AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

piątek, 28 czerwca 2013

Różności

Pełzakus pospolitus

No i doczekałam się :-). Policzek o podłogę, dupka w górę, kolanka pod siebie, małe odepchnięcie się stópkami i nasz Hubi przemieszcza się o kilka centymetrów do przodu. Męczy się przy tym i stęka okrutnie, ale próbuje zawzięcie, szczególnie jak na widoku ma coś, czym można podrapać dziąsła. Z dnia na dzień jest coraz silniejszy. Jestem naprawdę dumna z tego małego pełzaka :-).


Babcia

W środę na kilka godzin wpadła do nas mama Mojego Lubego i od razu wygoniła mnie z domu. Ach, jak cudownie było pobuszować po sklepach. Skorzystałam też z okazji i zrobiłam obchód second handów w poszukiwaniu jakiś szałowych ciuszków dla Hubiego. Z takimi łupami wróciłam, że dumna jestem do tej pory, bo kurcze, sama nie mam kaszmirowego sweterka, a mój synek ma :-). Nowiutki, z metką, za 5 zł :-).

Anetka

W czwartek odwiedziła nas moja przyjaciółka Anetka. Jest w szóstym miesiącu ciąży i z pająka zmieniła się już w prześliczną kuleczkę. Patrzyłam tak na nią, na ten okrągły brzuszek, na te jej szczęśliwe oczy i aż zatęskniłam za byciem w ciąży. Chyba czas rozejrzeć się za większym mieszkaniem, bo w tej naszej kawalerce Hubi nie ma co liczyć na siostrzyczkę :-).

Panieński

Jutro wielki dzień – moja siostra ma swój wieczór panieński. Co więcej, ja mam zamiar się na nim dobrze bawić :-). Dlatego też Hubi zostaje z tatą w domu, a ja już o 16stej jadę za pola, lasy i łąki, nad piękne jezioro, by razem z Młodą i jej koleżankami pożegnać panieński stan. To będzie mój pierwszy samodzielny wypad, dlatego solidnie się do niego przygotowałam. Wczoraj Mój Luby na próbę usypiał sam Hubiego, zakupiłam całą zgrzewkę bezalkoholowego piwa Bavaria (jedynego, które deklaruje 0,00% alkoholu), przygotowałam kilka konkursów (świadkowa zajęła się stroną lokalowo-gastronomiczną, ja zabawami), spakowałam laktator i naładowałam baterię w aparacie. Zostało mi jeszcze zorganizowanie jakiejś muzyki. Mam tylko nadzieję, że nic się w ostatniej chwili nie wydarzy i będę mogła pojechać.

Pozdrawiam serdecznie!

czwartek, 27 czerwca 2013

Myśl na dziś

"Ludzie wierzą, że aby zdobyć sukces trzeba wcześnie wstawać. Otóż nie - trzeba wstawać w dobrym humorze."

Marcel Achard


środa, 26 czerwca 2013

Kinga

Siedziałam w niedzielę na ławce, czytając książkę. Hubi spał obok mnie w wózeczku, a właściwie w foteliku zamontowanym na stelażu wózka, bo jeżdżenia w gondoli odmawia już kategorycznie i baaaaardzo głośno :-). W tym czasie Mój Luby poszedł na siłownię, bez kluczy, więc nie oddalałam się zbytnio od domu. Było południe, słoneczko świeciło przyjemnie, wiał lekki wiaterek. Moją uwagę zwróciła mała dziewczynka w fioletowej bluzeczce, idąca dziarskim krokiem w moją stronę. Mogła mieć 5, może 6 lat... Przeszło mi nawet przez myśl, że to trochę niepoważne ze strony jej rodziców, że tak sama chodzi, ale zaraz wróciłam do książki. Dziewczynka tymczasem podeszła do klatki schodowej, niedaleko której siedziałam i wspinając się na palce, naciskała dzwonek domofonu. Dzwoniła i dzwoniła, ale nikt nie odbierał. Poszła więc pod balkon i zaczęła krzyczeć: „Mamo, mamo, otwórz”. Zero reakcji. Potem znowu wróciła do domofonu. Spytałam się, czy pomóc jej nacisnąć dzwonek, na co odpowiedziała, że mama na pewno zaraz ją usłyszy. W końcu wpuściła ją jakaś wychodząca z klatki schodowej kobieta.

Nie wiem, ile czasu minęło... 20 minut, może pół godziny... gdy zza drzwi klatki schodowej wyjrzał mały, ciemny łepek i powiedział do mnie: „A teraz nie chcą mnie wpuścić przez tamte drzwi”. Spytałam się, czy jest pewna, że rodzice są w domu, a gdy potwierdziła, kazałam jej stanąć przy wózku z Hubim, tak bym ich widziała, i poszłam pod drzwi, które mi pokazała. Gdy mi też nikt nie otworzył, zaniepokoiłam się nie na żarty. Wiecie, różnie bywa, zawał, poślizgnięcie się w łazience... zaczęłam się poważnie zastanawiać nad wezwaniem policji. Wcześniej zapukałam jednak do sąsiadów. Gdy otworzyła mi jakaś kobieta, w krótkich słowach wyjaśniłam o co chodzi, a ona powiedziała: „Pewnie leżą pijani jak zwykle. Nie wiem po co tę dziewczynkę tu przyprowadzać zaczęli ostatnio. Niech pani dzwoni, do skutku, w końcu otworzą”. Wszystkiego się spodziewałam, tylko nie tego. I chociaż wiem, że podobne sytuacje zdarzają się w Polsce nagminnie, to jakoś do głowy mi nie przyszło, że tu u nas, na bardzo młodym i w sumie bogatym osiedlu, że tak blisko... :-(.

