AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

DIY - ozdobne buteleczki na przyjęcia

Po publikacji wpisu o baby shower mojej siostry (klik) dostałam od Was wiele pytań dotyczących pokazanych przeze mnie dekoracji. Pytałyście głównie o małe, ozdobne buteleczki, czym sprawiłyście mi ogromną radość, bo przygotowałam je własnoręcznie.

Na wstępie od razu przyznam się, że nie był to mój autorski pomysł. Zainspirowałam się tym oto zdjęciem, znalezionym kiedyś na Pinterest. 


czwartek, 26 czerwca 2014

Moje ulubione aplikacje na Androida

Jeszcze rok temu stałam na stanowisku, że telefon ma służyć do dzwonienia, ewentualnie smsowania i że naprawdę nie potrzebuję żadnych bajeranckich aparatów z milionem aplikacji. Bo niby po co? Mam piękny kalendarz książkowy na notatki, ozdobny adresownik, notes na zakupy, zdjęcia robię Nikonem, seriale oglądam na komputerze, książki czytam w łóżku przed snem... Zupełnie nie czułam potrzeby zmieniania czegoś, co tak dobrze funkcjonowało.

A potem przyszła wiosna i mój powrót do pracy. Nagle okazało się, że doba skróciła się o 9 godzin, a ja, w swoim mniemaniu mistrzyni organizacji, zaczynam się totalnie gubić. Stosy kartek z notatkami po prostu zalały mi torebkę. A i tak ciągle o czymś zapominałam. Opłacić rachunki, uzupełnić Hubisiowi pampersy w żłobku, kupić płyn do prania, przypilnować terminu szczepienia, zadzwonić z życzeniami, zamówić świeże szkła kontaktowe, spytać koleżankę o namiary na dobrego logopedę, itd. itd. Spraw wciąż przybywało, czego o czasie bynajmniej powiedzieć nie można było.

Podczas gdy ja gubiłam się coraz bardziej, mój małżonek radził sobie nadzwyczaj dobrze. Zsynchronizował sobie telefon z kalendarzem, prowadzonym na laptopie, poustawiał przypomnienia. E-maile przychodziły mu na aparat, więc zawsze był na bieżąco. Lista zakupów też lądowała w telefonie. To z jego Nokii dodawałam pierwsze fotki na Hubisiowego Instagrama. No cóż, w końcu mu pozazdrościłam :-).

Swój stary, malutki telefon zamieniłam na solidną cegłę z dużym wyświetlaczem i zaczęłam wielkie testowanie aplikacji na Androida. Część z nich znalazłam sama, część dzięki wpisowi Pauli z One little smile. To ona też zainspirowała mnie do podzielenia się z Wami moją własną top piątką aplikacji dla zabieganych. Wciąż zastanawiam się, jak ja mogłam bez nich funkcjonować :-).

Oto aplikacje, z których bardzo chętnie korzystam i które mogę z ręką na sercu polecić.


Any.do – aplikacja idealna dla mnie. Prosta, intuicyjna, minimalistyczna i świetnie spełniająca swoje zadanie. Biało – niebieska. Zapisuję w niej wszystko, co mam do zrobienia i odhaczam, gdy sprawę załatwię. A jak nie załatwię, automatycznie mam ją na liście zadań na następny dzień. Podoba mi się, bo to namiastka moich ukochanych „papierowych” list, które praktykuję od lat.

Generalnie świetnie mi się z Any.do „współpracuje”. Codziennie rano zaprasza mnie do zaplanowania dnia, dyskretnie przypomina o zadaniach i niezmiennie chwali, jak uda mi się wszystko zrealizować :-). Próbowałam kilku innych aplikacji, w tym Evernote, ale to z Any.do dogaduję się najlepiej. Polecam wszystkim wielbicielom robienia list.


wtorek, 24 czerwca 2014

Baby shower

Moja siostra niedługo zostanie mamą. Wszystkim nam powoli udziela się atmosfera oczekiwania i miłego podekscytowania.  Imię wybrane, torby do szpitala spakowane, łóżeczko w pokoju stoi, trasa na porodówkę opracowana, zostało zrobić tylko jedno... Baby shower!!! A żeby było jeszcze fajniej – baby shower niespodziankę :-)!

