AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 30 maja 2013

Pozdrawiamy weekendowo!


Pięknej pogody życzymy Wam kochani :-)! Pozdrawiamy weekendowo :-)!

Maluchowe trendy

Zaglądacie czasami na dziecięce blogi modowej? Ja odkryłam je niedawno i wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Fantastyczne zdjęcia, rozkoszne dzieciaki, oryginalne i modne ciuszki... Aż się oczy cieszą na widok tych maluszków. No i człowiek (w sensie ja :-)) uzmysławia sobie, że można dziecko ubrać dużo mniej infantylnie, niż proponują to znane sieciówki. Bez tych stosów falbanek, cekinów, misiów i piesków. Mniej infantylnie, ale wciąż ładnie, wygodnie i z pomysłem.

Blogi z modą dziecięcą oglądam najczęściej w środku nocy, karmiąc Hubiego. A że moje dziecię lubi się spokojnie podelektować jedzeniem, mam czas obskoczyć kilka ulubionych :-). Potem zwykle zasnąć nie mogę, bo zastanawiam się, gdzie by tu znaleźć dresowe spodnie z obniżonym krokiem w rozmiarze 68, czy koszulkę z wywalonym językiem Rolling Stones’ów :-). Na szczęście wszechmocne allegro, komisy i second handy przychodzą mi z pomocą i mogę wyżyć się twórczo na moim biednym synu. Ostatnio upolowałam rewelacyjną kurteczkę w stylu american college na sześciomiesięcznego bobasa :-). Hubi wygląda w niej jak milion dolarów :-).

Modowych blogów dziecięcych jest w internecie mnóstwo. Wiele z nich niestety nie jest wartych cennego czasu zajętej miliardem ważniejszych spraw mamy. Ale jeśli jesteście zainteresowani mogę z czystym sumieniem polecić Wam tych kilka adresów:

http://szafeczka.com/ - moja absolutna faworytka. Patrząc na Nikolę aż nabieram ochoty na córę :-).

Miłego oglądania i pozdrawiam Was cieplutko!

niedziela, 26 maja 2013

Mojemu Lubemu

Kochanie, z okazji Twoich urodzin, chcielibyśmy z Hubim życzyć Ci...

...spokojnego snu
i radosnego przebudzenia;
...abyś czasami mógł sobie pozwolić na to,
czego od dawna pragnąłeś,
a nie tylko na to, co musi Ci wystarczyć;
...tylu dobrych wspomnień, abyś dzięki nim
mógł przetrwać złe chwile;
...wiosny - tego zachwytu,
który ciągle przerasta Twoje oczekiwania;
...tej radości, gdy twarz Hubiego
rozjaśnia się na Twój widok,
albo gdy dostrzegasz swoją ukochaną (:-))
na końcu peronu;
...radości myślenia, ostrości spojrzenia,
triumfu zrozumienia
i satysfakcji tworzenia;

...abyś znalazł przy nas szczęście,
na które zasługujesz.


sobota, 25 maja 2013

Piątek wypunktowany

- no i skończyło się antybiotykami. Choróbsko trzymało się mnie tak długo i wytrwale, że dzisiaj wylądowałam po raz drugi u lekarza. Dostałam antybiotyki, które według lekarza mogą brać kobietki karmiące, a według ulotki absolutnie nie powinny. Nie wiem teraz, co zrobić... Brać i odstawić Hubiego, czy karmić go pomimo wszystko...?

- zrobiliśmy dzisiaj drugie podejście do zupki marchewkowej Huberta. Tym razem to ja go trzymałam, ale karmił Mój Luby. Spryciarz zastosował stary jak świat sposób „na samolocik” i cała porcja marchewki wylądowała pięknie w brzuszku uśmiechniętego Hubiego :-). Kto by pomyślał, że tak malutkie dziecko zainteresuje się już tą zabawą?

- mamy dzisiaj z Lubym pewną małą okazję i muszę się Wam pochwalić, że dostałam cudny prezencik :-). Jeśli Hubi nam pozwoli, spędzimy zaraz wspólny, spokojny wieczór, oglądając jakiś fajny filmik. A jutro ciąg dalszy świętowania, bo Mój Luby ma urodziny :-).