Wróciłam do dziewczynki i zaczęłam ją wypytywać, czy często rodzice jej nie wpuszczają, co wtedy robi, czy ma tu w pobliżu jakąś babcię, albo ciocię. Usłyszałam, że ma siedem lat, na imię Kinga, że często jej nie wpuszczają, bo zamek w ich drzwiach się zacina i ona wtedy chodzi sobie po osiedlu, ale że zawsze na wieczór udaje się koledze jej mamy zamek naprawić i ją wpuszcza. Że tata tu nie mieszka, tylko czasami przychodzi, że babcia mieszka blisko, i że ona to u babci nocuje, ale że woli tu, z mamą. I że do babci nie może teraz pójść, bo babci nie ma.

Wkurzyłam się... Jak można tak traktować małe dziecko?! Co to za ludzie?! Przycisnęłam dzwonek domofonu i trzymałam bite pięć minut. W końcu drzwi się otworzyły i wytoczył się niewiele ode mnie starszy mężczyzna. Ewidentnie pijany zaczął krzyczeć: „No i co pani dzwoni?! Czego pani chce?! To nie moje dziecko, do mnie nie wejdzie! Czego mi pani borutę u sąsiadów robi?!”. A potem ryknął do dziewczynki: „Twojej matki tu nie ma, była wczoraj, ale już tu nie będzie, czego tu przyłazisz?! Wynocha!”. Kinga aż się skuliła i powiedziała cicho: „Mama mi mówiła, że tutaj mieszka”. Facet darł się dalej, na co ja już nieźle zła, wrzasnęłam, żeby się natychmiast uspokoił i nie krzyczał na dziecko. I że mógł już pół godziny temu drzwi otworzyć i mi to powiedzieć, a nie, jak gówniarz udaje, że go nie ma. Że myślałam, że leży po zawale i że ma szczęście, że po policję nie zadzwoniłam, by otworzyli drzwi. Facet odkręcił się tylko na pięcie i wrócił do mieszkania.

Gdy się obejrzałam, dziewczynka już była daleko... Tak mi się szkoda tej małej zrobiło. To takie straszne, że niektórzy rodzice przedkładają alkohol nad własne dzieci. Podłe i nieludzkie skazywać własną córkę na takie dzieciństwo. Siedziałam dalej na ławce, bo Hubi o dziwo spał dalej, ale myślałam już tylko o Kindze.

I możecie sobie wyobrazić, jakie było moje zdziwienie, gdy 15 minut później usiadła obok mnie i powiedziała: „Pobiegłam pod dom babci i mama akurat wracała z zakupami. Powiedziała mi, że już tam nie mieszka, bo dzisiaj sprzedała temu koledze mieszkanie i to dlatego on mnie wygonił”. Przyszła ją do mnie wytłumaczyć... to było takie smutne... Spytałam się, dlaczego więc nie została z mamą, i w odpowiedzi usłyszałam: „Bo poszła do jakiegoś innego wujka”. Po paru kolejnych pytaniach wiedziałam już, że nic jeszcze dzisiaj nie jadła, ale „nie szkodzi, bo nie jest głodna”. Serce mi się ścisnęło... Odczekałam chwilę i powiedziałam: „Wiesz, jest tak ciepło, a ja mam ochotę na lody, tyle że jedzenie samemu lodów jest beznadziejne. Zjesz ze mną? Pójdziemy do sklepu i wybierzesz sobie jakiego tylko będziesz chciała”. Zgodziła się i ruszyłyśmy do małego, osiedlowego sklepiku. Oprócz lodów kupiłam jej też trochę bułek, by zjadła coś treściwszego. Usiadłyśmy na ławeczce, czekając na wracającego z siłowni Lubego i w milczeniu jadłyśmy swoje lody... A czarę goryczy przelał moment, w którym Kinga, pokazując mi idącego żula z bordową twarzą, spytała: „To jest tata Huberta?”.

Nie wiem, co się dzieje z tym światem. Dlaczego dorośli ludzie są tak nieodpowiedzialni, dlaczego robią to własnym dzieciom? Tak mi było szkoda tej małej Kingi. I wciąż nie mogę przestać o niej myśleć.

Patrzę na śpiącego Hubiego i przysięgam sobie, że ja nigdy nie dopuszczę do tego, by moje dziecko chodziło głodne, tylko dlatego, że ja postanowiłam zostać myślącą tylko o sobie patologią...

sobota, 22 czerwca 2013

Animalistyczne symbole

Pamiętacie, jak pisałam Wam, że wygrałam bilety do kina? Niby nic wielkiego, ale biorąc pod uwagę, jak dawno nie byliśmy w kinie, byłam przeszczęśliwa. W środę do Młodego przyjechała babcia, a my wybraliśmy się z Lubym na naszą pierwszą od wieków randkę :-). Wprawdzie randka rozpoczęła się o godzinie 16stej, bo chcieliśmy zdążyć przed wieczorną kąpielą Huberta, ale kto by tam zwracał uwagę na szczegóły :-).

