AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 25 maja 2015

Z Hubisiowej biblioteczki # 6

Rozczytałam się ostatnio i to bardzo. A wszystko za sprawą trwającego od kilku miesięcy totalnego paraliżu komunikacyjnego Olsztyna. Nasze miasto to teraz prawdziwy raj dla małych chłopców. Gdzie się człowiek nie obejrzy tam koparki, betoniarki, dźwigi i wywrotki. Chyba nie ma drogi, która nie byłaby remontowana. W całym mieście rozstawiono też wielkie żółte tablice z roześmianą buźką i napisem "Kierowco! Uśmiechnij się. Budujemy Dla Ciebie. Przepraszamy za utrudnienia w ruchu".  No cóż, słowo "utrudnienia" jest sporym eufemizmem na to, co dzieje się w rzeczywistości, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ze względu na koszmarne korki przesiadłam się do komunikacji miejskiej i w drodze do pracy i z pracy czytam ok. dwóch godzin dziennie. Jak na standardy pracującej na cały etat mamy dwulatka pochłaniam więc książkę za książką :-). W każdym razie udaje mi się nasycić książkowy głód, czego przejawem są 33 książki na moim koncie w instagramowym wyzwaniu #52bookchallengepl.

A że już dawno nie pokazywałam Wam co czytam, postanowiłam nadrobić zaległości. Poniżej znajdziecie kilka książek, spośród tych, które ostatnio wpadły mi w ręce. Będą dwa kryminały, historyczny reportaż i romans. Jeśli więc szukacie książki na przykład na urlop, serdecznie zapraszam na kolejny odcinek cyklu "Z Hubisiowej biblioteczki" :-):


Katarzyna Puzyńska "Motylek" (tom I cyklu o Lipowie)
Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni" (tom II cyklu o Lipowie)

Lipowo to maleńka miejscowość, w której wszyscy się znają, a życie towarzyskie skupia się w lokalnym sklepie spożywczym. Czas płynie powoli, znanym i utartym rytmem. Tę spokojną, sielską codzienność przerywa morderstwo zakonnicy. I chociaż pracujący w lipowskim komisariacie policjanci (sztuk 4 :-)) są przekonani, że sprawę przejmie policja powiatowa, szybko okazuje się, że to właśnie na nich będzie spoczywać rozwikłanie kryminalnej zagadki. Jak sobie poradzą? Czy mordercą okaże się ktoś z ich małej społeczności? I czy na tym jednym morderstwie się skończy?

Debiutancka książka Katarzyny Puzyńskiej to bardzo sprawnie napisany kryminał z rewelacyjnie oddanym klimatem a'la Camilla Läckberg. "Motylek" to cała plejada barwnych postaci, liczne powiązania między bohaterami, mnogość wątków, ale mimo wszystko spójna całość. To również fajnie rozwijająca się akcja i mnóstwo wartych uwagi motywów zbrodni. Praktycznie do końca nie byłam w stanie zgadnąć kto zabił i co chwilę obstawiałam kolejną osobę. Nie mogę zdradzić Wam nic więcej, bo zepsuję niespodziankę, ale właśnie takie kryminały lubię najbardziej :-).

Podobnie było w przypadku książki "Więcej czerwieni". W drugim tomie lipowskiego cyklu, doskonale nam już znany młodszy aspirant Daniel Podgórski, dostaje wezwanie do brutalnej śmierci młodej dziewczyny. Wkrótce pojawia się następna ofiara. Policja kryminalna z Brodnicy podejrzewa, że oba zabójstwa mogą być dziełem seryjnego mordercy. Prokurator tworzy więc ekipę dochodzeniową z ekscentryczną komisarz Klementyną Kopp na czele. Tak zaczyna się śledztwo, które mnie wciągnęło i wciąż zaskakiwało. I znowu, praktycznie do samego końca, nie byłam w stanie zgadnąć, kto jest mordercą.

