AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

niedziela, 28 września 2014

Szum fal

Szum fal...
zapach wody...
wiatr plączący włosy...
pies biegający po pustej plaży...
zachód słońca zapierający dech w piersi...
ukochana dłoń trzymająca moją dłoń...

I nawet jeśli to tylko jeden dzień... dla takich chwil warto żyć...


Śpijcie smacznie Kochani!

Hubisiowa mama
 

wtorek, 23 września 2014

Myśli potargane # 2

13 września 2014 (sobota)
Rano przyjechała do nas Hubisiowa Babcia. Młody tak ucieszył się na jej widok, że aż trudno to opisać. Śmiał się, piszczał, wtulał i całował. A potem spędził z Babcią cały dzień, dzięki czemu w końcu wyszłam na prostą z rzeczami do prasowania. Siedem godzin z żelazkiem w ręku. Jestem nienormalna :-).

14 września 2014 (niedziela)
Chyba coś zaszkodziło Hubertowi, bo wymiotował w nocy. Żadnych innych objawów choroby nie zaobserwowaliśmy. Nie ma gorączki, wysypki, ani biegunki. Nie wygląda też na to, by coś go bolało. Biega i bawi się zupełnie normalnie. Podejrzewałam, że mógł cichaczem połknąć jedną z czerwonych jagódek, które rosną na krzaku przy placu zabaw, a które od dawna bardzo go kuszą. Gdy go o to spytałam odpowiedział, że „taaaa”. Ale szybko się uspokoiłam, bo na pytanie kontrolne, czy zjadł ślimaka również odpowiedział "taaa" :-).

15 września 2014 (poniedziałek)
W niedzielę zostanę matką chrzestną mojego siostrzeńca Maksa. I będzie to nietypowy chrzest, bo będzie nas dwie. "Nas" w sensie matek chrzestnych. Gdy po raz pierwszy o tym usłyszałam, od razu przypomniała mi się bajka o Śpiącej Królewnie. Jej matkami chrzestnymi były trzy dobre wróżki, które z okazji chrztu obdarowały królewnę czarodziejskimi darami – pięknością, dobrocią i mądrością... Fajnie byłoby móc dać Maksowi taki prezent :-).

16 września 2014 (wtorek)
Hubiś jest chory. Po 14stej dostałam telefon ze żłobka, że ma wysypkę i gorączkę. Moja przełożona zabroniła mi wyjść z pracy, by go z tego żłobka zabrać. Zrobiło się mocno nieprzyjemnie, bo praca nigdy nie będzie dla mnie ważniejsza od syna. U lekarza okazało się, że to jakieś wstrętne wirusisko, więc od jutra jestem na zwolnieniu. I jakby problemów było za mało, to w moim autku padły łożyska, a Hubisiowy Tata przypadkowo roztrzaskał swój telefon. To zdecydowanie nie był dobry dzień.

17 września 2014 (środa)
Kupiłam dzisiaj prezent dla Maksa. Zamiast srebrnej łyżeczki będzie Tula. Mam nadzieję, że polubią się z Maksem :-).
Ps. Chory Hubisław Wiercidupka przeobraził się w Hubisława Jęczydupkę. Nie jest lekko...

18 września 2014 (czwartek)
Czasami omyłkowy telefon okazuje się uśmiechem losu :-). Chwila rozmowy i nagle mam sponsora nagród w konkursie na Hubisiowym fanpage’u. Tak się cieszę :-).

19 września 2014 (piątek)
Dzisiaj na kontroli pediatra zaskoczyła mnie stwierdzeniem, że Hubiś ma bostonkę. Wcześniej była mowa po prostu o wirusówce. Lekarka przedłużyła mi zwolnienie do środy włącznie i nie pozwoliła zabrać młodego na niedzielne chrzciny. I nie wiem teraz co zrobić, bo jedyne osoby, które mogłyby się Hubertem zająć, będą na tej imprezie.

20 września 2014 (sobota)
Hubi czuje się zdecydowanie lepiej. Właściwie dokuczają mu już tylko krosty. Cieszę się, gdy znowu widzę dawny Hubisiowy uśmiech :-).

21 września 2014 (niedziela)
Chrzciny Maksa. Piękna, rodzinna uroczystość, szkoda tylko, że bez udziału Hubisia i Hubisiowego Taty.

