AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 31 marca 2015

Insta-marzec

Lubię marzec. Nawet bardzo. Bo wiosna, bo moje urodziny, bo nasza rocznica związku... Pierwsze kwiaty i wracające ptaki. Bo tyle miłych gestów i słów. Marzec jest zawsze niezwykle intensywny i bardzo motywujący. Przepełniony dobrymi emocjami. Nawet jeśli chorujemy. Nawet jeśli są kłopoty. Lubię marzec, bo od marca już tylko rzut beretem do maja, a potem do lata :-). A ja żyję od lata do lata :-).

A w tym roku nasz marzec wyglądał tak:

1/ zachciało mi się zupy brokułowej, a tu proszę, brokułowa bez brokułów w składzie; 2/ słodkie, pulchniutkie łapki mojego siostrzeńca;
3/ Hubisiowa matka po wylaniu hektolitrów potu na siłowni; 4/ róże od męża zawsze mile widziane :-)

1/2/ Hubiś po raz trzeci u fryzjera :-); 3/ ulubiony omlet ze świeżymi liśćmi szpinaku; 4/ czas zaplanować tegoroczne wakacje

1/ odkurzamy zjeżdżalnię po zimie; 2/ wszyscy mają, mam i ja :-);  3/ zachciewajka-poprawiaczka humoru, czyli nowe lakiery do kolekcji;
4/ spotkanie pierwszego stopnia - nie wiem, kto cieszył się bardziej, Hubiś czy szczeniaczek :-)?

1/2/ pizzowe muffinki, czyli nasz ulubiony sposób na pozbycie się resztek z lodówki; 3/ w końcu wiosna dotarła też do Olsztyna;
4/ książeczkowy prezent od blogowej Cioci Oli



1/ Hubisław Wiercidupka we własnej osobie :-); 2/ kolekcja książek po synkach koleżanki; 3/ kamyczek wydobyty z Hubisiowej kieszeni;
4/ najprzystojniejszy strażak w mieście :-)

1/ ten uśmiech... :-); 2/ nie mogłam się jej oprzeć; 3/ 8 marca nawet google świętowało ze mną urodziny;
4/ urodziny, nie-urodziny - trzeba poćwiczyć :-)
1/ nowa fryzurka; 2/ ulubione naleśniki z łososiem, sałatą i serkiem philadelphia;
3/ prezent od siostry - długo przeze mnie poszukiwana, jedyna w swoim rodzaju "Kuchnia włoska"; 4/ kierownik budowy :-)


1/ sałatka z rukoli, gruszek, orzechów włoskich i serka pleśniowego - mniami!!! 2/ witryna sklepu zoologicznego - obowiązkowy punkt programu;
3/ czytamy; 4/ prezent-niespodzianka od Nina się nie nudzi!













































A jak Wam minął marzec? Będziecie go dobrze wspominać? Pozdrawiam ciepło!!!

Hubisiowa mama

-♥-

niedziela, 29 marca 2015

Listy od Feliksa

Gdy mam w rękach wyjątkową książeczkę dla dzieci, nie zastanawiam się, tylko kupuję. To nic, że będzie musiała poczekać na półce dwa, czy trzy lata. Albo, że za kilka miesięcy być może będzie w promocji. Nauczona doświadczeniem kupuję od razu. Życie pokazało, że gdy będę chciała po nią sięgnąć w przyszłości, na bank okaże się, że nakład całkowicie wyczerpano, a na allegro głucha cisza. Że za żadne skarby świata nie mogę jej zdobyć, tak jak na przykład jest z "Chłopcem i pingwinem", czy "Sercem w butelce". Widziałam, zachwyciłam się, ale nie kupiłam, a teraz żałuję jak cholera.

Dlatego, gdy obejrzałam "Listy od Feliksa" Annette Langen i Constanzę Droop, nie zastanawiałam się nawet chwili. Bo chociaż jest to książeczka skierowana głównie dla pięcio-, sześciolatków, to po prostu musiała znaleźć się w naszej biblioteczce. 






























Feliks to mały, pluszowy zajączek, który jest ukochaną przytulanką Zosi. Zawsze razem, nierozłączni, od kiedy tylko Zosia pamięta. Pewnego dnia, podczas powrotu z wakacji, Feliks gubi się jednak na lotnisku. Zrozpaczona Zosia z pomocą całej rodziny próbuje go odnaleźć, lecz bez skutku. I jak każde dziecko po utracie ukochanej zabawki, jest bardzo smutna. Dni mijają, aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie przychodzi do niej list. I to list od Feliksa! Okazuje się, że mały pluszak, chcąc wrócić do domu, wsiadł nie do tego samolotu i wylądował w Londynie. A skoro już tam był, postanowił go zwiedzić i tak mu się to spodobało, że ruszył w kolejną podróż.

Tak właśnie rozpoczyna się historia zajączka-podróżnika, który zwiedzając świat, przesyła Zosi listy z najdalszych zakątków ziemi. Listy, które mały czytelnik będzie mógł własnoręcznie wyjąć z koperty, rozłożyć i przeczytać. To właśnie umieszczone przy tekście koperty z listami, stanowią o wyjątkowości książeczki. Zabawne, z rysunkami i kleksami, naprawdę wyglądają jakby pisał je mały zajączek, a dzieciom pozwalają wczuć się w rolę ich odbiorcy.

Feliks opisze Zosi swoje przygody z Londynu, Paryża, Rzymu, Kairu, z safari w Kenii i z Nowego Jorku. Każdy list, jakby mimochodem, opowie dziecku o najbardziej charakterystycznych budowlach i cechach zwiedzanego kraju. A gdy w końcu Feliks wróci do domu, przywiezie w walizce prezenty!