Do wyboru mieliśmy komedię „Kac Vegas 3” (którą już widzieliśmy), bajkę animowaną, kryminał „Tylko Bóg wybacza” i dramat „Drugie oblicze”. Pierwsze dwa od razu odpadały, dramatów Mój Luby nie dzierży, drogą eliminacji padło więc na kryminał. Zresztą film zapowiadał się całkiem fajnie, opis intrygujący, a i obsada niezła, bo z Ryanem Goslingiem i Kristin Scott Thomas w rolach głównych.

Zakupiliśmy colę i popcorn, i zasiedliśmy na praktycznie pustej o tej porze sali. Czekając aż skończą puszczać zwiastuny, chłonęłam kinowy klimat i cieszyłam się jak dziecko. Przytulając się do Lubego, przestałam się nawet na moment zastanawiać, co słychać u Hubiego. A potem się zaczęło...

Tyle krwi naraz w jednym filmie jeszcze nie widziałam. Tak wyprutych z jakichkolwiek emocji aktorów też. Podobnie jak okropnej muzyki i wstrętnej, tandetnej scenografii. Film był porażająco, totalnie, kompletnie TRAGICZNY!!! Żeby Wam zobrazować, o co mi chodzi, spróbuję streścić fabułę.

Dwóch braci handluje w Tajlandii narkotykami, jeden z nich gwałci i morduje dziewczynkę. W ramach zemsty szef policji, który ma się chyba za tamtejszego Dextera, umożliwia ojcu dziewczynki zamordowanie mordercy. Oczywiście żadnym tam humanitarnym strzałem, tłucze go bejsbolem, jak ziemniaki do obiadu. Krew bryzga na wszelkie strony, a wnętrzności wypływają na podłogę. Wtedy brat mordercy postanawia pomścić jego śmierć. Zaczyna się jedna wielka sieczka, w której czynny udział bierze szef policji, wymachujący maczetą i odcinający ludziom najróżniejsze, strategiczne części ciała. Po czym idzie na karaoke śpiewać romantyczne piosenki. W tym wszystkim są jeszcze małe dzieci, które patrzą, jak morduje się bliskie im osoby i nawet nie drgną. Chore, chore, chore...

Ten film był tak straszny, że w połowie seansu zaczęliśmy się z niego po prostu śmiać. Mój Luby zażartował nawet, że jeśli zabierając go na ten film, chciałam mu coś powiedzieć, to mogłam to zrobić w bardziej subtelny sposób :-). Dotarliśmy jakoś do końca, ale wyleczyliśmy się z kina na dłuższy czas :-).

 

W domu sprawdziliśmy na filmweb.pl jego recenzję i oto, co tam znaleźliśmy:

"To kolejna medytacja na temat męskości i jej nieodzownego atrybutu, jakim jest przemoc. Dwóch braci należy w takim przypadku traktować jako symbole animalistyczne. Są to bestie, które trzymane w zamknięciu są w miarę łagodne, ale jeśli uciekną, staną się śmiertelnym zagrożeniem dla innych i siebie samych. Dlatego też Refn nie podaje przyczyn, dla których starszy brat dokonuje mordu. Z tego samego powodu młodszy z braci zdaje się tkwić niczym Minotaur w labiryncie, a jego męską brutalność pętają obecne wokół niego kobiety; z matką na czele, która wydaje się bardziej męska niż jej młodszy syn. Jednak brutalność pozbawiona kontroli jest słabością. Stąd postać policjanta, zdyscyplinowanego, łagodnego człowieka, który jest jednak bezwzględnym sędzią i katem, kiedy okoliczności tego od niego wymagają. Refn wyraźnie zachwyca się siłą pasywności, ideą powszechnie kojarzącą się w naszym kręgu cywilizacyjnym ze Wschodem.”

I wszystko jasne... :-).

piątek, 21 czerwca 2013

Niespodzianka

Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale od razu na wstępie muszę dopuścić się małej prywaty :-): Kochany mój mężu, jeśli zacząłeś czytać ten wpis, natychmiast przerwij, bo dotyczy niespodzianki, jaką szykujemy z Hubim dla Ciebie na zbliżający się Dzień Ojca. A chyba chcesz mieć niespodziankę :-)? Będziesz mógł go przeczytać później, ale teraz poćwicz silną wolę i zamknij tę stronę, dobrze? Z góry dziękuję!

Przepraszam kochani, już jestem z powrotem. Wielkimi krokami zbliża się Dzień Ojca. Dla naszej rodzinki jest szczególny, bo pierwszy. Długo się zastanawiałam, jaki prezent mogłabym w imieniu Hubiego zrobić Mojemu Lubemu i szczerze mówiąc, fajnych pomysłów brakowało. Nie chciałam, by był to standardowy kubek, książka, czy krawat. Z drugiej strony Hubi jest za mały na wierszyki, piosenki i laurki. W końcu postanowiłam, że miłym prezentem, takim, który wzbudzi ciepłe emocje będzie.... przepraszam na chwilkę..

Kochanie, to ostatni moment, by przestać czytać :-)

będzie ramka z pięknym zdjęciem, zrobionym przez profesjonalnego fotografa Magdalenę Sulwińską. A że znamy i lubimy się z tą wspaniałą kobietką, która tworzy prawdziwe cudeńka, szczególnie jeśli chodzi o fotografię dziecięcą, wybór był oczywisty. Przy okazji muszę się Wam pochwalić, że zdjęcie Hubiego, które Magda zrobiła, gdy Młody miał 18 dni, wciąż ma na jej stronie mnóstwo odsłon tygodniowo:-).

