AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

sobota, 31 stycznia 2015

24 i 25 miesiąc Hubisia

Minione dwa lata to bezwątpienia największa i najpiękniejsza przygoda mojego życia. Owszem, dotychczasowe życie wywróciło się nam do góry nogami, ale to właśnie ta perspektywa okazała się tą właściwą... 

Miłość, o sile jakiej nigdy bym się nie spodziewała; odpowiedzialność za drugiego człowieka, ułożone na nowo priorytety – to wszystko zawdzięczamy jednej osobie. Małemu uparciuchowi o wesołych oczach, który od ponad dwóch lat wypełnia nam myśli i serca.

Minęło już prawie 25 miesięcy. Już a może dopiero? Tyle jeszcze przed nami, a każdy dzień przynosi kolejne zmiany. Niepostrzeżenie nasz Hubisław zmienił się z „Pana Nie” na „Pana Ja Sam”. Owszem, wciąż jest uparty jak mały słodki osiołek, ale słowo „siiiaamm!” zdecydowanie wyparło dotychczas królujące słowo „nie”. Tak więc „siam” będzie się ubierał, „siam” będzie jadł, ciągnął sanki, robił kopytka, prasował, czy zmieniał żarówkę. Naśladuje nas na każdym kroku, chce robić wszystko to, co my i nie potrafi zrozumieć, że na przykład parzenie kawy w ekspresie to niekoniecznie dobry pomysł dla dwulatka :-).

































Zrobił się też niesamowicie ciekawski i bardzo spostrzegawczy. Wszędzie wypatrzy św. Mikołaja. Na butelce coca-coli, na starej gazetce reklamowej... A gdy widzi narysowane obok prezenty, zawsze klepie się po brzuszku i mówi to „to”, co ma oznaczać, że to są prezenty dla niego :-). Ostatnio zafascynował go też cień, rzucany przez rzeczy lub niego samego. Ku mojemu zaskoczeniu szybko załapał, o co chodzi i teraz wciąż na nowo pokazuje go paluszkiem, upewniając się, czy to też jest cień. Albo macha rączką i cieszy się, jak cień robi to samo. Niedawno zaskoczył dziadka, gdy pokazał w książeczce cień rzucany przez łóżko bohatera.

Książeczki to teraz jedne z jego ulubionych zabawek. Przynosi je do łóżka przed snem i każe sobie czytać. Czasami nie chce wypuścić ich z rączek i usypia przytulony do papierowej strony. Cieszę się z tej zmiany, tak długo na to czekałam... Zaczął też w końcu rysować. Za kredkami wprawdzie wciąż nie przepada, ale za kolorowymi zakreślaczami i długopisami zdecydowanie tak. I za flamastrami do wanny. A na pytanie co rysuje, zawsze odpowiada to samo – „dom”.

Stał się bardzo nieśmiały. Już nie rozdziela uśmiechów na prawo i lewo. Długo oswaja się z nowym otoczeniem. Długo przekonuje do nieznanych mu ludzi. Nie za bardzo chce też bawić się z innymi dziećmi, o dzieleniu się zabawką nawet nie wspominając. Może to efekt żłobkowych wojen o zabawki, a może taki etap, sama nie wiem.

Jego największym autorytetem jest Hubisiowy Tata. Gdy dzwoni telefon, krzyczy, że to „Tata!”, to samo jest z domofonem. Gdy pytam, czy kocha mamusię, odpowiada „Nie! Tata!” :-). Gdy nie chce wracać ze żłobka do domu, wystarczy, że powiem, że czeka na niego tata, natychmiast zmienia zdanie. A gdy na ulicy widzi mężczyznę w czarnym płaszczu, woła „tata” i dopiero po chwili dodaje „neee... pan”. To tata ma go kąpać, tata ma usypiać. Wygania mnie z pokoju, bo chce być tylko z tatą :-). Identyczna rzecz ma się zresztą z Hubisiowymi Dziadkami. Aktualnie Babcia poszła w tak zwaną odstawkę, a ulubionym towarzyszem Hubisia jest Dziadek :-).

