AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 26 listopada 2015

Samotność nie jest fajna

Wiele razy słyszałam od Hubisia, że nie lubi innych dzieci. Gdy idziemy na plac zabaw, zawsze wybiera miejsca, gdzie może być sam. Gdy pytamy się, czy bawi się z dziećmi w przedszkolu, odpowiada, że nie, a lubi tam tylko swoje ciocie (na szczęście wiem od nich, że jednak się bawi). Gdy jesteśmy w towarzystwie, w którym jest więcej dzieci, musi upłynąć sporo czasu, by w ogóle oswoił się z ich obecnością. Wyraźnie widzimy, że najswobodniej czuje się w domu.

Nie wiem, czy to taki etap, czy charakter albo geny (ja też jestem zadeklarowaną domatorką). Wiem natomiast, że powinnam pokazywać mu świat i ludzi. Nie zmuszając do niczego, nie naciskając. On jest jeszcze malutki, ale już bardzo uparty. Nie chciałabym, by utrwalał w sobie przekonanie, że inni ludzie nie są mu do niczego potrzebni. Albo że są z definicji źli i mu nieżyczliwi.

Na pewno bardzo pomaga mi w tym przedszkole. Chce, czy nie chce, nasz jedynak uczy się tam funkcjonowania w grupie. Do tego udało mi się znaleźć książkę, która w piękny, ale bardzo przystępny sposób pokazuje, że bycie samemu wcale nie jest takie fajne.



"Jak dobrze mieć sąsiadów" Ciary Flood to historia pana Misia, który mieszkał samotnie na pustkowiu pod lasem i bardzo mu to odpowiadało. Możecie sobie więc wyobrazić, jak się zezłościł, kiedy któregoś dnia tuż obok jego domu zamieszkała rodzina królików. Wkrótce nowi sąsiedzi zapukali do drzwi niedźwiedziego domku i spytali grzecznie, czy pan Miś mógłby pożyczyć im odrobinę miodu, bo chcieli upiec ciasto. Wściekły Miś odmówił, chociaż za jego plecami szafa aż pękała od słoików z miodem. Gdy właśnie miał napić się herbatki (z miodem oczywiście), do drzwi znowu zapukały króliki, tym razem prosząc o pomoc w rąbaniu drewna. Kiedy indziej zapytały, czy pan Miś chciałby powymieniać się z nimi książkami, a którejś nocy próbowały zachęcić do wspólnego oglądania gwiazd. Za każdym razem Miś kategorycznie i bardzo niegrzecznie odmawiał, zatrzaskując za sobą drzwi. W końcu wykrzyczał swoim sąsiadom, że jedyne czego chce to, by dali mu w końcu spokój.



Małe króliki spełniły jego prośbę. Mijały miesiące, Miś znowu żył sam, aż pewnego dnia do jego drzwi rozległo się cichutkie pukanie. Za drzwiami niedźwiedziego domu nie było jednak żadnych królików, tylko kosz. A w nim: ciasto, trochę narąbanego drewna, książka i liścik. W odręcznie napisanym, ozdobionym rysunkami liście, króliki napisały:

"Drogi Panie Misiu! Wiemy, że nie ma pan ani trochę miodu, żeby upiec sobie ciasto, więc upiekliśmy je dla pana. Mamy nadzieję, że z tego drewna rozpali pan sobie miły, wesoły ogień. Pomyśleliśmy też, że może chciałby pan przeczytać naszą ulubioną książkę: Króliczy przewodnik po galaktyce. Z pozdrowieniami od Pana sąsiadów (tych nieznośnych królików)".


Wzruszający list, prawda :-)? Króliki nie tylko nie obraziły się na niego, ale okazały mu mnóstwo życzliwości. Niedźwiedź zjadł ciasto, rozpalił ogień z drewna, a przed snem przeczytał książkę. Tego wieczoru nie mógł jednak zasnąć. Bo po raz pierwszy w życiu pan Misio czuł się... samotny.

Gdy jesień za oknem zmieniła się w zimę, pan Miś postanowił zrobić coś, czego nigdy dotąd nie robił. Zapakował na sanki podarki i poszedł z wizytą do sąsiadów!

Na kolejnych stronach widzimy wesołe, hałaśliwe obrazki Misia i królików wspólnie spędzających czas i naprawdę świetnie się bawiących. Pan Miś nie był już samotny i bardzo mu to odpowiadało :-).


Ta ciepła, mądra historia, w przystępny sposób uzmysłowi kilkulatkom korzyści, jakie płyną z dobrych stosunków z innymi ludźmi. Że bycie życzliwym jest fajne. A niegrzeczne, czy nieuprzejme osoby zostają całkiem same, natomiast bycie samotnym wcale nie jest przyjemne...

Spodobała mi się ta książka bardzo. A Hubert, jak nigdy, słuchał i zupełnie się nie wtrącał. Nie komentował, nie pokazywał paluszkiem, po prostu słuchał. Wiedziałam, że się nad czymś zastanawia, bo marszczył nosek. Po czym stwierdził, że on "nie chcie być sam". Piękna, ciepła, mądra książeczka. Bardzo ją Wam polecam, szczególnie przy wyborze książeczkowych prezentów :-).

Do kupienia w bardzo dobrej cenie tutaj.


Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 24 listopada 2015

"Moje dziecko mnie nie kocha..."


Hubiś to prawdziwy synek tatusia. Tata jest jego najlepszym przyjacielem, jego idolem i autorytetem. Z tatą usypia, na tatę czeka, z tatą najwspanialej się bawi. Gdy tata jest w pobliżu, mama właściwie mogłaby nie istnieć. Rozczulające, prawda? Mnie też to wzruszało. Bardzo... I przepełniało szczęściem. Nasz synek miał przecież wspaniałą więź z tatą, co w dzisiejszych zwariowanych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Do czasu, aż z nieszkodliwej fascynacji przerodziło się to w... No właśnie, co się właściwie stało? 

