AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 27 października 2014

O Hubisiowie

Hubisiowo to dla mnie specjalne miejsce. Miejsce całkowicie moje, w którym nic nie muszę, za to zawsze chcę. Mój pamiętnik. Moje hobby. Kronika mojego macierzyństwa. Mój sposób na zapamiętywanie szczęścia i radzenie sobie z problemami. Moja odskocznia. Mój maleńki skrawek internetowej galaktyki. Ale przede wszystkim mój długoterminowy podarunek dla dorosłego Huberta. Żeby wiedział, jak bardzo go pragnęłam, z jaką radością oczekiwałam i jak bardzo go kochałam już od pierwszej sekundy świadomości, że się narodzi. 

Znajomi pytają mnie czasem, po co właściwie to robię? Przecież mam tyle obowiązków, praca, dom, dziecko. Po co brać sobie na głowę kolejny? Ale to zupełnie nie jest tak. Ja po prostu lubię widzieć swoje myśli. Dopiero wtedy porządkuję je w głowie. Wyciągam wnioski, studzę emocje. Dlatego odkąd pamiętam, zawsze pisałam. W moim rodzinnym domu leżą całe pudła pamiętników, z których najstarszy pochodzi z 1992 r. Hubisiowo jest ich współczesną wersją. Nie jedyną, ale na pewno tą najważniejszą. 

Poza tym, ja po prostu bardzo lubię to moje Hubisiowo. Wkładam w niego dużo serca, pracy i tyle czasu, ile tylko uda mi się wygospodarować. Wszystkie pracujące na cały etat mamy wiedzą, jak jest go mało. 

Dzięki niemu poznałam wielu wspaniałych ludzi, z kilkoma się zaprzyjaźniłam. Byłam w ciekawych miejscach, brałam udział w kilku kampaniach, akcjach, konferencjach i blogerskich spotkaniach. To Hubisiowo stworzyło mi szansę testowania nieznanych wcześniej produktów, albo otrzymywania przedpremierowych wydań książek. Za każdym razem bardzo się cieszę, czuję się dumna i doceniana, ale pilnuję też, by nie przekroczyć cienkiej linii, za którą blog przestaje być „mój”, a staje się komercyjny. Bo takie miejsca nie są po prostu przeze mnie lubiane. 

I chociaż Hubisiowo traktuję bardziej jak pamiętnik niż blog i pisałabym bez względu na wszystko, to świadomość, że do nas zaglądacie jest dla mnie wielką radością i dodatkową motywacją. Julia Hartwig, laureatka nagrody im. Wisławy Szymborskiej powiedziała w sobotę bardzo fajne słowa o pisaniu: "Właściwie jest to praca, którą wykonuje się dla siebie, ale też z nadzieją, że ktoś to przeczyta, może polubi albo zechce to zrozumieć, albo pochwali samą zasadę, że chcemy nasze uczucia pokazywać w sztuce". To zupełnie jak u mnie :-).

Tak miło jest czytać Wasze wiadomości. Piszecie, że skorzystaliście z jakiegoś Hubisiowego pomysłu, albo że macie podobne do mojego podejście do życia. Albo po prostu chcecie się z nami przywitać. To dzięki Wam uwierzyłam, że to, co robię naprawdę ma sens. I już nie krępuję się głośno mówić, że tak, mam swoją stronę. I że jestem z niej naprawdę dumna.

Na początku tygodnia dotarły do mnie moje pierwsze w życiu blogowe wizytówki. Gadżet, który sprawił mi tak wiele radości. Moja nagroda za te wszystkie zarwane na pisaniu noce. Moje własne laminowane wizytówki! Oczywiście nie projektowałam ich sama, wiecie, że ze mnie taki grafik, jak z koziej dupy trąba. Zamówiłam wizytówki online w dziesięć minut dosłownie. Korzystałam ze strony, gdzie można znaleźć gotowe szablony wizytówek. I jestem zachwycona! Wiem, że wzory wizytówek mogą dużo powiedzieć o ich właścicielu i prowadzonej przez nich aktywności i chciałam, by moje również niosły przekaz. By były kolorowe, wesołe, optymistyczne i lekko zakręcone. By były takie, jak nasze Hubisiowo.




Mam nadzieję, że nasze wizytówki przypadną Wam do gustu. I że będę miał okazję obdarować Was nimi, na przykład wkładając do paczuszki z nagrodą w wygranym konkursie :-). Albo przy osobistym spotkaniu, na które zawsze tak bardzo się cieszę. 