Mój 18 dniowy Hubi :-)

Początkowo umówiłyśmy się na sesję w poniedziałek po chrzcie Hubiego, ale Mój Luby w ostatniej chwili postanowił wziąć wolne i musiałyśmy akcję przełożyć. Spotkałyśmy się więc dzisiaj, a że pogoda dopisała, Magda robiła Hubiemu zdjęcia w plenerze. Miała ze sobą piękne poduchy z białej koronki, które ułożyła na trawce pod drzewkiem i tam robiłyśmy całą sesję. Ja też załapałam się na kilka zdjęć i już się cieszę na tę piękną pamiątkę. Nie mogę doczekać się efektów! Z racji tego, że do Dnia Ojca zostało już mało czasu, a Magda ma teraz pełnię sezonu i nie wyrobiłaby się z obróbką całości, umówiłyśmy się, że sama wybierze najładniejsze zdjęcie i prześle mi dzisiaj na e-maila. Ja je na spokojnie jutro wywołam i kupię odpowiednią ramkę, taką by Luby mógł ją sobie postawić na biurku w pracy :-). A resztę odbierzemy później.

A co zaplanowały Wasze dzieciaczki :-)? Miłego wieczoru!

środa, 19 czerwca 2013

Urlop rodzicielski

Gdyby matki pierwszego kwartału nie postawiły na swoim, w najbliższy piątek musiałabym stawić się w pracy. Czas tak szybko mija... Nawet się nie spostrzegłam, jak skończył mi się urlop macierzyński. Dzięki Bogu, że jest jeszcze urlop rodzicielski... Ja to jednak jestem szczęściarą :-). Gdyby Hubi urodził się 5 dni wcześniej, właśnie przeżywałabym traumę powrotu do pracy i miliona wątpliwości co do wyboru opiekunki. Aż mnie ciarki przechodzą, gdy o tym pomyślę, ale obie babcie mieszkają w innych miastach, więc pewnie nie miałabym wyjścia. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak rozdarte musiały czuć się wracające do pracy kobiety, zostawiające w domu pięciomiesięcznego bobasa... Brrrrrr.....

I jak ja mam zostawić taką słodycz :-)?

W związku z tym, że zmiany w kodeksie pracy weszły wczoraj w życie, pojechałam do firmy złożyć wniosek o udzielenie uzupełniającej części urlopu dodatkowego oraz wniosek o udzielenie urlopu rodzicielskiego. Szefowa była akurat na urlopie i nie musiałam składać deklaracji, czy będę odbierać zaległy urlop wypoczynkowy bezpośrednio po urlopie rodzicielskim. Wiem, że wolałaby bym go na razie nie wykorzystywała, a ja chciałabym, jak najdłużej być z Hubim. Dlatego nie chciałabym składać w tej sprawie żadnej obietnicy. Głupio mi by było później nie dotrzymać słowa, więc wolę na razie nic nie mówić...

Tak, czy siak, jestem niezmiernie szczęśliwa, że lecące na łeb, na szyję przedwyborcze sondaże zmusiły premiera do zmiany decyzji :-). I bardzo to egoistyczne, wiem, ale w czterech literach mam budżet państwa i problemy finansowe, jakie urlopy rodzicielskie niewątpliwie stworzą. Najważniejsze, że spędzę z Hubim cały pierwszy rok jego życia :-)!

wtorek, 18 czerwca 2013

Chrzest Hubiego

Zgodnie z obietnicą, dzisiaj relacja z wczorajszych chrzcin Hubiego.

Poszczęściło się nam z pogodą, bo ładniejszego dnia na chrzest nie mogliśmy sobie chyba wymarzyć. Było ciepło, ale nie upalnie; słonecznie i kolorowo. Hubi obudził się w dobrym nastroju, goście stawili się na czas, a ja zdążyłam nie tylko odświętnie się ubrać i umalować, ale nawet zrobić pasujący do sukienki pedicure :-). I chociaż spodziewałam się najgorszego, to podczas mszy Hubi zachował się jak mały dżentelmen. Pierwszą połowę przespał, podczas samej akcji „chrzest” obserwował wszystko bardzo zainteresowany i nawet nie kwęknął podczas polewania wodą główki, a resztę czasu spędził grzecznie w wózku, oglądając ludzi i kolorowe witraże. Nawet gajerek oszczędził i ulał dopiero przy wyjściu z kościoła :-). Byłam z niego bardzo dumna.

I wprawdzie Grecy na Rodos wierzą, że krzyk podczas chrztu wróży dziecku szczęście, to mam nadzieję, że jego brak nie przyniesie Hubiemu pecha :-). Dzień wcześniej poczytałam o staropolskich zwyczajach związanych z chrztem i mimo, że w to nie wierzę, to trochę dla tradycji, ale i odrobinę dla śmiechu wszyłam Hubiemu w ubranko monetę (by był w przyszłości bogaty), nasypałam do pieluszki szczyptę cukru (by miał słodkie życie), a do wózka włożyłam zeszyt (by był chętny do nauki). Obie babcie na mnie naskoczyły, że to zabobony i bym się nie wygłupiała, ale ja się uparłam, chociażby po to, by mieć później o czym Hubiemu opowiadać :-). Zasuszyłam też czterolistną koniczynkę, którą zauważyłam, gdy wracaliśmy z kościoła. I nie uważam, bym zrobiła w ten sposób komukolwiek krzywdę. Poza tym, jak się śmiała żona chrzestnego Hubiego „Ja nie wierzę w przesądy, bo to przynosi pecha”.