Minione dwa miesiące przyniosły nam też kilka nowych słów. Ostatnio rozmawiałam z mężem przez telefon i bezwiednie rysowałam na kartce serduszko. Hubiś spojrzał na kartkę i wykrzyknął jak gdyby nigdy nic „O! selce!”. Albo gdy wyciąga rączkę po coś dobrego, zawsze domaga się, że ma być tego „tsy!”. Co więcej, doskonale wie, ile to jest trzy i nie da się oszukać dwoma :-). Mówi już, że babcia to „Ziosia” i że Maks to „Mas”. Dzisiaj oznajmił też dziadkowi, że śnieg „pada”. A gdy widzi gdzieś na rysunku sowę (lub pingwina) krzyczy, że to „uu-uu”.

Urósł do 89,5 centymetrów i właściwie wszystkie ubranka o rozmiarze 86 są już dla niego za małe. Waży 13 kg i nosi bucik o rozmiarze 24 cm. Prawdziwy chłopczyk się z niego zrobił :-).

Najwspanialszy chłopczyk, jakiego znam :-).

-♥-

Ciepło ściskam,

Hubisiowa mama

piątek, 23 stycznia 2015

Muki w podróży dookoła świata

Znacie animowany serial o przygodach małych misi globtroterów? Muki i Chavapa przemierzają na rowerkach świat, odkrywając nieznane miejsca i kultury. Serial „Miś Muki” powstał we Francji, ale szybko zyskał popularność wśród dzieci na całym świecie. Ale Muki to nie tylko bohater disneyowskiego serialu, to także bohater książki.

Marc Boutavant, który stworzył postać Mukiego, oczarował mnie tą książką. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak niesamowitej tęczy barw, postaci i bogactwa szczegółów. Każdy kraj, który odwiedza Muki, to zupełnie inna opowieść, spokojnie wystarczająca na cały dzień czytania i oglądania. To również spora dawka wiedzy, bo autor w naprawdę pomysłowy sposób przemyca informację o kulturze danego kraju, jego smakach, zapachu, temperaturze i języku. 




Muki w swojej podróży dokoła świata odwiedza Laponię, Grecję, Burkina Faso, Madagaskar, Indie, Chiny, Australię, Japonię, Peru i Stany Zjednoczone. W każdym kraju spotyka nowych przyjaciół, poznaje obce słowa, nieznane gatunki zwierząt i roślin, zwyczaje i regionalną kuchnię. Mamy więc żółte taksówki i hamburgery w Nowym Jorku, origami i zapaśników sumo w Japonii, pandy w Chinach, słonie w Indiach itd. itd.











„Muki w podróży dookoła świata” został wydany w dużym, kwadratowym formacie, a tęczowe barwy podkreśla piękny, błyszczący papier. To książeczka, którą naprawdę z całego serca Wam polecam. Nie tylko zapewni dużo frajdy, ale także rozbudzi w smyku duszę obieżyświata :-).

Koniecznie dajcie znać, czy znacie Mukiego :-)?

Ps. To nasza druga propozycja z cyklu "52 książki dla dzieci w 52 tygodnie", czyli "Czytanie to wyzwanie".

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 21 stycznia 2015

Włoskie klimaty, czyli MUM bloga 2

Świat jest mały, a Olsztyn jeszcze mniejszy. Pewnie, prędzej, czy później nasze drogi w końcu by się skrzyżowały. W przychodni zdrowia, albo urzędzie, w kolejce do kasy lub na poczcie. Kto wie, może nawet zamieniłybyśmy kilka słów, patrząc jak nasze dzieci bawią się na tym samym placu zabaw, albo są na tej samej lekcji baletu? A potem każda z nas poszłaby w swoją stronę. Bez świadomości tego, jak wiele nas łączy. Nie wiedząc, że nie tylko dzieci mamy w podobnym wieku, ale że podobają się nam te same książki, mamy to same poczucie humoru i dałybyśmy się pokroić za to samo tiramisu w kawiarence „Za rogiem czasu”. Żyłybyśmy sobie dalej bez świadomości, jak fajną, wartościową osobę właśnie minęłyśmy.