Dziękuję Wam za to, że jesteście częścią tego miejsca, że tworzycie je razem ze mną i jesteście dla Hubisia wspaniałymi przyszywanymi ciociami i wujkami!

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama

piątek, 24 października 2014

Jesiennie

Im jestem starsza, tym bardziej lubię jesień...

Lubię obsypane złotem i purpurą drzewa. Przepełnione zapachem grzybów lasy. Leżące na trawie kasztany. Pieczone jabłka. Grzane wino z pomarańczą. Ciepły koc na fotelu. Blask zapalanej wieczorem świecy. Wrzos w doniczce. Uderzający o szybę deszcz. Wiatr wyginający parasolkę na drugą stronę. Ostre poranne powietrze, które przypomina o zbliżających się świętach. Lubię to, że wydłużają się wieczory. Świat zwalnia. Jest czas na myśli, plany, marzenia... Wyciszam się. Robię zapasy energii na zimę.

Jest jednak w Hubisiowie ktoś, komu daleko do jesiennego wyciszenia. Kto nawet nie myśli o robieniu zapasów energii, bo swoją mógłby obdzielić co najmniej małe miasteczko. Kto do upadłego biega po kolorowych liściach i piszczy z radości na widok każdego kasztana.

Jego jesień też lubię :-).



Z jesiennymi pozdrowieniami,

Hubisiowa mama

poniedziałek, 20 października 2014

Zachęć swoje dziecko do mycia zębów

Jeśli miałabym wymienić dwie rzeczy, które wyniosłam z domu, za które jestem szczególnie wdzięczna moim rodzicom, byłyby to na pewno - miłość do książek i bzik na punkcie zdrowych zębów. To właśnie dzięki rodzicom, ich zaangażowaniu i trosce nie drżę teraz przed wizytą u dentysty i nie martwię się, ile będzie kosztowało kolejne leczenie kanałowe.

Za punkt honoru postawiłam sobie, by zdrowym uśmiechem cieszył się również mój Hubiś. By dbanie o higienę jamy ustnej uważał za coś naturalnego i fajnego. By wyrobił w sobie silny nawyk, który za osiemnaście lat każe mu umyć zęby nawet po nocnym powrocie ze studenckiej imprezy :-). Chciałabym też bardzo, by w dzieciństwie mycie ząbków kojarzyło się mu z dobrą zabawą, a nie z przykrym obowiązkiem.

Dlatego tak chętnie przyjęłam zaproszenie do akcji „Zachęć swoje dziecko do mycia zębów”. Bo jest ważna i potrzebna. Bo należy głośno mówić o problemie niemytych zębów u małych dzieci. Bo nasze polskie maluchy zasługują na piękne, zdrowe uśmiechy.



O Hubisiowe ząbki zaczęłam dbać na długo przed tym, zanim się pojawiły. Po każdym „posiłku” przemywałam mu dziąsełka miękkim jałowym gazikiem, zamoczonym w ciepłej, przegotowanej wodzie. Wprawdzie dziecko karmione wyłącznie mlekiem matki nie jest zagrożone próchnicą, to już maluszek, który pije mleko modyfikowane, jak najbardziej. A że nasze „cycowe” początki były bardzo trudne i przez pierwsze 1,5 miesiąca Hubert karmiony był w sposób mieszany, dlatego od razu musiały pójść w ruch gaziki. Myślę jednak, że bez względu na to, czy dziecko karmione jest mlekiem mamy, czy mlekiem modyfikowanym, warto od samego początku przyzwyczajać dzieci do higieny jamy ustnej.

Gdy Hubertowi zaczęły wyrzynać się pierwsze ząbki, dalej przemywałam je jałowymi gazikami, ale dodatkowo kupiłam silikonową gryzako-szczoteczkę. Hubiś bardzo ją lubił, szczególnie, gdy wcześniej wkładałam ją do lodówki. Nie tylko czyściła mu ząbki, ale pomagała na bolesne ząbkowanie.