Gdy patrzę z dystansu na ostatnie tygodnie widzę, że Hubiś zaczął się ode mnie oddalać, gdy zaczęłam pracować nie tylko w tygodniu, ale i w weekendy. To wtedy właśnie pierwszy raz ze złością rzucił mi w sobotni poranek "Nie chcie cie, ić sobie do placy". Nie chciał dać się przytulić, o buziaku mogłam pomarzyć. I chociaż każde popołudnie i wieczór spędzaliśmy razem, potrafił godzinę siedzieć pod drzwiami i płakać, że chce do taty, który był jeszcze wtedy w pracy. Nie pomagały tłumaczenia, odwracanie uwagi, strażackie zabawy. Byłam dla niego karą. Tak to przynajmniej wtedy odczuwałam...

Z dnia na dzień było gorzej. Nasze poranki we dwoje stały się prawdziwym koszmarem. Podczas, gdy ja spieszyłam się do pracy i musiałam odstawić go na 6.50 do przedszkola, on robił wszystko, by mi się to nie udało. Nie pozwalał się ubrać, nie chciał jeść, myć zębów. Przy czym przez słowa "nie pozwalał" mam na myśli kategoryczny upór z płaczem, krzykiem i wyrywaniem się włącznie. Gdy dowiadywał się, że ma jechać ze mną, robił te sceny także wtedy, gdy w domu był jeszcze Hubisiowy Tata. Wszystkie techniki przeczekania, tłumaczenia, dawania wyboru itd. mogłam o kant d... potłuc, bo nawet wstając o 5tej nie byłam w stanie uporać się z tym moim uparciuchem.

Kolejne tygodnie to już był efekt śnieżnej kuli... Histeria, gdy widział, że to ja nakładam jedzenie na jego talerz, histeria gdy dotknęłam jego zabawki. Jak sfochowana baba omijał mnie szerokim łukiem. Pewnego dnia odmówił powrotu ze mną z przedszkola, stwierdziwszy, że poczeka na tatę. Nawet nie wiecie, jak mnie to zabolało.

Wiele osób mogłoby się ode mnie uczyć cierpliwości, ale przysięgam Wam, ta sytuacja zaczęła doprowadzać mnie do czarnej rozpaczy. Wiedziałam, że każde dziecko przeżywa etap fascynacji ojcem, że to zupełnie normalne, ale to, co odstawiał nasz młody zwyczajnie mnie przerosło. Nie potrafiłam się nie przejmować. Nie rozumiałam o co chodzi. Kochałam go, dbałam o niego z czułością i ciepłem, bawiłam się po milion razy w strażaków, poświęcałam mu praktycznie cały swój wolny czas. A on krzyczał "Mama jest ble ble ble". Do tego dołożyły się inne stresy i szybko wpadłam w pułapkę myślenia "Jestem do niczego. Jestem złą matką. Znowu spóźniłam się na poranny autobus. Znowu będą problemy. A to wszystko, bo jestem do niczego itp., itd". Nakręcałam się głupio, a Hubi to czuł...

Tysiące razy rozmawialiśmy z Hubim o tej sytuacji. Wyjaśnialiśmy, byliśmy konsekwentni, Hubisiowy Tata zawsze reagował na jego niewłaściwe zachowanie w stosunku do mnie. Niestety nic to nie dawało. Patrzył wtedy na mnie gniewnie spod tych swoich ślicznych oczek i nie wzruszały go nawet moje mokre policzki.

Aż w końcu się pochorowaliśmy. W sensie Hubiś i ja. Hubisiowy Tata wyjechał w delegację, a my spędzaliśmy razem całe dnie w domu. I chyba na zasadzie, jak się nie pozabijają, to się dogadają, stopniowo zaczęliśmy układać wzajemne relacje. Powoli, bardzo powoli, topniał ten niewidzialny mur, jaki między nami powstał. Może dlatego, że byliśmy na siebie skazani, a może dlatego, że nie miałam już zwyczajnie sił? Byłam przy nim, ale nie narzucałam się. Mieliśmy mnóstwo czasu... Odpuściłam zupełnie. I o dziwo, wtedy on też odpuścił...

Gdy pierwszy raz wziął mnie za rękę i zaprowadził do swoich zabawek, ze wzruszenia miałam gulę w gardle. Gdy uśmiechnął się do mnie, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. A gdy po tygodniu zarzucił mi rączki na szyję i wyszeptał po raz pierwszy w życiu "Tocham cię mama tak bardzo" popłakałam się jak bóbr...

Rodzicielstwo nie jest łatwe. Jestem przekonana, że popełniłam już milion rodzicielskich błędów. Ale kocham mojego Hubiego nad życie i staram się z moich błędów wyciągać wnioski. A po ostatnich tygodniach po raz setny przekonuję się, że najcenniejszy dar, jaki mogę mojemu dziecku dać, to po prostu ja sama i czas, jaki mu poświęcam. Niby nic, a tak naprawdę WSZYSTKO.


Ściskam serdecznie rodziców podobnych uparciuchów,

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 18 listopada 2015

Bylejakość

I już. Po kryzysie. Dopadła mnie ta paskuda jak nigdy i trzymała mocno. A ja byłam zbyt zmęczona, by z nią walczyć. Poddałam się po prostu. Byłam zbyt zmęczona bylejakością, jaka zaczęła mnie otaczać. Pozwoliłam, by wsiąkła mi w duszę. Zabiegana, niedoleczona i przepracowana zaczęłam byle jak jeść, byle jak spać, byle jak wyglądać i po prostu byle jak żyć... Zaniedbałam tyle spraw... w domu, w macierzyństwie, w małżeństwie, w pracy i w przyjaźni... A fakt, że miałam tego świadomość, wcale mi nie pomagał. Nie pomogło też wiele tygodni pracy bez nawet jednego, małego dnia wolnego, żadnej wolnej soboty, czy niedzieli... Co z tego, że zarabiałam więcej? Byłam zmęczona, zła na samą siebie i na resztę świata. Poczułam, że naprawdę nie lubię tego, co robię... W dodatku Hubiś zaczął się ode mnie oddalać. Próbowałam go tulić, odpychał, próbowałam rozmawiać, wysyłał mnie do pracy... Przełykałam łzy i nakręcałam się jeszcze bardziej. Głupota wiem, ale przecież każdy czasem robi głupstwa...