A Olsztyn jest naprawdę mały :-). Z Karoliną spotykamy się w osiedlowym sklepie spożywczym, Sylwia chodzi na tę samą siłownię, Olę widywałam na spacerach, bo blisko mieszkamy i nasze dzieci są z tego samego miesiąca, druga Karolina pochodzi z mojego rodzinnego miasta i mamy wspólnych znajomych, Beata pochodzi z rodzinnego miasta mojego męża, Magda robi nam rodzinne sesje zdjęciowe...itd. itd. Nasze drogi się przeplatają, ale to blogi pozwoliły nam się poznać.

Gdyby nie blogi, nie byłoby tylu wspaniałych, roześmianych chwil. Wspólnych wyjazdów, wypitego wina i zjedzonych słodkich kalorii. Gdyby nie blogi, nikt nie wpadłby do mnie niespodziewanie z garnkiem gorącej zupy, gdy leżeliśmy z Hubim powaleni choróbskiem i nikt by nie dał namiarów na świetnego pediatrę.

Olsztyn (i okolice) ma szczęście do parentingowych blogerek. A może to po prostu ja mam do nich szczęście? Bo te, które spotykam okazują się naprawdę świetnymi babeczkami. Spotykamy się więc prywatnie i blogowo. I zawsze, ale to zawsze jest miło.

W sobotę 13 grudnia spotkałyśmy się typowo blogowo. Na zacisznym poddaszu „U artystów”. I jak zawsze, gdy gromadzą nas razem Olsztyńskie Blogerki, czyli Ola i Sylwia, było więcej niż fajnie. Żeby najlepiej oddać Wam atmosferę, napiszę tylko, że nasze spotkanie wyglądało jak niedzielny obiad przysłowiowej włoskiej rodziny :-). Było głośno i wesoło, biegały dzieci, a my nie mogłyśmy się wprost nagadać. Na stół wjeżdżały ogromne ilości pysznego jedzenia i słodkie desery. Słychać było zachwycanie się ciążowymi brzuszkami i wymienianie się przepisami. Ciocie trzymały na kolanach nie swoje dzieci, dwójka z maluchów padła i w najlepsze spała na kanapie (Hubiś i Kacprowy), było trochę płaczu, bo zgubiła się ukochana zabawka. Była nawet blogowa „kuzynka” ze stolicy (wspaniale było Cię znów zobaczyć Ala) :-). Było fantastycznie :-).

A żeby nie wyszło, że tylko jemy i plotkujemy, muszę dodać, że miałyśmy też warsztaty zdrowego gotowania z firmą Zepter oraz szybki kurs fotografii z Magdaleną Sulwińską. W tym czasie naszymi dzieciaczkami zajmowała się Grupa Happy. Na koniec Sylwia z Olą przeprowadziły losowanie upominków od partnerów naszego spotkania. Zobaczcie zresztą sami, jak było, bo wszystko uwieczniła na zdjęciach Magda:
















Jeszcze raz dziękując dziewczynom za wspaniały czas, chciałam Wam jeszcze pokazać kto wsparł nas podczas spotkania, czyli naszych sponsorów i partnerów:


u Artystów / Zepter Grupa Happy / Pollena / Złoty Klucz / Tołpa / Fotografia Magdalena Sulwińska / Egmont / Kartoniaki / SzataNet / Bandi / Hally design / Blue Balloon / Lagenko / Pat&Rub / Printu / Mama i ja / gaga / Wydawnictwo Tamaryn / Aquadiver / BamBooko / Mały Genius / Mamania /


Już nie mogę doczekać się kolejnego spotkania!!!

Serdecznie pozdrawiam,

Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Myśli potargane # 7

22 grudnia 2014 (poniedziałek)
Gdy popołudniu wracaliśmy ze żłobka, pod naszym domem zastaliśmy wielką kałużę. Kałużę, która aż się prosiła o to, by do niej wbiec i poskakać. I chociaż nigdy wcześniej na to nie pozwalałam, tym razem nie zatrzymałam biegnącego Huberta. Na nóżkach miał kalosze, dom był o rzut kamieniem, na kuchence czekał gorący rosół. Dlaczego więc nie dać mu tej chwili radości? Skakał długo i wysoko, śmiejąc się głośno, a woda rozpryskiwała na boki. Był cały mokry. Dziesięć minut później byliśmy już w domku, umyci, przebrani i ogrzani, a Hubiś z przejęciem podskakiwał na dywanie, opowiadając po swojemu tacie, że skakał w kałuży. I chociaż wiem, że jest grudzień i jest zimno, że może skończyć się to co najmniej katarem, to szczęśliwe, roześmiane oczy Huberta naprawdę były tego warte :-).   