To naprawdę fantastyczna książeczka, która nie tylko bawi, ale i uczy. Niewątpliwie rozbudza ciekawość świata i uwrażliwia dziecko na kulturowe różnice. Doceniana na całym świecie i przetłumaczona na kilkadziesiąt języków. Przygody Feliksa wydano nawet w alfabecie Braille’a. W swoim ojczystym kraju to książeczka wręcz kultowa. Feliks uczy najmłodsze dzieci geografii, historii i angielskiego. Organizowane są konkursy pod hasłem "Napisz list do Feliksa" i podobno nawet nakręcono animowany serial o jego przygodach.

Z tego, co udało mi się wyszperać w necie, do tej pory wydano już w Niemczech kilkanaście pozycji z tym sympatycznym zajączkiem, z czego w Polsce ukazały się na razie tylko dwie (są jeszcze "Nowe listy od Feliksa", w których zajączek podróżuje w czasie). Mam nadzieję, że wkrótce pojawią się następne, bo chciałabym je mieć w naszej Hubisiowej biblioteczce. 




A Wy znacie przygody Feliksa? Co myślicie o tej książeczce? Podoba się Wam pomysł z listami w kopertach? Dajcie koniecznie znać!

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama 

-♥-

środa, 25 marca 2015

Problemy sercowe

Gdy Hubi miał 6 tygodni, w lutym 2013 r. pediatra usłyszała u niego szmery w serduszku. Dostaliśmy skierowanie do poradni kardiologicznej przy Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym i pół roku później udało nam się w końcu dostać na wizytę. O dantejskich scenach na korytarzach, wielogodzinnym oczekiwaniu z niemowlakiem na ręku i zaskoczeniu, że dwadzieścia osób zapisanych jest na tę samą godzinę, opowiadałam Wam tutaj. Moje zbulwersowanie złagodził wtedy jedynie fakt, że z sercem Hubisia "na razie" jest na szczęście wszystko ok. 

Ze względu na to "na razie" i jego wcześniactwo, kardiolog zdecydowała jednak o objęciu Młodego opieką poradni, aż do ukończenia trzeciego roku życia. Powiedziała nam, że jeśli ma wrodzoną wadę serca, to powinna się ona do tego czasu ujawnić i wyznaczyła nam wizytę kontrolną na grudzień 2013 r. Po kolejnej, koszmarnej kolejkowo-korytarzowej przeprawie, usłyszeliśmy na szczęście, że jest ok i że mamy zgłosić się za pół roku, w lipcu 2014 r.

W czerwcu dostałam telefon ze szpitala, że nasza kardiolog wyjechała i muszą przełożyć nam wizytę na początek grudnia. W listopadzie dostałam telefon, że ponownie są zmuszeni przełożyć kontrolę, tym razem z grudnia na luty. Szczerze mówiąc zdążyłam już nawet o niej zapomnieć, gdy pod koniec stycznia 2015 r. po raz trzeci zadzwonili z informacją o następnej zmianie terminu - na koniec marca.

Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie dostałam telefon z Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego, informujący, że kardiolog jest chora i wizytę z marca przekładają nam na 28 września! Czwarty raz! Na koniec września! Gdy oburzona próbowałam protestować, że to jest już kolejny raz i że od ustalonego terminu wizyty do wyznaczonego teraz upłynie w sumie ponad rok, usłyszałam, że 28 września to pierwszy wolny termin i nic w tym temacie nie można zrobić. Że takie polecenie wydała kardiolog. A na prośbę o numer telefonu do lekarki usłyszałam, że jest ogólnie dostępny na stronie internetowej szpitala i mogę sobie tam sprawdzić.

Z lipca 2014 r. zrobił nam się wrzesień 2015 r.  Od ostatniej wizyty w grudniu 2013 r. minie ponad 1,5 roku. Oczywiście, wszystko załatwiane jest telefonicznie, bez jakiegokolwiek pisemnego dowodu na to, że kolejne terminy nie dochodzą do skutku z winy szpitala, nie rodzica. Gdyby nie daj Boże coś się stało, to rodzic okaże się tym, który zaniedbał sprawę. Mogę się założyć. O jakiej opiece zdrowotnej więc tu mówimy? O jakim wczesnym wykrywaniu i profilaktyce? Jaki sens ma w ogóle ta poradnia? A jeśli moje dziecko rzeczywiście zacznie mieć problemy sercowe? I co z maluszkami, które już mają chore serca?

Najbardziej przykre jest to, że szukając numeru telefonu tej kardiolog, znalazłam internetowy kalendarz do rejestracji w jej prywatnym gabinecie. Terminy, w których rzekomo jest tak chora, były wszystkie zajęte. Brak wolnych miejsc. Kolejne, 31 marca i kwietniowe - proszę bardzo, jeszcze można zaklepać kilka godzin. A jak wyskoczysz z 220 zł, to i echo serca i ekg u niej zrobisz. Taki sam pakiecik, jak w szpitalnej poradni. Bo przecież powinno zależeć ci na zdrowiu własnego dziecka, prawda? Nie będziesz przecież czekać w poradni 1,5 roku z dwuletnim dzieckiem? Jaki z ciebie byłby rodzic? Musisz coś zrobić, skoro w szpitalu wyraźnie powiedzieli, że dziecko należy uważnie obserwować...

Pójdziesz, zapłacisz i obyś odetchnął z ulgą, że wszystko jest ok. A potem znowu odprowadzisz lwią część swoich zarobków na ubezpieczenie zdrowotne, z którego i tak nie skorzystasz.

Hubisiowa mama

środa, 18 marca 2015

O krecie z kupą na głowie

Macie w domu dwulatka? Takiego tuż przed, w trakcie lub świeżo po odpieluchowaniu? Jeśli tak, to zapewne i u Was temat kupy jest czymś zupełnie naturalnym. Wszyscy przecież tłumaczymy, pokazujemy, bijemy brawo i chwalimy. Dla dziecka kupa to żaden temat tabu i interesuje go w tym samym stopniu, co reszta otaczającego go świata. Na spacerze Hubi dokładnie taką samą uwagę przywiązuje do przejeżdżającej koparki, co do psiej kupy, którą widzimy na trawniku. W łazience z kolei sadza swoje pluszaki na sedesowej nakładce i informuje mnie, że „Peppa robi upę”. Dam sobie rękę uciąć, że u Was jest podobnie.