Obie części bardzo mi się podobały. Jedyny minus lipowskiej sagi, o jakim muszę wspomnieć, to trochę drażniące, zupełnie moim zdaniem niepotrzebne, powtarzanie policyjnych stopni bohaterów. Gdybyście obudzili mnie o drugiej w nocy, to bez zastanowienia wyrecytowałabym, że Daniel Podgórski jest młodszym aspirantem, a Marek Zaręba to starszy sierżant. Ale to mały szczegół pośród licznych zalet :-).

Jeśli więc lubicie kryminały w wersji light i podobały się Wam książki na przykład Camilli Läckberg, koniecznie sięgnijcie po Katarzynę Puzyńską. Serdecznie Wam polecam jej książki. Ja już rozglądam się za trzecim tomem - "Trzydziesta pierwsza" i pilnuję czerwcowej premiery czwartej części :-).



Anna Herbich "Dziewczyny z Syberii"

To moja druga książka Anny Herbich. "Dziewczyny z Powstania" zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie (klik), że bez wahania sięgnęłam po kolejną książkę z tego cyklu. Wydane dwa tygodnie temu "Dziewczyny z Syberii" przeczytałam w jeden wieczór.

Dziesięć poruszających historii opowiadanych przez dziesięć niezwykłych kobiet. Chociaż pochodziły z różnych warstw społecznych i z różnych regionów ówczesnej Polski, połączyło je jedno - jako młode dziewczyny trafiły na Syberię. W koszmarnych warunkach, przy temperaturze sięgającej minus 50 stopni Celsjusza walczyły o przetrwanie. Głodzone, wyzyskiwane przy niewolniczej pracy, bardzo często chore i samotne, nie traciły jednak nadziei. Tęskniły za domem, martwiły się o bliskich, marzyły, kochały... Śmierć czyhała na nie na każdym kroku, a one żyły mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.

Przyznam Wam się szczerze, że dopóki nie przeczytałam tej książki, nie zdawałam sobie sprawy, co tak naprawdę oznaczało sowieckie zesłanie. Wiedziałam oczywiście, że zesłańcom nie było łatwo, ale nawet nie przypuszczałam, jak skrajne były tam warunki. Że z głodu zarastały usta, a zebrana padlina była czasami jedyną szansą na posiłek.Jakim cudem było wyrwanie się śmierci głodowej, o powrocie do kraju nie wspominając. I co tak naprawdę mieści w sobie określenie "Sybirak"...

Czytając "Dziewczyny z Syberii" czułam ogromny szacunek i podziw dla tych silnych kobiet, które nie tylko przetrwały piekło, ale zachowały godność. I wciąż na nowo zadawałam sobie pytanie "Czy byłabym w stanie przetrwać? Co ja zrobiłabym na ich miejscu?". Bardzo gorąco polecam Wam książkę Anny Herbich. Uważam, że naprawdę warto poznać tę kartę polskiej historii.




Rainbow Rowell "Eleonora i Park"

Obiecywałam sobie, że już nigdy nie sięgnę po książkę z kategorii Young Adult. Po kilku rozczarowaniach "zmieniającymi życie" bestsellerami w stylu serii "Oddechy", stwierdziłam, że takie powieści nie są po prostu dla mnie. Że irytuje mnie charakteryzujące je naiwność, słodycz i przerysowanie. Że chyba jestem na nie zwyczajnie za stara. I pewnie, gdybym wiedziała wcześniej, że "Eleonora i Park" to powieść wpisująca się w nastoletnie klimaty, zwyczajnie bym ją zignorowała. Ale nie wiedziałam i całe szczęście, bo okazuje się, że mogłabym przegapić całkiem interesującą książkę.