- no i jeszcze jeden malutki news – zostanę ciocią :-)! Moja świadkowa Anetka spodziewa się córeczki :-)! Gratuluję kochana!!!

piątek, 24 maja 2013

Marchewka

Jak ten czas szybko mija... Mam wrażenie, że wczoraj opisywałam Wam drugą turę szczepień Hubiego, a tu proszę, zaszczepiliśmy go już po raz trzeci. Na szczęście Maluszek był baaaardzo dzielny. Dużo bardziej zresztą niż jego mama, która stchórzyła i do gabinetu wysłała go z Tatusiem :-). Hubi płakał oczywiście, nawet bardzo, ale już po kilku godzinach ponownie rozsyłał swoje słodkie uśmiechy. Mój mały bohater. Tak się cieszę, że następnym razem czeka go już tylko jeden zastrzyk...

No i hit dnia! Na wizycie przedszczepiennej pediatra poleciła nam rozszerzyć dietę Hubiego o zupkę z marchewki, ziemniaczka i kapki oleju rzepakowego. Dzisiaj był więc ten wielki "pierwszy raz". Aż żałuję, że nie mogliście tego zobaczyć – Hubi zaskoczony nowym smakiem zrobił ogromne oczy, a potem cały umorusany krzywił się i wił jakby przełykał sok z cytryny :-). W wielkich mordęgach zjadł maciupkie trzy łyżeczki, a potem rozpłakał się rozżalony, że tak perfidnie go oszukaliśmy. On tu liczył na ciepłe mleczko, a dostał jakąś pomarańczową papkę :-). A że charakterny też nasz synek, aferka trwała prawie godzinę :-). Ciekawe, czy jutro będzie troszkę lepiej? A jak to było u Waszych szkrabów?


Pozdrawiam marchewkowo!

wtorek, 21 maja 2013

Wpis chorobowy

Przepraszam za dłuższą przerwę na blogu, ale dopadły nas ostatnio choróbska najróżniejsze i sił jakoś na pisanie zabrakło. Właściwie to nie nas, a mnie konkretnie, bo Mój Luby i Hubi czują się, na szczęście, znakomicie.

Pierwsze symptomy nadciągającego przeziębienia miałam już w sobotę, ale zignorowałam je zupełnie. Mieliśmy mieć z Lubym pierwsze wychodne od chwili narodzin Hubiego i tak się cieszyłam na to wyjście, że na mały ból gardła prawie nie zwróciłam uwagi. I chociaż podczas imprezki sprawdzałam telefon jakieś czterysta razy martwiąc się, czy u Hubiego i pilnującej go mojej mamy wszystko ok, to i tak było bardzo, bardzo fajnie. Na szczęście Maluszek błogo przespał całą naszą nieobecność i nie musieliśmy wracać na sygnale do domu.

W niedzielę „Hubi słodki bobas” zmienił się w „Hubiego marudę stulecia” i tak dał nam popalić, że pod koniec dnia ledwo żyliśmy z wyczerpania. I im bardziej on się wściekał, płakał i denerwował swędzącymi dziąsełkami, tym gorzej czułam się i ja. Najpierw myślałam, że to ze zmęczenia, potem okazało się, że mam gorączkę, sztylety w gardle i gęsty, paskudny katar. Przez chrypę prawie straciłam głos. Czaszka pękała mi z bólu. Z godziny na godzinę było tylko gorzej. A domowe sposoby leczenia nie przynosiły żadnego skutku.

Żeby było weselej, z niedzieli na poniedziałek dostałam nagle zastoju mleka w piersi i o trzeciej w nocy płakałam z bólu na dywaniku w łazience. Nie mam pojęcia, co się stało. Fakt, Hubi coraz rzadziej budzi się w nocy, w związku z tym rzadziej go też w nocy karmię, ale do tej pory nie miałam większych problemów z nadmiarem. Byłam przekonana, że wszystko samo się uregulowało. Niestety, nie pomógł ani laktator, ani Hubi, ani ciepłe okłady i delikatne masaże. Dopiero kupiona o świcie kapusta.

Rano czułam się jak przeżuta, wypluta i podeptana. Nie bolały mnie już chyba tylko palce u stóp. Luby poszedł do pracy, a ja wzięłam Hubiego do siebie do łóżka i próbowałam jakoś przetrwać dzień. Udało mi się to tylko dzięki mojej mamie. Gdy zobaczyła mnie na skypie, od razu wsiadła w pociąg i przyjechała. Została u nas do wieczora. Mogłam się w końcu przespać i troszkę odpocząć. Wrócił też Mój Luby, także wieczorkiem czułam się już dużo lepiej.