Po chrzcie udaliśmy się całą rodzinką do restauracji na małe przyjęcie i mam nadzieję, że nasi goście bawili się dobrze. Jedzonko było smaczne, napoje zimne, Hubi uśmiechnięty przechodził z rąk do rąk... czego chcieć więcej :-). Gdy goście rozjechali się do domów, zrobiliśmy jeszcze małe after party dla chrzestnych u nas w mieszkanku. Hubi spał w wózeczku w kuchni, a my naśmieliśmy się za wszystkie czasy. I chociaż jestem dzisiaj półprzytomna z niewyspania, to było super.

Podsumowując, chrzest Hubiego mamy zaliczony, diabeł wypędzony i babcie mogą w końcu odetchnąć z ulgą :-).

Pozdrawiamy serdecznie kochani i życzymy miłego tygodnia!

niedziela, 16 czerwca 2013

Na szybcika

Hej kochani! Piszę do Was na szybcika z informacją, że Hubcio na chrzcie zachowywał się absolutnie fantastycznie :-). Nie doceniłam mojego synka. Był grzeczny jak aniołek i nawet się nie skrzywił, gdy ksiądz polewał mu główkę wodą. Pełna relacja już jutro, a teraz wracam do gości :-)!

Buziaki wielkie!

sobota, 15 czerwca 2013

Przed chrztem

Przepraszam za kilka dni przerwy, ale jak to u młodych rodziców, w dzień ganiamy, a wieczorem padamy z nóg, nie mając już na nic siły.

Ten tydzień minął nam pod znakiem przygotowań do chrztu Hubiego. Zakup ubranka, rezerwacja restauracji, sprzątanie mieszkanka, itp. Ksiądz zapędził też nas na obowiązkowe „spotkanie organizacyjne” przed chrztem. Miało trwać maksymalnie 15 minut i pokazać nam chrzciny od strony technicznej. Niestety z organizacją niewiele miało to wspólnego. Najpierw przez pół godziny przemawiała jakaś kobietka ze wspólnoty neokatechumenalnej. Z pasją w głosie opowiadała, jak była mobbingowana w pracy, jak oszukała ją koleżanka i musiała za nią spłacać kredyt i jak z żadnym mężczyzną nie mogła sobie ułożyć życia. Rozwiązaniem wszystkich jej problemów okazał się kościół, a chrzest jest właśnie początkiem przygody z kościołem. I chociaż można było jej naprawdę współczuć, to przecież nie po to w tym momencie do kościoła przyszłam. Inni rodzice też kręcili się w ławkach, jakby chcieli powiedzieć: „No dobrze, urzekła nas twoja historia, ale przejdźmy do rzeczy, bo nam się dziecko zaraz rozedrze”.

Gdy w końcu skończyła, na środek kościoła wyszedł ksiądz i rozpoczął kolejną półgodzinną pogadankę, jak to dziecko nie jest naszą własnością, a własnością Boga i dopiero na sam koniec usłyszeliśmy, że mamy przynieść świecę i białą szatę, a w zakrystii pojawić się na 15 minut przed mszą. Acha, i przynieść podpisane karteczki do spowiedzi. I to by było na tyle, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne :-).

Co do spowiedzi, to załatwiłam ją w ubiegłą niedzielę, ale w mojej parafii ustne zapewnienie niestety nie wystarczyło. Dostałam karteczkę i po sześciu dniach musiałam znowu się wyspowiadać, by dostać podpis księdza. Porządek musi być w tym naszym kościele biurokatolickim. Aż żałuję, że nie nagrzeszyłam, bo za bardzo nie było o czym opowiadać :-).

W niedzielę, oprócz chrzcin Huberta, będziemy świętować też dwie inne okazje. W czwartek okrągłe, sześćdziesiąte urodziny obchodziła moja mama, a jutro rocznicę ślubu obchodzą moi rodzice. Cieszę się, że uda nam się połączyć wszystkie te uroczystości :-).

Trzymajcie kciuki, by Hubi nie krzyczał jutro za mocno, bo że płacz będzie, to jestem prawie pewna. Chociaż może to i dobrze, bo pamiętam, że gdy byliśmy w Grecji przewodniczka opowiadała nam, że im głośniej dziecko krzyczy podczas chrztu, tym jest szczęśliwsze w dorosłym życiu, więc stare Greczynki podszczypują te grzeczne maluchy.

Dam znać, jak poszło. Pozdrawiam serdecznie!

Ps. Aaaa, zapomniałam Wam się jeszcze pochwalić, że wczoraj wygrałam bilety do kina. W tygodniu musimy zorganizować jakąś opiekę dla Hubiego i po raz pierwszy od sześciu miesięcy pójdziemy z Lubym na jakiś dobry film :-).

środa, 12 czerwca 2013

Narzekania moje

No i pokarała mnie Bozia za ostatnie narzekanie na kolejkę do endokrynologa :-). Okazało się, że był to, że tak się wyrażę, mały pikuś, w porównaniu z kolejką dzisiejszą. I znowu Hubi zniósł ją lepiej, niż my.