23 grudnia 2014 (wtorek)
Wymarzyłam sobie wspólne ubieranie choinki. W tle miał lecieć Michael Bublé, w powietrzu unosić zapach cynamonowej świeczki, a mój mały słodki synek miał podawać mi puchaty, złoty łańcuch. Chciałam by uczestniczył w tej pięknej tradycji, by poczuł magię chwili, zaczął kolekcjonować pierwsze świąteczne wspomnienia... Nie przewidziałam jednak tego, że Hubi też miał plany. A jego plany nie obejmowały Michaela Bublé, ani świeczki, nie chciał też podawać mi łańcucha. On chciał tylko wieszać bombki. „Siam”. Wszystkie, co do jednej. Gdy tylko brałam jakąś do ręki, wpadał w histerię. Tupał, płakał i wyrywał. Próbowałam go przekonać, próbowałam tłumaczyć. W końcu się poddałam. Patrzyłam tylko, jak zaaferowany biega do choinki i próbuje umieścić je na gałązkach. Bombki roztrzaskiwały się o podłogę jedna za drugą, łańcuch leżał gdzieś w kącie. Po stracie siedmiu bombek pozwolił pokazać sobie w końcu, do czego służy przyczepiona do bombki nitka. Załapał błyskawicznie. Zrobiło się cicho i spokojnie. Bombki przestały lecieć, Hubiś się uśmiechnął, potem i ja się uśmiechnęłam. Aż wziął mnie za rękę i przyprowadził do choinki. Podał łańcuch, gestem poprosił, bym powiesiła coś wyżej. Miałam jednak swoje magiczne chwile...   


24 grudnia 2014 (środa)
Byliśmy dziś wszyscy razem, w powiększonym od ubiegłych świąt, składzie. Hubiś w czapce św. Mikołaja, z czerwonymi od podekscytowania policzkami, biegał pomiędzy najbliższymi i roznosił prezenty. A gdy pomogliśmy rozpakować mu jego, nie wiedział za co złapać się najpierw :-). Był taki szczęśliwy! I ja byłam taka szczęśliwa. Dzieci czynią święta wyjątkowymi.


28 grudnia 2014 (niedziela)
Aż łzy wzruszenia stanęły w oczach Hubisiowej Babci, gdy na pytanie „Jak ma na imię babcia?”, odpowiedział – „Ziosia”. A potem powtórzył to jeszcze raz i kolejny. Do końca dnia każdy członek naszej rodziny spytał go o to co najmniej dziesięć razy i za każdym razem otrzymywał za odpowiedź gromkie brawa. Nic więc dziwnego, że gdy wieczorem siedział wyraźnie czymś zmartwiony, a ja go spytałam „Jaki masz kłopot Huberciku?”, z pełną powagą na twarzy odpowiedział mi „Ziosia" :-)
Posypały się nam ostatnio nowe słowa w Hubisiowym słowniku. Kilka dni temu pytał Hubisiowego Dziadka „gdzie to?”. Wczoraj, gdy czytałam mu jedną z książeczek o Kici Koci, pokazał paluszkiem na gitarę i powtórzył po mnie „gitala”. A dzisiaj zaskoczył nas, mówiąc „Dżiordź” na trzymaną w rączce zabawkę George’a, braciszka świnki Peppy. Z dnia na dzień jest coraz lepiej, ale i tak wciąż króluje niepodzielnie jedno słowo - „nie” :-).    


31 grudnia 2014 (środa)
Balował do 23ciej. Padł dopiero wtedy, gdy usnęła jego partnerka - pół roku młodsza Lenka :-). 