Dzisiaj rano wylądowałam jednak u lekarza. Stwierdził, że oprócz wypisania recepty na paracetamol i krople do nosa, nic nie może dla mnie zrobić z uwagi na to, że karmię. Na antybiotyk jest według niego za wcześnie, bo „jeszcze” nie mam zajętych oskrzeli i płuc. Mam tylko jak najwięcej leżeć, a na spacery z dzieckiem wysyłać męża. Jeśli do piątku mi nie przejdzie, wtedy mam przyjść do niego ponownie.

Tak więc chodzę po domu w szaliku (bo leżeć przy Hubim zwyczajnie się nie da), piję herbatki z miodem i co pięć minut myję ręce, by nie zarazić synka. Sterta prasowania rośnie w oczach, spodnie Lubego leżą nieodebrane u krawcowej, podobnie jak wywołane zdjęcia u fotografa, mam do wysłania dwie paczki, do kupienia dwa prezenty, jutro jest termin kolejnego szczepienia Hubiego, powinnam oddać pościel do magla i zrobić milion innych rzeczy, ale zwyczajnie nie mam siły...

Prześlijcie mi kochani trochę ciepłych fluidów, bo są mi teraz bardzo potrzebne :-).

Nie całuję, bo zarażam :-)! Do napisania :-)!

sobota, 18 maja 2013

Hubi's news

Ku mojej wielkiej radości, Hubi rośnie jak na drożdżach. Ma cztery i pół miesiąca, a waży już prawie 6,5 kg! Pewnie pomyślicie, że nie ma się czym chwalić, ale dla mnie każdy dodatkowy gram to powód do szczęścia. Młody jest wcześniakiem, startował od 2,3 kg, więc cieszę się, że tak ładnie nadgania rówieśników urodzonych w terminie.

Zresztą potwierdziła nam to ostatnio neonatolog. Pochwaliła, że silny, że pięknie trzyma główkę, że jest wesoły i towarzyski. Fakt, że Hubi był tego dnia w doskonałym nastroju. Nie złościł się o położenie na brzuszku i co chwila obdarzał lekarkę swoim najrozkoszniejszym uśmiechem. Generalnie wizyta przebiegła sto razy lepiej niż ta sprzed dwóch miesięcy. Wtedy usłyszałam, że dziecko jest za chude i że powinnam się zastanowić nad doradcą laktacyjnym. A potem dostałam wizytówkę koleżanki lekarki, która za „drobną opłatą” pokaże mi, co i jak. Nieźle się wkurzyłam...

Byliśmy też z Młodym na kolejnym pobraniu krwi do badania hormonów tarczycy FT3, FT4. Ciągnie się wciąż za nami ta sprawa omyłkowego przepisania mi w ciąży czterokrotnie za wysokiej dawki hormonów (pisałam o tym tu). Na szczęście, wygląda na to, że Hubi ma zdrową tarczycę. Dzięki Bogu, bo bym chyba utłukła tę pseudo lekarkę, przez którą urodziłam dziecko przed terminem.

A ze spraw nie-medycznych zaliczyliśmy właśnie pierwsze turlanie :-). W trakcie porannych figli nastąpiła nagle szybka akcja - plecki, boczek, brzuszek... Hubi był chyba jeszcze bardziej zdziwiony niż my :-). Ale spodobało mu się i namiętnie próbuje turlanie powtarzać. Wiem, że chwalę się, jak każda matka zwariowana na punkcie swojego dziecka, ale to takie cudowne uczucie widzieć, jak nasze dziecko się rozwija... :-).

poniedziałek, 13 maja 2013

Odparzenie

Ja nie wiem, to jakiś pech normalnie. Czy Wam też się tak zdarza, że piękna, zadbana pupa Waszego maleństwa dorabia się nagle odparzenia dokładnie dzień przed wizytą kontrolną u lekarza? Bez żadnych znaków ostrzegawczych, żadnego zaczerwienienia, tak po prostu. I chociaż wcześniej mogłaby grać w reklamie kosmetyków do pielęgnacji niemowląt, to pediatra zobaczy zupełnie co innego. Już drugi raz nam się to przytrafia...