A potem nagle, wszystko minęło. Wystarczyło kilka dni wolnego spędzonych z Hubisiem, kilka mokrych buziaków, trochę przespanych nocy, rozmowa przy winku i kilka puszek białej farby, którą z moim Ł. pomalowaliśmy dom... Patrzyłam na te śnieżnobiałe ściany, wdychałam zapach farby i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się naprawdę szczęśliwa... Zrobiło mi się jasno na duszy, jakby za oknem świeciło słońce. Jakby przede mną otwierało się milion drzwi...  Odetchnęłam głęboko. Odpuściłam. Już wiem, że nie zrobię oszałamiającej kariery, że nie będę zarabiać tyle, ile bym chciała, że nigdy nie zadowolę wszystkich otaczających mnie ludzi. Nie można mieć wszystkiego... A przynajmniej nie w moim przypadku. Mało to motywujące, wiem :-). Ale okazało się, że najszczęśliwsza jestem po prostu będąc z bliskimi. W mojej spokojnej, codziennej rutynie. Niby tak niewiele, a dla mnie wszystko...

Nie wiem, czemu tak jest, że raz na kilka lat muszę sobie wszystko jeszcze raz w sercu poukładać. Przecież dochodzę do dokładnie tych samych wniosków, co zawsze :-). Może to po prostu kolejny krok ku dojrzałości? Chcę w to wierzyć :-). W każdym razie, chociaż za oknem jesiennie, ja mam w serduchu wiosnę... Bo wiem, że po każdym dołku jest górka, a po każdej dolinie pagórek. A nasz, Hubisiowy na pewno będzie wielki :-).

Ściskam Was ciepło i dziękuję, że na mnie poczekaliście,

Hubisiowa mama

czwartek, 15 października 2015

999 kijanek i wielka przygoda



W Hubisiowej biblioteczce pojawiła się nowa książka. Jest wesoła i hałaśliwa. Ciepła i pomysłowa. Z oryginalnymi ilustracjami i wielką przygodą. Pięknie wydana, z mocnymi, kartonowymi stronami. Hubisia nieodmiennie bawi, mnie po prostu zachwyca. Pomyślałam, że warto Wam ją pokazać, bo w gąszczu różnej jakości pozycji dla dzieci, takich książek jest naprawdę niewiele.

"999 kijanek" Kena Kimury i Yasunari Murakami to opowieść o mieszkającej w sadzawce, sympatycznej rodzince żabek. Duuużej rodzince, bo składającej się z Mamy Żaby, Taty Żaby i 999 pełnych energii kijanek. Ku wielkiej radości rodziców, maleńkie początkowo kijanki szybko wyrastają na młode, silne żabki. W małym stawie zaczyna jednak brakować dla nich miejsca. Rodzeństwo wciąż się przepycha i głośno krzyczy. W końcu Mama Żaba i Tata Żaba podejmują decyzję o przeprowadzce.

Cała hałaśliwa rodzinka wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż by znaleźć nowy dom. I jak to bywa z dziećmi w podróży, zmęczone żabki dają się rodzicom nieźle we znaki. A to pić, a to jeść, a to kiedy będziemy na miejscu... Hubiś śmiał się bardzo, jakby te klimaty były mu zupełnie obce :-).

Po drodze na żabki czyhają różne niebezpieczeństwa. Wielki, na szczęście śpiący wąż, którego dzieci-żaby beztrosko ciągnęły po ziemi. I jastrząb, który postanowił zaserwować sobie na kolację "żabie udka". Ale w rodzinie siła! Gdy ptaszysko porwało Tatę Żabę, Mam Żaba złapała Tatę za nogę i zawołała "Puszczaj mojego męża!". A wtedy 999 żabek krzyknęło "Dokąd się wybieracie bez nas! Hej, nie zostaniemy tu same!" i jedna po drugiej łapały się za nóżki.

Odlatujący jastrząb zaskoczony wagą Taty Żaby zerknął w dół i zobaczył cały, długi sznur żabek. Zadowolony, że będzie miał zapas jedzenia na cały rok wzbił się jeszcze wyżej. Dzieciaki, myśląc że to zabawa, piszczały z radości, a rodzice wciąż pokrzykiwali, by żadna żabka przypadkiem się nie puściła. Lecieli i lecieli, aż w końcu żabki się zmęczyły. Znowu zaczęło się jęczenie... Wody.... Jestem głodna... Daleko jeszcze.... :-))). W końcu jastrząb miał już dosyć. Zwolnił uchwyt i puścił Tatę Żabę, a wraz z nim Mamę i 999 żabek.

Na szczęście, jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończyło. Żabia rodzina wpadła wprost do wody. W dodatku był to wielki, pyszny staw, w którym bez problemu wszyscy się mieścili. Po wielkiej przygodzie znaleźli nowy dom :-).



Fajna bajka, prawda :-)? W dodatku pięknie wydana. I chociaż cena na okładce to 36 zł, można ją też dostać znacznie taniej. Nasza kosztowała 28,44 zł i jest stąd (klik).

Mam nadzieję, że polubiliście tę żabią rodzinkę tak samo, jak my :-). Pozdrawiamy serdecznie,

Hubisiowa mama
 -♥-

niedziela, 11 października 2015

Projekt pokój dziecięcy

Nie mamy dużego mieszkanka. Nie ma nawet czterdziestu metrów, ale jest ciepłe i przytulne. Jeden pokój, duża kuchnia, łazienka i przedpokój. Wznoszę się na wyżyny pomysłowości, by go nie zagracić (a mam niestety charakter chomika) i zachować jako taki porządek :-). I chociaż udaje mi się to z większym lub mniejszym skutkiem, to nie ma miejsca na ziemi, które kochałabym bardziej. Bo właśnie tu jest nasz dom :-).

Do tej pory Hubiś miał swój kącik w naszym salonie (sypialni/gabinecie* - niepotrzebne skreślić). Niepostrzeżenie jednak ze słodkiego bobaska zmienił się w rezolutnego przedszkolaka i zaczął potrzebować swojego pokoju. No dobra, my też tego potrzebujemy :-). Szczególnie wieczorami. Chodzenie na paluszkach przy śpiącym obok dziecku jest na dłuższą metę mocno uciążliwe. Zapadła więc decyzja o małym remoncie. 