22 września 2014 (poniedziałek)
Zasypialiśmy dziś razem. Hubiś wtulony we mnie, mocno obejmował rączką moją szyję. Nie spał, ale leżał bardzo spokojnie. Szeptałam mu do ucha bajkę o piesku, który poszedł szukać swojego przyjaciela – parowaru... Po raz pierwszy słuchał jak zaczarowany. Magiczne chwile...:-).


Hubisiowa mama 

sobota, 20 września 2014

20 miesięcy Hubisia

Gdy ktoś pyta mnie, w jakim wieku jest mój synek odpowiadam, że ma półtora roczku. Tymczasem Hubiś na początku września skończył 20 miesięcy i wielkimi krokami zbliża się do kolejnych urodzin. I chociaż wydaje mi się nieprawdopodobne, że czas tak szybko płynie, to chyba będę musiała przyzwyczaić się do odpowiedzi, że ma „prawie dwa latka” :-).

Żeby jednak tradycji stało się zadość, oto podsumowanie dwudziestego miesiąca Hubisiowego życia.

Pierwsze i najważniejsze – nasz Hubiś zaczął śpiewać!!! Słodkie „la-la-la” rozkłada mnie na łopatki za każdym razem, gdy je słyszę. Ba, tak się wyrobił w tym śpiewaniu, że zaczął jawnie krytykować matkę swą jedyną. Gdy nucę mu do ucha kołysankę, krzyczy „ne!!!”. Pytam więc „Mamusia ma śpiewać?” i słyszę w odpowiedzi stanowcze „ne”. Na wszelki wypadek dopytuję dalej „Mamusia brzydko śpiewa?” i słyszę smutną, ale szczerą prawdę: „Taaaa” :-) :-) :-). Cóż, wiedziałam, że akurat tym talentem nie grzeszę, ale że nawet dziecko moje ukochane nie będzie potrafiło zdzierżyć mojego śpiewu, to już naprawdę dół :-).

Co jeszcze? Samodzielny się zrobił bardzo. Potwornie złości się, gdy próbuję mu pomóc zejść ze schodów. „Siam” i koniec. Opędza się, a ja mam serce w gardle, że spadnie. „Siam” też chce po schodach wchodzić. „Siam” zjeżdża ze zjeżdżalni i „siam” myje rączki. Żeby nie wspinał się na pudełka, kupiłam mu stopień dla dzieci. I teraz „siam" ściąga rzeczy ze stołu i „siam” zagląda w rejony do tej pory mu nie dostępne. Już mi miejsca w górnych szafkach brakuje :-).


czwartek, 18 września 2014

Z Hubisiowej biblioteczki

Kocham książki. Staram się czytać codziennie. Jednak odkąd wróciłam do pracy czytam je zupełnie inaczej. Już nie zatapiam się na godzinę w wygodnym fotelu, wykorzystując Hubisiową drzemkę, ale czytam w sposób złodziejski :-). Złodziejski, bo czas na książki wykradam z codziennych obowiązków. I czytam. Zdanie po zdaniu. Strona po stronie. Czytam w kolejce do kasy, czytam przy mieszaniu zupy, gdy Hubiś zajmie się na pięć minut klockami, albo gdy uda mi się przyjechać przed korkami i mam jeszcze 15 minut do rozpoczęcia pracy. I nie przeszkadza mi to, że czasem jest to tylko jedna strona dziennie. Najważniejsze, że w ogóle się udaje. Bo każda książka wnosi coś w moje życie, wzbogaca i uczy. 

Ostatnio mam szczęście do fajnych książek. Jedną z nich wpisałam nawet na listę 10 książek, które zmieniły moje życie (tak, tak Asiu, pamiętam o wyzwaniu, moja lista na pewno się pojawi). Inne okazały się znakomitą rozrywką lub zaskakującym odkryciem. Wszystkie warte polecenia!  