I chociaż na polskim rynku są już „kupowe” książeczki, to skierowane są one głównie do starszych dzieci. Dlatego właśnie opowieść „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, skierowana przede wszystkim do maluszków, takich jak mój Hubert, bardzo mnie zaciekawiła. A gdy udało mi się ją obejrzeć, przepadłam i nabyłam :-).



Historię małego kreta wymyślił w 1989 r. Werner Holzwarth, a zilustrował Wolf Erlbruch. Do tej pory przetłumaczono ją na kilkadziesiąt języków. W naszym kraju wydało ją Wydawnictwo Hokus-Pokus (pod koniec lutego wznowiono nakład).

Pomysł na książkę okazał się bardzo prosty. Otóż, gdy mały kret wychyla się ze swojej norki, ktoś robi kupę. Pech sprawia, że ląduje ona prosto na jego głowie. Oburzony kret postanawia odnaleźć winowajcę i pyta o to wszystkie napotkane po drodze zwierzęta. One zaprzeczają i jako dowód demonstrują mu swoje kupy. Aż w końcu, dzięki pomocy dwóch much, kret znajduje sprawcę incydentu.






 
W tym miejscu zapewne niektórzy z Was skrzywią się i oburzą. Książka o kupie? I to jeszcze na głowie? Lekka przesada... Może po części będziecie mieć rację, ale spróbujcie spojrzeć na tę książeczkę oczami nie dorosłego, a ciekawskiego dwulatka. Praktycznie w każdej biblioteczce malucha znajdzie się książka, której tematem przewodnim jest „co je myszka?”, albo „co je krówka?”. My mamy takie trzy, a Hubiś już dawno zna je na pamięć. Natomiast książeczki, która mówiłaby co się z tym jedzeniem dzieje dalej, do tej pory nie mieliśmy. A przecież szkraby na pewno zainteresuje informacja, że zwierzaki oprócz tego, że jedzą, również wydalają. Dla niektórych może to być nawet spore zaskoczenie.

Poza tym, ta historia dzieci zwyczajnie śmieszy. Przynajmniej mojego dziecia :-). Z piskiem radości odpowiada za zwierzaki, że „Nie!”, to nie one narobiły krecikowi na głowę i pokazuje paluszkiem, jak wygląda kupka konkretnego zwierzaka. Przy śwince, tak jak kret łapie się za nosek, a na koniec książeczki robi „no no no” winowajcy, ale raczej ze śmiechem, niż z przyganą. Wytłumaczyłam mu, że zwierzak-sprawca nie chciał zrobić przykrości krecikowi. Po prostu przez przypadek zrobił kupkę w tym samym miejscu, w którym ten wyszedł z norki. I mam nadzieję, że to zrozumiał.

Dorosłego rozbawi też zapewne niezwykle szlachetnie brzmiące, dwuczłonowe imię sprawcy incydentu :-). Nie zdradzę Wam kto to, ale przy okazji zwróćcie na to uwagę :-).




Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to zakończenie, które moim zdaniem jest mało edukacyjne (przynajmniej na początku wychowawczej drogi), bowiem krecik odpłaca się sprawcy pięknym za nadobne. Mało to eleganckie, lecz patrząc na efekty tej zemsty i ogromną dysproporcję w rozmiarze, myślę, że spokojnie można potraktować to zakończenie jako kolejny element humorystyczny. Na rozmowy o zemście i jej granicach, przyjdzie jeszcze czas.

Jeśli więc Wasz szkrab jest akurat na etapie poznawania własnej fizjologii, a Wy podchodzicie do tematu swobodnie i na wesoło, zachęcam do zaprzyjaźnienia się z małym kretem. Nas „kupił” całkowicie :-) .

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

niedziela, 15 marca 2015

Myśli potargane # 9

12 lutego 2015 (czwartek)
Dwa razy w tygodniu Hubisiowy Tata gra z kolegami w piłkę nożną. Rekreacyjnie bardziej, niż wyczynowo, ale zdarza się, że wraca do domu mocno poobijany. Tym razem padło na rękę. Gdy stęskniony Hubiś rzucił mu się dziś w ramiona, tata pokazał mu spuchnięty jak balon nadgarstek i zaczął tłumaczyć, że nie może go podnieść, bo bardzo boli go ręka. Młody przyjrzał się uważnie, pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym podmuchał i delikatnie pocałował tatusiowe przedramię :-). I już tata, po bólu, prawda :-)? 


14 lutego 2015 (sobota)
Tak się cieszę, że dopisała dziś pogoda. Piękne słońce i sześć stopni na plusie pozwoliło mi zabrać Hubiego na spacer. Wreszcie koniec lekarskiego szlabanu. Nadrabiając stracony czas, poszaleliśmy na placu zabaw, odwiedziliśmy koparki, kotki i ulubioną górkę do zbiegania. Hubisiowi świeciły się z radości oczka. Ale i tak hitem dnia była nasza wyprawa do osiedlowego sklepu. Żeby się do niego dostać, trzeba przejść przejściem dla pieszych ze światłami. Już od wielu miesięcy tłumaczę Hubiemu zasadę zielone-idziemy, czerwone-stoimy. Dzisiaj dostałam dowód, że nie tylko mnie słuchał, ale i zrozumiał :-).
Zielone światło, wchodzimy na pasy. Hubiś grzecznie idzie przy mnie, cały czas bacznie obserwując światła. Zielone światło zaczyna migać. Łapię go za rączkę i staram się pospieszyć. Zielone światło zamienia się w czerwone, my jesteśmy jakiś metr od chodnika. Hubiś zatrzymuje się i ani drgnie. Próbuję go popchnąć, lecz zaparł się jak osiołek. Z pretensją pokazuje mi rączką czerwone światło i kręci główką. Proszę, ciągnę, nic. Mija kolejna sekunda, zaczyna się robić niebezpiecznie. Puszczam torbę z zakupami, biorę go pod pachy i siłą znoszę z przejścia, po czym błyskawicznie wracam po zakupy. Hubiś wściekły. Ja wystraszona, ale i dumna z niego, jak diabli :-)! No bo przecież nie wolno przechodzić na czerwonym świetle :-)!


