AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 29 kwietnia 2015

Trzy świnki w najlepszym wydaniu

Znacie bajkę o trzech małych świnkach? Oczywiście, że znacie :-). To jedna z historii, które opowiedziano już na setki sposobów. Nie zdziwiłabym się wcale, gdybyście w swoich domowych biblioteczkach mieli nawet kilka jej wersji. W naszej są dwie, ale ta, którą chcę Wam dziś pokazać jest szczególna. Nie dlatego, że została przerobiona albo udziwniona. Wilk wciąż jest zły, a woda w kotle gorąca :-). Wyjątkowe są w niej natomiast ilustracje i dla nich właśnie warto przyjrzeć się tej książce bliżej. To "Trzy świnki" wydawnictwa Tako z tekstem Raquel Méndez i ilustracjami Helgi Bansch.



Dla przypomnienia - trzy świnki postanowiły wybudować dom. Chciały schronić się w nim przed złym wilkiem, który grasował po ich lesie. Najmniejsza świnka wybudowała dom ze słomy, średnia - z drewna, a najstarsza z cegieł. Gdy wilk zjawił się pod oknem najmłodszej, wystarczyło, że z całych sił dmuchnął, a domek zmienił się w górę słomy. Przestraszona pobiegła do domku średniej świnki, ale i jej domek szybko zmienił się w stertę, tym razem drewna. Dwie świnki uciekły do domu najstarszej, ale wilk zjawił się i tam. Zażądał, by go wpuściły grożąc, że i tym razem będzie dmuchał tak długo, aż domek rozpadnie się w pył. Jak powiedział, tak zrobił. Dmuchał... i dmuchał... i dmuchał... ale okazało się, że nie potrafi zburzyć domku z cegieł. 




Wilk postanowił więc dostać się do świnek przez komin. Gdy trzy świnki usłyszały jego kroki na dachu, postawiły na ogniu wielki kocioł z wodą. I wtedy wilk, który już zsuwał się po kominie do środka, poślizgnął się i bęc! Wpadł prosto do kotła, parząc sobie przy tym okrutnie pupę :-). Z nadpalonym ogonem i czerwonym zadkiem uciekł, skomląc i już nigdy więcej nie wrócił.


"Trzy świnki" Raquel Méndez mają prosty, zrozumiały dla najmłodszych tekst, z lubianymi przez dzieci powtórzeniami i wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Tekst świetnie uzupełnia niesamowite ilustracje Helgi Bansch. Są przepełnione humorem i dowcipnymi detalami, jak na przykład rodzinny portretem małych świnek z karmiącą je mamą - maciorą albo okularkami na nosie czytającego gazetę wilka. Sprawiają, że ta oklepana historia wciąga na nowo :-). 

Helga Bansch wykonała swoje ilustracje różnymi technikami. Farba, kredka, wycinanki z gazet, czy półprzezroczystych bibułek, to wszystko mogło stworzyć bałagan, ale tak się nie stało. Wszystko gra, wszystko pięknie się komponuje. A mocne akcenty soczystej czerwieni dodają tylko smaczku :-). To jedna z tych książek, które cieszą oko nie tylko dziecka, ale także dorosłego. Ja jestem nią oczarowana!

Serdecznie Wam polecam i ciepło pozdrawiam, 
-♥-

Hubisiowa mama

sobota, 25 kwietnia 2015

Chlebek bananowy

Mój ukochany przepis na chlebek bananowy. Pyszny, banalnie prosty, bez drogich, wyszukanych składników. By go zrobić wystarczy 15 minut i widelec :-). Przepis znalazłam trzy lata temu na blogu "Przy kuchennym stole" i od tamtej pory regularnie gości w naszym domu. Kto spróbuje, zwykle prosi o przepis :-). Zdarza mi się chować go przed Hubertem, bo gdy chlebek jest w domu, przez cały dzień nie chce jeść nic innego :-).

