AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

piątek, 27 lutego 2015

Pracująca mama na L4

Mało nas ostatnio. Hubisia powaliło ostre zapalenie zatok sitowych. Nasze aktualne atrakcje to gil o barwie wiosennej trawy, ból głowy, gorączka i pochrapywanie, którego nie powstydziłby się stary drwal... Jesteśmy na antybiotyku i zwolnieniu lekarskim. Byliśmy zdrowi całe cztery tygodnie...

Pracuję na pełen etat. W każdą swoją dotychczasową pracę wkładałam i staram się nadal wkładać dużo serca i zaangażowania. Po prostu lubię wiedzieć, że robię coś dobrze. Moi pracodawcy z reguły to doceniali. A mnie pochwały nakręcały do jeszcze większych starań. Jednak odkąd rok temu wróciłam do pracy, wszystko się zmieniło. Nie, nie przestało mi zależeć... Po prostu moje dziecko trafiło do żłobka i zaczęło chorować. A ja zaczęłam chodzić na zwolnienia lekarskie...

Trzy tygodnie jestem, potem tydzień mnie nie ma. Potem miesiąc pracuję i znowu ląduję na zwolnieniu. Najdłużej udało mi się przepracować dwa i pół miesiąca. Hubiś zalicza kolejne wirusowe choróbska, a ja obudzona w środku nocy potrafię wyrecytować numer do przychodni. 

Może sytuacja wyglądałaby troszkę lepiej, gdybym miała na miejscu którąś z babć, albo jakąkolwiek rodzinę... Ale nie mam. Mój małżonek prowadzi własną działalność, terminy poumawiane na wiele tygodni do przodu, nie może ich przełożyć... Pewnych rzeczy po prostu nie przeskoczymy. 

Zdaję sobie sprawę, że żłobek i przedszkole to miejsce naturalnej wymiany flory bakteryjnej. Że dzieciaczki muszą gdzieś ćwiczyć swój układ immunologiczny. Że nie uda się, a wręcz nie powinno się izolować dzieci od bakterii i wirusów. Ale mam też jednocześnie ogromny żal do rodziców, którzy posyłają swoje naprawdę chore dzieci do żłobków. Do ludzi, którzy przez kompletny brak odpowiedzialności i rozsądku, narażają inne dzieci na wciąż powtarzające się infekcje. Infekcje, których naprawdę można byłoby uniknąć.

Nawet nie wiecie, ile razy wchodząc do żłobkowej szatni słyszałam dochodzący z sali gruźliczy kaszel. Ile razy widziałam dzieci z gęstym, zielonym katarem cieknącym z nosków. Pytane o to opiekunki, rozkładały bezradnie ręce i mówiły, że rodzice wmawiają, że ten kaszel lub katar ma podłoże alergiczne. Że one proszą, ale tak naprawdę nic więcej nie mogą zrobić... 

Zdaję sobie sprawę, że takie sytuacje mają najczęściej podłoże ekonomiczne. Że rodzice boją się utraty pracy, nieprzyjemnych komentarzy przełożonych, czy wpędzania w poczucie winy. Wiem o tym, bo sama tego doświadczam. Ale z drugiej strony przeraża mnie myśl, że są osoby, dla których zdrowie dziecka jest mniej ważne niż etat. Że można świadomie narażać własne dziecko, chore, bądź niedoleczone na ryzyko powikłań. Bo przecież każda niedoleczona lub przechodzona choroba takie ryzyko za sobą niesie. Że można być aż tak bez wyobraźni...

A przecież chore dziecko w żłobku to też początek nieuchronnej reakcji łańcuchowej. Tylko chwili potrzeba, by zachorowało moje dziecko, a potem Twoje i Twoje też... I każde z nas będzie musiało iść na to nieszczęsne L4, bo przecież nasze dzieci nie byłyby w żłobku, gdybyśmy nie pracowali. Większość z nas nasłucha się potem w pracy o tym, jak nie można na nas liczyć, bo ZNOWU jesteśmy na zwolnieniu.

A gdy po tygodniu, czy dwóch oddamy zdrowego szkraba do żłobka, znowu okaże się, że jakiś rodzic uznał, że ten katar to wcale nie jest taki zielony, a gorączka 37,9 to przecież nie gorączka... 