Pierwszą szczoteczkę z włosiem dostał, gdy w buźce miał już całego ząbka. Na szczęście przyzwyczajony do majstrowania w otworze gębowym bez większych protestów pozwalał sobie szczotkować ząbki. Przy okazji wspomnę Wam też, że dentyści radzą, by pierwsze mycia wykonywać z dzieckiem na kolanach lub w pozycji pół leżącej (pozycji dziecka oczywiście). Umożliwia to utrzymywanie kontaktu wzrokowego i porozumiewanie się z dzieckiem. U nas najlepiej sprawdzało się natomiast mycie ząbków przed dużym lustrem w przedpokoju, tak by Hubiś mógł dokładnie obserwować każdy mój ruch. Do tej pory tak właśnie lubi najbardziej.

Z czasem ząbków przybywało, czego nie mogę niestety napisać o Hubisiowym zapale do ich mycia. Im jest starszy, tym częściej buntuje się przy szczotkowaniu. A że akurat w tej kwestii na pewno mu nie popuszczę, to nie raz muszę wspinać się na wyżyny pomysłowości, jak go do mycia zębów zachęcić. Myjemy więc zęby razem, albo sobie nawzajem (Hubiś mnie, a ja w tym samym czasie jemu), śpiewam mu piosenki, albo wygłupiam się, tak by roześmiany otworzył zaciśniętą paszczę :-). Moimi opowieściami o robaczkach w buzi zupełnie się nie przejmuje, ale za to często działa zwykła zabawa w akuku albo prośba, by pokazał, gdzie ma język i ząbki.



Po szczotkowaniu zawsze pozwalam mu też umyć ząbki samemu. Nakładam pastę, wcieram ją delikatnie we włosie (by jej od razu nie zjadł) i chwalę ile wlezie, tak by był dumny i szczęśliwy. Niech się uczy, przyzwyczaja i pozytywnie kojarzy.

A skoro wspomniałam już o pierwszych pastach do mycia ząbków, to na pewno wiele z Was miało podobne do moich dylematy fluorowe. Podawać? Nie podawać? Którą pastę wybrać? Warto więc wiedzieć, że zdaniem lekarzy dziecko do około 3 roku życia nie powinno myć zębów pastą z wyższą zawartością fluoru niż 500 ppm. Dlaczego? A dlatego, że podawanie dziecku pasty z dużą zawartością fluoru (1500 ppm lub więcej) powoduje ryzyko zatrucia zwanego fluorozą. Fluoroza objawia się plamami na zębach oraz symptomami takimi jakie występują przy zwykłym zatruciu. Wszystko dlatego, że dzieci nie mają wyuczonego jeszcze na tym etapie rozwoju odruchu wypluwania nadmiaru pasty. Nasz Hubiś dopiero teraz, po wielu miesiącach nauki i prób z Hubisiowym Tatą, zaczyna pluć nadmiarem pasty.

My początkowo używaliśmy pasty nie zawierającej fluoru w ogóle. Później stopniowo wprowadzaliśmy pasty z niską jego zawartością. W ramach akcji „Zachęć swoje dziecko do mycia zębów do Hubisiowa trafiła pasta do zębów Brush-Baby dla dzieci w wieku 0-3 lat. Posiada ona zalecaną do tego wieku ilość fluoru oraz xylitol – naturalny cukier, przyjazny dla zębów. Xylitol, znany mi do tej pory raczej z kuchni, okazał się bardzo przyjazny zębom. Przeczytałam, że bakterie wywołujące próchnicę nie mogą z niego korzystać, więc nie produkują kwasów, które niszczą zęby. A badania wykazały, że w obecności xylitolu lepiej działa też fluor.



Hubiś dostał też swoją pierwszą w życiu szczoteczkę soniczną BabySonic, przeznaczoną dla dzieci w wieku 0-3 lat. Jest malutka, wygodna do trzymania i ma mięciutkie włosie. Wyposażona jest w dwuminutowy timer, który co 30 sekund sygnalizuje konieczność przejścia do następnej ćwiartki uzębienia. Gdy jest włączona świeci i delikatnie drga. Około tygodnia zajęło nam oswojenie z nią Huberta, który zdecydowanie bardziej widział ją w roli śrubokręta, niż szczoteczki do zębów, ale udało się :-). Uwielbia moment, w którym burczą obie szczoteczki – jego i moja :-). I wiem, że już niedługo będzie się nią całkiem sprawnie posługiwał, oczywiście pod moją kontrolą i przy mojej pomocy.