Ja wiem, że to amerykański zwyczaj, że można się bez tego obejść, że w Polsce wciąż funkcjonują zabobony i ktoś może uznać to za zapeszanie. Ale życie jest tak krótkie, że aż żal nie skorzystać z okazji do tego, by spotkać się w większym gronie, pośmiać, zjeść coś pysznego, a przede wszystkim sprawić radość bliskiej osobie. 

Zastanawiając się nad miejscem imprezy, wspólnie z dziewczynami uznałyśmy, że młoda mama najswobodniej będzie czuła się u siebie w domu, dlatego do spisku włączyłyśmy mojego szwagra. Trzeba przyznać, że spisał się na medal, bo nie tylko wyprowadził moją siostrę o umówionej godzinie z domu, byśmy zdążyły wszystko przygotować, pięknie posprzątał mieszkanie, ale też ostrzegł nas o ich wcześniejszym powrocie wymuszonym przez deszcz, wysyłając po kryjomu sms’a.

Dziewczyny zadbały o stronę kulinarną imprezy, ja o dekorację przyjęcia i spięcie całości. Pomysły i inspiracje gromadziłam od tygodni, za realizację wzięłam się na tydzień przed zaplanowanym terminem niespodzianki. Kto obserwuje Hubisiowo na Instagramie, mógł już w niedzielę podejrzeć, jak nam to wyszło :-).

Foremki do muffinek, słomki, mini tabliczki i etykiety na cytaty kupiłam w Scandi Loft.  A że reszty obmyślonych przeze mnie dekoracji nigdzie nie mogłam znaleźć, zrobiłam je sama. Girlandy pasujące do wzorów na papilotkach, chorągiewki do muffinek, ozdobne buteleczki i mini-girlanda „It’s a boy” - wszystko made in Hubisiowo :-). Poświęciłam na to dwie noce, ale naprawdę było warto, przede wszystkim dla wyrazu twarzy mojej siostry, gdy to wszystko zobaczyła :-).
































































czwartek, 19 czerwca 2014

Mały ogrodnik

Hubisiowi Dziadkowie mają kawałek ziemi, a na niej trawkę, drzewka, kwiatki, truskawki i inne wspaniałości. Mały ogródek, w którym spędzają wolne chwile, pracując i odpoczywając jednocześnie. Hubiś uwielbia to miejsce. Żaden plac zabaw nie może się z nim równać. I wcale nie chodzi o basen wypełniony kolorowymi piłeczkami, ani o namiot, który specjalnie dla niego dziadek rozbija na trawie. Owszem, chwilkę można się tam pobawić, ale później trzeba zająć się "poważnymi" sprawami.

Bo ogródek przecież sam się sobą nie zajmie :-). Trzeba na przykład pomóc babci kwiatki pielić. To nic, że zamiast chwastów, do wiaderka trafiają pourywane z piwonii listki, albo zebrane z ziemi patyczki. Grunt, że wiaderko się zapełnia. Albo poziomki trzeba zebrać i tak, jak mama prosto z krzaczka spróbować zjeść. Koperku urwać, porzeczki na krzaczku sprawdzić. Na ławeczce pod jabłonką chwilkę z ciocią posiedzieć i koty sąsiada poganiać. Z dziadkiem trawę skosić i żywopłot podlać. Jest tyle fascynujących rzeczy do zrobienia, że aż szkoda czasu na jedzenie i spanie.

Mój mały ogrodnik :-).
 











































 
Pozdrawiam serdecznie wszystkich dużych i małych ogrodników,

Hubisiowa mama

środa, 18 czerwca 2014

Pozytywna energia w każdym wnętrzu

Słów kilka o magii kolorów, wzorów i zabawnych grafikach  

Recepta na sukces? Być szczęśliwym! Wie o tym Pharrell Williams, który jeszcze niedawno zachwycał nas swoim przebojem zatytułowanym po prostu „Happy”. Wiedzą o tym również projektanci wnętrz, którzy dzieląc się kreatywnymi projektami pomieszczeń, pragną uszczęśliwić każdego miłośnika designu. Czy wnętrze mieszkania może być wesołe? Tak, za sprawą odpowiednich barw i kreatywnych, figlarnych grafik.