17 lutego 2015 (wtorek)
Od dłuższego czasu Hubiś nie pozwala założyć sobie śliniaka. Nie i koniec. Nie będzie przecież jadł z jakąś szmatką pod szyją. Nie będzie, choćby nie miał jeść wcale. Nie działały żadne tłumaczenia, przekupstwa, prośby, czy groźby. Nie było na niego sposobu, aż do dzisiejszego MMS'a od Hubisiowej Babci. Ze zdjęcia uśmiechał się do nas mały kuzyn Huberta - Maks, w zawiązanym na szyi Hubisiowym śliniaczku! Właściwie to w drugim, identycznym, jak Hubisiowy, zostawionym kiedyś w domu Dziadków... Hubi spojrzał na zdjęcie, dźgnął paluszkiem ekran i wykrzyknął oburzony "O nie!!!". Zaczął biegać po kuchni, szukając swojego, więc rozbawiona tłumaczyłam mu, że Maksik wziął śliniaczek, bo przecież Hubiś go nie chciał. Biegał, szukał, denerwował się, aż w końcu z triumfalnym okrzykiem "Mam!" wyciągnął przed siebie rączkę, pokazując mi swój śliniak. Do końca dnia w nim chodził i nikomu nie pozwalał zdjąć :-). Chyba muszę zachować to zdjęcie :-). 


19 lutego 2015 (czwartek) 
Po wczorajszym przymrozku, mieliśmy dzisiaj ciepłą noc. Zero skrobania szyb, zero wcześniejszego nagrzewania samochodu. W powietrzu czuć już było wiosnę :-). Gdy rano zapakowałam Młodego do fotelika i już chciałam ruszyć, usłyszałam krzyk protestu Hubisia. W lusterku zobaczyłam, że bardzo zdenerwowany macha rączką w górę i w dół. Odwróciłam się i pytam "Co się stało kochanie?", ale Młody zdenerwowany machał tylko dalej. "Niewygodnie Ci?" spytałam. "Nie!" krzyknął z pretensją w głosie i dalej wykonywał te dziwne ruchy rączką. Patrzyłam na niego zdezorientowana, aż w końcu mnie olśniło. "Mama nie skrobała szyb, tak? O to ci chodzi?". "Taaaak! Tu!" i pokazał boczną szybę :-). Na niewiele zdało się tłumaczenie, że jest ciepło i na oknach nie ma szronu. Porządek musi być i basta :-)! W końcu wzięłam skrobaczkę, wyszłam z samochodu i przetarłam nią kilka razy każdą z szyb. Usatysfakcjonowany Hubiś uśmiechnął się do mnie pięknie i pozwolił zawieźć się do żłobka :-). 


21 lutego 2015 (sobota)
Hubisiowi rodzice mają dziś wychodne. Młody pojechał do Dziadków, a my szykujemy się na imprezę branżową. W sensie ja się szykuje, a mój małżonek nadrabia zaległości we śnie. I chociaż zazdroszczę mu bardzo tego dnia leniuchowania, to cieszę się perspektywą pięknej fryzury i wieczorowego makijażu. Nawet jeśli oznacza to godziny spędzone u fryzjera i wizażystki. Cieszę się na złotą sukienkę, szpilki i taniec do białego rana. Troszkę za tym tęskniłam. W końcu mama to też człowiek/kobieta :-).


23 lutego 2015 (poniedziałek)
Zapalenie zatok. Gil zielony jak wiosenna trawa i zapewne okropny ból głowy. Moje zwolnienie lekarskie i Hubisia łkanie. Antybiotyk. Ubierałam go do lekarza, a on myśląc, że idzie do żłobka, płakał "Nie dzieci! Mama i tata. Tu chce. Nie tam. Mama i tata. Nie dzieci". Serce ściska. Nie wiem już, co robić.


25 lutego 2015 (środa)
Młody czuje się już lepiej. I chociaż wciąż ma totalnie zatkany nosek, to przynajmniej skończyły się gorączka i ból głowy. Nareszcie przestał płakać i nabrał ochoty na zabawę. Postanowiłam więc wykorzystać jego dobry humor i wypróbować kilka przepisów z "Jadłonomii". Szczęśliwy Hubiś dzielnie pomagał mi trzeć seler na pasztet, "siam" wsypywał kaszę jaglaną, wysypywał do miseczki słonecznik na pastę. Niecierpliwie zaglądał do piekarnika, a gdy wieczorem dostał gotowy pasztet do spróbowania, bez sentymentu stwierdził, że jest "blllleeeee" :-). Prawdziwy mężczyzna :-).


28 lutego 2015 (sobota)
Młody rozróżnia kolory!!! A konkretnie niebieski, czerwony, zielony i żółty. Zupełnie nagle i niespodziewanie. Jeszcze wczoraj, gdy czytałam z nim książeczkę, nie potrafił ich poprawnie pokazać, dzisiaj bez trudu pokazał, który kolor jest który. Przypinałam klamerkami pranie na suszarce, a młody przechwycił te niewykorzystane i zaczął dzielić je na kolorystyczne grupy. A gdy zaskoczona, spytałam, które klamerki są zielone, pokazał je. Żółte? Proszę bardzo! Niebieskie? Te! Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Kiedy to się stało :-)?


3 marca 2015 (wtorek)
Co zrobić, gdy mama nie chce jeść tego, co Hubiś nadział na widelec i podtyka pod nos? Oczywiście samolocik! Mój dwulatek zastosował na mnie dzisiaj sposób prawdziwego rodzica :-). Wydając z siebie warkot silnika zapakował mi do ust wielki kawał ziemniaka. A ja tak się śmiałam, że zjadłam :-).