To pyszne, "mokre" ciacho robię najczęściej późnym wieczorem, gdy odkryję w lodówce stare, brązowe już banany (takie są najlepsze, bo najsłodsze). Nie używam miksera, więc nie muszę obawiać się, że zbudzę młodego. Kocham go też za fantastyczny zapach, który roznosi się po domu w trakcie pieczenia.

Jeśli jeszcze nie robiliście, serdecznie polecam! Naprawdę warto :-)!
































2 duże jajka 0,5 szklanki kwaśnej śmietany 18% lub maślanki
0,5 szklanki oleju  16 g cukru waniliowego (1 opakowanie)  3 mocno dojrzałe banany
2 szklanki mąki tortowej  1,5 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka sody oczyszczonej  1 łyżeczka proszku do pieczenia  szczypta soli
♥ odrobina bułki tartej i margaryny do foremki


Rozgrzej piekarnik do 170 stopni. Przygotuj dwie miski. W jednej połącz jajka, maślankę (lub śmietanę, chociaż moim zdaniem z maślanką ciasto jest smaczniejsze), olej oraz rozgniecione widelcem banany. W drugiej misce wymieszaj mąkę, cukier puder (jeśli Wam zabraknie, może być i zwykły cukier), cukier waniliowy, sodę oczyszczoną, proszek do pieczenia i sól. 

Mokre składniki dodaj do suchych i wszystko razem dokładnie wymieszaj łyżką. Keksówkę wysmaruj margaryną (od środka oczywiście :-)) i obsyp przez sitko bułką tartą. Wyłóż ciasto, wyrównaj powierzchnię i wstaw do rozgrzanego piekarnika (ja ustawiam grzanie góra i dół). Piecz przez ok. 60-65 minut (przed wyjęciem sprawdź patyczkiem do szaszłyków, czy ciasto jest upieczone).

I już :-)! Chlebek bananowy gotowy :-). Dajcie koniecznie znać, czy znacie? A jeśli wypróbujecie przepis, to jak Wam smakował :-)?

Smacznego kochani! 

-♥-

Hubisiowa mama

czwartek, 23 kwietnia 2015

Myśli potargane # 10

19 marca 2015 (czwartek)
Gdy zadzwonił rano budzik, znalazłam w naszym łóżku... pluszowego misia, piłkę, świnkę Peppę, jej braciszka George'a, książeczkę "Pan kotek był chory", a w rogu wielki wóz strażacki z wysuniętą do góry drabiną. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim spał jeszcze mój mąż, przytulając do siebie właściciela tego całego majdanu :-). Stałam, patrzyłam na nich, a moje serducho oblewała fala ciepła. Właśnie takie chwile tworzą moje najcenniejsze wspomnienia...


23 marca 2015 (poniedziałek)
"Mama! Mama! Cho tu!" woła mój dwuletni syn. Biegnę więc z kuchni zobaczyć, co się dzieje i widzę siedzącego wygodnie na kanapie Hubisia. Na mój widok wskazuje paluszkiem leżącą na podłodze zabawkę i ze słodkim, bezczelnym uśmieszkiem mówi "Chcę to" :-). Bez dwóch zdań, rośnie mi mały prezes :-).


26 marca 2015 (czwartek)
Sięga klamki! Jeszcze wczoraj nie sięgał, nawet nie próbował, a dzisiaj wspiął się na paluszki i z uśmiechem zadowolenia otworzył drzwi. Tak mu się ta nowa umiejętność spodobała, że otwierał, trzaśnięciem zamykał, a potem znowu otwierał drzwi jakieś sto dwadzieścia sześć razy :-). Trenował na łazienkowych, ale nic dziwnego bo, oprócz zewnętrznych, to jedyne drzwi z klamką, jakie posiadamy :-). Teraz pilnuje uważnie, by nie były przypadkiem zamknięte. Chyba będę musiała uprzedzać gości, by na wszelki wypadek zamykali się w naszej łazience na zamek, bo mogą zostać zaskoczeni w akcji :-).