KOLORY MOGĄ WSZYSTKO!

Z chromoterapii, czyli leczenia za pomocą kolorów, korzysta coraz więcej osób. Bioenergoterapeuci w skuteczny sposób wykorzystują fascynujące moce poszczególnych barw tęczy. Jedne wpływają na nas odprężająco, inne pobudzająco. Taką własną minichromoterapię możemy stworzyć we własnych czterech kątach. Wystarczy wiadro farby, rolka fototapety albo barwna ceramika. Wszystko, co składa się na aranżację naszego wnętrza, może pomóc nam poczuć się lepiej. Pozytywne nastawienie to kwestia doboru kolorów w przestrzeni mieszkalnej! Oto najważniejsze, radosne kolory: 

Czerwień jest barwą najintensywniej pobudzającą do działania. Zachęca do pozytywnego myślenia, ułatwia podejmowanie decyzji i dodaje energii. Mimo swoich pozytywnych właściwości, nie stosujemy jej we wnętrzach zbyt często. Powód? Kolor czerwony jest intensywny, zwraca na siebie uwagę i silnie oddziałuje na każdego, kto przebywa w jego otoczeniu. Najlepiej więc użyć czerwieni jako dopełnienia. Może to być soczyście truskawkowy dywanik albo wiśniowe poduszki. 

Żółty i pomarańczowy również pozytywnie oddziałują na psychikę człowieka. To barwy kojarzone z naturą, z promieniami słońca, świeżą cytryną i pysznymi pomarańczami. Kolory te kojarzone są z wakacjami, przywołują wspaniałe wspomnienia oraz przypominają nam o marzeniach. To radosne i bardzo optymistyczne kolory. Podobnie jak czerwień, mogą występować w roli dodatków, niemniej jednak polecane są także jako motyw przewodni wnętrza. Żółte ściany prezentują się wspaniale, zarówno w jadalni, jak i w biurze – motywują do pracy i wspomagają kreatywne działanie. Czy chcieć czegoś więcej?

Zielony to kolor natury. Wszyscy znamy jego uspokajające właściwości, ale oprócz tego zieleń pomaga nam skupić się na zadaniach. Działa antystresowo i w subtelny sposób podkreśli każde wnętrze.

niedziela, 15 czerwca 2014

"Zawołajcie położną" Jennifer Worth i konkurs!

Londyński East End pokochałam dzięki książkom Jeffrey’a Archera. Portowe doki, ogromna bieda, wyzysk, bezrobocie, przytułki, przestępczość, prostytucja... A w tym wszystkim niezwykłe, zapadające w pamięć historie. Bo czyż może być lepsze tło do pokazania siły ludzkiego charakteru? Albo potęgi nadziei, gdy wszystko wydaje się już stracone? 

Codzienność mieszkańców East Endu lat powojennych to nieustanna walka z ubóstwem, chorobami i z pochodzeniem, które wtedy często determinowało całe życie. To miejsce, które nie wybaczało słabości, ale też uczyło dostrzegania piękna nawet na największych zgliszczach. 

To właśnie do tej najbiedniejszej dzielnicy Londynu trafiła na początku lat pięćdziesiątych młoda położna Jennifer Worth. Swoją praktykę rozpoczęła w Domu Nonnata, ośrodka sióstr anglikańskich, które otaczały opieką mieszkające tam kobiety. Wraz z zakonnicami pomogła przyjść na świat tysiącom dzieci, które rodziły się jedne po drugich w odwiecznym, niezmąconym żadną antykoncepcją cyklu. 

Wspomnienia z przepracowanych z siostrami lat spisała w książce „Zawołajcie położną”, która z miejsca stała się w Wielkiej Brytanii bestsellerem i rozpoczęła społeczną dyskusję na temat świadomego macierzyństwa i nowoczesnych metod porodu. Co więcej, na jej podstawie BBC nakręciło cieszący się ogromną popularnością serial „Call the midwife”, który przy okazji gorąco Wam polecam. 