3 stycznia 2015 (sobota)
Zdałam sobie dzisiaj sprawę, że zupełnie niezamierzenie wprowadziłam mały zamęt w Hubisiowej głowie. Zwracając się zawsze do Hubisiowej Babci „mamo”, nie wzięłam pod uwagę, że mój mały szkrab wszystko słyszy i z tym właśnie słowem babcię będzie kojarzył. Gdy zniknęła dzisiaj Hubiemu z oczu, wołała za nią głośno „mama!” (słowa „babcia” jeszcze nie mówi). „Jestem tutaj Hubisiu” odpowiedziałam, ale on tylko spojrzał i dalej wołał za babcią „maaa-maaa”. „Wołasz babcię?” spytałam. „Taaa” odpowiedział. „A gdzie jest mama?” spytałam. „Tu” odpowiedział i po chwili dodał „tam”. „A jak ja się nazywam?”. „Mama” – odpowiedział. I wtedy zrozumiałam w czym tkwił problem. Tak więc od dzisiaj mama musi być babcią. W sensie babcia babcią :-). 


9 stycznia 2015 (piątek)
Hubi ma nową zabawę. Pokazuje paluszkiem na sufit i mówi „uu-uu”, co w wolnym tłumaczeniu ma oznaczać, że fruwa tam sowa. Wdrapuje się na kanapę albo fotel i klaszcząc w ręce łapie sowę, a potem przynosi ją nam do pogłaskania albo zjedzenia :-). Dzisiaj pół dnia łapał sowę „siedzącą na choince”, a ja udawałam, że jem ją nożem i widelcem. Biedny, wymyślony zwierzak :-). Czyżby mój Hubiś – Hubertus miał zapędy na myśliwego? 


11 stycznia 2015 (niedziela)
Pół nocy nie przespał. Kaszlał tak, jakby miał płuca wypluć. Katar miał taki, że lepiej nie mówić. Zadzwoniłam po pediatrę. Dziesięć dni zwolnienia. Potem do kontroli i zobaczymy, co dalej. Czeka nas ciężki czas.  


14 stycznia 2015 (środa)
Hubiś śpiewa! I to nie „lalala” jak dotychczas, ale prawdziwe słowa z prawdziwej piosenki. No dobra, może nie słowa, a literki, ale w rytm, takt i kontekst :-).  Myjąc zęby, śpiewam mu piosenkę Fasolek pt. „Szczotka, pasta”, a on wykonuje pięknie chórki w postaci „o o o”. Śpiewamy więc razem „W prawo, w lewo, w lewo, w prawo, o o o. Po jedzeniu kręć się za żwawo, o o o.”. Słucham go, zachwycam się i cieszę, bo talent do muzyki odziedziczył na szczęście po tacie :-). 


18 stycznia 2015 (niedziela)
Pokazałam Hubisiowi jak strzelać z folii bąbelkowej. Sama to lubię, pomyślałam więc, że i jemu się spodoba. I rzeczywiście spodobało się. I to bardzo. Codziennie domaga się kolejnego kawałka folii, a potem strzela, aż zabraknie bąbelków. Stare kawałki muszę wyrzucać po kryjomu, bo bardzo po nich rozpacza. Folia opanowała więc nasz dom. Dzisiaj poślizgnęłam się w kuchni na jednym z jej fragmentów i ratując się przed wybiciem zębów oparłam się dłonią o rozgrzaną płytę. I bąbelki teraz mam, na dłoni :-).

-♥-

Hubisiowa mama

czwartek, 15 stycznia 2015

O sukcesie na sedesie

"Tato, tato! Wiesz, mam myśl! Będę duży... i to dziś!
Zaraz zacznę mówić basem, golić się i czytać prasę,
dyskutować o biznesie, no i siadać na sedesie."


Tak zaczyna się jedna z najsympatyczniejszych "toaletowych" książeczek, jakie można znaleźć w polskich księgarniach. Agnieszka Frączek i Lee Wildish stworzyli książkę wyjątkową i dla Hubisiowa idealną. Bo chociaż tego typu pozycji jest już na rynku kilka, to w przeważającej większości opowiadają o oswajaniu i "obsłudze" nocniczka. A nocnik to kwestia, którą mój Hubiś postanowił całkowicie ominąć :-).