Powieść Rainbow Rowell to historia pozornie najzwyczajniejszej na świecie pary szesnastolatków. Nie są piękni, nie są bogaci, nie są też kapitanami licealnych drużyn. Ich świat nie kręci się wokół seksu, czy pieniędzy. Eleonora i Park są za to dziwni i ekscentryczni. Ona jest pulchną, czerwonowłosą, piegowatą dziewczyną, nosząca męskie krawaty i zapinane na agrafki staniki. On natomiast jest kochającym komiksy, nieśmiałym pół-Koreańczykiem, praktycznie nie zdejmującym z uszu słuchawek. Oboje wycofani, chociaż z zupełnie różnych środowisk. Pewnego dnia siadają obok siebie w szkolnym autobusie i tak już zostaje...

"Eleonora i Park" to przeplatana, słodko-gorzka historia o dojrzewaniu, pierwszej miłości, zmaganiu się z przeciwnościami losu, brakiem akceptacji i konsekwencjami wyborów dorosłych. Powieść bardzo delikatna, subtelna i bardzo smutna... Ma dramatyczne momenty, ale nie jest nimi przesycona. Chyba właśnie to wyważenie emocji najbardziej mnie w niej urzekło. Autorka nie szokuje, ale i nie słodzi. Nie bawi się w tworzenie bajki. Nie jest to arcydzieło, ale na pewno wyróżnia się na tle innych. Przynajmniej w moim odczuciu.

Jeśli więc macie ochotę na subtelny, niebanalny romans, polecam Wam tę historię. Nie powinniście być rozczarowani.

-♥-


I jak, znaleźliście coś dla siebie :-)? A może czytaliście którąś z tych książek? Dajcie znać koniecznie. A jeśli możecie polecić mi jakąś na mój czerwcowy urlop, będę bardzo wdzięczna!

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

środa, 20 maja 2015

Podaruj Mamie emocje




Śniło mi się ostatnio, że miałam 10 minut na spakowanie najcenniejszych rzeczy i zgłoszenie się do specjalnego punktu teleportacji na inną planetę, bo naszej groziła zagłada. Pamiętam, że przykleiłam Huberta taśmą do krzesła, by mi nie uciekł z wyznaczonego dla nas punktu, a sama w szaleńczym pośpiechu pakowałam do torby przedwojenne zdjęcia prapradziadków Huberta, fotki, które mnie i mojej siostrze trzydzieści lat temu robił mój Tata, zdjęcia Huberta i moje dwie fotoksiążki. Do torby wrzuciłam jeszcze segregator z przepisami, świecznik należący do Hubisiowej prababci, guziki z pasmanterii należącej do drugiej prababci i muchę, którą mój Tata miał na swoim ślubie. I ukochanego misia Huberta. Dopiero po przebudzeniu uświadomiłam sobie, że nie zabrałam ze sobą żadnych ubrań, pieniędzy czy jedzenia.

Dziwny to był sen, żeby nie powiedzieć dziwaczny. Nie mam pojęcia dlaczego mi się przyśnił. Gdy opowiadałam go znajomym z pracy, śmieli się ze mnie bardzo. A ja, chociaż śmiałam się razem z nimi, to jednocześnie uzmysłowiłam sobie, że tak właśnie postąpiłabym na jawie. Że to właśnie rodzinne pamiątki przede wszystkim próbowałabym ocalić. 

Jestem typową, zodiakalną rybą. Sentymentalną, romantyczną, gromadzącą przedmioty, które coś dla mnie znaczą. Od jedenastego roku życia prowadzę pamiętnik. W każde swoje urodziny piszę list do samej siebie za dziesięć lat. Do tej pory mam w pudełku po zapałkach piórko mojej papużki z dzieciństwa. Ten blog to też forma pamiątkowej skrzyni, do której wrzucam moje wspomnienia związane z Hubertem.

Kocham też zdjęcia, mam ich ogromną ilość. Moi bliscy już nawet nie protestują, gdy robię stumilionowe zdjęcie :-). Gdy urodził się Hubert obiecałam sobie, że z każdego roku będę wybierać ulubione i tworzyć fotoksiążkę. Pierwszą stworzyłam przy współpracy z Printu-drukujemy emocje (o tę właśnie), a gdy zobaczyłam efekty już z nimi zostałam.