Co takiego jest w tej książce, że złapała mnie za serce i nie pozwoliła się oderwać? To proste, jest w niej wszystko :-). Dobro i zło, uśmiech i łzy, szczęśliwe i nieszczęśliwe zakończenia, praca, miłość, nienawiść. Narodziny, będące kwintesencją życia. Życie prywatne autorki i historie o prawdziwych bohaterach. A w tle barwny East End. 

Źródło Wydawnictwo Literackie

sobota, 14 czerwca 2014

Wyniki konkursu z Printu

Nadszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu organizowanego wraz z naszym wspaniałym sponsorem Printu – drukujemy emocje. Na początku czerwca prosiliśmy Was o odpowiedź na pytanie, dlaczego warto wywoływać zdjęcia, a nie przechowywać je wyłącznie na komputerowym dysku.

Dostaliśmy bardzo dużo, bardzo fajnych odpowiedzi. I uwierzcie, naprawdę nie było łatwo wybrać pięć najlepszych. Wraz z Hubisiowym Tatą wydrukowaliśmy i pocięliśmy na paseczki Wasze komentarze (bez autorów, by być całkowicie obiektywnym). A potem każde z nas wytypowało swoją piątkę. W dwóch przypadkach nasz wybór był ten sam, o pozostałe stoczyła się mała bitwa :-). Ostatecznie bony na fotoksiążkę zdobywają autorki zamieszczonych poniżej komentarzy.

Bony na fotoksiążkę o wartości 100,00 zł (przy zamówieniu za min. 101,00 zł) trafiają do:


czwartek, 12 czerwca 2014

Kubek z grzybem - ciąg dalszy

Gdy opisałam Wam historię Hubisiowego kubka, zupełnie się nie spodziewałam tak dużego odzewu z Waszej strony. Dziękuję Wam za każde słowo wsparcia i otuchy. Nawet nie wiecie, ile dało mi to pocieszenia. Mam też nadzieję, że nasza sprawa skłoniła młodych rodziców do tego, by sprawdzić, w jakim stanie są żłobkowe i przedszkolne kubki ich dzieci...

Nasz kubeczek wylądował w sanepidzie. Mieliśmy jeszcze cichą nadzieję, że może się mylimy i że to faktycznie osad po herbacie, albo jakieś resztki owoców z kompotu. Niestety, po zbadaniu kubka pod mikroskopem laborant stwierdził, że to na 100% są grzyby. Nie był pewien jednak, czy będzie mógł przyjąć kubek na szczegółowe badania, bo jak powiedział, nigdy nie mieli u siebie takiego „obiektu”. Po konsultacji z przełożonym, przyjął go jednak do akredytowanych badań, przede wszystkim z uwagi na to, że pochodził on ze żłobka. Wyniki mają zostać przekazane nie tylko nam, ale również Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

W ciągu następnego miesiąca grzyby z Hubisiowego kubka będą w sanepidzie hodowane i dopiero po tym czasie dowiemy się, jakiego są rodzaju i czy są chorobotwórcze. Koszt całego przedsięwzięcia to ponad 200 zł, ale akurat pieniądze zupełnie w tym momencie nie mają znaczenia.

W prywatnej rozmowie z Hubisiowym Tatą laborant stwierdził, że w życiu nie widział czegoś takiego i w głowie mu się nie mieści, jak ktoś mógł podać dziecku tak zagrzybione naczynie. Mówił też, jak wiele złego grzyby mogą wyrządzić zdrowiu, jakie spustoszenie potrafią siać, szczególnie jeśli osiądą na płucach. Podobno w niektórych przypadkach leczenie może potrwać nawet kilka lat. Nie powiem, by mnie to podniosło na duchu...

Gdy mieliśmy już pewność, że kubek Huberta był zagrzybiony, a nie brudny, zadzwoniliśmy do dyrektorki żłobka. I tak, jak Hubisiowy Tata był w trakcie tej rozmowy oburzony, tak ona spokojna. Na wieść o wstępnych wynikach badań z sanepidu spytała „No, ale czego pan ode mnie oczekuje?”. Gdy usłyszała, że wyjaśnień, stwierdziła, że ona tak naprawdę to nic nie wie i że musi się zapoznać ze sprawą. Hubisiowy Tata miał wrażenie, że spłynęło po niej jak po kaczce.