29 marca 2015 (niedziela)
Mamy kolejne nowe słowa: "źle" i "wiem". Oba wyraźnie wypowiadane i we właściwym kontekście. Cieszę się, bo chociaż powoli, to jednak Hubiś coraz więcej mówi.


3 kwietnia 2015 (piątek)
Obok naszego osiedlowego sklepiku jest mała kwiaciarnia. Hubiś bardzo lubi do niej zaglądać, szczególnie, że pracujące tam panie często obdarowują go balonem albo innym drobnym prezentem. Gdy dzisiaj wychodząc z kwiaciarni spytałam Hubiego, czy powiedział im do widzenia, ten klepnął się w czoło rączką i na cały głos wykrzyknął "O nie!". Po czym odwrócił się na pięcie, pomaszerował pod ladę i wykonał przed kwiaciarką ukłon godny angielskiej królowej :-). A potem dziarskim krokiem wrócił do mnie... Jeszcze na zewnątrz słyszałam jej serdeczny śmiech :-).


6 kwietnia 2015 (poniedziałek)
Porządek musi być! Zapewne to właśnie hasło wymieniłby Hubiś, gdybym zapytała go o ulubione, a on potrafiłby mi odpowiedzieć. Jak na wnuka wojskowego przystało, potrafi wprowadzić nam prawdziwą dyscyplinkę. Na przykład w samochodzie. Co to niby ma być za trzymanie kierownicy jedną ręką?! Kierownicę trzyma się obiema dłońmi! I nie ważne, czy ręka ta znajduje się na maminym kolanie, czy dźwigni zmiany biegów. "Tata! Tata! Nie tu!!! Tam!" krzyczy i oburzony pokazuje palcem na kierownicę. I nie odpuszcza, póki ojcowska dłoń tam nie wróci. Dzisiaj terroryzował tak nas przez 50 kilometrów.


14 kwietnia 2015 (wtorek)
Ciężki dzień. Od rana Hubi był "na nie". Nie chciał wstawać, nie chciał jeść, nie chciał się ubierać, o pójściu do żłobka nawet nie wspominając. Kopał zabawki, szczypał mnie, wyrywał się i płakał jakby go ktoś ogniem przypalał. Totalna histeria. Hubisiowego Taty nie było, a ja kompletnie nie mogłam sobie z nim poradzić. Nie mam pojęcia, co mu się stało. O szóstej rano miałam już serdecznie dość tego dnia. I humoru wcale nie poprawił mi fakt, że wchodząc do żłobka Hubiś uśmiechnął się od ucha do ucha i w radosnych podskokach pobiegł do zabawek. Zupełnie jakbym minutę wcześniej wyjęła z fotelika zupełnie inne dziecko, wrzeszczące i wierzgające. Sytuacja wcale nie poprawiła się po powrocie do domu. W sumie było jeszcze gorzej niż rano, nie pomagało ani tłumaczenie, ani żadne próby przytulenia. Aż w końcu wieczorem popłakałam się z tej bezsilności. A wtedy mój mały wyjec spojrzał na mnie zaskoczony, zamilkł i wtulił się we mnie mocno, wycierając mokrą, zasmarkaną twarz w moją bluzkę. Pogładził mnie po policzku, a mnie zrobiło się troszkę lżej na sercu. 


18 kwietnia 2015 (sobota)
Decyzja zapadła. We wrześniu Hubiś opuszcza żłobek i przenosi się do przedszkola. Będzie miał już dwa latka i osiem miesięcy, więc uznaliśmy, że lepiej, by przebywał z dziećmi kilka miesięcy starszymi niż ze żłobkowymi maluszkami. Mam nadzieję, że dobrze robimy...  


21 kwietnia 2015 (wtorek)
Dzisiaj popołudniu wybraliśmy się całą trójką obejrzeć przedszkole, którym jesteśmy szczególnie zainteresowani. Malutkie, niedawno powstałe, blisko domu, z obiecującą perspektywą i budzącą zaufanie kadrą. Hubisiowi bardzo się w nim spodobało, a i ja nie znalazłam żadnej kwestii, do której mogłabym się przyczepić :-). I chociaż obejrzymy jeszcze kilka okolicznych przedszkoli, to już nie martwię się tak bardzo. Będzie dobrze. 