6 marca 2015 (piątek)
Hubisiowi ewidentnie idą piątki. Ślini się jak stary buldog, wkłada całe rączki do buzi i pokazuje na ząbki, gdy pytam, gdzie go swędzi. Już się boję, co to będzie...


8 marca 2015 (niedziela)
Urodzinowy buziak od syna. Lepkie rączki obejmujące moją szyje. Ciepłe ciałko wtulone w moje. Nie mogłam dostać lepszego prezentu.


10 marca 2015 (wtorek)
Wytrzymał w żłobku dokładnie 1,5 dnia. Około południa opiekunki zadzwoniły do mnie i powiedziały, że wymiotuje. Hubisiowy Tata natychmiast po niego pojechał i zabrał do lekarza. Rotawirus. I panika. Co robić? Przecież nie mogę wziąć kolejnego tygodnia zwolnienia. Na szczęście do zdrowia wrócili Hubisiowi Dziadkowie i zaoferowali pomoc. Zapakowałam więc małego do samochodu i zawiozłam do mojego rodzinnego miasta. Trudno, będę dojeżdżać...


12 marca 2015 (czwartek)
Takiego poligonu Hubiś już dawno nie urządził. Za punkt honoru postawił sobie chyba zaliczenie wszystkich popularnych choróbsk i konsekwentnie dąży do celu. W nocy dostał gorączkę 40 stopni. Pediatra stwierdziła anigino-podobnego wirusa. Prawdopodobnie złapał, gdy był w przychodni z rotawirusem... Znowu mamy antybiotyk. Znowu zakaz wychodzenia. Kiedy to się skończy?


15 marca 2015 (niedziela)
Do czego mogą służyć słuchawki tatusia? Takie na pałąku, do słuchania muzyki podczas biegu? Oczywiście do zabawy w lekarza! Młody wspiął się dzisiaj na szafkę, ściągnął tatusiowe słuchawki i pół dnia osłuchiwał misie, Peppę i wszystkie możliwe pluszaki. Nawet mnie się trafiła osłuchowa kontrola :-). Co więcej, mały pan doktor, wkładał mi palec do buzi i zaglądał profesjonalnie do gardła. Chyba jednak nie przejmie po tacie kancelarii :-).

-♥-
Hubisiowa mama

środa, 11 marca 2015

Z Hubisiowej biblioteczki # 5

Ostatni raz czytałam tak dużo, będąc jeszcze w ciąży z Hubisiem. Miałam wtedy jednak mnóstwo wolnego czasu. Aktualnie, mój wolny czas skurczył się do rozmiarów mrówki, a ja mimo wszystko kończę książkę za książką. I w sumie sama nie wiem, jakim cudem mi się to udaje. Bo przecież Hubiś, mąż, praca, dom, przyjaciele, siłownia... A doba z gumy nie jest. Rozpędziłam się jednak i nie chcę się już zatrzymać. I czytam, ile wlezie, nocami wprawdzie, ale kto by tam marnował czas na sen :-).

Kto zagląda czasem na Hubisiowy instagram, być może zauważył, że postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu #52bookchallengepl. Zrobiłam to, bo naprawdę wierzę, że uda mi się w tym roku przeczytać tyle książek, ile jest tygodni. Aktualnie, na swoim koncie mam ich już siedemnaście. Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że w zdecydowanej większości trafiam na naprawdę świetne pozycje. Takie, od których nie można się oderwać i które aż się proszą o polecenie dalej. Bo w czytaniu nie chodzi przecież o ilość, a o jakość, prawda?

I chociaż zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi mieć podobny do mojego gust czytelniczy, to mam jednak nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie. Zapraszam więc serdecznie do kolejnego odcinka  naszej Hubisiowej biblioteczki:




Ałbena Grabowska "Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli" (tom I)
Ałbena Grabowska "Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli" (tom II)

Jeśli lubicie obyczajowo-historyczne książki i postanowicie sięgnąć po Ałbenę Grabowską, już po Was :-). "Stulecie Winnych" to jedna z tych historii, od których nie sposób się oderwać. Jestem tą sagą totalnie oczarowana. Pierwsze dwa tomy po prostu połknęłam, a teraz odliczam dni do 22 kwietnia i premiery tomu trzeciego :-). Naprawdę nie przypuszczałam, że trafię na tak fascynująca, intrygującą POLSKĄ sagę rodzinną. Aż się boję, że nie będę potrafiła przekazać Wam, jak zachwycająca jest to powieść i jednak po nią nie sięgniecie.

Akcja pierwszej części rozpoczyna się u progu I wojny światowej. Latem 1914 r. w rodzinie Winnych na świat przychodzą rudowłose bliźniaczki - Anna i Maria, jednak podczas porodu umiera ich matka. Owdowiały Stanisław Winny zostaje sam z czwórką dzieci. W opiece nad dziewczynkami i ich dwoma starszymi braćmi, pomaga mu jego matka i Andzia, dziewczyna, która do tej pory pracowała u Winnych.

Wkrótce wybucha wojna, do podwarszawskiego Brwinowa wkraczają Niemcy i Rosjanie. Dziewczynki dorastają więc w cieniu wojny i epidemii hiszpanki, która dziesiątkuje Europę wkrótce po zawieszeniu broni. I chociaż nie jest to najłatwiejszy czas, Winni zawsze trzymają się razem, wiedząc, że w rodzinie siła.

Mijają lata, dziewczynki dorastają i zmieniają się w piękne, mądre kobiety. Przeżywają pierwsze miłości i rozczarowania, śmierć najbliższych... Książka aż kipi od emocji, tych dobrych i tych złych również. Od strachu, cierpienia, bólu, straty, poprzez radość, miłość, zaangażowanie, wierność. I żeby nie zepsuć Wam przyjemności czytania, napiszę tylko, że pierwszy tom kończy się 1 września w niezwykle dramatycznych okolicznościach.