Nie mam pojęcia, jak wyrwać się z tego błędnego koła. I ręce mi opadają z tej bezsilności...


Hubisiowa mama

sobota, 21 lutego 2015

What Katie ate, czyli najpiękniejsza książka kucharska



Katie Quinn Davies długo szukała swojej drogi zawodowej. Przez dziesięć lat pracowała jako graficzka, najpierw w Dublinie, a potem w Melbourne, w Australii. I chociaż kochała wszystko, co wymaga twórczego działania, w pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, czy na pewno podąża właściwą drogą. Z coraz większym trudem zmuszała się do spędzenia kolejnego dnia w pracy grafika i wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że tuż za rogiem czeka na nią coś innego, lepszego. 

Punktem zwrotnym w jej życiu okazała się śmierć mamy. Odziedziczone pieniądze pozwoliły jej zrezygnować z pracy i zastanowić się, czym tak naprawdę chciałaby się zająć. Jej pasją było jedzenie, dlatego w tę stronę postanowiła skierować swoje życiowe kroki. Początkowo próbowała zostać „czołową australijską specjalistką od pieczenia babeczek”, następnie „czołową australijską specjalistką od lukru”, a gdy i to jej nie wyszło, przerzuciła się na makaroniki. To ostatnie doświadczenie wspomina w swojej książce jako tydzień z piekła rodem.
 
Seria kulinarnych porażek skutecznie zniechęciła ją do kolejnych eksperymentów. A jednak, pewnego wieczoru, gdy przygotowywała posiłek dla swojego męża, z mocą pędzącego pociągu (jak sama mówi) uderzyła ją genialna myśl – wykorzysta swoje doświadczenie w branży kreatywnej, połączy je z miłością do jedzenia i zostanie stylistką żywności oraz fotografkę. I chociaż zdawała sobie sprawę, że rozpoczynanie kariery fotografki żywności w wieku 33 lat będzie niczym zdobywanie najwyższej góry świata, wiedziała też, że z tego pomysłu już nie zrezygnuje.

A że Katie do wszystkiego podchodziła z rozmachem i pełnym profesjonalizmem, postanowiła założyć własnego bloga, który mógłby pełnić funkcję jej portfolio online. Tak powstał blog „What Katie ate”, który dzięki smakowitym przepisom i fantastycznym fotografiom zdobył ogromną popularność na całym świecie. A książka o tym samym tytule, natychmiast zdobyła miano bestsellera.





Katie nigdy nie uczyła się sztuki kulinarnej, nie jest profesjonalną kucharką, lecz kimś, kto kocha wszystko, co wiąże się z gotowaniem. I jej książka jest tego najlepszym przykładem. To absolutnie najpiękniejsza książka kucharska, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się mieć w ręku. Trzysta stron wizualno-smakowych doznań, podzielonych na działy: śniadania, lunche, sałatki, kanapeczki i drinki, obiady, przekąski, przystawki i sosy, a na zakończenie desery.



Każdy przepis to małe dzieło sztuki, dopracowane w najmniejszym detalu. Zachwycają nie tylko zdjęcia potraw, ale też stylizowany na vintage papier, czcionki, nawet marginesy! W dodatku każdy przepis opatrzony jest kilkoma słowami wstępu od autorki, na przykład wspomnieniem z dzieciństwa lub opowieścią o bliskiej osobie. To wszystko sprawia, że książka kojarzy mi się z rodzinną tradycją, ciepłem i miłością. 





Co do samych przepisów, są raczej na przystępnym dla mnie poziomie (a nie uważam się za szczególnie uzdolnionego kucharza). Za niektórymi składnikami będę musiała troszkę się rozejrzeć, ale przy odrobinie fantazji, zawsze można je czymś zastąpić. Większość przepisów wymaga jednak jedynie tego, co znajdziemy w większości sklepów w Polsce. Upatrzyłam sobie już kilkanaście przepisów, które mam zamiar systematycznie wypróbowywać. Szczególnie urzekły mnie sałatki, mam nadzieję, że chociaż w połowie będą tak smaczne, jak wyglądają :-).

Jeśli więc lubicie gotować z książek kucharskich, albo szukacie prezentu dla kogoś, kto gotować kocha, serdecznie Wam tę książkę polecam! 