Warto pamiętać, że dentyści zalecają, by ząbki myć za dziecko do mniej więcej trzeciego roku życia, a później dokładnie kontrolować, jak mu to mycie wychodzi i w razie potrzeby doszczotkować. W ramach ciekawostki powiem Wam, że na polskim rynku dostępne są już tabletki i płyny barwiące niedomyte szkliwo, czyli niewidoczny gołym okiem osad nazębny. Prawda, że fajny sposób, by sprawdzić, czy nasz kilkulatek dobrze radzi sobie z myciem? W dodatku, jeśli trafi się nam ambitny model dziecka, to jest szansa, że go takie tabletki dodatkowo zmobilizują :-).

Gdy dziecko troszkę podrośnie nauczmy je korzystać z nitki dentystycznej i zwróćmy uwagę, by czyściło język. Regularnie wymieniajmy szczoteczkę na nową, szczególnie po przebytej chorobie. Uczmy też, że zjedzenie słodyczy = umycie ząbków. A przede wszystkim odwiedzajmy regularnie dentystę. I nigdy, przenigdy nie dajmy sobie wmówić, że „zębów mlecznych się nie leczy”.

Jestem pewna, że przy odrobinie serca i zaangażowania, nasze dzieci będą miały w przyszłości za co nam podziękować!

Trzymam mocno kciuki za zdrowe uśmiechy Waszych szkrabów, a Wy proszę trzymajcie kciuki za zdrowe ząbki Hubisia :-).

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama

środa, 15 października 2014

Tarta z polędwiczką i leśnymi grzybami

Moja ulubiona tarta :-). Pachnąca jesienią, sycąca i niewyobrażalnie pyszna. Z farszem z leśnych grzybów, pora i polędwiczki wieprzowej. Na cieście, który zawsze wychodzi. 
 
Powstała przez połączenie dwóch przepisów. Ciasto i sos pochodzą z bloga Gotuję, bo lubię; natomiast farsz znalazłam w jednym z biedronkowych Smaków życia.

Nie jest to niskokaloryczne danie i troszkę trzeba się przy nim napracować, ale zapewniam Was, że warto. Ja najczęściej robię ją "na raty". Jednego dnia przygotowuję ciasto, które zostawiam na noc w lodówce, następnego dnia robię farsz. Jeśli macie więc w domu grzyby (świeże lub mrożone) i chwilkę czasu, serdecznie zachęcam do wypróbowania tego przepisu :-).

 
Ciasto: 200 g mąki, 120 g masła, 30 ml zimnej wody, 2 szczypty soli, 1/2 łyżeczki cukru

Farsz: 300 g polędwiczki wieprzowej, 300 g leśnych grzybów (ja użyłam podgrzybków), 1 duży por (biała część), sól, pieprz

Sos: 2 łyżki masła, 2 łyżki mąki, 350 ml mleka, 150 g tartego żółtego sera, 2 żółtka, 2 łyżki posiekanej natki pietruszki, sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Mąkę łączymy z solą i cukrem. Dodajemy zimne masło i tak długo rozdrabniamy palcami aż uzyskamy bardzo drobną kruszonkę. Dodajemy zimną wodę i formujemy ciasto. Wkładamy do lodówki na co najmniej pół godziny. 

W tym czasie przygotowujemy farsz. Mięso kroimy na drobną kostkę, mocno doprawiamy solą i pieprzem. Obsmażamy na oleju, przykrywamy i dusimy ok. 15 minut, następnie odkrywamy i odparowujemy. Grzyby wrzucamy na rozgrzane masło, przesmażamy i dodajemy pokrojonego w plasterki pora. Gotujemy mieszając, aż większość płynu odparuje. Sprawdzamy smak i w razie potrzeby doprawiamy (najczęściej trzeba jeszcze dosolić). Grzyby mieszamy z mięsem.

Po wyjęciu z lodówki, ciasto wałkujemy i wykładamy nim formę do tarty. Nakłuwamy widelcem i podpiekamy w temperaturze 190 stopni przez ok. 15 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos. W garnku topimy masło i dodajemy mąkę, Kiedy składniki ładnie się połączą dodajemy mleko i cały czas mieszając doprowadzamy do wrzenia. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Do przestudzonego sosu dodajemy straty żółty ser, żółtka i pietruszkę. Dokładnie mieszamy.

Na przestudzone ciasto wykładamy farsz i zalewamy go sosem. Pieczemy ok. 35 minut w temperaturze 170 °C. Po wyjęciu pozwalamy tarcie "odpocząć" (przez ok. 15 minut), a potem możemy już delektować się pysznymi, jesiennymi smakami :-).