Kolejna część losów Winnych, podobała mi się nawet bardziej, niż pierwsza. Druga wojna światowa, próba pomocy Żydom  z getta, powstanie warszawskie, rozproszona po świecie rodzina, a na koniec komunistyczna rzeczywistość, wszystko to stało się tłem dla opowieści o ludziach, którzy dla swoich bliskich są w stanie zrobić naprawdę wszystko. W "Tych, którzy walczyli" pojawi się kolejne pokolenie Winnych, pojawi się miłość, poświęcenie, pasja... Jest tam po prostu wszystko, co powinno być w pasjonującej historii.

Ałbena Grabowska w mistrzowski sposób pokazała jak wielkie, światowe wydarzenia nieuchronnie wpływają na życie zwykłych ludzi. Ujęło mnie też to, w jak staranny sposób autorka nakreśliła portrety każdego z bohaterów. Są ludzcy, prawdziwi, niedoskonali, a jednocześnie bardzo wyjątkowi. Ich tajemnice, grzechy, myśli i pragnienia składają się na obraz ludzi, którzy są tacy sami, jak my, tylko czasy, w których przyszło im żyć, są inne.

Jeśli więc lubicie sagi rodzinne, obowiązkowo po nią sięgnijcie. Czuję, że rodzina Winnych stanie się Wam bardzo bliska :-).



 
Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś"
 
Ta nietypowa historia rozpoczyna się, gdy Lou traci pracę w kawiarni i zdesperowana szuka odpowiedniego dla siebie zajęcia. Jednak w małym miasteczku, w którym mieszka ciężko jest o zatrudnienie. Kolejne propozycje doradcy zawodowego okazują się niewypałami. W końcu pojawia się nietypowa oferta. Przez pół roku Lou ma dotrzymywać towarzystwa mężczyźnie sparaliżowanemu w wyniku wypadku. Tym mężczyzną jest Will. Fabuła podobna trochę do tej z francuskiego filmu "Nietykalni", prawda? Podobna, ale autorka miała jednak na tę powieść inny pomysł.
 
Aż do feralnego wypadku Will żył pełnią życia. Był młody, przystojny, zdolny i bogaty. Żył od przygody do przygody. Zwiedzał świat, uprawiał sporty ekstremalne. Po wypadku zupełnie stracił jednak chęć do życia. Nie mógł i nie chciał pogodzić się z tym, że jest zależny od innych osób. Chciał umrzeć. Śmierć stała się jego celem i marzeniem.

Lou natomiast to całkowite przeciwieństwo Willa. Lekko wycofana, skryta, chwilami wręcz uległa wobec swoich zwariowanych bliskich. Nie sięga po szczęście, godzi się na to, co przynosi los. Przy Willu odkrywa w sobie jednak nieznany wcześniej upór i determinację. Za wszelką cenę stara się przywrócić mu radość życia.

Między tym dwojgiem powoli rodzi się uczucie. Jeśli jednak spodziewacie się typowego romansu, maślanych oczu i miłosnych westchnień, to muszę Was rozczarować. W tej książce na pewno tego nie znajdziecie. Wątek miłosny poprowadzony jest w bardzo delikatny i zmysłowy sposób. Piękny i wzruszający.

"Zanim się pojawiłeś" to książka, która początkowo wywołuje rozbawienie, ale z każdą przewracaną stroną uśmiech blednie i blednie, aż w końcu człowiek uświadamia sobie, że przełyka łzy. Uczy szacunku do drugiego człowieka i podejmowanych przez niego decyzji. Zmusza też do postawienia sobie trudnego pytania, co bym zrobił/a na miejscu Willa...

Jeśli będziecie mieli okazję, sięgnijcie po tę powieść. Może nie zwala z nóg, ale to na pewno bardzo dobra lektura.



 
Liliana Fabisińska "Córeczka"

Książka, na której premierę bardzo czekałam. Mój apetyt i oczekiwania rozbudziła Magdalena Witkiewicz, zamieszczając na ostatnich stronach "Pierwszej na liście" zachętę do jej przeczytania. Gdy tylko pojawiła się w księgarniach, pobiegłam więc... i cóż, mówiąc wprost, jestem trochę rozczarowana. 
 
Ale po kolei... Agata jest spełnioną kobietą. Ma wspaniałego męża, kilkuletniego synka, realizuje się w pracy jako znany psychoterapeuta i ekspert od spraw dzieci. Pewnego dnia do jej drzwi puka młoda dziewczyna, która zmusza ją do wspomnień o internetowym romansie sprzed lat. Jest tajemnicza i lekko przerażająca, lecz jednocześnie bardzo zagubiona. Zdradza Agacie sekret, który przewartościuje życie bohaterki.

Dobrze się zapowiada, prawda? Cóż z tego, skoro nawet przez moment nie udało mi się zatracić w tej historii. Co tam zatracić, nie udało mi się nawet przez chwilę zapomnieć, że to literacka fikcja. Opowieść była tak naciągana i niewiarygodna, że momentami aż mnie śmieszyła. Bohaterowie mówili i zachowywali się w kompletnie nienaturalny sposób, a cytaty miłosnych e-maili były jak żywcem wyjęte z książek Jane Austen. I im dalej, tym było gorzej. A szkoda, bo książka traktuje o bardzo ważnym społecznie temacie, jakim jest HIV. 

Mnie niestety nie porwała...

ciąg dalszy nastąpi...


Czytaliście którąś z tych książek? Macie podobne odczucia? A może polecicie mi coś z Waszych ostatnich lektur? Będę wdzięczna za podpowiedź :-)!!!

Serdecznie Was ściskam!

Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 5 marca 2015

26 miesiąc Hubisia

Dwadzieścia sześć miesięcy... Dwa lata i dwa miesiące. Wprost nie mogę uwierzyć, jak ten czas galopuje. Jeszcze niedawno tuliłam do siebie trzykilogramowe zawiniątko, a teraz z coraz większym wysiłkiem podnoszę wiercące się 13 kilo :-). Dosłownie chwilę temu Hubi mierzył 48 cm, a dzisiaj ma pełne 90 cm. A że moja pamięć jest zawodna, przygotowałam tradycyjne podsumowanie kolejnego miesiąca z Hubisiowego życia. By nie zapomnieć, jaki był właśnie w tym okresie...