Jednak kilka godzin później, gdy skończyłam pracę i pojechałam do żłobka czekała na mnie w swoim gabinecie. Usłyszałam słowa przeprosin, zapewnień o zmienionych procedurach i szczególnej uwadze, jaką personel będzie przykładał do mycia kubków. Dowiedziałam się jednak też, że „grzyby są wszędzie”, że „to był jednorazowy incydent”, „niekomfortowa dla nas sytuacja, ale że na pewno nic się złego zdrowiu Huberta nie przydarzy”. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Jak tak można?

Jestem dziś tak wściekła, jak tylko wściekła może być matka, gdy zorientuje się, że ktoś krzywdzi jej dziecko. I okropnie rozczarowana. Bo naprawdę myślałam, że w żłobku Hubisia pracują odpowiedzialni ludzie. Że o niego dbają. Że jest dla nich ważny. Gdy patrzyłam z jaką radością i czułością wita się z „ciociami”, gdy widziałam kolejne zdobyte tam umiejętności, jego najedzony brzuszek i ciałko bez żadnych odparzeń, byłam przekonana, że trafił w dobre miejsce. Byłam, do dzisiaj.

Gdy przyjechałam po Hubiego po pracy, był już w połączonej grupie ze starszymi dzieciaczkami. Jego „cioci” nie było, skończyła pracę godzinę wcześniej. Wszystkie maluszki siedziały sobie grzecznie przy mikroskopijnym stoliku na mikroskopijnych krzesełkach i piły wodę z kubeczków. Mój Hubiś też trzymał w rączce swój kubek 360 stopni. Na mój widok zerwał się i z tym kubeczkiem wpadł mi w ramiona. Po tradycyjnych buziakach i serii przytulanek spojrzałam na kubek i zalała mnie autentyczna fala gorąca. 

Pod gumową obwódką na całości kubeczka widniała gruba warstwa czarnego grzyba. Grzyba! Nie mogłam w to uwierzyć. Natychmiast pokazałam opiekunce i patrzyłam jak się zmieszała. Zaczęła tłumaczyć, że oni zawsze wrzucają do zmywarki i wyparzają naczynka dzieci, że ona nie ma pojęcia jak to się stało. Że pewnie opiekunki z Hubisia grupy nie zaglądały pod gumę... Potem wtrąciła się druga, że to może osad z herbaty... Brak słów po prostu. 

niedziela, 8 czerwca 2014

17 miesięcy Hubisia

W środę Hubiś skończył 17-sty miesiąc życia i był to miesiąc, w którym praktycznie codziennie zaskakiwał nas nowymi umiejętnościami. Pękałam z dumy, gorliwie zapełniając nasz pamiątkowy album i wciąż nie mogąc się nadziwić, w jakim tempie rozwija się nasz szkrab. 

Przede wszystkim zyskałam stu procentową pewność, że nasz syn potrafi rozróżniać kolory. Bo chociaż wielokrotnie próbowałam bawić się z nim w grupowanie kolorów, do tej pory nigdy nam to nie wychodziło. Nie byliśmy nawet blisko celu zabawy, dlatego tak ucieszyła mnie i zaskoczyła sytuacja, w której Hubiś, siedząc w baseniku z kolorowymi piłeczkami, zaczął wyrzucać z niego różowe piłeczki. Gdy zorientowaliśmy się, że bierze do rączki wyłącznie różowe (a były jeszcze żółte, niebieskie i zielone), zaczęliśmy go zachęcać, by wyrzucił resztę w tym kolorze. I Hubiś, rozgarniając rączkami setkę piłeczek, bezbłędnie odszukiwał różowe i pozbywał się ich z basenu. Daltonistą nie jest więc na pewno :-).


piątek, 6 czerwca 2014

Jak wspomóc rozwój mowy dziecka? - część II

Zgodnie z obietnicą, zapraszam Was na drugą część gościnnego wpisu Zosinkowej Mamy, która opowiada jak wspomóc rozwój mowy dziecka.