Mój prezent na Dzień Matki to też ich dzieło. Kolejna, trzecia już w mojej kolekcji fotoksiążka (drugą pokazywałam tutaj). Właśnie do mnie dotarła. Pięknie oprawiona, świetnej jakości, z moimi ukochanymi zdjęciami z 2014 r. W tym samym formacie i z tą samą, lśniącą okładką, co dwie poprzednie. I chociaż wszystkie, znajdujące się w niej zdjęcia doskonale znałam, to trzymając ją w dłoniach poczułam autentyczne wzruszenie.

Z każdej strony książki patrzy na mnie miłość. Mój syn, mój mąż... nasze uśmiechnięte, szczęśliwe twarze. Wtulony we mnie Hubiś, trzymający mnie za rękę mąż. Właśnie takie wspomnienia chcę zachować, takie uczucia przekazać... A gdy za pięćdziesiąt lat tę książkę będą przeglądać nasze wnuki, może uśmiechną się do pożółkłych stron i poczują te same emocje. To byłby dla mnie najwspanialszy prezent.














A dla wszystkich Hubisiowych czytelników mam niespodziankę. Jeśli zastanawiacie się nad prezentem dla siebie, Mamy, Taty (bo przecież Dzień Ojca zbliża się wielkimi krokami) lub innej bliskiej Wam osoby i Wasz wybór padnie na fotoksiążkę, to pamiętajcie, że na hasło  HUBISIOWO (wczytane w koszyku) dostaniecie aż 40% zniżki na wszystkie fotoksiążki Printu do 100 stron (ważne do 31 maja).

Serdecznie zachęcam, bo aż żal nie skorzystać:-)!

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 16 maja 2015

Morza szum...

Gdzie Hubisiowe człowieki najbardziej lubią spacerować? Nad morzem oczywiście :-). Z naszego Olsztyna to około 2,5-3 godzin drogi, ale jeszcze nigdy nie żałowaliśmy takiego spontanicznego wypadu. Szum fal, wiatr na twarzy, piasek... Kto tego nie kocha? Nieważne, że jeszcze jest zimno, że nie ma mowy o zamoczeniu chociażby palca. Nieważne, że tego samego dnia trzeba wracać. Wystarczą dwie godziny na plaży, a akumulatory mamy naładowane na kolejny miesiąc. 

Poprzednia sobota. Hubiś biegający po piasku, patyk rzucony do wody, ciepła ręka męża... Niby nic wielkiego, a przepełniło szczęściem...




























Pozdrawiam ciepło wszystkich kochających morze,

Hubisiowa mama


-♥-

czwartek, 14 maja 2015

Myśli potargane # 11

25 kwietnia 2015 (sobota)
Sobotni poranek. Na stole stoi mój laptop otwarty na stronie z wiadomościami. Na monitorze duże zdjęcie Waldemara Putina. Hubiś podchodzi bliżej, patrzy i wskazując paluszkiem komputer krzyczy nagle "O! Tata!". Zaskoczona śmieję się i mówię: "Nie kochanie, to Putin". "Nie, tata" - kręci główką. I nie dał się przekonać :-). Także, kochany mężu, chyba będę musiała gęsto się przed Tobą tłumaczyć :-).


29 kwietnia 2015 (środa)
Hubiś potrafi zakładać kalosze. Siada na podłodze w przedpokoju i wpycha stópki, tradycyjnie myląc lewą stronę z prawą :-). Biegał w nich dzisiaj po domu prawie godzinę i nie pozwolił zdjąć, ani założyć właściwie. Pokazywał mi nogi i z dumą mówił: "Ja siam". Zrobiliśmy dzisiaj kolejny duży krok do samodzielności.