23 kwietnia 2015 (czwartek)
Mamy w domu małego piromana. Nie dość, że jest kompletnie zakochany w "Strażaku Samie", wozach strażackim i wszystkich kotkach, które można ściągać z drzewa, to jeszcze zafascynował się ogniem. Po kilkanaście razy dziennie potrafi domagać się zapalenia świeczki, po to tylko, by móc ją zdmuchnąć i zapalić od nowa. Już kilka razy przyłapałam go, jak wdrapywał się na hokerka w kuchni, bo chciał dostać się do szuflady z zapałkami. Aż na wszelki wypadek przeniosłam je do szafki zawieszonej pod sufitem. A dzisiaj zobaczyłam, jak trąc paluszkami o siebie rozpala na dywanie niewidzialny ogień, a potem patrzy w górę i krzyczy z przejęciem "dim!" (czyt. dym). Aż strach się bać, co będzie dalej :-).

-♥-

Hubisiowa mama

środa, 15 kwietnia 2015

Niedźwiedź łowca motyli

Mamy w naszej biblioteczce kilka książek, które nie tylko uczą i bawią, ale także niezwykle wzruszają. Książeczek, które w ciepły, mądry sposób opowiadają dzieciom o uczuciach. O miłości, tęsknocie, przyjaźni i odwadze. Niestety, jest ich naprawdę niewiele wśród zalewu bardzo przeciętnych książeczek. Do takich prawdziwych perełek zaliczam na przykład "Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham" Sama McBratney'a, czy "Tatę na miarę" Davide Cali. Teraz dołączyła do nich także książeczka wydawnictwa Tako o "Niedźwiedziu łowcy motyli" Susanny Isern.

"Niedźwiedzia łowcę motyli" pierwszy raz zobaczyłam na blogu Polisz mam i dzieciole. Spodobała mi się i zaciekawiła, a gdy dotarła do naszego domu - po prostu zachwyciła. I to nawet nie ze względu na pastelowe, urzekające ilustracje Marjorie Pourchet, a na historię, którą opowiada. Właśnie taką, jaką lubię najbardziej. Z mądrym, łapiącym za serce przesłaniem.































Samotnie wędrujący przez las niedźwiedź, ciągnie za sobą łódkę, do której zbiera znalezione przez siebie skarby. Czego tam nie ma? Luneta, stare krzesło, durszlak, gramofon... Sprawia wrażenie samotnego... Pewnego dnia znajduje wiszącą na drzewie siatkę na motyle i ratuje nią życie motylka. Wyławia go z wody i suszy na własnym nosie. Pomimo tego, że po odzyskaniu przytomności motylek w popłochu odfruwa, niedźwiedź niesie pomoc kolejnemu motylowi, a potem jeszcze następnemu. Wszystkie uciekają przerażone, aż niedźwiedź trafia na Blankę - odważną, piękną motylicę, która zostaje jego przyjacielem.










































Pewnego dnia, ratując kolejnego motylka, niedźwiedź wpada do wody. Ku przerażeniu Blanki okazuje się, że nie umie pływać. Zrozpaczona Blanka sprowadza na pomoc przyjaciół, o których istnieniu niedźwiedź nawet nie wiedział. Wszystkie uratowane przez niego motyle chwytają bowiem jego futerko i wyławiają z wody.

Nieprzytomny niedźwiadek kilka dni spędza na szczycie góry, szczelnie otulony skrzydełkami motyli, które nie pozwalają na to, by zmarzł. Motylki ratują mu życie.














Piękna, mądra opowieść o tym, że warto pomagać. Że nawet na pozór niewielkie, dobre uczynki, mogą zaowocować czymś wielkim. Że dobro wraca. Jest to także historia o sile przyjaźni, nawet takiej niezwykłej jak niedźwiedzia i motylka. Totalnie nas urzekła :-).