 -♥-

Hubisiowa mama

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tablica z zamkami - nasz zabawkowy hit

Gdybym miała wskazać zabawkę numer jeden w całej historii Hubisiowa, bez wątpienia byłaby to tablica z zamkami firmy Melissa & Doug. Pokazywałam ją Wam już w poście o prezentach dla dwulatka (klik), ale uznałam, że warto pokazać ją Wam bliżej.


Tablica to sporych rozmiarów (40 cm x 30 cm x 1 cm) plansza, na której znajduje się sześć okienek, każde zamknięte na inny rodzaj zamka. Wykonana jest ze świetnej jakości drewna, z dbałością o najmniejszy szczegół. Nigdzie nie znalazłam żadnej nierówności, grożącej drzazgą, a jestem w tej kwestii troszkę przewrażliwiona i macam wszystkie drewniane zabawki Hubisia :-). Wysoko oceniam również sposób, w jaki tablica została pomalowana. Piękne, soczyste kolory i zero zgrubień, czy niedokładności. Do tego dodajemy solidne zamki i w efekcie otrzymujemy naprawdę świetnej jakości zabawkę.

Każde okienko pomalowane na inny kolor, skrywa w sobie inne zwierzątka. Pod okiennicami maluch znajdzie m.in. pieski, kotki, żabki i rybki. Zwierzątek jest tyle, na ile wskazuje cyfra, lecz żeby się do nich dostać trzeba otworzyć odpowiedni zamek. Zamek, który różni się od sąsiedniego i jest prawdziwym wyzwaniem dla małych, sprytnych raczek. Na tablicy znajdziemy zamek na łańcuszek, niewielki rygielek, zamknięcie na haczyk i na klips, półokrągłą zasuwkę i zamek z miejscem na kłódkę (Hubisiowy Dziadek dodał mu nawet później prawdziwą, maleńką kłódeczkę).






Przez pierwsze dwa tygodnie to właśnie zamki kompletnie pochłonęły Hubiego. W nieskończoność otwierał, zamykał i znowu je otwierał. Z niektórymi wychodziło mu lepiej, z innymi musiał się trochę natrudzić, ale ostatecznie rozpracował wszystkie. Na chwilę obecną jestem więc spokojna, że jeśli kiedykolwiek zatrzaśnie się na przykład w nieznanej mu toalecie, będzie potrafił otworzyć zamek i się wydostać :-).

Gdy minęła pierwsza fascynacja zamkami, Hubiś zainteresował się znajdującymi się pod okiennicami zwierzątkami, a później również kolorami i cyferkami. A to z kolei pozwoliło nam na wymyślanie wielu różnych zabaw. Przykładowo, proszę go, by pokazał mi, w którym okienku są żabki. I Hubiś łapie się za odpowiedni zamek i z uśmiechem triumfu odkrywa żabki. Albo bawimy się kolorami. Proszę go, by otworzył mi żółte drzwi i Hubiś próbuje te żółte drzwi znaleźć. Najlepiej wychodzi mu szukanie czerwonych i zielonych, ale jest to pewnie efekt nauki zielonego i czerwonego światła na drodze. Ostatnio zaczęłam też z nim ćwiczyć cyferki. Na razie rozpoznaje tylko i wyłącznie cyferkę "3", ale na to akurat mamy jeszcze bardzo dużo czasu.



Nasza tablica przeszła już bardzo wiele (w tym kąpiel w zupie i okładanie żelaźniakiem), ale wciąż bardzo dobrze wygląda. Troszkę porysowały się jej okucia, ale nic dziwnego skoro przez pierwszy miesiąc Hubiś próbował je wyważyć wszystkim, co wpadło mu w łapki. Generalnie, jak na razie, zabawka nie do zdarcia.

Tablicę widziałam w internetowych sklepach w cenie wahającej się pomiędzy 89 zł a 169 zł. My nasz egzemplarz kupiliśmy na początku grudnia w sklepie mamaAnia. Z tego, co pamiętam zapłaciłam za niego 119 zł. Być może ktoś uzna, że to za dużo, ale porównując stosunek jakości do ceny zarówno tablicy, jak i "zwykłych", tradycyjnych plastikowych zabawek, to już tak źle to nie wygląda :-).