***

HUŚTAWKA 

Wiecie, że huśtanie stymuluje rozwój mowy??? Bo ja nie miałam o tym zielonego pojęcia! Zamontowaliśmy zwykłą huśtawkę niemowlęcą w przedpokoju (był to okres jesienno-zimowy), co spotkało się z entuzjazmem u córki. Teraz, gdy jest ciepło mniej z niej korzysta, bo sporo jest bujana na placach zabaw. 

Dobrze jest, gdy huśtamy dziecko do przodu i do tyłu, na boki i robimy coś w rodzaju „kręciołka”. W ten sposób stymulujemy jakieś ważne ośrodki w mózgu; piszę ogólnikowo, ponieważ nie jestem tu koneserem, a co się z tym wiąże, nie znam odpowiedniej terminologii.

Możemy również pobawić się w huśtanie w kocu, ale do tego potrzebne są już dwie dorosłe osoby. Wskazane są także wszelkie hamaki, bujaki itd.


INNE SPOSOBY WZMACNIANIA APARATU MOWY

Aparat mowy bardzo wzmacnia puszczanie baniek mydlanych! Początkowo córka oczywiście nie posiadała tej umiejętności, ale po 2 tygodniach zaczęły jej wychodzić pierwsze bańki, oczywiście nagradzane oklaskami :-).

Pomocne jest również dmuchanie wiatraczka na patyczku (takiego zwykłego, „odpustowego”), kąpiel w pianie i zdmuchiwanie jej z dłoni, dmuchanie piórka, wąchanie kwiatków. Przy wąchaniu istotne jest, by dziecko miało zamkniętą buzię! Córka teraz „wachą” nawet kwiatki z Lego Duplo ;-).





























czwartek, 5 czerwca 2014

Jak wspomóc rozwój mowy dziecka?

Gdy miesiąc temu opisywałam Wam nasze spotkanie z logopedą w ramach akcji „Dwa słowa na dwa lata to o 270 słów za mało”, odezwała się do mnie koleżanka ze studiów, która od dłuższego czasu chodzi ze swoją córeczką Zosią do neurologopedy. 

Zosinkowa Mama opowiadała mi m.in. o tym, jak masować, czytać, wąchać, ćwiczyć z latarką, rozwijać mowę w kąpieli. Okazała się prawdziwą skarbnicą wiedzy w zakresie metod rozwoju mowy dziecka i dlatego postanowiłam ubłagać ją o wpis gościnny. Szkoda byłoby nie podzielić się z Wami tą wiedzą, która niewątpliwie zainteresuje wielu młodych rodziców. 

Zapraszam Was do przeczytania kilku uwag o logopedycznych potrzebach naszych Milusińskich. Dzisiaj część pierwsza, jutro ciąg dalszy :-). Ja po przeczytaniu całego tekstu Zosinkowej Mamy wiem już, jak wiele błędów popełniłam. Przykładowo uczyłam Hubisia, że ten puchaty zwierzak to kotek, zamiast po prostu kot. A przecież dziecku dużo łatwiej byłoby wypowiedzieć słowo „kot” niż jego zdrobnienie. Nie wiem, czemu nie wpadłam na to sama :-)?

Oddaję więc głos Zosinkowej Mamie, która jak dla mnie osiągnęła szczyty logopedycznej dbałości o rozwój dziecka (i nie piszę tego dlatego, że nazwała mojego Hubisia „nieziemskim słodziakiem :-)).


***
Od kilku miesięcy regularnie czytam Hubisiowo i jakież było moje zdziwienie, gdy po ujawnieniu wizerunku Autorki zorientowałam się, że przecież znam Joasię! Tym bardziej zrobiło mi się miło, ponieważ razem kończyłyśmy studia, a teraz zmagamy się z radością macierzyństwa. Hubiś jest o miesiąc starszy od mojej Córeczki Zosieńki, stąd też jestem bardzo zainteresowana Jego rozwojem i przygodami. Abstrahując już od tego, że to Słodziak nieziemski, uroczy Malec, którego widok autentycznie poprawia mi nastrój! 