"Ja już potrafię! O sukcesie na sedesie!" ma zabawny, rymowany tekst, który wpada w ucho. Misiowa rodzinka jest tak pozytywna, przepełniona radością i dumą, że czytając, nie można powstrzymać uśmiechu. Mnie szczególnie urzekły wesołe, kolorowe ilustracje. Hubiś natomiast zachwycony jest wbudowanym w książeczkę sedesem ze spłuczką, po której naciśnięciu słychać autentyczny szum spuszczanej wody. Gdy ją czytamy wprost nie może się doczekać, by nacisnąć przycisk :-).












Książeczkę dostaliśmy w prezencie od Hubisiowej Babci. Jest fantastyczna i naprawdę serdecznie ją Wam polecam. Dodam jeszcze tylko, że ma twarde strony i dodatkowo foliowaną oprawę, więc spokojnie można ją zabrać do łazienki :-).

A może Wy znacie i możecie polecić inne "sedesowe" książeczki :-)? Będę niezmiernie wdzięczna za podpowiedź, bo temat u nas mocno na czasie :-).


Ps. Ambitnie postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu "52 książki dla dzieci w 52 tygodnie" :-). Raz w tygodniu postaram się pokazywać Wam coś z naszej Hubisiowej biblioteczki. Mam nadzieję, że pomysł przypadnie Wam do gustu :-).

"Ja już  potrafię! O sukcesie na sedesie!" Agnieszki Frączek i Lee Wildish to nasza wyzwaniowa premiera, nasz # 1/52. 

Szczegóły projektu znajdziecie tutaj.



http://miejskiewiejskie.blogspot.com/2015/01/czytanie-to-wyzwanie.html


Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

środa, 14 stycznia 2015

Prezent dla babci i dziadka

Kochają, rozpieszczają i dają poczucie absolutnej akceptacji. Przytulają, bawią się i niebiańsko karmią. To oni zawsze mają dla Hubisia czas i morze cierpliwości. To do nich biegnie, gdy mama czegoś zabrania :-). Babcia i Dziadek... Wyjątkowi. Jedyni. Ukochani. Już niedługo będą obchodzić swoje święto, dlatego chciałam pokazać Wam prezent, jaki dla nich mamy :-).

Gdy zastanawiałam się, co sprawiłoby największą radość Hubisiowym Dziadkom, odpowiedź nasunęła się sama – wnusio oczywiście. Prezent z wnukiem, bądź wnuczką w roli głównej to zawsze strzał w dziesiątkę. W ubiegłym roku zdecydowaliśmy się na fotokalendarze ze zdjęciami Hubisia, w tym roku na obraz canvas, czyli fotoobraz.

Pomysł na taki prezent zrodził mi się w głowie na grudniowym spotkaniu Olsztyńskich Blogerek. Uczestniczyła w nim fotograf Magdalena Sulwińska, którą nasza Hubisiowa rodzina uwielbia i której jest wierna już od kilku lat. Magda opowiadała o tajnikach fotografii, przesłonach, głębiach ostrości i innych tajemniczych słowach. Przykłady prezentowała na kilku fotoobrazach, stworzonych z wykonanych przez siebie zdjęć. Były piękne.... a na jednym z nich był mój Hubiś :-). 

Magda wykonała to zdjęcie, gdy Hubiś miał 18 dni, 49 centymetrów i 2,5 kg. Uwielbiam je. Wygląda na nim tak spokojnie, tak błogo, jakby wciąż był w brzuszku. Pamiętam, jak spał wtulony w warkocze, a ja myślałam, że jest najcudowniejszą istotą na ziemi :-). A stojąca niedaleko Hubisiowa Babcia martwiła się, czy przypadkiem nie jest mu za zimno (klik) :-).



I chociaż znałam to zdjęcie doskonale, to na płótnie wyglądało inaczej... Jak najprawdziwszy obraz. Natychmiast zapragnęłam taki mieć. I wiedziałam też, gdzie będzie najlepiej pasować – na ścianie domu Hubisiowych Dziadków :-).