Przede wszystkim należało urządzić salon z aneksem kuchennym. Ze względów konstrukcyjnych nie mogliśmy przesunąć ściany, lecz pokój i kuchnia są właściwie tej samej wielkości, żeby więc nie wpędzać się w dodatkowe koszty postanowiliśmy zostawić kuchnię tam gdzie była. Rozebraliśmy wyspę, którą mieliśmy na środku kuchni, przerobiliśmy trochę meble kuchenne, przenieśliśmy do pokoju wielką szafę, która zajmowała jedną z kuchennych ścian i w efekcie zyskaliśmy przestrzeń na nasz mini salon. Musimy go jeszcze dopieścić, ale już jest naprawdę przytulny.

Teraz przyszła kolej na urządzenie pokoju Hubisia. Postawiłam na jasne mebelki i kolorowe dodatki. Biała szafa, regał, łóżko i biurko to doskonała baza pod wszystko. Gdy Hubiś podrośnie i będę chciała zmienić wystrój pokoju, po prostu kupię nowe dodatki. No i muszą być białe ściany! Koniecznie. Bo są uniwersalne i praktyczne. Do tej pory mieliśmy ściany koloru lodów waniliowych i okazało się, że wcale nie tak łatwo znaleźć ten sam odcień do odświeżenia jej fragmentów. A białą dostanę zawsze i wszędzie.

Praktycznie wszystko już jest kupione, leży w kartonach i czeka na malowanie. Wciąż to malowanie przekładamy, bo oboje mamy dość intensywny okres zawodowy, ale mam nadzieję, że już wkrótce Hubi będzie mieć własny, prawdziwe dziecięcy pokój :-). I chociaż bardzo podobają mi się skandynawskie, czarno-szaro-białe pokoje na wnętrzarskich blogach, to jednak nie wyobrażam sobie mojego Huberta w takich kolorach. U nas będzie jasno, ale kolorowo. 

Poniżej pokażę Wam kilka mebelków i dodatków, które już kupione, czekają na swoje miejsce w Hubisiowym pokoju. Nie dotarła jeszcze tylko fluorescencyjna żarówka, którą kupiłam na ebayu i poduszka taksówka z Bonami.










Mam nadzieję, że się Wam podobają tak samo, jak mnie :-).

A na koniec pytanie za sto punktów, bo mam dylemat. Jeśli pilnujemy, by temperatura pokoju nie przekraczała 20 stopni i używamy nawilżacza powietrza, to wielkim grzechem będzie, gdy łóżko znajdzie się blisko grzejnika (konkretnie Hubisiowe nogi)? Takie ustawienie pasowałoby mi najbardziej, ale nie chciałabym narazić go na jakieś paskudne zdrowotne konsekwencje. Jak to jest u Was? 

Z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniem! I ściskam ciepło!

Hubisiowa mama

 -♥-

poniedziałek, 5 października 2015

Insta-sierpień/wrzesień

Lubię moje insta-podsumowania. Przypominają mi, że nasza zwykła codzienność, jest jednak niezwykła. Że monotonia i rutyna wcale nie dominują, a życie funduje nam całkiem sporo niespodzianek i uśmiechu. Dużo się dzieje. Na szczęście dobrego. Chociaż sierpień rozpoczęliśmy z przytupem - 3 dni na dziecięcym SORze, to potem było już dobrze. Hubi pożegnał żłobek i rozpoczął przygodę z przedszkolem. Mieliśmy w rodzinie bardzo fajne wesele. I roczek mojego chrześniaka. I Nina w końcu przyjechała! Zrobiliśmy wypad do Hubisiowych Dziadków, a potem do drugiej Hubisiowej Babci. Wybraliśmy się do kina. Na blogerskie spotkanie. I pierwszy raz robiliśmy przetwory. I powiększyliśmy naszą hubisiową biblioteczkę. I byliśmy u fryzjera, i... i... :-). To były fajne dwa miesiące :-).











Serdecznie ściskam,

Hubisiowa mama
 -♥-

sobota, 3 października 2015

Dwulatek w przedszkolu


Hubert po raz pierwszy poszedł do przedszkola w sierpniu, mając niewiele ponad 2,5 roczku. Pamiętam, że na wieść o naszych planach, jego żłobkowa ciocia była przerażona. Mówiła, że jej zdaniem Hubiś jest jeszcze za malutki, za wrażliwy, że może sobie zwyczajnie nie poradzić i że w przedszkolu nikt nie będzie poświęcał mu tyle uwagi, czasu i czułości, co w żłobku... Pomyślałam wtedy, że być może ma rację, że może rzucimy go na zbyt głęboką wodę... 

Wiosną przecież Hubiś mówił bardzo niewiele, nie potrafił się sam ubrać, ani skupić się na dłużej niż 2-3 minuty. I jeszcze ta, nie do końca rozwiązana, kwestia pieluszek... Nabrałam obaw. W tym wieku rok różnicy, to przecież przepaść. A dzieciaki potrafią być okrutne. Jak się będzie czuł, gdy będzie najmłodszy, a może i najsłabszy w przedszkolnej grupie? Czy zadziała to na niego mobilizująco, czy deprymująco? Czy go naszą decyzją nie skrzywdzimy? 

Z drugiej strony, Hubiś stał się jednym z najstarszych dzieci w żłobku i zamiast brać przykład od starszych, zaczął nam spowalniać. Kazał się znowu karmić, nie chciał rozstać się z pieluchą, zamiast mówić, wolał porozumiewać się z nami na migi. Codziennie rano był problem z pójściem do żłobka. Może gdyby przebywał w miejscu, gdzie są starsze dzieci, zajęcia i zabawki dostosowane do jego wieku, rozstawałby się z nami chętniej? Już nie wiedziałam, co robić.

Moje dylematy szybko jednak rozwiał Hubisiowy Tata, który bez cienia wahania w głosie stwierdził, że to wszystko bzdury i że nasz syn świetnie sobie w przedszkolu poradzi i on jest tego absolutnie pewien :-). I ta jego pewność, udzieliła się również mnie. No bo kto jak nie nasz Hubiś :-)? Nasz rezolutny, mały chłopczyk?