Moje Słoneczko pochodzi z tzw. problemowej ciąży, celowo omijam tu słowo „patologicznej”, ponieważ kojarzy mi się ono bardzo pejoratywnie. W telegraficznym skrócie Córeczka bardzo szybko chciała przyjść na świat, musiałam przyjmować różne leki i leżeć plackiem w domu i w szpitalu. Ale udało się! Zosiulka znalazła się „po drugiej stronie brzuszka” dwa dni po ukończeniu 38-ego tygodnia ciąży! Piękna, czarnowłosa, szczuplutka (ok. 3300 g) i długonoga (59cm) modelka ;-). Ósmy Cud Świata!

Ok. 8 tygodnia okazało się, że niestety cierpi na znacznie obniżone napięcie mięśniowe i asymetrię, przeszłyśmy przez 9 miesięcy żmudnej rehabilitacji (Voyta, ndt-Bobath) i ku zaskoczeniu otoczenia (także i ze świata medycznego), mając 10,5 miesiąca zaczęła stawiać pierwsze samodzielne kroczki, a w 13-stym miesiącu zaczęła biegać. 

W 8 miesiącu Jej życia zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Córka w sumie słabo gaworzy i ogólnie wydaje mało dźwięków. Lekarze rehabilitacji, neurolog, rehabilitanci uspokajali mnie, że „w końcu zacznie” i że „rozwój ruchowy jest najważniejszy”. Jednakże ja z natury jestem baaaaaaaaaardzo dociekliwa i staram się oceniać Zosię holistycznie. Stąd też skonsultowałam ją i okazało się, że praktycznie każdy malec z problemami z napięciem mięśniowym, czy też będący wcześniakiem, powinien być przynajmniej raz przed ukończeniem 1-ego roku życia u logopedy, a najlepiej u neurologopedy. Niestety pediatrzy, a także lekarze innych specjalności nie dostrzegają wagi problemu.

Zgodnie z sugestią Hubisiowej Mamusi podzielę się więc z Wami swoimi spostrzeżeniami i moim doświadczeniem w tej materii.


PIERWSZA WIZYTA

Nasza pierwsza wizyta u logopedy trwała… 1,5 godziny! W mojej ocenie 30-sto minutowy debiut logopedyczny to zdecydowanie zbyt krótko

Logopeda powinien:
- zebrać dokładny wywiad ciążowy, wypytać o rozwój dziecka od okresu noworodkowego, przebyte choroby, leczenie itd.,
- nawiązać kontakt z dzieckiem, a wiadomo, że nie zawsze jest to takie proste, zwłaszcza w okresach wzmożonego lęku separacyjnego!
- zbadać dokładnie w rękawiczkach budowę jamy ustnej,
- zobaczyć jak dziecko je i pije,
- w zależności od wieku sprawdzić jak dziecko się bawi, czy rozumie polecenia, pokazuje np. mamę,
- określić, z jakim problemem mamy do czynienia (lub też rozwiać niepokoje),
- zalecić niezbędne wizyty u innych specjalistów np. u laryngologa, specjalisty od integracji sensorycznej, neurologa, psychologa,
- pokazać, w jaki sposób ćwiczyć/bawić się z dzieckiem, masować, zapisać schematy,
- odpowiedzieć na pytania (dość często mocno zaniepokojonego) rodzica.

Pani logopeda zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, stąd też jesteśmy pod jej skrzydłami już prawie 8 miesięcy. Problem u córki jest niewielki, ale mięśnie w buzi, rozwój mowy wymaga stymulowania, by w przyszłości nie przechodzić gehenny logopedycznej np. w okresie przedszkolnym. 



GESTY

Od samego początku naszej logopedycznej przygody mieliśmy za zadanie skupić się na korelacji słów i gestów, a co najważniejsze stymulować gest pokazywania. Zaczęłam od domowników, wielokrotnie pokazywałam na męża mówiąc Zosi „to tata”, mój Mąż wskazywał analogicznie na mnie. Potem dołączałam przedmioty typu miś, kwiat itd. Pytałam Córkę „gdzie miś”, „gdzie tata”? W tym też celu oglądaliśmy również nasze zdjęcia i córka uczyła się rozpoznawać, gdzie mama, tata, babcia itd. Stopniowo zaczęła pokazywać coraz więcej przedmiotów.