3 maja 2015 (niedziela)
Mina Huberta, gdy zobaczył przed sobą prawdziwy wóz strażacki - nie do zapomnienia. Szczęście i ogromna ekscytacja, gdy mógł usiąść za kierownicą i trzymać strażackiego węża - bezcenna. Fajnie jest móc spełniać marzenia dziecka :-).


5 maja 2015 (wtorek)
- Hubisiu, fajnie było dzisiaj w żłobku?
- Nie, dzieci.
- Dzieci w żłobku są fajne?
- Nie, mama, tata.
- Mama i tata są fajni?
- Tata tak, mama nie.
No i się dowiedziałam, co syn o mnie myśli :-).


9 maja 2015 (sobota)
Ikea. Stoimy w długaśnej kolejce do kasy. Trzymam na rękach wymęczonego Hubisia. Patrzę na te śliczne oczka, okrągłe policzki, blond włoski... Czułość zalewa moje serce i daję mu mokrego buziaka. Wtedy mój słodki synek ożywia się nagle, na cały głos krzyczy "bleeeee" i ostentacyjnie wyciera buźkę ręką. A widząc moją minę śmieje się za chwilę tak samo jak reszta kolejki.


11 maja 2015 (poniedziałek)
Ktoś mi podmienił dziecko. Ten krzyczący, wierzgający, szczypiący, buntujący się o wszystko chłopiec to przecież nie mój słodki Hubiś. Czasami aż łzy stają mi w oczach... Czasami nie mam już do niego siły...


13 maja 2015 (środa)
Chociaż wie doskonale, że mu nie wolno, Hubiś uwielbia buszować po naszych portfelach. Bawi się monetami, ogląda karty, zamyka i otwiera suwaki. Przyłapałam go dzisiaj, gdy stał na krzesełku w kuchni i szperał w portfelu Hubisiowego Taty. Akurat trzymał w ręku jego dowód osobisty. Gdy zobaczył zdjęcie w dowodzie, wykrzyknął radośnie "Tata!", po czym z wielką czułością je pocałował. Następnie wziął dowód w objęcia, przytulił mocno i zaczął kołysać w ramionach. A potem znowu dawał buziaka małej fotce. I znowu... :-). Prawdziwy synek tatusia :-).

-♥-

Hubisiowa mama

poniedziałek, 11 maja 2015

2 latka i 4 miesiące Hubisia

Minął kolejny miesiąc. Na blogu kolejne podsumowanie. Hubiś ma już dwa latka i cztery miesiące. Powoli zaczynam godzić się z tym, że nie zatrzymam pędzącego czasu. Że mój synek już nigdy nie będzie tą maleńką istotką, którą godzinami mogłam trzymać w ramionach. W naszej zabieganej codzienności czas ucieka między palcami. Dlatego chcę jak najwięcej zapamiętać. Jak najwięcej wspomnień przelać na papier. Móc wrócić do nich myślami, gdy już zostaniemy w domu sami.


W swoim dwudziestym ósmym miesiącu życia Hubiś:

Sam zakłada kalosze i rozpina kurtkę. 
Kłóci się o wszystko. Gdy powiedziałam ostatnio, że to książkowy bunt dwulatka, wykrzyknął "Nie! Nie dwa! Tszyyyy!" :-).
Nuci piosenkę "Koła autobusu kręcą się". Prawie idealnie trafia w rytm.
Ma w żłobku dziewczynę. Martynę.
Wie, jak włączyć zmywarkę.
Biegnie za każdym napotkanym kotem.
Polubił mandarynki. Jego cera nie bardzo.
Przekonał się do farbek, ale maluje tylko pędzelkiem. Palców nie zamoczy.
Tańczy "Kaczuszki".
Gdy daję mu buziaka ze śmiechem mówi "bleee" i ostentacyjnie wyciera buzię.
Uwielbia wizyty na stacji benzynowej. Kilka razy dziennie przekonuje mnie, że nasz "brum brum chcie mniam mniam".
Jego ulubiona bajka to oczywiście "Strażak Sam".
Nie znosi mycia włosów.
Wciąż jest "tatusiowy". Gdy oboje jesteśmy w domu, chce spędzać czas tylko z tatą.
Gdy wie, że idziemy na zakupy, wyciąga kartkę i długopis i robi własną "listę zakupów".
Przez tydzień zafascynowany był swoim strupkiem na kolanie.
Na placu zabaw wspina się po drabinkach. Im wyżej, tym lepiej.
Nie chce dzielić się zabawkami z innymi dziećmi.
Jadąc samochodem, krzyczy z emocji na widok koparki.
Zauważy każdą mrówkę na chodniku.
Zrywa kwiatki dla mamy
Sam wyciera sobie nos w chusteczkę.
Gdy widzi chodzącego po trawie ptaka, macha rączkami i krzyczy "sio, sio".
Do słownika doszły nam dwa nowe słowa "juś" (czyt. już) i "cieść" (czyt. cześć).
Waży 13,5 kg, nosi ubranka w rozmiarze 92.
Bałagani. Bardzo :-).
Przybija piątkę i robi żółwika.

Pozdrawiam Was serdecznie, a Hubiś robi żółwika :-),

Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 5 maja 2015

Spełnione marzenie

Podobno jeśli facet nie może być Supermenem, zostaje strażakiem :-). Chyba właśnie z tego założenia wychodzi mój syn, który od wielu tygodni przeżywa wielką fascynację wszystkim, co związane ze Strażą Pożarną. 

Nasz dom zmienił się w małą remizę strażacką. Hubiś ma trzy wozy strażackie, które ciąga ze sobą nawet podczas nocnych wędrówek do naszego łóżka. Praktycznie wszystkie zabawy kończą się gaszeniem pożaru lub ściąganiem jakiegoś zwierzaka z lampy, tfu - z drzewa oczywiście :-). Każdy patyk, pilot od telewizora, czy banan szybko zostaje przemianowany na węża strażackiego. A jeśli nagle podejdzie do Ciebie Hubiś i klepnie Cię w głowę, niewątpliwie będzie to oznaczać, że zakłada Ci hełm strażacki i czas ruszać do  ratowniczej akcji :-).

Dlatego, gdy usłyszałam, że w moim rodzinnym mieście 3 maja odbędzie się pokaz sprzętu wojskowego i strażackiego, zapakowałam małoletniego strażaka do samochodu i w te pędy popędziłam do rodziców. Bo czyż można było przegapić okazję do spełnienia marzenia własnego dziecka :-)?

Chyba nigdy nie zapomnę miny Hubisia, gdy stanął przed prawdziwym wozem strażackim :-). Najpierw go wmurowało, potem zaczęły mu się trząść łapki, a na koniec złapał się za policzki i wykrzyknął: "Mama! To!!!!". I przepadł :-). Przez dwie godziny nie odstępował wozu na krok. Wszystkiego musiał dotknąć, wszystko zobaczyć. Siedział za kierownicą, udawał, że nią kręci i krzyczał "ioio". Chwytał radiostację i udawał, że przyjmuje zgłoszenie o pożarze. Trzymał węża strażackiego, a gdy poleciało z niego parę kropel wody, z wrażenia aż go wypuścił. Próbował ciągnąć wóz za umieszczony z przodu hak, a gdy spytałam go co robi, usłyszałam, że zamierza zabrać go do domu :-). Głaskał koła, świecił latarką, dotknął nawet palcem stojącego przy wozie strażaka, by sprawdzić, czy jest prawdziwy :-). A ja, by dopełnić jego szczęścia, weszłam z nim nawet na samą górę do strażackiej drabiny.Było super, a młody chyba jeszcze nigdy nie był tak przejęty.

Zresztą, zobaczcie sami strażaka Hubisława Wiercidupkę w akcji:


























I jak się Wam podoba mój mały strażak :-)?