Lisa Genova „Motyl”

Książka, które wywarła na mnie ogromne wrażenie. Piękna, mądra, wzruszająca. To jedna z tych pozycji, dla których zarywa się noce, a później nie można przestać o nich myśleć. Opowiada o Alice, pięćdziesięcioletniej profesor na Uniwersytecie Harvarda, która dowiaduje się, że cierpi na chorobę Alzheimera we wczesnym początku. To dla niej szok, tym bardziej, że właśnie fenomenalna pamięć była filarem jej kariery zawodowej. Zatapiając się powoli w chorobę, Alice walczy o swoją tożsamość, o miłość i godność. „Motyl” pokazuje bezradność chorych wobec Alzheimera, na którego do tej pory nie znaleziono lekarstwa. Widzimy cierpienie bliskich, którzy stopniowo tracą ukochaną osobę. Obserwujemy lęk Alice przed utratą pamięci o dzieciach i sobie samej.
I chociaż mogłoby się wydawać, że jest to ciężka, męcząca i do cna pesymistyczna pozycja, nic bardziej mylnego. Czyta się ją niezwykle lekko, czasami tylko zraszając papier łzami. Gdzieś przeczytałam, że ta książka otwiera oczy, duszę i umysł. Zgadzam się w stu procentach i naprawdę bardzo, bardzo Wam polecam!



Moriarty Liane „Sekret mojego męża”.

Cecylia, szczęśliwa żona i matka, podczas jednej z delegacji męża odnajduje na strychu list. Na pożółkłej ze starości kopercie widzi pisane jego ręką słowa Dla mojej żony, Cecilii Fitzpatrick. Otworzyć wyłącznie w przypadku mojej śmierci. Tess dowiaduje się, że mąż zakochał się w jej najlepszej przyjaciółce. Z kolei Rachel nie potrafi pogodzić się z utratą tragicznie zmarłej córki.
Jaki sekret kryje koperta? Jak splotą się losy bohaterek? Jakie zakończenie szykuje dla nas autorka? „Sekret mojego męża” to naprawdę fajna powieść. Wciągająca, z zaskakującym epilogiem, który rzuca zupełnie nowe światło na całą historię. To książka o trudnych wyborach i decyzjach, które zmieniają życie. Serdecznie polecam!

 
Violetta Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”.

Rzadko sięgam po biografie, ale ta w niczym nie przypomina suchej, nudnej, pełnej szczegółów książki. Czyta się ją jak powieść najlepszego gatunku. Wciąga, wzrusza, bawi. I wciąż na nowo zaskakuje.
Nie miałam pojęcia, że pierwsza dama polskiej seksuologii była tak zwariowana, nietuzinkowa i pełna temperamentu. Że prowadziła tak burzliwe i ekscentryczne życie. Dla przykładu zdradzę Wam tylko, że przez wiele lat mieszkała z mężem i swoją najlepszą przyjaciółką, i to na jej prośbę stworzyli miłosny trójkąt.
Polecam z całego serca! Na pewno nie będziecie żałować :-).










Bogna Ziembińska „Droga do Różan”, „Wiosna w Różanach” i „Tylko dzięki miłości”.

Zachęcona recenzją Kasi z Kantorka Katjuszki (klik) postanowiłam sięgnąć po „Drogę do Różan”. Książka okazała się naprawdę sympatycznym czytadłem z irytującą główną bohaterką i rewelacyjnymi postaciami drugoplanowymi. Moją sympatię skradła przede wszystkim błyskotliwa i pyskata Marianna. „Droga do Różan” to fajne dialogi, świetny styl i pięknie ukazany szacunek dla przeszłości. I jeszcze niesamowite opisy ogrodu w Różanach i Krakowa.
Książka spodobała mi się tak bardzo, że od razu sięgnęłam po drugą część "Wiosnę w Różanach", która z całej trójki podobała mi się najbardziej. Miałam wrażenie, że dopiero tu zaczęła się prawdziwa historia.
Najmniej ciepłych słów mam dla trzeciej części „Tylko dzięki miłości”, bo ani forma, ani styl nie dorównały częściom poprzednim. Jednakże nie wyobrażam sobie, by przeczytawszy pierwsze dwie części, nie sięgnąć i po trzecią.
Jeśli więc szukacie lekkiej, niebanalnej historii, seria o Różanach na pewno Wam się spodoba.

piątek, 12 września 2014

Myśli potargane # 1

Chcę pamiętać każdą chwilę... Schować głęboko w sercu i przechowywać jak talizman. Mieć możliwość powrotu do dni, w których Hubiś miał niecałe dwa latka, a całym jego światem byliśmy my... Dlatego notuję. W kalendarzu, na paragonach i wyrwanych z zeszytu kartkach. Chociaż kilka słów, by pamiętać...