W rozwoju mowy istotne jest również łączenie gestu z dźwiękiem. Gdy uczymy dziecka znaczenia słów „tak” czy „nie” powinniśmy adekwatnie ruszać głową. „Nie ma” - rozkładamy wymownie ręce, „nie wolno” lub „no no” i „grozimy”, unosimy rękę nad głowę, gdy mówimy, że dziecko jest „taaaaaaakie duże”, układamy znacząco dłoń, gdy chcemy, by coś nam dało.

Nie ma, nie ma :-)





































Pamiętam, że przed 11 miesiącem Zosia umiała ok. 7-8 gestów i spotkało się to z aprobatą pani logopedy.


POKAZYWANIE CZĘŚCI CIAŁA

Ok. 9/10 miesiąca zaczęliśmy zwracać uwagę na części ciała i to bardzo stopniowo. Wprowadzałam jedną część ciała średnio raz na 7-10 dni, w nieskończoność pokazywałam na lalkach, misiach, domownikach, oczka, włosy, buzie itp., itd., Gdy córka skończyła roczek, to zaczęła pokazywać „na sobie”. Pomocny w tym jest dość znany wierszyk:

Rączki robią klap, klap, klap.
Nóżki robią tup, tup, tup.
Tutaj swoją główkę mam
i na brzuszku sobie gram.
Buźka robi am, am, am,
oczka patrzą tu i tam,
tutaj swoje uszka mam
i na nosku sobie gram.

Około 13-tego miesiąca Zośka umiała pokazać 6/8 części ciała z powyższego wierszyka, teraz w 15 miesiącu potrafi już cały, choć czasem nie chce „pograć” na nosku ;-). Weszliśmy też na „wyższy” stopień zaawansowania, córcia uroczo pokazuje, gdzie ma pupkę, kolanka itd. Było to oczywiście również ćwiczenie gestów.

Zosiu, pokaż język :-)!


































W nauce, a właściwie w zabawie w „naukę”, części ciała Pani Logopeda wsparła nas następującym ćwiczeniem: na kanapie sadzamy jak największego pluszaka (akurat Zośka dostała pluszowego, metrowego psa na chrzest), gasimy wszędzie światła, bierzemy najlepiej wąskostrumieniową latarkę i włączamy ją wskazując na ucho, brzuch, rękę itp., itd. Dużo frajdy i śmiechu!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Fotoksiążka Printu po raz drugi i konkurs!

Wiedziałam, że na jednej się nie skończy. Że mnie to wciągnie jak „House of cards” i będę chciała więcej i więcej. Że wrócę, by ponownie stworzyć coś wyjątkowego. W stu procentach naszego – Hubisiowego. I wiedziałam, że znów będę zachwycona :-).

O naszej pierwszej fotoksiążce z Printu - drukujemy emocje, pisałam Wam tutaj. To właśnie ona zasiała w moim sercu nieszkodliwe i bardzo przyjemne uzależnienie. W ciągu kilku miesięcy przejrzałam ją ze sto razy i wciąż nie mogłam się nadziwić, że na tych pięknych, błyszczących stronach jest mój Hubiś! 

I chociaż początkowo myślałam o kolejnej na koniec 2014 roku, to wszystkie moje plany legły w gruzach, gdy zobaczyłam zdjęcia z roczkowej sesji Hubisia. Magda Sulwińska zrobiła mu tak wiele, tak pięknych fotografii, że po prostu nie mogłam nie mieć ich w wersji papierowej. A że już jedno cudeńko na półce stało, to decyzja podjęła się sama :-).

Konto na Printu.pl już miałam, plan na fotoksiążkę też, pozostało tylko wybrać te naj- naj- najfajniejsze zdjęcia (najtrudniejsza część programu) i ułożyć je w edytorze, który zresztą wydał mi się jeszcze prostszy niż za pierwszym razem. Przykładowo tak:





Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.