Miejsce akcji: ten sam szpital co poprzednio (tyle że piętro wyżej), poradnia kardiologiczna. Ciemny, wąski, duszny korytarz z nielicznymi krzesłami. Niby szpital dziecięcy, ale ściany w kolorze sraczki, bez nawet jednego obrazka, czy leżącej zabawki. Czas akcji: dzisiejszy poranek. Główni bohaterowie: pani doktor, której nie było, chociaż powinna była przyjmować od dwóch godzin; kilkadziesiąt wściekłych dorosłych i drugie tyle dzieciaków, w tym około dziesięciu w wieku poniżej roku.

Gdyby nie to, że po kilku godzinach oczekiwania, serduszko Hubiego okazało się zdrowe jak dzwon, pewnie klęłabym tu teraz jak wszyscy diabli. A tak to tylko ponarzekam. Przede wszystkim na totalną beztroskę i wszechobecny tumiwisizm lekarzy. Ludzi leczących nie dorosłych, którzy faktycznie dużo więcej mogą znieść, ale dzieci, często bardzo malutkich! To, co dzisiaj zobaczyłam to jedno wielkie lekceważenie pacjentów i ich rodziców. Bo przecież po co przychodzić na czas, skoro rodzice i tak poczekają? Z chorymi na serce dziećmi i tak nie wrócą bez konsultacji do domu. Po co dzwonić do rodziców, że wizyta przesunie się o dwie albo trzy godziny? Niech dzieci kwitną na korytarzu. Po co wystawić kilka krzeseł więcej? Niech sobie ludziska podpierają szpitalne ściany. Dlaczego by nie umówić wszystkich na tę samą godzinę, a co? Nóż się normalnie w kieszeni otwiera...

Ja już naprawdę nie wiem, jakich słów mam użyć, by opisać, co myślę o polskiej służbie zdrowia. Im częściej mam z nią do czynienia, tym jest gorzej... :-(.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Leniwie

Hej! Jak Wam minął weekend? Nasz był słoneczny, wesoły i baaardzo leniwy. Z racji tego, że Mój Luby bawił się w Szwecji na kawalerskim, zabrałam Hubiego do dziadków. I to był strzał w dziesiątkę :-). Nie dość, że każdego ranka moja mama zabierała do siebie gotowego do zabawy Hubiego, bym mogła sobie dłużej pospać; to jeszcze udało mi się zdrzemnąć w dzień! Byłam tak wypoczęta, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić :-). Ba, to nie wszystko! Pobuszowałam sama po sklepach, dorwałam ekstra kieckę na chrzciny, a wieczorem długo plotkowałam z siostrą i jej świadkową.

Hubi też był szczęśliwy. Prawie nie schodził z rąk babci, dziadka, najróżniejszych cioć i wujków :-). Jeździł, po ukochanych przez niego wertepach. na długie spacery, leżał pod jabłonką na działce u moich rodziców i pakował do buzi kolejne nowe zabawki. Był tak grzeczny, że odważyłam się nawet zabrać go dzisiaj do kościoła, tak na próbę przed chrzcinami, by sprawdzić, jak zareaguje na tłum ludzi. No i oprócz pilnej potrzeby zmiany pieluchy, przetrwał mszę doskonale.



Generalnie weekend marzenie. Takiej rozpusty nie miałam od miesięcy :-). Gdy wróciliśmy z Hubim popołudniu do domu, czekał już na nas Mój Luby. Ledwie go poznałam. Tak spiekł się biedak na słońcu, że wygląda teraz jak mały Indianiec :-). Opalali się z chłopakami na pokładzie promu, ale żadnemu do głowy nie przyszło zabrać ze sobą coś na słońce :-). No, ale co się dziwić, na wieczór kawalerski bierze się zupełnie inne specyfiki :-).

Po wielkiej dawce wrażeń, Hubi padł szybko spać, a ja z moim czerwonoskórym małżonkiem mamy wieczór dla siebie. Kończę więc, bo przed nami cudownie leniwy koniec tego leniwego weekendu. Mam nadzieję, że przed Wami również :-)!

Pozdrawiam serdecznie!

sobota, 8 czerwca 2013

Kolejkowy uśmiech

Popołudnie spędziliśmy z Hubim w szpitalu dziecięcym w potwornie długiej kolejce do poradni endokrynologicznej. Po moich ciążowych przebojach z tarczycą i przedawkowaniu przez lekarzy euthyroxu, Młody jest od urodzenia pod stałą kontrolą endokrynologa.

Wizytę mieliśmy umówioną na godzinę 17stą, ale obsuwa była tak duża, że weszliśmy dopiero po 19stej. Na korytarzu dzikie tłumy, rodzice wściekli, dzieci zmęczone, płacz, krzyk, szkoda gadać normalnie... Ludzie tak zajadle pilnowali kolejki, jakby od tego zależało ich życie. Nie chcieli wpuścić wcześniej nawet kobiety z 2,5 kilogramowym wcześniakiem. Polskie piekiełko...

I w tej nerwowej atmosferze... mój uśmiechnięty syn. Nie było osoby w kolejce, której nie obdarzył szerokim uśmiechem. Gdy chodziłam z nim w tę i z powrotem, słyszałam od ludzi komentarze w stylu „jaki śmieszek”, „on tak zawsze?”, „jak mu się oczka śmieją”, „ojej, a co to za piękny uśmiech”. Hubiemu tylko w to graj, im bardziej ludzie się zachwycali, tym słodszą dzidzię odstawiał :-). Byłam z niego bardzo dumna :-).