Miniony miesiąc przyniósł nam przede wszystkim ogromne zmiany w sposobie zabawy Hubiego. Większość zabawek zupełnie przestała go interesować, w ruch poszła za to jego wyobraźnia. Z ogromnym zaangażowaniem i przejęciem na twarzy ratuje wymyślone kotki z wymyślonego drzewa, w ręku trzyma wyimaginowaną sikawkę i gasi wyimaginowane pożary, które co chwila wybuchają w różnych częściach naszego mieszkania. Częstuje nas (i swój cień na podłodze) wymyślonym jedzeniem. W sklepie chce płacić niewidzialnymi pieniędzmi. Daje mi niewidzialne kwiatki, a potem udaje, że je wącha, itd. itp. I chociaż już wcześniej zdarzało mu się bawić w ten sposób, to dopiero ostatnie tygodnie stały się pod tym względem absolutnie wyjątkowe. Jestem totalnie oczarowana jego fantazją. Jest pomysłowy i niezwykle przekonujący, twórczy i w swoich wyobrażeniach bardzo dokładny :-).































Polubił też bardzo zabawę w chowanego. Najczęściej chowa misia i razem ze mną go szuka. Czasami chce, bym to ja schowała jakąś rzecz, zawsze mnie wtedy podglądając przez rozchylone paluszki. A potem, dla zmyłki, biegnie najpierw w jakieś inne miejsce, po to, by za drugim podejściem, bardzo zadowolony z siebie, odnaleźć schowaną rzecz :-).

Wielką miłością zapałał do książek. Pamiętam, jak jeszcze parę miesięcy temu marzyłam, by potrafił skupić się na książce dłużej niż minutę. Teraz czytamy bardzo, bardzo dużo, aż czasami śmieję się, że stworzyłam książeczkowego potwora :-). Gdy jakaś książeczka go zafascynuje, czytamy ją i po piętnaście razy dziennie. Do tego cały stos innych. Coraz częściej zdarza się też, że jestem budzona przez trzymającego książkę Huberta, który kategorycznie domaga się czytania. A że jest piąta rano, to już inna historia...:-). Cieszy mnie to, bo moim marzeniem jest, by wyniósł z domu miłość do książek. Może się uda...

Dostał absolutnego fokusa na liczbę trzy. Gdy wyciąga po coś rączkę, zawsze mówi, że chce "tsy". Na talerzu chce trzy plasterki sera. Do rączki trzy książeczki. Targuje się jak mała przekupka :-). Ze spaceru przynosi trzy kamyczki. Jak daje mi buziaka, to po staropolsku, w oba policzki i czoło, odliczając przy tym do trzech. Nie mam pojęcia, skąd mu się to wzięło, ale nieodmiennie wywołuje to nasz uśmiech.

Za punkt honoru stawia sobie też samodzielne zakładanie i zdejmowanie garderoby od pasa w dół. I o ile jest to fajne i rozwijające, gdy czas nas nie goni, to jednak przed wyjściem do żłobka, o 6.40 rano, nastręcza trochę problemów. A że uparte mamy dziecię i charakterne, to łatwo nie jest :-).

Co do rozwoju języka, to w lutym właściwie nie nauczył się żadnych nowych słów. Do głowy przychodzi mi chyba tylko jedno słowo, a mianowicie "wąś" (czyt. wąż). [edit* - na śmierć zapomniałam o słowie "pi", czyt. śpi]. Zaczął jednak znane sobie słowa składać w zdania, które chyba na razie tylko my rozumiemy :-). Przykładowo: "To i mama tam, nie dzieci", co w jego języku ma oznaczać, że on i mama idą na dwór, ale nie do żłobka. Albo "To, mama, tata, brum brum, tam dziadzia", co oznacza, że wszyscy pojedziemy do Hubisiowego Dziadka. Także, powoli, ale idziemy do przodu. Wiem, że końcu nam się Hubi rozgada.

Krok do tyłu natomiast zrobiliśmy niestety z jedzeniem. Grymasić nam zaczął bardzo, prawie jak Magda Gessler w Kuchennych  rewolucjach. Tego nie, tamtego nie. Jednego dnia lubi marchewkę, drugiego dnia, ta sama marchewka jest już absolutnie nie do zaakceptowania. Chce mięsko, za pięć minut jednak nie chce. Ta sama potrawa jednego dnia jest ok, następnego wywołuje grymas niesmaku. Nigdy nie wiem, czy to co mu przygotuję, zostanie przez niego zjedzone. Najchętniej żywiłby się jajkami, szpinakiem, zupą z soczewicy, kopytkami, jogurtami naturalnymi i świeżymi bułeczkami. Inne rzeczy mogłyby nie istnieć.

Niezmiennie chętny do zabawy. Zawsze jest albo uśmiechnięty od ucha do ucha albo zrozpaczony (stanów pośrednich brak). A gdy łapie mnie lepkimi rączkami za szyję i daje te swoje trzy buziaki, po prostu roztapia mi serce.

Co tu dużo pisać, wspaniały chłopak z niego rośnie :-).

Przesyłamy uściski dla wszystkich Hubisiowych Cioć i Wujków,


-♥-

Hubisiowa mama

wtorek, 3 marca 2015

"W dżungli" Bénédicte Guettier

"W dżungli" Bénédicte Guettier to nasza druga książka "z dziurą". O pierwszej, Herve Tullet'a pisałam tu (klik). I chociaż "Książka z dziurą" Tullet'a jest naprawdę fantastyczna, to ze względu na swoje cieniutkie strony i zaproponowane w niej zabawy, jeszcze troszkę na Hubisia poczeka.