Fotoobraz, który zamówiłam on-line w specjalnym edytorze marki Colorland (skąd zamawiałam też blogowe wizytówki) okazał się tak piękny, jak to sobie wyobrażałam. Troszkę martwiłam się, czy duży format (50 x 70 cm) nie spowoduje, że znikną drobne szczegóły, głębia i ta cudna gra światła, ale na szczęście niepotrzebnie. Na pewno miała na to wpływ bardzo dobra jakość otrzymanego od Magdy zdjęcia, ale i tak byłam miło zaskoczona. Nasz obraz na płótnie rozciągnięty jest na drewnianej ramie i ma zadrukowane pięciocentymetrowe boki, dzięki czemu wyszedł fajny efekt przestrzenności. Generalnie całość robi wrażenie, bo rzeczywiście wygląda jakby Hubiś był namalowany.





Mam nadzieję, że prezent spodoba się Hubisiowym Dziadkom :-). 

A jakie jest Twoje zdanie o fotoobrazach? Lubisz? Planujesz? A może obraz z Twoim zdjęciem lub zdjęciem Twojego szkraba już wisi na ścianie Twoich Dziadków? Dajcie znać koniecznie!

Pozdrawiam cieplutko, 

Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 13 stycznia 2015

Prezenty dla dwulatka

Co tu dużo ukrywać, nasz Hubisiek ostatnio nieźle się obłowił :-). Nie dość, że odwiedził go św. Mikołaj, to 1,5 tygodnia później rodzice, dziadkowie, ciocie i wujkowie wręcz obsypali go prezentami urodzinowymi.

Wbrew pozorom znalezienie odpowiedniego prezentu dla dwulatka, wcale nie było takie proste. Rodzinne konsultacje trwały dobry miesiąc, a i od Was dostałam dużo wiadomości z pytaniem, co Hubiś dostał. Dlatego, dla tych wszystkich, którzy w najbliższym czasie staną przed pytaniem "Co kupić dwulatkowi" mam krótki przegląd Hubisiowych prezentów. 

Może akurat wpadnie Wam coś w oko i sprawi radość małemu jubilatowi :-)?

1. Tablica z zamkami, Melissa & Doug

Prezent, który zasługuje na oddzielny post i prawdopodobnie wkrótce się go doczeka. Tablica z zamkami Melissa & Doug to sporych rozmiarów, drewniana plansza z sześcioma różnymi zamkami i zatrzaskami, czyli tym, co Hubisie lubią najbardziej :-). Młody godzinami (serio!) otwierał, zamykał i znów otwierał kolejne okienka. W dodatku pod każdym z zamków mógł odnaleźć inne zwierzątka w takiej ilości, na jaką wskazywała cyfra na drzwiach. Wspaniała, rozwijająca, mądra zabawka, wykonana z dbałością o najmniejszy szczegół. Jak dla nas bomba!

Tablicę kupiłam w sklepie mama Ania.


2. Trójplanszowe drewniane puzzle, Djeco

 
Drewniane, trójwarstwowe puzzle "Domek Króliczków". Świetnej jakości, nietypowa układanka, którą Hubert rozpracował szybciej niż ja :-). Uczy spostrzegawczości, zręczności manualnej i logicznego myślenia. Pierwsza warstwa to mieszkańcy domku w swoich pokojach, druga pokazuje króliczki podczas ich zajęć, a trzecia to dom z zewnątrz. Właśnie po te puzzle Hubiś sięga teraz najczęściej.

Domek króliczków kupiony w coocoo.pl.


3. Stempelki Dou'Dou', Créa Lign'



Pięknie wykonane, drewniane stempelki. Mają duże, okrągłe uchwyty wykonane z miękkiego weluru. I chociaż materiał jest mało praktyczny, na szczęście mocowany jest na rzep, dzięki czemu można go odczepić i prać w pralce. Zestaw zawiera siedem dużych stempli z motywami, które wywołują uśmiech na buźce Huberta: znajdziemy tam pieska, kotka, konika, krówkę, motyla, dom i statek. Tusz jest przebadany i atestowany dla dzieci od drugiego roku życia. 

Stempelki kupione w dadum.pl.


4. Piasek kinetyczny, Kinetic Sand


Przepis na zabawkę doskonałą? Do czystego piasku dodać nietoksyczny polimer, który połączy ze sobą pojedyncze ziarenka i sprawi, że piasek nigdy się nie rozsypie i nie wyschnie. Kinetic sand jest elastyczny i niezwykle przyjemny w dotyku. Nie robi bałaganu, więc spokojnie można się nim bawić w domu. A który maluch nie tęskni zimą za piaskownicą? My tęskniliśmy, a dzięki Hubisiowej cioci lepimy babki na kuchennej podłodze :-). 