Jeśli więc Wasze szkraby kochają majstrować przy zamkach tak bardzo, jak Hubiś, a w dodatku lubią niespodzianki i naukę przez dobrą zabawę, serdecznie ją Wam polecam :-).

 Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

piątek, 13 lutego 2015

Z Hubisiowej biblioteczki # 4

W sylwestra o północy obiecałam sobie, że choćby waliło się i paliło, będę w tym roku dużo czytać. Że nie pozwolę, by zmęczenie lub brak czasu ograniczało mnie w tym, co tak kocham... Że chociaż pół godzinki dziennie muszę poświęcić na książkę. Nawet jeśli ma to oznaczać mniej snu, albo drugi dzień z rzędu ten sam obiad. Bo dobre książki to moi najlepsi przyjaciele, a przyjaciół nie powinno się zaniedbywać :-).

Ostatnio w Hubisiowej biblioteczce zagościło trochę książek. Dzisiaj mam dla Was pierwszą partię moich styczniowo-lutowych lektur. Za kilka dni wrzucę kolejną. Mam nadzieję, że wśród nich Wy też znajdziecie nowych przyjaciół :-).


Magdalena Witkiewicz "Pierwsza na liście"

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, gdy myślę o tej książce to „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Z ręką na sercu muszę się Wam przyznać, że nie spodziewałam się po polskiej autorce tak rewelacyjnej książki. Książki, od której wprost nie mogłam się oderwać i którą przeczytałam w jeden dzień.

Przeglądając komputer swojej chorej na białaczkę mamy, Karolina natrafia na listę osób, do których będzie mogła zwrócić się o pomoc, gdyby stało się najgorsze. Wśród wymienionych na liście, pierwsze miejsce zajmuje nieznana jej Ina, o której dziewczyna nigdy wcześniej nie słyszała. Dopiero na dalszych pozycjach znalazły się takie osoby, jak jej ojciec, czy babcia. Karolina postanawia więc odnaleźć kobietę i dowiedzieć się, kim jest i dlaczego jest tak ważna dla jej mamy... Tak zaczyna się historia o przyjaźni, wybaczaniu, walce z chorobą, bezinteresownej pomocy i wartości życia. Historia ze świetnie nakreślonymi bohaterami i wielowątkową, ale bardzo spójną fabułą.

„Pierwsza na liście” to piękna opowieść, która niesie też przesłanie, że warto zarejestrować się w bazie i być może zostać kiedyś dawcą szpiku. Że choroba nie wybiera i każdy z nas może potrzebować kiedyś pomocy. Że nie ma piękniejszego daru, jaki człowiek może ofiarować drugiemu człowiekowi, niż życie po prostu. Niesamowite w tej historii jest to, że tak trudny temat został napisany niezwykle lekkim, bardzo przyjemnym piórem. Że książka nie przytłacza, wręcz przeciwnie, przepełniona jest optymizmem i wielokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy.

Magdalena Witkiewicz swoją książką uświadomiła mi, jak wielki błąd popełniam preferując książki obcojęzycznych autorów. Serdecznie Wam ją polecam. Ja byłam zachwycona. 




 Lisa Genova "Kochając syna"

Lisa Genova i jej książki zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Jej debiutancki „Motyl” to jedna z najpiękniejszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. „Lewa strona życia” też była świetna. Dlatego, gdy do polskich księgarń trafiła trzecia, najnowsza powieść Lisy Genovy - „Kochając syna”, po prostu musiałam ją mieć. Na szczęście św. Mikołaj doskonale o tym wiedział i znalazłam ją pod choinką.

„Kochając syna” to opowieść o dwóch kobietach, które łączy postać autystycznego chłopca Anthony’ego. Pierwsza z nich, Olivia próbuje otrząsnąć się po śmierci synka i bolesnym rozstaniu z mężem. Beth natomiast odkrywa, że po latach udanego małżeństwa została zdradzona. Nie jest w stanie wybaczyć mężowi niewierności i zostaje sama. Postanawia wrócić do pisania, swojej wielkiej pasji, którą porzuciła wiele lat temu. Zrządzeniem losu pisze powieść o chorym na autyzm chłopcu, jego uczuciach i sposobie, w jaki rozumie świat. O chłopcu, w którym Olivia dostrzega swojego nieżyjącego syna.

Książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Bardzo podobał mi się zastosowany przez autorkę zabieg przeplatania opowieści fragmentami pamiętników Olivii i powstającej książki Beth. Dzięki temu mogłam bardziej wczuć się w sytuację bohaterów, lepiej ich zrozumieć, zajrzeć w ich dusze i serca. I chociaż, moim zdaniem, nie udało się jej osiągnąć poziomu „Motyla”, to jest to piękna, klimatyczna opowieść o macierzyństwie, bólu po stracie dziecka i trudnych decyzjach.

To książka, która uczy kochać to, co niezrozumiałe, trudne, odmienne... Książka z zakończeniem, które wynagradza wszelkie niedociągnięcia, tak wzruszającym, że aż ściska za gardło.




Rebecca Donovan "Powód, by oddychać"

Nasłuchałam się o tej książce samych zachwytów. Na wielu blogach czytałam, jaka jest niesamowita, wyjątkowa, do głębi poruszająca, jak wstrząsa duszą i zmienia życie. Bardzo chciałam ją przeczytać. A gdy to w końcu zrobiłam, stwierdziłam, że chyba coś jest ze mną nie tak. Bo do mnie ta książka kompletnie nie przemówiła. "Powód by oddychać" to w moim odczuciu kolejna historia dla nastolatek, napisana bardzo prostym językiem, z bohaterami, którzy są albo tylko bardzo źli, albo bardzo dobrzy. Bez głębi i wyrazu.

Główną bohaterką jest dobra i zdolna, ale bardzo skrzywdzona przez życie, nastoletnia Emma. Po śmierci ojca, jej matka alkoholiczka nie była w stanie się nią zająć, dlatego trafiła do rodziny wuja. Dom opiekunów okazał się jednak dla niej prawdziwym piekłem. Ciotka Emmy - Carol znęca się nad nią psychicznie i fizycznie. Dziewczyna chodzi pobita, posiniaczona, trafia nawet do szpitala z połamanymi kośćmi, ale wciąż udaje, że nic się nie stało w imię troski nad małymi kuzynami, które pokochała. Emma nie chodzi na imprezy, nie ma wielu znajomych. Odlicza czas, który dzieli ją od pójścia na studia i wyrwania się z rąk Carol. Jedyną osobą, która zna jej sekret i której pozwala się do siebie zbliżyć jest jej przyjaciółka Sarah. I wtedy w jej szkole pojawia się zabójczo przystojny Evan...

"Powód, by oddychać" to książka przede wszystkim o przemocy domowej (bo dobrego romansu w tym niewiele), pokazanej jednak w bardzo jednostronny sposób. Bo, o ile profil psychologiczny Emmy nakreślony jest naprawdę dobrze, to autorka nie wysiliła się nawet na jedno zdanie wytłumaczenia, czym kierowała się w swoim zachowaniu Carol? Dlaczego tak bardzo nienawidziła Emmy? I dlaczego wuj Emmy nie reagował albo nie zastanowił się, czy żona-psychopatka nie zacznie w podobny sposób traktować ich własnych dzieci? Nierealne jest też dla mnie kompletne zaślepienie dorosłych, otaczających Emmę - trenera, nauczycieli, czy lekarzy w szpitalu. Nie wierzę, że pomimo tego, że mieli uzasadnione podejrzenia (a mieli), wszyscy dawali się zbyć tradycyjnym "przewróciłam się". Przyjaciółka Sarah z kolei przygląda się kolejnym siniakom Emmy i sama mówi, że boi się, że Emma kiedyś nie wyjdzie przed dom, bo będzie martwa, ale nic nie robi. Dlaczego? Bo koleżanka jej nie pozwala. Ludzie! To wszystko razem było takie naiwne, że niestety zupełnie nie pozwoliło mi wczuć się w jej tragiczną, przecież sytuację.

Jeśli dołożyć do tego wszystkiego mdłą jak krem z ziemniaka historię miłosną, nużące dialogi i przegadaną fabułę, to naprawdę niezrozumiały jest dla mnie ten cały szał zachwytów. Mam wrażenie, że sukces tej książki to efekt swoistej śnieżnej kuli po książkach typu "Gwiazd naszych wina", czy "Zostań jeśli kochasz". Po prostu mamy modę na książki dla młodzieży. A ja, albo jestem nieczuła, albo po prostu już za stara, by je czytać...

