać do wnusia. Trochę martwiłam się, co powie na moją małą marudę, ale Hubert strzelił popis i od samego rana pozował na słodką dzidzię :-). Prawie całą wizytę babci przespał na jej rękach, a ja się zastanawiałam, kto mi podmienił dziecko :-).

W sprawach nie-Hubercikowych też się trochę działo.

Mój Luby jest już na finiszu nauki do radcowskiego egzaminu końcowego. Kilka dni temu dostał informację o godzinie, miejscu i grupie, z którą będzie go zdawał. Dniami i nocami praktycznie nie wychodzi z książek, a presja czasu jest coraz większa. Wiem, że sobie poradzi, ale i tak chciałabym, by już było po wszystkim.

Co jeszcze? Moja siostra wybrała nareszcie suknię ślubną - piękną, zwiewną, kojarzącą mi się z letnią mgiełką. Na obchód salonów ślubnych pojechała z mamą i siostrą swojego narzeczonego. Ja niestety nie mogłam w tym uczestniczyć, ale oglądając zdjęcia sukni wiem, że też bym ją na nią namawiała.

Kolejnym newsem jest też ciąża mojej przyjaciółki Anetki. Zadzwoniła do mnie z tą wiadomością w poniedziałek. I chociaż wiedziałam, że od jakiegoś czasu starają się o dziecko, to i tak była to niezła niespodzianka. Tak się cieszę, tym bardziej, że nasze maluszki będą z tego samego rocznika!

To było fajne siedem dni. Mam nadzieję, że kolejne przyniosą mi równie dużo pozytywnych emocji. Do usłyszenia (napisania) niedługo :-)!

Miłego tygodnia kochani!

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.