6 września 2014 (sobota)
Zrobiłam dzisiaj na kolację pizzę z pełnoziarnistego zboża. I chociaż wiem, że nie jest to najodpowiedniejsze pożywienie dla dziecka, to po słodkim „Chciem to to” dałam Hubisiowi kawałek ciasta. A potem nasłuchałam się wspaniałych komplementów. Było energiczne głaskanie się po brzuszku, z dziesięć „mniam, mniam” i prośby o dokładkę „to chcie!”. Dla takiego małego smakosza, warto się postarać :-).


7 września 2014 (niedziela)
Pojechaliśmy odwiedzić moją siostrę i maleńkiego Maksa. Hubiś przyglądał mu się uważnie, po czym wyciągnął paluszek, pokazał bobasa i spytał: „Cio to?”. „To jest Maks, synek cioci, pamiętasz?”. „Taaa” – odpowiedział pewnie Hubiś i pobiegł gonić kota. 


8 września 2014 (poniedziałek)
Jestem dumna z mojego malucha. Po wielu nieudanych podejściach, w końcu odważył się sam zjechać ze zjeżdżalni. Co więcej, spodobało mu się to! Gdy wpadł w moje ramiona był taki szczęśliwy, że aż mnie za serducho złapało. Piszczał z radości, wchodząc znowu na zjeżdżalnię. A potem znowu, i znowu. Zjechaliśmy dzisiaj chyba ze trzydzieści razy :-).


9 września 2014 (wtorek)
Po drzwiach naszej kuchennej szafy chodziła dzisiaj mucha. Hubiś podszedł bliżej, przyjrzał jej się uważnie i pytając „cio to?”, dźgnął ją przypadkowo szybkim, zdecydowanym ruchem paluszka. Padła martwa na podłogę, a on tak się wystraszył, że uciekł z kuchni :-). 


10 września 2014 (środa)
Obudził się o 5:45. Byłam już w łazience, gdy usłyszałam głośne wołanie: "Maaa-maaa! Mmmmaaa-mma!". Gdy nachyliłam się nad łóżeczkiem, powitał mnie najcudowniejszy uśmiech zaspanego Hubisia. "Wołałeś mamę kochanie?" spytałam. "Taaaa" odpowiedział i wyciągnął do mnie rączki. Dla takich poranków warto żyć...


11 września 2014 (czwartek)
Hubiś nie chciał wracać dziś ze żłobka do domu. Biegał po szatni, zaglądał do szafeczek innych dzieci, tańczył do dobiegającej z sali muzyki i ani myślał zdejmować kapciuchów. Gdy w końcu dał się przekonać do wyjścia, wziął za jedną rękę mnie, za drugą swoją żłobkową ciocię i chciał byśmy szły z nim obie :-). Zaskoczył mnie i zrobiło mi się jednocześnie miło i odrobinę przykro. Bo z jednej strony szalenie cieszę się, że dobrze się tam bawi, że jest przywiązany do swojej opiekunki i że czuje się z nią bezpieczny. A z drugiej... chyba byłam odrobinkę zazdrosna :-). 


12 września 2014 (piątek)
Głupstwo dzisiaj zrobiłam i zła jestem na siebie, bo mogłam tego uniknąć, a skończyło się wielkim płaczem i przerażonymi oczkami Hubisia. Nie pomyślałam po prostu. Nie przewidziałam. Byliśmy na placu zabaw. Hubiś bawił się z dziećmi, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Gdy poczułam zimny wiatr, poprosiłam sąsiadkę, by na niego zerknęła i poszłam po sweterek do stojącego 20 metrów dalej samochodu. Nie powiedziałam mu dokąd idę, nie uprzedziłam. Nie było mnie minutę, ale wystarczyło, by przerażony biegł z płaczem w moją stronę. Przepraszałam go, całowałam, przytulałam, a on tak mocno trzymał mnie za szyję, że łzy napłynęły również do moich oczu. Przepraszam Cię Hubisiu, już nigdy więcej tego nie zrobię!
 

Hubsiowa mama

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.