W Hubisiowy wiek natomiast idealnie wpisuje się wykonana z solidnego kartonu i kolorowa książeczka "W dżunglii". To kolejna pozycja, na którą bardzo długo polowałam. Nie było jej ani w księgarniach, ani na allegro. W końcu udało mi się ją znaleźć w internetowym outlecie książkowym. Kosztowała połowę swojej regularnej ceny, ale miała adnotację o uszkodzonej okładce. Nie wiedziałam, jak duży jest to defekt, ale postanowiłam zaryzykować. Opłaciło się, bo uszkodzenie okazało się niewielkim naderwaniem grzbietu książki, które po przyklejeniu stało się zupełnie niewidoczne.  




"W dżungli" działa na tej samej zasadzie, co książka Tullet'a. Rozkładamy strony i wkładamy buzię w powstały otwór. Jednym słowem fundujemy sobie mały, domowy teatrzyk :-). Możemy stać się na przykład słoniem, który trąbi; albo lwem, który ryczy; czy wężem, który syczy. To właśnie węża mój Hubiś lubi najbardziej, podejrzewam, że ze względu na swój ulubiony, różowy kolor :-).



Książka ma bardzo wygodne uchwyty, które ułatwiają małym rączkom rozłożenie dość dużej przecież książeczki. I chociaż na początku młody wolał, bym to ja udawała zwierzątka, teraz to on jest królem przedstawienia. Robi śmieszne miny, udaje, że kłapie zębami jak krokodyl i syczy jak wąż. Bardzo ją lubi i często po nią sięgamy.



Jeśli więc szukacie pomysłu na pierwszy, domowy teatrzyk, serdecznie Wam polecam książkę Bénédicte Guettier. Nie zawiedziecie się :-).

Ciepło pozdrawiam,

Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 2 marca 2015

Insta-luty

Mało nas było w lutym i na blogu i na instagramie. Fotkom nie sprzyjała ani pogoda, ani dopadające nas choróbska. Nie znaczy to jednak, że próżnowałam. Wręcz przeciwnie - luty to był zdecydowanie miesiąc Hubisiowej mamy. Postanowiłam w końcu zrobić coś z moim zmęczeniem; z tym, że usypiam razem z Hubertem, że mam coraz mniej siły i chęci praktycznie na wszystko i że tak mało czasu poświęcam samej sobie. Poszłam więc za radą mojego mądrego małżonka i postanowiłam zmęczyć się jeszcze bardziej :-). 

Od trzech tygodni, choćby waliło się i paliło, co drugi dzień jestem na siłowni. Podzieliliśmy się z mężem wieczornymi obowiązkami kąpielowo-książeczkowo-usypiającymi i na zmianę wykorzystujemy nasze karnety. O dziwo, powrót do regularnych ćwiczeń po 2,5 roku przerwy okazał się łatwiejszy niż myślałam, a ja nabrałam dużo więcej energii. Odkrywane na nowo mięśnie okrutnie mnie na razie bolą, ale wracam do domu z uśmiechem na twarzy. I jestem z siebie naprawdę dumna!

Za aktywnością fizyczną poszła też większa dbałość o to, co jem. No bo jak już człowiek przekona się na własnej skórze, ile wysiłku kosztuje spalenie np. 300 kcal, to potem zaczyna się głęboko zastanawiać, czy ta czekolada jest na pewno tego warta :-). W lutym odkryłam też książkę "Jadłonomia" i nieoczekiwanie dla samej siebie zakochałam się w tych "zielonych" przepisach. 

Także ćwiczę i lepiej się odżywiam. Ciągle tylko śpię za mało, ale to już wina fantastycznych książek, na jakie ostatnio trafiam :-). Już szykuję dla Was wpis z najnowszymi recenzjami :-). 

A tymczasem, serdecznie zapraszam na nasz Insta-luty:

1/ jazdę samochodem zawsze wykorzystuję na słuchanie audiobooków, 2/ nie wiedziałam w sklepie, który wybrać, to wzięłam oba :-),
3/ odkryłam w tym miesiącu czystka i mam zamiar sprawdzić, czy rzeczywiście ma tak rewelacyjne działanie, 4/ czekamy na wiosnę!

1/2 Hubisiowa mama potańczyła troszkę w tym miesiącu na branżowym balu (a właściwie podeptała trochę męskich butów,
bo tańczyć tylko z mężem potrafi :-)), 3/ była okazja wybrać się do fryzjera, 4/ i takie cudo piękne na głowie mieć :-)

1/ dostaliśmy zaproszenie na ślub mojej cudownej Milenki, 2/ wpadliśmy w odwiedziny do Hubisiowych Dziadków,
3/ mojego słodkiego chrześniaka również :-), 4/ a oto pierwszy portret Hubisiowej mamy w wykonaniu mojego uzdolnionego syna :-)

1/ upiekliśmy zaskakująco dobry pasztet z selera, 2/ a na śniadanko pałaszowaliśmy pastę ze słonecznika i suszonych pomidorów,
3/ przepisy zarówno na pasztet, jak i na pastę pochodziły z "Jadłonomii" (polecam); 4/ a to spotkanie blogerek na olsztyńskiej siłowni (z: Sylwią)

1/2 pierwszy, prawie wiosenny spacer i oficjalne otwarcie sezonu piłkarskiego, 3/ nareszcie doczekałam się polskiej edycji GoodFood,
4/ piłka siatkowa i zawał serca, którego prawie dostałam w dogrywce :-)

1/ rośnie nam mały barista, 2/ odkrycie miesiąca - "Stulecie winnych" (oba tomy) Ałbeny Grabowskiej,
z niecierpliwością czekam na 22 kwietnia i premierę trzeciego tomu,
3/ w lutym skończyłam też czytać ostatnią książkę z całej bibliografii Jo Nesbo i oficjalnie uznałam się jonesbomaniaczką :-),
4/ bywa i tak, że żeby zrobić obiad, niezbędna okazuje się pomoc małej świnki Peppy :-)


Do zobaczenia w Insta-marcu :-)

Ściskam ciepło,

-♥-

Hubisiowa mama

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.