Pod koniec lipca pożegnaliśmy więc żłobek i z lekkim poślizgiem wywołanym pszczółkową przygodą (klik) stawiliśmy się w przedszkolu. A w międzyczasie rozprawiliśmy się z pieluchą (klik). Niestety, sytuacja zawodowa sprawiła, że nie mogliśmy wziąć urlopu na dni adaptacyjne z prawdziwego zdarzenia. Adaptacja trwała właściwie tylko jeden dzień, więc Hubi rzeczywiście trafił na głęboką wodę.

Pierwszy, czterogodzinny pobyt minął nam nad wyraz dobrze. Hubiś wprawdzie rozczulił się, gdy zobaczył mnie ponownie w drzwiach, ale pod moją nieobecność bawił się podobno bardzo ładnie. Drugiego dnia musiał już zostać na osiem godzin, ale też było dobrze. Nie płakał, jadł, spał, bawił się. Po południu nie wyglądał ani na zagubionego, ani na zrozpaczonego. Kryzys przyszedł trzeciego dnia. Przy rozstaniu pojawiły się łezki, kurczowe chwytanie za szyję, ale na szczęście zadziałało zaklęcie każdego dnia powtarzane w żłobku: "mama i tata po Ciebie wrócą. Przecież zawsze wracamy, prawda? Nie martw się".  

Ten trzeci dzień okazał się przełomowy. Nigdy później nie zdarzyło się nam, by Hubi protestował przed pójściem do przedszkola. Co najwyżej, o buciki, jakie chciał założyć. Powiem więcej, z perspektywy dwóch miesięcy, mogę już z całą mocą stwierdzić, że to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć.

Ostatnie dwa miesiące przeobraziły naszego bobaska w prawdziwego małego chłopca. Wydoroślał, zmądrzał, niesamowicie się rozwinął. Nie ma dnia, by nas nie zaskakiwał nowymi słowami. Konstruuje już bardzo długie zdania. Zaczął śpiewać piosenki, wykrzykiwać po swojemu wierszyki (Hubi bowiem nie recytuje, on skanduje hasła wymachując rączką jak przewodniczący Solidarności na wiecach). Znowu chętnie rysuje, lepi i wycina. Sam zakłada i zdejmuje buty, coraz częściej udaje mu się prawidłowo założyć majteczki i spodnie. W pobliżu ulicy grzecznie idzie za rękę, tłumacząc mi, że samochody mogą zrobić z niego naleśnika :-). Tylko jeden raz powiedział nam, że nie podobało mu się w przedszkolu. A tak, każdego dnia, na nasze pytanie, jak mu minął dzień, mówi, że "dobzie". I że było fajnie. I że śpiewał, że się bawił i że był dobry obiadek.

Owszem, wiem od cioć, że wciąż jest wiercidupką i że na zajęciach muszą go mieć blisko siebie, bo nie potrafi usiedzieć w miejscu. I że staje czasami okoniem. Ale znając go dobrze i obserwując każdego dnia od narodzin, nie do końca jestem pewna, czy to kwestia wieku, czy charakterku :-).

Co do troski i czasu, jaki mu jest w przedszkolu poświęcany, tu też nie mam na razie żadnych zastrzeżeń. Żeby nie rzec, że jestem trochę zazdrosna :-). Otóż, wyobraźcie sobie, że mój syn, za najfajniejszą i najładniejszą kobietę na świecie, uważa "ciocię Ulę" :-). Spadłam z piedestału na dobre :-). Hubiś opowiada nam, że ciocia Ula go głaszcze do snu, i że go przytula i się z nim bawi... I że ją kocha :-). W męskim świecie natomiast, Hubisiowy Tata wciąż zajmuje pierwsze miejsce, ale tuż za nim plasuje się "wujek Psemek", który ma z nimi zajęcia muzyczne i ruchowe :-). Widzimy, że Hubi naprawdę lubi swoich opiekunów, a to przecież jest kluczowe, by dobrze się w przedszkolu czuł. 

Niedawno, odmówił powrotu do domu. Musieliśmy wyjść z przedszkola, zrobić małą rundkę po sklepach i dopiero po niego wrócić :-).  Dla mnie nie ma lepszej rekomendacji... Jednak dwulatek w przedszkolu, to wcale nie był taki zły pomysł.

Mężu, jak zawsze miałeś rację :-).

Hubisiowa mama
 -♥-

sobota, 26 września 2015

Z Hubisiowej biblioteczki # 8

Gdybym miała powiedzieć, po jakie książki sięgam najchętniej, bez wahania odpowiedziałabym, że po kryminały. Najlepiej trzymające w napięciu, wciągające, trochę mroczne, trochę psychologiczne, z intrygującą fabułą i zaskakującym zaskoczeniem. Duże wymagania, prawda :-)? Na szczęście trwający od kilku lat boom wydawniczy na kryminały rodem z północy Europy, w 100% zaspokaja moje książkowe "chcice". Gdy tylko mam chwilkę czasu, sięgam po książki skandynawskich autorów, takich jak Jo Nesbø, Stieg Larsson, Camilla Läckberg i innych. Jest ich tak wielu, że mogłabym czytać tylko i wyłącznie szwedzkich i norweskich autorów przez najbliższe kilka lat :-). Tym bardziej, że w internetowych księgarniach można dostać naprawdę tanie książki.

Ale nawet ja potrzebuję czasami odmiany :-). Ostatnio przeczytałam dwie niesamowite "normalne" powieści - "Sekret O'Brienów" Lisy Genovy i "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaleda Hosseini (opowiadałam o nich tutaj), a później postanowiłam przeczytać kilka normalnych, "nie-skandynawskich" kryminałów :-). Wróciłam więc do ukochanej lipowskiej serii Katarzyny Puzyńskiej, potem był Remigiusz Mróz, a na koniec zaserwowałam sobie audiobooka Niemki Charlotte Link. Te dwie ostatnie chciałabym Wam dziś pokazać bliżej. Jeśli więc nie przepadacie za mrocznym, skandynawskim klimatem, może tu znajdziecie coś dla siebie? Zapraszam serdecznie!