Jeśli chcecie zobaczyć, jak taki piasek wygląda "w użyciu", zajrzyjcie tutaj (klik).

Piasek kinetyczny został kupiony w sklepie crocodylek.


5. Food face, czyli talerz niejadka, firmy Fred



Food face to zabawny, ceramiczny talerz z wymalowaną twarzą. Pomaga sprawić, by posiłek stał się dla dziecka przyjemnością. Gdy Hubisiowi włącza się tryb "niejadka", wyciągam go z szafy i zaczynamy zabawę. Z produktów spożywczych tworzymy części ciała - szyję, włosy, brwi, itp. A potem najczęściej okazuje się, że brwi z fasolki potrafią jednak zniknąć z talerza, chociaż jeszcze wczoraj frunęły od razu na podłogę :-). Jak dla mnie bardzo fajny gadżet :-). Dodam jeszcze tylko, że można go kupić w wersji "damskiej" i w wersji "męskiej".

Nasz pochodzi ze sklepu DecoMania.pl.


6. Zwijane wiaderko silikonowe, Scrunch-bucket



Nie ukrywam, że był to prezent, kupiony przez Hubisiową Ciocię na moją prośbę. Wygodne, silikonowe wiaderko, które można zwinąć i po prostu wrzucić do torebki lub walizki - jak dla mnie rewelacja. Przyda się zarówno na wyjazdy, jak i na co dzień. Producent zapewnia, że nawet przy wielokrotnym używaniu, wiaderko zachowuje swój kształt i że jest odporne na działanie promieni UV oraz niskie i wysokie temperatury (-40°C do +230°C). Na razie testujemy je z piaskiem kinetycznym, ale gdy przyjdzie wiosna, ruszymy na plac zabaw.

Zwijane wiaderko Scrunch-bucket znajdziecie na przykład w Fabryce Wafelków.


7. Puzzle do pary - Zwierzątka, CzuCzu



Wesołe, kolorowe puzzle "do pary" ze zwierzątkami w roli głównej :-). Hubi bardzo lubi szukać odpowiedniej głowy do trzymanych w rączce nóg.  Ładnie wykonane, w sam raz dla dwulatka. U nas się sprawdziły,
Puzzle kupiłam w Rossmannie.


8. Świnka Peppa maskotka i puzzle



Hubiś uwielbia świnkę Peppę, dlatego gdy dostał od Hubisiowej Babci 30-centymetrową maskotkę George'a, nosił ją non stop przez tydzień :-). I chociaż ostatecznie George nie zajął w jego sercu miejsca ukochanego misia, to gdy nocą wędruje do nas do łóżka, oprócz obowiązkowych - kocyka i misia, ciągnie ze sobą również George'a. W dodatku słodko nazywa go "Dżiordź" :-).

Oprócz maskotki, pod choinką znalazł również okrągłe puzzle z Peppą. Na razie nauczył się układać koronę, ale zawzięcie ćwiczy i jestem pewna, że niedługo ułoży całość.

Maskotkę i puzzle znajdziecie np. w Smyku.

9. Książeczki


Książeczki to naprawdę wspaniały prezent. Również dla dwulatka. To właśnie na książeczki wydałam całą przysługującą Hubisiowi kwotę firmowej, świątecznej paczki. Do tego doszły książki od Hubisiowych cioć oraz Babci i w konsekwencji nasza biblioteczka wzbogaciła się o powyższe pozycje :-). Jeśli czas mi pozwoli, wszystkie pokażę Wam dokładniej na blogu.


Jak widzicie, Hubisław Wiercidupka był naprawdę bardzo grzeczny w ubiegłym roku :-). Dopiero patrząc na to zestawienie, zobaczyłam, jak tego dużo. W dodatku, kilku prezentów Wam nie pokazałam. Czysta rozpusta :-).

A Wy macie którąś z tych rzeczy? Lubicie :-)? A może udało mi się Was czymś zainteresować?

Pozdrawiam ciepło z Hubisiowa,

Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.