Smacznego Kochani!

Hubisiowa mama

niedziela, 12 października 2014

21 miesięcy Hubisia

Jeszcze kurz nie zdążył opaść po podsumowaniu dwudziestu Hubisiowych miesięcy, a już mamy oczko. Dwadzieścia jeden miesięcy, jakkolwiek niewiarygodnie to dla mnie brzmi, właśnie stało się faktem. Kiedy, jak i dlaczego tak szybko???? Nie mam pojęcia. Pocieszam się tylko, że to Hubisia miesiące liczę, a nie moje :-).

Co więc nowego u mojego szkraba? 

Przede wszystkim jaja :-)! Tak, tak, dziecię me w końcu postanowiło zwerbalizować swoją ulubioną śniadaniową zachcianką i skandując pod lodówką „jaaaa-jaaa... jaaa-jaaa” głośno domaga się jajecznicy :-). Do Hubisiowego słownika dołączyło też inne kulinarne słowo: „baniania”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „mamo chcę banana teeerrrazzzz!”. Nauczył się też pięknie i wyraźnie mówić „Pepa” od pewnej świnki, która zawładnęła jego sercem. Ach, i zapomniałabym o kolejnym słowie, poniekąd również kulinarnym, bo po raz pierwszy wypowiedzianym przy oglądaniu gazetki z Lidla, a mianowicie o słowie „pan”.

Skoro jesteśmy przy kulinariach, to warto zaznaczyć, że wielka miłość do parowaru troszkę wyparowała i aktualnie rządzi blender! Hubi dostał od nas do zabawy stary zepsuty blender bez końcówki i blenduje wszystko co popadnie, oczywiście wydając przy tym stosowne do okoliczności warczenie :-). Ostatnio nawet zdarzyło mu się z nim usnąć i dopiero po kilku długich minutach nocnej histerii zorientowałam się, że zabranie mu go z łóżeczka nie było najlepszym pomysłem :-). A przecież wyraźnie mi tłumaczył: „brrrr”. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że była trzecia nad ranem.




wtorek, 7 października 2014

Myśli potargane # 3

23 września 2014 (wtorek)
"Wiesz, że gdybym mogła wybrać jeszcze raz jednego dzidziusia z wszystkim dzidziusiów na całym świecie, to i tak wybrałabym Ciebie?". Nasz rytuał, nasze zaklęcie... To pytanie szeptane codziennie do małego uszka, dzisiaj po raz pierwszy uzyskało odpowiedź... "Taaaa..." odpowiedział mi cichutko Hubiś i w sekundę później usnął... Dobrze, że wie, jak bardzo go kocham :-).

24 września 2014 (środa)
Rośnie jak na drożdżach ten mój synek. Wyciągnął się, wysmuklał, stracił swój bobasowy brzuszek. Mały chłopczyk się z niego zrobił. Powoli odkładam już ubranka w rozmiarze 86 i kupuję większe. Ciekawe, czy w przyszłości będzie wysokim mężczyzną?

25 września 2014 (czwartek)
Hubiś wrócił dziś do żłobka. I wystarczył ten jeden dzień bym znowu się wkurzyła. Podejrzewam, że niedługo dostanę tam odznakę "najbardziej czepialskiej matki roku". Ale jak mogłam zignorować fakt, że przyniesiona przeze mnie rano świeża pościel, popołudniu wciąż leżała nietknięta w torbie? W dodatku na pytanie, w czyjej pościeli spał w takim razie Hubiś, usłyszałam, że pani "nie wie". Ech...

26 września 2014 (piątek)
Piątek, piąteczek, piątunio!!! Nareszcie weekend i pierwszy od dłuższego czasu wypad na plac zabaw. Hubisiowa radość nie do opisania :-).

27 września 2014 (sobota)
Mamy kolejne słowo, konkretnie "Pepa"! Chodzi oczywiście o świnkę Peppę, którą przyznaję się bez bicia, w kryzysowych sytuacjach puszczam Hubisiowi w aucie. I chociaż dawno jej nie widział, przypomniała mu się widać dzisiaj, bo dźgając paluszkiem mój telefon upomniał się głośno i wyraźnie: "Pepa"!!!