Z całego serca Wam polecam. 

Hubisiowa mama
 -♥-

sobota, 11 kwietnia 2015

Szpinakowe muffinki

Kocham szpinak i swoją miłością zaraziłam resztę naszej Hubisiowej rodziny. Szpinak jemy z makaronem, w naleśnikach, pierogach, surówkach, jako dodatek do mięs i w wytrawnych wypiekach. Mając wybór pomiędzy daniem nie-szpinakowym, a ze szpinakiem, Hubiś zawsze wybierze to drugie. Ja z kolei cały czas poszukuję kolejnych inspiracji do szpinakowych potraw i jak na razie wciąż mi mało :-). 

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam przepis na muffinki ze szpinakiem i serkiem feta. Fantastycznie smakują na ciepło, są puszyste, idealne zarówno na śniadanie, jak i na imprezę. Przepis znalazłam tutaj. Jest tak dobry, że naprawdę warto podać go dalej. Zresztą polecam cały blog "Gotuję, bo lubię", bo to prawdziwa skarbnica świetnych przepisów.



Na ok. 12 muffinek będziemy potrzebować: 

250 g świeżego szpinaku   100 g fety   250 ml mleka   2 jajka   2 szklanki mąki 
 100 g margaryny do pieczenia (+ 1 łyżka)    2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia  
  2 ząbki czosnku    1 duża szczypta gałki muszkatołowej 
  sól    pieprz 

Szpinak podsmażamy na łyżce margaryny do chwili aż całkowicie zmięknie i odparuje z niego woda. Następnie doprawiamy przeciśniętym przez praskę czosnkiem, gałką muszkatołową, solą i pieprzem. Odstawiamy do ostygnięcia.

W tym czasie roztapiamy w rondelku pozostałą margarynę. Po wystudzeniu dodajemy do niej jajka, mleko, posiekany szpinak i startą na drobnej tarce fetę.

W drugiej misce łączymy suche produkty, czyli mąkę i proszek do pieczenia. Dodajemy do nich mokre składniki. Mieszamy dokładnie łyżką.

Formę na muffinki wykładami papilotkami do 3/4 wysokości i pieczemy 20-25 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C. U nas jest to ok. 20 minut na termoobiegu. Po tym czasie sprawdzam ich stan patyczkiem, by się zbytnio nie wysuszyły.

Nam najbardziej smakują na ciepło :-).

Smacznego!

Hubisiowa mama 
-♥-

czwartek, 9 kwietnia 2015

2 latka i 3 miesiące Hubisia



Hubiś skończył dwadzieścia siedem miesięcy! To bystry, bardzo ciekawski chłopczyk, któremu bliżej zaczyna być do przedszkolaka niż niemowlaka. Chłopczyk, który ma własne zdanie na każdy temat i konsekwentnie się go trzyma. Który wszystko chce robić sam i ma już swoje pasje. Uparty do kwadratu. Słodki do sześcianu. Mój Hubisław Wiercidupka :-).