Ech, pewnie znowu dostanę dyskretny (ale jednak) wykład na temat prawidłowego mycia, osuszania i kremowania pupy dziecka. I znowu poczuję się jakbym zaniedbywała pielęgnację synka. Oczywiście, jak to zwykle bywa, dwa dni później pupka Hubiego będzie piękna i różowa... aż do następnej wizyty u lekarza.

Listy do mojej córeczki

- Te listy, Prunelle, zacząłem pisać w pociągu. Miałaś zaledwie pięć miesięcy i uśmiech aniołka. Wielkimi, tak ufnymi oczami spojrzałaś nagle w moje. Zdumiało mnie natężenie, z jakim na mnie patrzyłaś. Przez te dwie, trzy sekundy, długie jak wieczność, widziałem w twoim wzroku pytanie: „Tatusiu, powiedz…”  Tak to właśnie się zaczęło. (...)

Pamiętam, że gdy przeczytałam tę małą książeczkę pierwszy raz, byłam nią absolutnie oczarowana. Ciepła, wzruszająca, mądra... Niestety nie należała do mnie. „Listy do mojej córeczki” Alain Ayache, bo o niej mowa, stały się moją małą obsesją. Przez długie miesiące przynajmniej raz w tygodniu zaglądałam na allegro, by sprawdzić, czy się pojawiła. Zachodziłam do każdego antykwariatu, sprawdzałam księgarnie internetowe. I ciągle nic.

Bardzo chciałam mieć ten zbiór złotych myśli i rad, napisanych w formie listów ojca do córki, trochę w stylu Paulo Coelho. Krótkie porady poruszają najważniejsze, życiowe sprawy, z którymi bez wątpienia zetknie się w przyszłości każde dziecko. Miłość, śmierć, porażka, praca, przyjaciele i wiele, wiele innych... I chociaż momentami są trochę przesłodzone i nie ze wszystkimi się zgadzam, to i tak czyta się je bardzo, bardzo przyjemnie.

Dlaczego piszę Wam o tej książce? A dlatego, że po kilku latach posuchy, udało mi się właśnie zdobyć aż dwa jej egzemplarze. Nie są nowe, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Liczy się treść, którą odkrywam na nowo. Zresztą teraz, gdy zostałam mamą, nabrała dla mnie zupełnie nowego znaczenia. No i zmusiła do zastanowienia, jakie wartości sama przekażę mojemu dziecku. Naprawdę bardzo serdecznie Wam ją polecam.

Ja jeden egzemplarz „Listów” zachowam dla siebie i Hubiego, a drugi powędruje do pewnej młodej damy, która lada moment przyjdzie na ten świat :-).

piątek, 10 maja 2013

Chusta

Jakbyście jeszcze miesiąc temu spytali mnie, czy będę nosić Hubiego w chuście, zaprzeczyłabym kategorycznie. Ostatnio zarzekałam się nawet koleżance, że „ja to nigdy przenigdy”. Nie dość, że kosztują jakieś masakryczne pieniądze, to jeszcze nie mam do nich zaufania. A co, jak chusta się poluźni i dziecko wypadnie? Co z jego noskiem, nie udusi się? A kręgosłup? Poza tym kobietki, które nosiły swoje dzieci w chustach, od zawsze kojarzyły mi się ze zwariowanymi ekolożkami :-). Wiecie, takimi, które przywiązują się do drzewa, czy przenoszą żaby na drugą stronę ulicy. W sumie nie wiem dlaczego... :-).

Jednak, gdy zobaczyłam w moim ulubionym lumpku nowiusieńką chustę elastyczną, zapakowaną jeszcze w oryginalne opakowanie, w oszałamiającej cenie 15 złotych, nawet się nie zastanawiałam :-). Pomyślałam, że spróbuję, a jak mi się nie spodoba, sprzedam ją z dobrym zyskiem na allegro.

Chusta przeleżała dwa tygodnie w szafie, aż w końcu obejrzałam na Youtubie kilka filmików instruktażowych i zabrałam się do wiązania. Wszystko okazało się mało skomplikowane, bardzo solidne, a Hubi szybko zaakceptował nowy sposób noszenia. Już się nie bałam, że mi się dziecko wyśliźnie. Poczytałam też trochę, zarówno o plusach, jak i minusach chusty. Okazuje się, że temat budzi wiele kontrowersji i co specjalista, to inna opinia.