"Kasacja" Remigiusz Mróz

Gdyby ktoś powiedział mi, że polski thriller prawniczy uznam za fajniejszy niż najnowszą książkę Grishama, popukałabym się w czoło. Z racji mojego wykształcenia i zawodu męża wiem, jak wiele dzieli polski wymiar sprawiedliwości od widowiskowych amerykańskich sal sądowych. Jak ciężka i nudna to materia :-). A jednak, Remigiusz Mróz swoją "Kasacją" bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie tylko w niezwykle przystępny sposób przedstawił kwestie prawne, ale stworzył książkę, którą czyta się jednym tchem. Z dobrze skonstruowaną intrygą, mocno nakreślonymi bohaterami i naprawdę zaskakującym finałem.

Piotr Langer, bogaty syn bardzo bogatego biznesmena zostaje oskarżony o morderstwo dwóch osób. Jego wina jest właściwie bezsporna, gdyż spędził w towarzystwie zwłok dziesięć dni, aż w końcu zaniepokojeni zapachem sąsiedzi wezwali policję. Chłopak nie zaprzecza, że zabił, ale też tego nie potwierdza. Jego obrońcami zostają prawnicy z topowej, warszawskiej kancelarii Żelazny & McVay w osobie Joanny Chyłki i jej aplikanta Kordiana Oryńskiego. To oni będą głównymi bohaterami książki.

Joanna to kobieta-żyleta. Ma cięty język, jest odważna, bezkompromisowa i cholernie dobra w swoich fachu. Wręcz promieniuje arogancją i poczuciem własnej wartości. Kordian natomiast to niedoświadczony, raczej przeciętny i lekko tchórzliwy aplikant, który miał szczęście (pecha?), że dostał Joannę na swoją patronkę. I chociaż to dość niekonwencjonalny duet, to świetnie się uzupełnia. 

Doprowadzenie do uniewinnienia Langera okazuje się nie tylko trudnym, ale i bardzo niebezpiecznym zadaniem... Nieznany wróg nie zawaha się przed najgorszym... Nic więcej Wam nie zdradzę, nie chcę zepsuć niespodzianki.

"Kasacja" nie jest może książką wybitną, ale jest w niej wszystko, co potrzebne do dobrej rozrywki. Jest wartka akcja, jest humor, jest nawet król TVN-u :-). Polecam!




"Lisia dolina" Charlotte Link

Ryan Lee to młody mężczyzna, który wciąż wikła się w drobne problemy z prawem. W końcu pożycza pieniądze od niewłaściwego człowieka i robi się naprawdę niebezpiecznie. Żeby spłacić dług postanawia porwać kogoś dla okupu. Kogokolwiek, chociażby i przypadkową osobę, byleby tylko wyglądała na w miarę zamożną. Pada na Vanessę Willard, która została na parkingu, gdy mąż poszedł wyprowadzić ich psa na spacer. Ryan porywa ją i wiezie do Lisiej Doliny, odludnego miejsca, gdzie w dzieciństwie odkrył małą, dobrze ukrytą jaskinię. Zamyka Vanessę w drewnianej skrzyni, zostawia jej latarkę i zapasy jedzenia na tydzień. Dokładnie ukrywa wejście do jaskini i wraca do miasta, by zadzwonić do jej męża. Tyle, że po drodze zgarnia go policja w związku z zupełnie inną sprawą. Ryan zostaje aresztowany i ma w perspektywie kilkuletnie więzienie... Spanikowany nie wie, co zrobić...

Z książkami Charlotte Link mam pewien problem. Podobają mi się i nie podobają jednocześnie. Zapadają w pamięć i sprawiają, że zatapiam się w nie bez reszty. Ale wzbudzają też we mnie całą gamę negatywnych emocji. Wkurzają mnie bohaterowie, załamują ich wybory, przeraża postępowanie. Przeczytałam cztery i po każdej myślałam, że nie sięgnę już po kolejną. A po kilku miesiącach zaczynałam tęsknić za tym specyficznym prowadzeniem narracji, tym niesamowitym klimatem i o dziwo znów trafiałam na książkę jeszcze lepszą od poprzedniej. 

"Lisią dolinę" poleciły mi dziewczyny na moim instagramowym koncie. Miały rację, to zdecydowanie najlepsza z książek Link, które miałam okazję czytać. I chociaż znowu irytowali mnie bohaterowie i łapałam się za głowę, gdy czytałam co  wyprawiają, to nie mogłam się od niej oderwać. 

Charlotte Link stworzyła intrygującą, skomplikowaną, ale też bardzo spójną historię. Szokującą i przejmującą. Do dobrego wątku kryminalnego dołożyła sporą dawkę psychologii i w efekcie wyszła historia, którą przeżywałam jeszcze kilka dni po przeczytaniu. "Lisia Dolina" to powieść o głupocie, tchórzostwie i o potwornych zbiegach okoliczności. Jest "inna", ale moim zdaniem warta przeczytania. Zachęcam!


A może Wy polecicie mi jakieś "nie-skandynawskie" dobre kryminały? Katarzynę Puzyńską i już znam i uwielbiam. Nie czytałam za to jeszcze książek Katarzyny Bondy czy Marka Krajewskiego? Znacie je? Warto kupić? Dajcie koniecznie znać!

Pozdrawiam serdecznie

Hubisiowa mama 
-♥-

poniedziałek, 21 września 2015

Myśli potargane # 13

3 września 2015 (czwartek)
- Hubisiu, chciałbyś mieć siostrzyczkę albo braciszka?
- Nie, nie chcie! Chcie kot!


6 września 2015 (niedziela)
Parkuję przed domem Hubisiowej Babci. Warunki średnie, ciasno, skupiam się, bo parkowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Z tylnej kanapy krzyczy Hubiś. "Poczekaj żabko. Mama tylko sprawdzi, czy dobrze zaparkowała" - mówię i wychylam się z autka. Zadowolona wyłączam silnik, wypuszczam Huberta i widzę, jak obchodzi samochód dookoła, przygląda się fachowym okiem, po czym kręci głową i mówi: "Nie jeśt dobzie mama, nie jeśt dobzie" :-).


9 września 2015 (środa)
Rozgadał się nam Hubiś. Odkąd poszedł do przedszkola codziennie zaskakuje nas nowymi słowami. Jest ich tak dużo, że przestałam je już nawet notować. Ale dzisiejsze muszę upamiętnić. Nasze dziecko po raz pierwszy przeprosiło! "Pseplasam" usłyszał Hubisiowy Tata od skruszonego łobuziaka :-). Pseplasam :-)!