Sama nie wiem, czy ją Wam polecać. Bo jednak wielu osobom się podoba. No i jakiś potencjał w tej historii jest. Chyba każdy musi przekonać się sam...


ciąg dalszy nastąpi...


Ps. Jeśli czytaliście którąś z tych książek, koniecznie dajcie znać!


-♥-

Hubisiowa mama

środa, 11 lutego 2015

Myśli potargane # 8

19 stycznia 2015 (poniedziałek)
Mój dwulatek kompletnie mnie dzisiaj zaskoczył. Wracaliśmy ze żłobka. Hubi jechał z tyłu w foteliku, ja prowadziłam, ale w drodze do domu postanowiłam zahaczyć jeszcze o pocztę. Stanęłam więc na pasie do skrętu w lewo, a nie – jak zawsze – do skrętu w prawo. Widząc to, Hubiś zaczął kręcić się w foteliku i po chwili wykrzyknął „Mama! Nie tu! Nie tu! Tam!”. Zaskoczona odwróciłam się i zobaczyłam, że paluszkiem pokazuje mi sąsiedni pas, ten, którym pojechalibyśmy do domu. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Hubi - mój mały słodki GPS. 


21 stycznia 2015 (środa)
Od kilku dni, gdy przyjeżdżam po Hubisia do żłobka, widzę w oknie jego buźkę. Czeka na mnie. Niby bawi się klockami, ale co chwilę zerka, czy przypadkiem nie przyjechałam. A gdy w końcu podchodzę do okna… Aż serce mi ściska, gdy widzę tę radość. Ten nosek przyklejony do szyby, te szczęśliwe oczka… Mój ukochany moment dnia.


24 stycznia 2015 (sobota)
Hubi robił dzisiaj z Babcią kopytka. Danie, które uwielbia i które mógłby jeść zawsze i o każdej porze (podobnie zresztą jak ja). Babcia pozwoliła mu rozsmarowywać rączkami mąkę na stolnicy, co z wielkim rozmachem czynił, a jego oczka były wielkie z ekscytacji. Już dawno nie widziałam, by czymś był tak bardzo przejęty. Gdy później jedliśmy je na obiad, klepał się po brzuchu i mówił: "Ja siam, ja siam" i zadowolony słuchał pochwał :-).


26 stycznia 2015 (poniedziałek)
Po miesiącu odpieluchowywania, Hubiś wrócił dziś ze żłobka w tych samych spodenkach, w których pojechał. Pękam z dumy!


29 stycznia 2015 (czwartek)
Dostałam dzisiaj telefon z Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego z informacją, że niestety muszą przełożyć wizytę Huberta w poradni kardiologicznej z początku lutego na koniec marca. I szczęście w nieszczęściu, bo kompletnie o niej zapomniałam i pluję sobie z tego powodu w brodę. Z serduszkiem Hubiego jest wprawdzie wszystko ok, ale ze względu na swoje wcześniactwo i niską wagę urodzeniową do trzeciego roku życia objęty jest opieką kardiologa dziecięcego. Podobno właśnie w pierwszych trzech latach życia ujawniają się wrodzone wady serca. Wizytę ustala się z ponad rocznym wyprzedzeniem. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby przez moje gapiostwo, Hubi stracił szansę na specjalistyczne badania. Całe szczęście, że wyszło, jak wyszło.


3 lutego 2015 (wtorek)
Hubiś zrobił mi dzisiaj małą awanturkę na parkingu przed żłobkiem. W skrócie chodziło o to, że chciałam prowadzić samochód, a mój syn uważał, że zrobi to lepiej :-). Pakując się na fotel kierowcy, krzyczał: "Ja siam brum brum! Mama tam! To (czyli on) tu!" i pokazywał mi, że mam siąść w jego foteliku. Przez pierwsze pięć minut było nawet zabawnie, lecz szybko przestało mi być do śmiechu. Hubiś wił się, wyrywał, płakał, nie przekonywały go żadne argumenty typu "Jesteś za malutki". Tłumaczyłam, prosiłam, nic, jak grochem o ścianę. Aż w końcu pokazałam mu pedały i pytam: "Zobacz, żeby jechać samochodem, trzeba naciskać te pedały. Dosięgniesz do nich?". Hubi spojrzał na pedały, na mnie i odpowiedział powoli "Neee". "To jak chcesz zawieźć mamę do domku?". Hubiś zerknął jeszcze raz na pedały, po czym, spokojnie, bez słowa protestu, zszedł z fotela i powędrował do drzwi z fotelikiem... :-).