Chusty nie będę jednak sprzedawać. Raz na jakiś czas ponoszę w niej Hubiego, muszę się jeszcze tylko nauczyć, jak go z niej bezboleśnie wyciągnąć, bo tego już filmiki nie pokazują :-).

A Wy co o tym myślicie? Nosiłyście swoje szkraby w chustach?

wtorek, 7 maja 2013

Ciąg dalszy historii

Pamiętacie wpis o starych fotografiach, które znalazłam parę lat temu i których historię próbowałam odkryć? (Jeśli nie, to zajrzyjcie tutaj). Już po zrobieniu wpisu na blogu, postanowiłam wrzucić skany tych zdjęć na mojego facebooka. Poprosiłam, by znajomi dali mi znać, jeśli kogoś poznają, a jeśli nie, by udostępnili zdjęcia u siebie. Miałam nadzieję, że może wspólnie uda się coś ustalić.

Znajomi mnie nie zawiedli i bardzo szybko ruszył łańcuszek udostępniania. Nieznani mi ludzie komentowali, doradzali, podawali numery telefonów np. do Towarzystwa Przyjaciół Wilna i Wileńszczyzny. Dziesiątki, setki kliknięć „Lubię to”, ale wciąż bez żadnych konkretów. Nawet się nie obejrzałam, jak sprawa zaczęła żyć własnym życiem. W końcu zainteresowały się nią lokalne media.

Jako pierwsza odezwała się do mnie dziennikarka z największego w naszym regionie dziennika z pytaniem, czy wyraziłabym zgodę na opublikowanie zdjęć i opisanie całej historii. Zgodziłam się oczywiście, tym bardziej, że artykuł miał się ukazać w piątkowym wydaniu, które tradycyjnie ma największy nakład i cieszy się w naszym województwie sporą popularnością. Całkiem niedawno miałam więc przyjemność trzymać w ręku gazetę z wydrukowanymi fotkami i tą moją przedziwną przygodą. Co więcej, zapowiedź artykułu pojawiła się na pierwszej stronie!

Dosłownie dzień wcześniej o sprawie napisał też nasz miejski portal internetowy, którego redaktor naczelny przeprowadził ze mną krótki wywiad telefoniczny. Wywiad był bardzo rzeczowy, ale sam artykuł został napisany w tak sensacyjnym tonie, jakby od rozwiązania tej zagadki miało zależeć moje życie :-). Śmiać mi się z tego chciało bardzo. Choć trzeba też autorowi oddać, że dołożył wszelkich starań, by „wyjaśnić tajemnicę kryjącą się za tymi zdjęciami”. Dzwonił po różnych stowarzyszeniach i towarzystwach, dopytywał, szukał. Dotarł też do najbardziej znanego przewodnika po naszym mieście, którego rodzina przyjechała z Wilna. A na koniec artykułu zaapelował do czytelników, by spróbować wspólnie rozwiązać zagadkę :-).

Gdyby nie to, że mój blog jest z założenia anonimowy, zamieściłabym Wam linki do obu artykułów. To niesamowite, w jak różny sposób można przedstawić tę samą historię :-).

Ale wracając do tematu. Od ukazania się obu artykułów minęło już trochę czasu i szczerze powiedziawszy, przestałam sobie nią już zawracać głowę. Aż tu nagle dostaję tę oto wiadomość:

"Odnośnie zdjęć z Wilna, być może jednak niespodziewanie się coś uda ustalić, ale to nic pewnego. Moja Babcia na zdjęciu, które wysyłam Pani ponownie, być może rozpoznaje kobietę. Jest ona podobna do Jadwigi Wysockiej, która mogła mieć w 1925 r. około 23-25 lat. Zgadzałoby się to z dedykacją na odwrocie zdjęcia. Dodatkowo Jadwiga Wysocka była sanitariuszką, biorąc pod uwagę pozostałe zdjęcia, robi się coraz bardziej ciekawie. Oczywiście to wszystko może być tylko zbiegiem okoliczności i wcale się to nie musi potwierdzić."

Jestem taka podekscytowana! Już nie mogę się doczekać, by sprawdzić ten trop! Trzymajcie kciuki, może w końcu uda się coś ustalić :-).

niedziela, 5 maja 2013

Okazje wielorakie

W moim domu rodzinnym trwa właśnie w najlepsze imprezka z okazji "wielu". Rodzinka świętuje imieniny mojej sister, zdany egzamin Lubego, no i czwartą miesięcznicę Hubiego. I wprawdzie Młody śpi w najlepsze w sypialni moich rodziców, więc mogłabym posiedzieć, to wymiękłam i wybieram się właśnie do łóżka.