28 września 2014 (niedziela)
Hubiś pojechał z Tatą odwiedzić Babcię, a ja w tym czasie zrobiłam szybki wypad na zakupy. Szukałam czegoś dla siebie, a wróciłam z paką ciuszków dla Huberta. No, ale jak tu się powstrzymać, skoro do Olsztyna zawitała w końcu Zara :-)?

29 września 2014 (poniedziałek)
Hubiś zrobił się ostatnio mocno „tatusiowy”. Jak tylko Tata jest w domu, Hubiś nie odstępuje go na krok. Tata ma karmić, Tata ma kąpać, Tata ma przytulać. Gdy pytam Hubisia, czy kocha mamusię, odpowiada: „Neee... Tata!!!”. A Tata pęcznieje z dumy :-). Kochani są :-).

30 września 2014 (wtorek)
Nie spałam dzisiaj za wiele. Hubiś tak mocno kaszlał w nocy, że aż się dusił. Do tego pojawił się okropny zielony gil. Lekarz nałożył na nas szlaban do końca tygodnia. To by było tyle jeśli chodzi o powrót do żłobka.

1 października 2014 (środa)
„Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” w oryginale, upolowane w malutkim sh. To się nazywa mieć szczęście :-)!!!

2 października 2014 (czwartek)
Kaszel w odwrocie, zielony glut niestety trzyma się mocno.

piątek, 3 października 2014

Insta-wrzesień

Wrzesień nie był dla nas łatwym miesiącem. Prawdę mówiąc bywał okropny. Ale pomimo tych wszystkich chorób i kłopotów nie było dnia, bym nie śmiała się z całego serca i nie szeptała słów miłości do naszego synka. Bo to on jest sensem życia i najlepszym powodem, by walczyć.

1/ nagroda za odwagę podczas szczepienia 2/3/ szaleństwa na placu zabaw 4/ mama ma wychodne, czyli babski wieczór przy winku

1/ obowiązkowy punkt każdego spaceru - odwiedziny u kotka sąsiadów 2/3/ w końcu udało mi się wybrać na grzyby 4/ ulubiona pozycja wózkowa

1/2/ mój przystojniak na spacerze 3/ i w najnowszej bryce przy Pepco 4/ absolutnie ulubiona babeczka z Cukierni Sowa

1/ buszujący po kuchennych szafkach 2/ tort truflowy na chrzciny Maksa 3/ a to prezent dla Maksa, Tula zamiast srebrnej łyżeczki 4/ nawet bostonka nie odebrała Hubisiowi na dłużej dobrego humoru

1/2/3/ Rewal, czyli rodzice na wagarach 4/ upolowałam papilotki tak ładne, że aż szkoda w nich piec

1/ wyłamał zabezpieczenie i dobrał się do czekolady 2/ nauczyłem się sam zjeżdżać 3/ dobrą zupką nie pogardzę 4/ retro czekolady na każdą okazję

1/2/3/ pierwszy wypad na plac zabaw po długim choróbsku 4/ tak sobie dogadzamy, gdy mamy czas gotować

1/3/ po prostu Hubisiowy uśmiech 2/ zrobiłam wypad po sznurówki, a wróciłam z tym 4/ takie prezenty lubię bardzo bardzo


Do zobaczenia w Insta-październiku!

Hubisiowa mama

czwartek, 2 października 2014

Książeczkowi ulubieńce

Niedawno pokazałam Wam, co czyta dorosła część Hubisiowa, teraz przyszedł czas na ulubieńców Hubisława Wiercidupki. Przedstawiam Wam trzy wyjątkowe książeczki, które jako pierwsze zdołały zdetronizować panującą do tej pory niepodzielnie książeczkę „Jest tam kto?” Anny-Clary Tidholm.
 

„Jeden, dwa, trzy...” to prezent od Hubisiowej chrzestnej. Pięknie wydana, z twardymi, lśniącymi stronami i barwnymi ilustracjami autorstwa Carlo Alberto Michelini. Przeznaczona dla dzieci uczących się liczyć do dziesięciu, ale nie tylko. Jak dla mnie genialna w swojej prostocie. Każdej cyferce towarzyszy wierszyk i odpowiednia ilość zwierzątek z zabawnie umiejscowionymi otworkami. I chociaż mój Hubiś jeszcze nie do końca przejawia ochotę na naukę liczenia, to żółte otworki zafascynowały go totalnie. Dziesiątki razy dziennie wpycha w nie paluszki i pokazując kolejne zwierzaki pyta: „A cio to?”. 

 

 

 




 

 

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.