5 lutego 2015 (czwartek)
Mamy nowe słowo! Oglądałam dziś z Hubim książeczkę z dzikimi zwierzątkami. Pokazując palcem zwierzaka pytałam „Co to jest?”, a Hubiś odpowiadał mi jak zawsze „to”. Jednym słowem, dzień, jak co dzień. Aż tu nagle, przy ostatniej stronie, usłyszałam w odpowiedzi „wąś” (wąż). I chociaż zdaję sobie sprawę, że młody prędzej, czy później zacznie mówić, to i tak mało nie spadłam z krzesła z zaskoczenia :-).


8 lutego 2015 (niedziela)
Hubiś przybiegł dziś do mnie z kartką wypełnioną po brzegi różowymi i zielonymi gryzmołkami. Z dumą wyciągnął ją przed siebie i oznajmił: „Mama”. „To dla mnie Huberciku?” – spytałam. „Nie! Mama! To!” – odpowiedział. Okazało się, że po raz pierwszy na rysunku nie było „domu”, tylko zrobił mój portret :-). Paluszkiem pokazywał mi, gdzie są moje oczy, gdzie włosy, a gdy spytałam, gdzie są ręce, stwierdził „o nie!” i dorysował kilka różowych kresek, bo najwidoczniej o nich zapomniał. Rozbawił mnie tym, ale i wzruszył. A mój pierwszy Hubisiowy portret schowałam na pamiątkę :-).
Ps. Dla zainteresowanych: niniejsze dzieło sztuki można podziwiać tu (klik).


10 lutego 2015 (wtorek)
Hubisiowy Dziadek nauczył ostatnio młodego lepić śnieżki, a potem nimi rzucać. Tak mu się ta śniegowa zabawa spodobała, że teraz biega po domu, schyla się po niewidzialny śnieg, lepi raczkami niewidzialną kulkę i rzuca nią w nas, piszcząc z radości, gdy uciekamy i otrząsamy się z niewidzialnego śniegu. Rozkoszny jest przy tym niesamowicie. Dzisiaj dostało się śnieżką nawet cioci Sylwii, która wpadła wieczorkiem na kawę :-).


11 lutego 2015 (środa)
Hubiś miał wczoraj w żłobku choinkę. Trochę późno, ale tyle dzieci chorowało w styczniu, że nie było sensu robić jej wcześniej. Gdy wieczorem Hubisiowy Tata podpytywał się go, jak było, dowiedział się następujących rzeczy: 1. Był św. Mikołaj. 2. Tak, prawdziwy. 3. Hubiś nie bał się go wcale. 4. Tak, dostał od Mikołaja prezent. 5. Tak, tę piękną ciężarówkę. 6. Inne dzieci nie dostały prezentów. 7. Wcale. 8. Tylko Hubi dostał, bo tylko Hubi był grzeczny. 9. Inne dzieci były niegrzeczne. 10. Inne dzieci są zawsze niegrzeczne, tylko Hubi jest grzeczny. 11. Zawsze :-).
Grunt to dobra autoprezentacja :-).




-♥-
Hubisiowa mama

wtorek, 3 lutego 2015

"Gdzie jest pingwin?", czyli pingwiny na gigancie

Chyba zdążyliście już zauważyć, że lubimy książeczki z mnóstwem szczegółów :-)? Takie, które pozwalają ćwiczyć spostrzegawczość i dają zajęcie na długie godziny. W Hubisiowej biblioteczce jest już ich trochę. Mamy "Auta" i "Na budowie", "Zimę na ulicy Czereśniowej", "Opowiem Ci mamo, co robią mrówki" oraz "Mukiego w podróży dookoła świata", którego niedawno Wam pokazywałam (klik). W święta dołączyła do tej kolekcji kolejna książka - "Gdzie jest pingwin?" wydawnictwa IUVI.