Gdzie te czasy, gdy o tej porze dopiero zaczynałam zabawę :-)?


sobota, 4 maja 2013

Szampan

Dzisiaj znowu mieliśmy gości. Po kilku latach „wybierania się”, odwiedził nas brat cioteczny Mojego Lubego z żoną, którą niezwykle lubię.

Tematem przewodnim spotkania było oczywiście oblewanie zdanego egzaminu Mojego Lubego :-). W sumie Luby jest pierwszym mecenasem w naszej rodzinie, więc jest co świętować. Z tej okazji goście przywieźli nam prawdziwego szampana. W stu procentach oryginalny z Reims w Szampanii. W przepięknym opakowaniu z niebieską banderolą i zadrutowanym korkiem z drewna korkowego. Nigdy jeszcze takiego nie piłam, ale ustaliliśmy, że butelka poczeka do końca mojego karmienia piersią.

Nasz Hubi od razu zakochał się w nowej cioci :-). Aż miło było patrzeć. Nie spuszczał z niej wzroku przez dwie godziny, śmiał się i coś jej po swojemu opowiadał. Zafascynowany patrzył na przywiezioną przez nich zabawkę, trzymał ciocię mocno za palec. Udało mu się nawet usnąć w jej ramionach. Jeszcze nie widziałam, by tak dobrze reagował na obcą mu w sumie osobę :-).

A jutro my jedziemy w gości – moja siostra ma imieniny :-).

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę spokojnej nocki! Do jutra!



czwartek, 2 maja 2013

Pan mecenas mąż

No i stało się, zostałam panią mecenasową :-). Po miesiącu czekania na wyniki, oficjalnie mogę ogłosić, że Mój Luby zdał egzamin radcowski!!! Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo sie cieszę. Jak bardzo jestem z niego dumna. I jaką ulgę czuję, że to nareszcie koniec. Po trzech i pół roku życia pod dyktando aplikacji, w końcu mamy to za sobą. Chyba cały miesiąc będziemy świętować :-). Zaczęliśmy już wczoraj. Pierwsze oblewanie odbyło się u nas. Znajomi, szampan (i nie tylko), niezdrowe jedzenie, dużo śmiechu i toastów. Było tak fajnie, że dopiero teraz ogarnęłam się na tyle, by się Wam pochwalić :-). A Hubi, cudne dziecko, nie tylko był grzeczny jak aniołek, ale też poszedł wczoraj spać o 20stej i nie otworzył oczek aż do 3.30.

Ale prawda jest taka, że sukcesu Lubego nie świętowalibyśmy, gdyby nie wsparcie i pomoc bliskich nam osób (zabrzmiało trochę jak na rozdaniu Oscarów, hihhihi :-)).

Szef Mojego Lubego zgodził się na to, by był on w pracy tylko 3 dni w tygodniu, nie obcinając mu przy tym pensji. Luby mógł spokojnie chodzić do sądu, na zajęcia i praktyki, a zaległą pracę robić w domku. Teściowa wsparła nas finansowo przy, wcale nie małych, opłatach za odbywanie aplikacji. Moja siostra (farmaceutka) dostarczała Lubemu najlepsze specyfiki na poprawę pamięci i koncentrację, oczywiście legalne :-). Hubi.. nasz synek postanowił przyjść na świat miesiąc wcześniej, by tata miał jeszcze większą motywację do nauki :-). Moi rodzice przygarnęli mnie i Hubiego, gdy Luby finiszował z nauką. Ania i Jurek użyczyli mu swojej kawalerki w stolicy, gdy przez kilka tygodni jeździł na kurs przygotowawczy. Marcin dawał mu szansę na rozwijanie prawniczych talentów, powierzając ciekawe sprawy i całkiem przyzwoicie za to płacąc. Marta kupiła z nim na spółkę grubaśne i bardzo drogie podręczniki... O wsparciu żony nawet nie wspomnę... :-).

No i Wy kochani, wiem, że trzymaliście kciuki! Dziękujemy raz jeszcze! Wielkie buziaki! My świętujemy dalej :-).


Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.