Dwudziesty siódmy miesiąc Hubisiowego życia zdecydowanie minął nam pod hasłem "mama, fuuu!", czyli "mamo, pożar!". Wystarczyło 20 minut Strażaka Sama i nasz syn oszalał na punkcie pożarów, wozów strażackich, sikawek, drabin i kotków na drzewach. Gdy pakuje się nam do łóżka, dźwiga pod pachą wóz strażacki. Gdy budzi się nocą, natychmiast sprawdza, czy wóz leży obok. Bajka na dobranoc może być tylko i wyłącznie o dzielnym strażaku Hubercie (broń Boże o innym strażaku, a już w ogóle niedopuszczalny jest dotychczasowy temat piesków). Gdy jedziemy wózkiem, krzyczy na cały głos "ioioio". Z każdej lampy ściąga kotka, na każdej podłodze widzi pożar, a najczęściej trzy pożary, bo "trzy" to wciąż jego ukochana liczba. Pożary gasi oczywiście strażackim wężem ("wąszzzz"), którym może być właściwie wszystko - kredka, krem do rąk, rura od odkurzacza, ostatnio nawet zatyczka do wanny :-). No i jak na prawdziwego strażaka przystało, dba o bezpieczeństwo i zawsze przed "akcją" klepie się po głowie, zakładając sobie (a często również mnie) niewidzialny hełm strażacki. Nasze Hubisiowo to teraz jedna wielka remiza strażacka. Całymi dniami gasimy pożary, wspinamy się po niewidzialnych drabinach po niewidzialne kotki. Przyznam się szczerze, że czasami nie mam już siły podnosić Hubisia do lampy, będąc jego strażackim wyciągiem i udaję, że się "zepsułam", albo na przykład przekonuję go, że ten sto sześćdziesiąty kotek naprawdę nie potrzebuje naszej pomocy. Wystarczy jednak, że zobaczę jego nieszczęśliwą minę, natychmiast dopadają mnie wyrzuty sumienia i znowu pomagam w ratowaniu świata. I zastanawiam się, kiedy mu to minie :-)? I czy w ogóle minie :-)?

W tym miesiącu troszkę w odstawkę poszły puzzle i książeczki. Wyjątkiem są dwie, w których występuje element pożaru i ściągania kotków z drzew przez strażaka. Z Hubisiowego łóżka wyprowadził się też George (maskotka z bajki świnka Peppa). Podczas kąpieli coraz rzadziej bawi się też mazakami do wanny, na rzecz gaszenia pożaru w odpływie. O dziwo tylko w rysowaniu bez zmian - wciąż na tapecie portrety mamusi i świnki Peppy :-).

Strażacka pasja przyczyniła się też do powiększenia Hubisiowego słownika o kilka nowych słów. Mówi "wąszzzz" (wąż), "ioioio (sygnał wozu)", "fuuu" (pożar), "siam" (tym razem oznaczający strażaka Sama z bajki). Oprócz tego pojawiły się też słowa "wiem", "źle" i "sio" (wypowiadane najczęściej w kierunku Hubisiowej mamy, próbującej go nakarmić).

Zrobił się też wielkim przytulaskiem. Często zarzuca nam rączki na szyję i wtula się mocno. Ku mojej wielkiej radości przestał też kategorycznie twierdzić, że kocha tylko tatusia, a mamy nie :-). Jak jestem grzeczna i gaszę z nim pożary, to i ja dostępuję tego zaszczytu :-).  

Urósł nam też Hubisław, chociaż wciąż nosi ubranka w rozmiarze 92 cm. Musiał urosnąć, bo nagle zaczął dosięgać klamki w drzwiach. Aż pęka z dumy, gdy udaje mu się otworzyć drzwi wracającemu z pracy tacie. I nikt teraz nie zna dnia, ani godziny, kiedy może zostać dopadnięty w toalecie :-). 

Waga to wciąż 13,5 kg, rozmiar bucika 24 cm. Włos jaśniutki, rosnący jak na drożdżach, ostatnio po raz trzeci przycinany u fryzjera. 

Jestem z niego bardzo dumna. I cieszę się, że ma taki silny charakter, a jak mu się coś spodoba, to oddaje się temu całkowicie. Bardzo mi w tym przypomina swojego tatę :-). Już nie mogę doczekać się, co przyniesie nam kolejny miesiąc :-).

Ściskam gorąco wszystkie Hubisiowe ciocie i wujków! I mam prośbę! Jak macie maluszki w podobnym wieku, dajcie znać, czy u Was też jest takie szaleństwo z wyłącznie jedną zabawą? A może i w Waszych domach gasi się pożary :-)? No i chyba potrzebuję namiarów na fajne, strażackie zabawki. Jeśli znacie, podzielcie się kochani :-)! 

-♥- 

Hubisiowa mama

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.