Książeczka opowiada o rodzince pingwinów, która postanawia uciec z zoo i dotrzeć do Antarktydy, swojego prawdziwego domu. Zwierzaków jest dziesięć, każdy inny, ale wszystkie bardzo sympatyczne. Poznajemy je dokładniej na początku książki. Jedną z uciekinierek jest na przykład Dygotka, której zawsze zimno, więc nosi czapeczkę z pomponem oraz cieplutki szalik, ucieka też bardzo silny Arnie i Śnieżynka, która kocha modę i zawsze ma na szyi korale.

Droga na Antarktydę jest długa i pełna przygód. Zanim pingwiny dotrą do domu, odwiedzą aż 17 różnych miejsc, a w każdym niezwykle sprytnie się ukryją wśród otaczających ich ludzi. Naszym zadaniem jest znaleźć całą dziesiątkę w danym miejscu :-). Szukamy ich więc na basenie, w centrum handlowym, na balu przebierańców, pod wodą, w kosmosie, na pustyni i w wielu innych fajnych miejscach. Każda strona to kolejna przygoda. 

Byłam naprawdę zaskoczona, jak bardzo Hubert zaangażował się w to szukanie. I jak się cieszył, gdy udało mu się znaleźć jakiegoś pingwina. Czasami zauważał go szybciej niż ja :-). 













 "Gdzie jest pingwin?" to książeczka, która urzekła mnie swoją uniwersalnością. Moim zdaniem świetnie nadaje się zarówno dla dwulatka, jak i sześciolatka. My z Hubertem oglądamy na razie po jednej stronie dziennie, ale starsze dzieciaki mogą bawić się w detektywów zdecydowanie dłużej. To właśnie z myślą o nich, na końcu książki znajdują się dodatkowe zadania. 

Książka jest bardzo ładnie wydana, w twardej, lakierowanej oprawie, ze sztywnymi, chociaż nie kartonowymi stronami. Przepełniona kolorami i pozytywnym chaosem z miejsca wywołuje uśmiech. Naprawdę bardzo ją polubiłam. I muszę się Wam przyznać, że szukając pingwinów na gigancie miałam chyba tyle samo frajdy, co Hubiś :-).

A Wy szukacie w swoich domach pingwinów :-)? Znacie tę książeczkę?

-♥- 

Pozdrawiam ciepło, 

Hubisiowa mama

niedziela, 1 lutego 2015

Insta-styczeń

To był długi miesiąc. Pełen ważnych chwil i nowych wyzwań. Drugie urodziny Huberta, Dzień Babci, Dzień Dziadka, pieluszkowe pożegnanie, konferencja w Warszawie, wycieczka do Ełku, choróbsko, wizyta u fryzjera, lepienie bałwana, nowe słowa, nowe umiejętności, nowe zabawy... Intensywny był nasz styczeń. I fajny :-). A tak wyglądał na naszym Instagramie, zobaczcie :-):

1/2/4 bo zima może być fajna :-); 3/ a po śnieżnych harcach najlepsza jest belgijska, gorąca czekolada na patyku

1/ jedziemy do cioci i wujka; 2/ nad ełckim jeziorem; 3/ a kuku; 4/ chwila dla mamy :-)

1/2 konferencja Rodzice dla Zdrowia; 3/ w warszawskiej wege knajpce; 4/ spacer po starówce w przemiłym, blogowym towarzystwie

1/2/3/4/ Warszaw i najwspanialsze towarzyszki podróży - Sylwia, Ola, Ania i Karola :-)

1/2/3/4 kropkowa impreza urodzinowa naszego Hubisława Wiercidupki :-)

1/ choróbsko uziemiło nas w domu; 2/ skype i strzelanie z folii bąbelkowej z Hubisiową Babcią;
3/4 babski wieczór, czyli kulinarna rozpusta z Sylwią

1/ mój przystojniak; 2/ tata wybiera mamie ekspres do kawy, a syn sprawdza najnowsze modele pralek;
3/ niedzielny wypad na kawkę ze znajomymi; 4/ piasek kinetyczny, czyli piaskownica w domu
1/2 nasz drugi wypad do fryzjera; 3/ żegnajcie pieluszki :-); 4/ Zwierzaki Pocieszaki, czyli wieczór autorski i autografy dla Hubisia


A jak Wam minął pierwszy miesiąc nowego roku :-)? 

Ściskamy ciepło z Hubisiowa!!!

Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.