12 września 2015 (sobota)
"O! To mama Huberta!", usłyszałam okrzyk jakiegoś dziecka, gdy szłam z młodym na spacer. Rozejrzałam się zdziwiona i zobaczyłam jakiegoś szkraba idącego z tatą za rękę. Miał na oko 3-4 latka. Patrzył wprost na nas i machał energicznie. Nie poznałam go, więc pytam Hubisia:
- To Twój kolega z przedszkola?
- Tak!
- Bawicie się razem?
- Tak!
- Lubisz go?
- Tak!
- A jak ma na imię?
- Nie wiem :-).


14 września 2015 (poniedziałek)
"Kupa, siii"! Tak ostatnio krzyczy nasz Hubiś, gdy tylko wspominam o czytaniu. A potem wybucha długim, serdecznym śmiechem. Książeczka "Kupa siku" Stephanie Blake totalnie zawładnęła Hubisiowym sercem. Ostatnio taką furorę zrobiła tylko książka "O małym krecie, który chciał wiedzieć kto mu narobił na głowę". Ciekawe upodobania ma ten nasz synek :-).


17 września 2015 (środa)
Odkryłam dzisiaj piękny, wyraźny odcisk małej raczki na naszej jasnej poduszce. 
- A co to? Nie wiesz przypadkiem Hubisiu?
- Nie wiem mama.
- I to nie ty zrobiłeś?
- Nie, nie ja to tu.
- Hmmm, to jestem bardzo ciekawa czyja to  sprawka.
- I ja! I ja jeśtem! - wykrzyknął z całą mocą i szczerością w głosie mój niewinny synek :-).


19 września 2015 (sobota)
Sobotni poranek, wylegujemy się w łóżku. Nagle słyszę:
- Mama, mama, patrz!!!! ŻŻŻżzzzzz (czyt. samolot)!
- Gdzie Hubisiu?
- O tam, patrz!!! - i pokazuje paluszkiem na pustą, białą ścianę.
- Kochanie, ale tam nic nie ma.
- Jeśt mama! Tu! Patrz! - i pokazuje wąską smugę światła, padającą na ścianę przez żaluzje. 
I rzeczywiście. Światło stworzyło na ścianie ślad łudząco przypominający ten, który samoloty zostawiają na niebie. Dziecięca wyobraźnia jest niesamowita :-).


21 września 2015 (poniedziałek)
Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek usłyszę te słowa. Byłam gotowa założyć się o duże pieniądze, że nie  nastąpi to w przeciągu najbliższych dziesięciu lat. A jednak! Nastała dziś ta wiekopomna chwila :-). Wieczorem Hubiś przytulił swojego misia i wziął do rączki kocyk i oznajmił "Chcię spać"!


Hubisiowa mama

-♥-

poniedziałek, 14 września 2015

Taggit - nasz wyprawkowy hit

Talentu do krawiectwa to ja nie mam żadnego. To, co dla statystycznej pani domu jest zwyczajną fastrygą, dla mnie stanowi już mistrzowski ścieg. Wstyd się przyznać, ale nawet przyszycie guzika potrafi mi się mocno skomplikować :-). Naturalną tego konsekwencją jest moja niechęć do igły i nitki. Unikam ich jak ognia :-). Rzeczy wożę zwykle do mamy, wykorzystuję siostrę albo po prostu biegnę do krawcowej. 

Jednak, gdy syn mój jedyny i ukochany został przedszkolakiem i trzeba było opisać mu ubranka, pomyślałam "No bez przesady, przecież to zwykła naszywka. Co może pójść nie tak? Przecież nie będę wygłupiać się z wprasowankami, jeśli ciuszki mają iść dla następnych pokoleń". Jak pomyślałam, tak zrobiłam i zamówiłam klasyczne naszywki ze sklepu internetowego, którego nazwy, pozwólcie, nie będę wymieniać. 

Naszywki przyszły dość szybko, nie najgorsze, na jednej taśmie do samodzielnego pocięcia. Troszkę się z tym cięciem namęczyłam, bo skąd w domu osoby nieszyjącej miały znaleźć się dobre, krawieckie nożyczki, które nie wystrzępiłyby końców? Pocięłam je w końcu jakoś nożyczkami do papieru i zaczęłam szyć... Taktykę obrałam na cztery rogi, na pętelkę, czy jak to się zwie, ale przy trzeciej bluzeczce miałam już serdecznie dosyć. Z miłości do syna zrobiłam jeszcze dwie, a potem rzuciłam naszywki w diabły. Pomyślałam, trudno, będę musiała kupić wprasowanki i zaczęłam w necie szukać informacji, gdzie znajdę w miarę dobre jakościowo. I tak trafiłam na podpisane.pl, a konkretnie na ich zakładkę "Bez szycia/prasowania" (i nie, to nie jest wpis sponsorowany). 

Słyszeliście kiedyś o pineskach do naszywek Taggit? Ja nie, bo gdybym słyszała, zaoszczędziłabym sobie mnóstwo czasu i pokłutych palców :-). Taggit to małe, plastikowe pineski, którymi mocujemy naszywki z haftem do dziecięcego ubranka. Bez szycia czy prasowania. Szybko, łatwo, pomysłowo... Wspomniałam już, że bez szycia :-)? Idealne!





Instrukcja obsługi na stronie nie do końca do mnie przemówiła, obejrzałam więc filmik na youtube (klik) i już wiedziałam. Muszę je mieć :-). A że nasze poprzednie naszywki po pierwszym praniu zwyczajnie się popruły, zamówiłam nowe. Wybrałam te z haftem de luxe. Nie były tanie, ale czytając o nich bardzo pochlebne recenzje, postanowiłam spróbować. I to był kolejny strzał w dziesiątkę. 

Kochani, jestem absolutnie, totalnie, kompletnie zakochana w tych naszywkach, a o pineskach taggit mogę śpiewać hymny pochwalne. Są fantastyczne. W pół godziny opisałam Hubisiowi większość ubranek i rozpędziłam się tak, że zabrakło mi pinesek (opakowanie zawiera 50 sztuk). Zamówiłam więc kolejne opakowanie i opisałam czapki, szalik, kurteczkę i woreczek na strój gimnastyczny :-).