Ale najważniejsza i najcudowniejsza wiadomość dnia to diagnoza endokrynologa – Hubi jest całkowicie zdrowy :-)!!! Dla takiej informacji mogłabym stać w kolejce i dwa lata :-)!

Pozdrawiam Was serdecznie!

piątek, 7 czerwca 2013

Warsztaty i tęsknota

W moim mieście zorganizowano ostatnio bezpłatne warsztaty dla matek dzieci w wieku do roczku. I chociaż dowiedziałam się o nich dopiero na dwa dni przed, jakimś cudem udało mi się dostać zaproszenie. Cieszyłam się na te zajęcia bardzo, bo pomimo upływającego czasu wciąż mam wrażenie, że wychowywanie dziecka to błądzenie po omacku i że tak naprawdę działa tylko metoda prób i błędów :-). Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś pożytecznego. A poza tym, nie ukrywajmy, taki wypad to zawsze miłe urozmaicenie codziennej rutyny :-).

Początkowo miałam wybrać się z Hubim, bo organizator zapewniał miejsce dla dzieci, maty edukacyjne i przewijaki. Ale moja mama zaoferowała się, że przyjedzie i posiedzi z Młodym, więc pojechałam na zajęcia sama.

Warsztaty okazały się całkiem fajne. Oczywiście było trochę reklamowej propagandy w stylu: „Żadna inna pralka niż pralka naszej firmy nie dopierze tak dobrze plam z marchewki” albo „tylko nasze kropelki zapewnią waszemu dziecku maksymalną odporność”, ale poza tym było naprawdę ok. Najbardziej podobały mi się zajęcia z ratownikiem medycznym, który na fantomach uczył nas co zrobić, gdy niemowlę się oparzy, zachłyśnie, albo straci przytomność. Opowiadał jak reagować, gdy dziecko wpada w histerię i przestaje oddychać, a także jak ważne jest prawidłowe odbijanie dziecka. W porządku też były zajęcia z dietetyczką, która uczyła zasad prawidłowego odżywiania i pojenia maluszków. Jakaś kobietka pokazywała, jak prawidłowo nosić dziecko w chuście; a przedstawicielka farmaceutyczna omawiała sposoby wspomagania odporności.

Atmosfera też była sympatyczna, taka ciepła i rodzinna. Kilkadziesiąt mam siedzących w półokręgu, a w środku stado niemowlaków leżących, raczkujących i bawiących się na matach. Plus morze zabawek w jaskrawych kolorach. Harmider straszliwy, aż cud, że coś się udało usłyszeć. Na dokładkę gorąco potwornie, bo z uwagi na niską temperaturę kobietki nie zgodziły się na otwarcie okien. Ale wiecie co? Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Patrzyłam tylko na te maluszki i serce mi się ściskało z tęsknoty za Hubim.

Spotkałam też Gizankę, której bloga bardzo lubię i czytam od dawna. Troszkę się wahałam, czy to na pewno ona i czy nie wygłupię się podchodząc, ale nie pomyliłam się. "Na żywo" okazała się bardzo miłą dziewczyną o pięknych, błyszczących oczach. I właśnie te jej oczy utkwiły mi najbardziej w pamięci. Jeśli kiedykolwiek do mnie zajrzysz, pozdrawiam serdecznie :-).

Gdy wróciłam po warsztatach do domu z reklamówką  promocyjnych gadżetów, nie mogłam wypuścić Młodego z objęć. Obsypywałam całusami te ciepłe, lepkie rączki i rozpływałam się na widok słodkich uśmiechów... I po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, jak wielką jestem szczęściarą.

W moim życiu pojawiła się maleńka istotka, do której mogę tęsknić tęsknotą zupełnie mi wcześniej nie znaną... Kocham Cię Maluszku :-)!

wtorek, 4 czerwca 2013

Uchwała

Normalnie muszę się pochwalić, bo pękam z dumy :-)! Mój Luby odebrał dzisiaj uchwałę Rady Okręgowej Izby Radców Prawnych w sprawie wpisu na listę radców prawnych! Niby zwykły kawałek papieru, a dla nas na wagę złota. I chociaż już nie raz opijaliśmy zdany egzamin Lubego, to dzisiaj jest kolejna okazja do świętowania, tym bardziej, że Hubi śpi jak aniołek :-).

Miłego wieczoru kochani!

Keep calm :-)



Polecam się na przerwę kawową :-)!



poniedziałek, 3 czerwca 2013

Weekend pierwszych razów

Długi weekend minął nam pod znakiem pierwszych razów Hubiego i pierwszych oznak nadopiekuńczości jego mamy :-):

- Młody pierwszy raz leżał na trawie, skubiąc paluszkami zielone ździebełka. Oczywiście tylko chwileczkę, bo okazuje się, że matka nawet w trawie może dostrzec milion potencjalnych zagrożeń. Przecież mógłby próbować włożyć trawę do buzi... Trawę mogły obsikać koty... Mogłaby ugryźć go mrówka... Albo przeziębiłby sobie pęcherz... Albo...albo...albo... mogłabym tak jeszcze długo wymieniać :-).

- pierwszy raz był nad rzeką i zaglądał do namiotu. Moi rodzice i siostra z narzeczonym popłynęli na trzydniowy spływ kajakowy. Pierwszy nocleg mieli niedaleko naszego miasta, więc zapakowaliśmy Hubiego w samochód i pojechaliśmy ich odwiedzić. Było tłocznie i przesympatycznie. Mały stał się gwiazdą wieczoru, ale po mojej głowie krążyły jednak myśli w stylu - czy nad tą rzeką przypadkiem nie wieje za mocno? czy czapeczka na pewno zasłania Hubiemu uszka? czy nie jest mu za zimno? czy na tych drzewach nie ma kleszczy? a jak złapie katar? itp. itd.

- Hubi miał pierwsze w życiu spotkanie z psem. W czwartek byliśmy u rodzinki, która ma cudownego sznaucera olbrzymiego. Spajk jest najmądrzejszym i najbardziej przyjaznym zwierzakiem domowym, jakiego znam. Zgodnie z przewidywaniami pies zareagował dużo lepiej na Hubiego, niż Hubi na psa. Gdy Spajk podekscytowany wsadził nos w nosidełko i obwąchiwał Młodego, ten rozpłakał się wystraszony i musiało minąć trochę czasu, by się z tym czarnym wielkoludem polubili. Na wszelki wypadek nie spuszczałam ich jednak z oka, bo kto wie... Spajk macha ogonem jak szalony, jakby uderzył nim Hubiego, to dopiero będzie płacz... no i lepiej nie dopuszczać do czułości, bo od tego lizania, to jeszcze Młody wysypki jakiejś dostanie... A jak jakimś cudem złapał pchy? To nic, że Spajk nigdy nie miał pcheł, zawsze przecież jest ten pierwszy raz... Wyobraźnia mi pracowała, a biedne, bogu ducha winne psisko chyba to wyczuło, bo jakoś wyjątkowo rzadko do mnie tego dnia podchodził...


- pierwszy raz Hubi był na rękach u swojego dziadka :-). Do tej pory mój tata bał się wziąć go na ręce, bo „za malutki”, „na pewno się rozpłacze”, „ja nie umiem go trzymać”, „jak będzie starszy” itp, itd. Mieli więc z Hubim kontakt serdeczny, ale na odległość. W końcu jednak przełamali lody i ze wzruszeniem patrzyłam na mojego synka w objęciach mojego taty. I wiecie co? To był jedyny „pierwszy raz” weekendu, w którym zupełnie się o Hubiego nie bałam :-).

sobota, 1 czerwca 2013

Prawdziwe małżeństwo

Wybrałam się dzisiaj do kancelarii parafialnej, aby ustalić datę chrztu Huberta. I nie wiem, albo jestem uprzedzona, albo po prostu nie mam szczęścia do normalnych księży... Dobrze, że nasze przedślubne przygody trochę mnie uodporniły na te ich teksty, bo znowu bym się tylko wkurzyła, a tak, to mnie jedynie ubawiły.

Gdy z uśmiechem na ustach powiedziałam na przywitanie: „Szczęść Boże, proszę księdza, chcielibyśmy z mężem ochrzcić naszego synka”, usłyszałam w odpowiedzi: „Dobrze, rozumiem, proszę usiąść. A więc chrzest… Muszę więc panią spytać, czy jesteście małżeństwem?”. Lekko mnie to zbiło z tropu, bo wydawało mi się, że sekundę wcześniej jasno i wyraźnie powiedziałam o mężu, a nie o narzeczonym, czy partnerze, no ale skoro chciał potwierdzenia, proszę bardzo. „Tak, jesteśmy małżeństwem” odpowiedziałam i jak jakaś małolata pomachałam mu przed nosem obrączką.

„No tak, ja rozumiem, że jesteście małżeństwem, ale ja się pytam, czy jesteście prawdziwym małżeństwem?” nie dawał za wygraną nasz wikary. Wił się straszliwie, a ja w końcu zrozumiałam o co mu chodzi, a o co nie chce spytać wprost. Odpowiedziałam więc „Jeśli chodzi księdzu o to, czy mamy ślub kościelny, to tak, mamy". "To dobrze" powiedział tylko i zaczął grzebać w księdze.

Nie chciał wiedzieć, kiedy urodził się Hubert, kogo wybraliśmy na chrzestnych, ani jaka ewentualnie data by nas interesowała. Najważniejsze dla niego było to, czy jesteśmy, jak to ładnie ujął „prawdziwym małżeństwem”… Od razu przypomniało mi się, jak parę dni temu papież Franciszek skrytykował księży, że zamiast ułatwiać ludziom dotarcie do Boga, stali się kontrolerami wiary. 

Miałam dzisiaj tego piękny przykład... Aż jestem ciekawa, co by zrobił, gdybyśmy mieli tylko ślub cywilny? Odmówiłby chrztu?

Dopiero po ustaleniu „statusu” naszego małżeństwa, poinformował mnie, jakie dokumenty mam dostarczyć i sprawdził, czy proponowana przeze mnie data byłaby możliwa.

W końcu ustaliliśmy, że Hubi (dziecko spłodzone w "prawdziwym małżeństwie"), zostanie ochrzczony w niedzielę 16 czerwca, w trzydziestą czwartą rocznicę ślubu swoich dziadków :-).

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.