Dla porównania wrzucam wam naszywki, które kupiłam pierwsze i te z haftem de luxe. Sami oceńcie, jaka jest między nimi różnica. Ja w każdym razie po raz kolejny przekonałam się, że kto tanio płaci, ten niestety dwa razy płaci. Chociaż może gdybym lepiej szyła, nie miałabym takiego kłopotu z tymi tańszymi? 




Pineski Taggit to zdecydowanie nasz wyprawkowy hit. I na pewno jeden z dziesięciu hitów tego roku. Produkt, który z ręką na sercu mogę polecić każdej zabieganej mamie. U nas pineski sprawdziły się w 100%. No, może w 99%, bo jedna pineska złamała mi się w ręku jeszcze przed użyciem. Co tu dużo pisać, fajna sprawa :-). 


A Wy znacie Taggit? Używacie? A może macie jakieś inne patenty dla nieszyjącej matki :-)?

Ściskam serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

czwartek, 10 września 2015

Czytajmy dzieciom vol. 2

Przycisnęła mnie ostatnio codzienność i dusi jak cytrynę. Niby obowiązki podobne i ta sama liczba godzin w dobie, a jakoś przestałam wyrabiać się na zakrętach. Dopiero e-mail od Olsztyńskich blogerek uświadomił mi, że minął już miesiąc od naszego spotkania, a ja wciąż Wam o nim nie opowiedziałam. Nadrabiam więc szybko i pocieszam się, że temat był na tyle uniwersalny i ponadczasowy, że nic nie stracił przez ten miesiąc na ważności.

Czego więc mogło dotyczyć spotkanie, którego za żadne skarby świata nie chciałam opuścić? Spotkanie z tematem, o którym mogłabym pisać i mówić godzinami? Oczywiście książeczek dla dzieci! Mojej wielkiej miłości, którą z różnym skutkiem próbuję zarazić Huberta. Po sukcesie pierwszej edycji "Czytajmy dzieciom", Sylwia i Ola postanowiły zorganizować kolejną i chociaż ostatnio nie bywam na blogerskich zlotach, to akurat tego nie mogłam i nie chciałam przegapić. 

Dziewięć mam, ich pociechy, olsztyńska starówka (a konkretnie restauracja U Artystów) i słodkości ze znanej każdemu Olsztyniakowi cukierni Złoty Klucz - tak mniej więcej wyglądało tło naszego spotkania. Tło, bo głównym bohaterem były książki i wszystko, co z nimi związane. Rozmawiałyśmy o tym, co na wydawniczym rynku nowego, co ciekawego i co mądrego... Opowiadałyśmy o ulubionych książkach naszych szkrabów i naszych (bo to najczęściej są zupełnie inne pozycje). Dzieliłyśmy się dzieciowo-czytelniczym doświadczeniem i wrażeniami. Uczyłyśmy się JAK czytać dzieciom (Karolina, jesteś moim mistrzem, a książka "Nawet księżniczki puszczają bąki" to teraz mój absolutny must have :-)). Dowiedziałyśmy się nawet, jak książkę dla dzieci napisać, wydać i wypromować.

O tym, jak zostać autorką książki dla dzieci opowiedziała nam Ula Witkowska, która takową z dużym sukcesem popełniła :-). Natchnęła nas weną, ochotą i optymizmem. Udowodniła, że jak się chce, można naprawdę wszytko. Ula, jesteś niesamowicie pozytywną kobitką i jeszcze raz dziękuję Ci w imieniu Hubisia za najpiękniejszą dedykację, jaką zdarzyło mi się kiedykolwiek czytać. Nawet nie wiedziałam, że dziewczyna, którą praktycznie codziennie rano mijam w centrum w drodze do pracy, to Ty :-)!

Musze też napisać koniecznie o tym, że żeby mamuśki mogły spokojnie pogadać, została ściągnięta fachowa pomoc w postaci Magdy z Krainy Wiśni. Rzecz godna odnotowania, bo Magda nie tylko okiełznała, ale też zainteresowała i rozbawiła małoletnią ferajnę. Nawet Hubiś, po dwugodzinnej drzemce (dlaczego on nie chce tak spać w domu :-)?), zwykle bardzo niechętny do wspólnych zabaw i animacji, wykonał piękny medal z papieru i naklejek. Zmartwiła mnie trochę kolorystyka, która wybrał (medal był czarno-granatowy z ciemno-brązowym koniem na biegunach :-)), ale dumnie nosiłam na szyi póki się nie rozpadł :-).

Po wymuszeniu na organizatorkach obietnicy, że będzie trzecia edycja "Czytajmy dzieciom" rozeszłyśmy się, dzierżąc w rękach paczuszkę z prezentami, za które bardzo serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że wiosną spotkamy się znowu!

A zanim zaproszę Was na mini fotorelację, chciałabym też wspomnieć, kto zgodził się zostać partnerem naszego spotkania. Oto i oni:

















Hubisiowa mama

-♥-

środa, 26 sierpnia 2015

Lawendowa sesja

Od dawna wychodzę z założenia, że lepiej mieć w albumie pięć dobrych, profesjonalnych zdjęć, niż sto pięć byle jakich. Dlatego wprowadziłam w Hubisiowie małą tradycję. Raz do roku oddajemy się w ręce naszego nadwornego fotografa Magdaleny Sulwińskiej i robimy wspólną, rodzinną sesję.  Kochane oczy męża, utrwalony na fotografii uśmiech Huberta... Moim zdaniem nie ma wspanialszej pamiątki. Tym bardziej, że Hubiś tak szybko się zmienia... Uwierzycie, że od hubisiowej sesji w kwiatach jabłoni (klik i klik) minął już ponad rok?

Tym razem plenerem naszej sesji było Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie. Jeśli w przyszłym roku będziecie latem w tych okolicach, serdecznie Was tam zapraszam. A tymczasem zobaczcie, jak wyglądało na zdjęciach Magdy z Hubisiową rodzinką w roli głównej :-):




























Przesyłam lawendowe buziaki,

Hubisiowa mama
-♥-

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.