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 2 maja 2015

Insta-kwiecień

Mignął mi ten kwiecień. Szybko i niezauważenie jak spadająca gwiazda. Zabiegana, niedospana, wciąż gdzieś byłam umówiona i z czymś spóźniona. Intensywnie w pracy, bardzo pracowicie w domu. Życie narzuciło mi ostatnio szaleńcze tempo. A może sama je sobie narzuciłam...? Bo żal każdej chwili, bo wciąż chciałam więcej. I w pracy być wydajnym i w domu mieć czysto. Pachnące, pięknie wyprasowane koszule w mężowskiej szafie powiesić i z Hubisiem na placu zabaw się pobawić. Przedszkole wybrać i nowe buciki na wiosnę kupić. Upiec coś pysznego, film obejrzeć, z koleżanką się zobaczyć, siostrzeńca odwiedzić. Planowałam, zapisywałam, a potem frustracja mnie łapała, gdy nie zdążyłam czegoś zrealizować. A biorąc pod uwagę, że z doby mam wyjęte prawie 10 godzin przez pracę, frustrowałam się często. Zapętliłam się, zapędziłam. Chyba musiał zaskoczyć mnie maj, bym zrozumiała, jak bardzo potrzebuję odpoczynku. Że muszę sobie odpuścić, więcej spać. Że pisanie postów o drugiej w nocy i cofanie zegarka publikacji, by nie wyjść na wariatkę, to nie do końca dobry pomysł, szczególnie gdy trzeba po piątej wstać do pracy.

Paradoksalnie, to właśnie w kwietniu najwięcej czytałam. A wszystko za sprawą trwającego od kilku miesięcy totalnego paraliżu komunikacyjnego Olsztyna. Chyba nie ma drogi, która nie byłaby w remoncie. Moja trasa do pracy i z pracy, z 20 minut w jedną stronę, wydłużyła się do godziny. Przez ogromne korki, rachunki za paliwo wzrosły trzykrotnie. Postanowiłam więc przesiąść się do komunikacji miejskiej. Wiozę Hubisia pod żłobek, tam zostawiam samochód i biegnę do autobusu. W efekcie, mam więc 2 godziny dziennie na czytanie! To chyba jedyny plus rozkopania miasta.

I pomimo tego, że kwiecień był w sumie fajny, to cieszę się, że się skończył. Kwitnące drzewa, słońce, podpisany wniosek na czerwcowy urlop, stolik na kawę na balkonie... to wszystko zwiastuje tak mi potrzebne zwolnienie obrotów. Zresztą, kto nie kocha maja? To chyba najpiękniejszy miesiąc roku.

Tymczasem, zapraszam Was ciepło do obejrzenia naszego instagramowego kwietnia. Bo chociaż w biegu, to jednak udało się złapać kilka cudownych momentów naszego Hubisiowego, codziennego życia:

1/ ktoś musi zadbać o trawnik Hubisiowych Dziadków :-); 2/ wiosna;
3/ odkąd kupiłam pierwszą książkę Katie Davies z niecierpliwością czekałam na kolejną; 4/strażak Hubisław w akcji



1/ rozpracowujemy młoteczek; 2/ piękne cotton balls nad łóżeczkiem mojego chrześniaka;
3/ Harlan Coben w odwiedzinach na naszym instagramowym koncie :-); 4/ szczyt szczęścia - tata pozwolił posiedzieć za kierownicą



1/ kwiatki dla mamy; 2/ łupy z ebay'a; 3/ paczuszki dla dwóch wspaniałych pań :-);
4/ parasolka do drinków dobra na każda pogodę



1/2/ święta minęły w tym roku bardzo szybko; 3/ szwagrowy kubek;
4/ w taty objęciach śpi się najlepiej, wiem coś o tym :-)



1/ pierwszy raz w tym roku bez czapki; 2/ uwielbiam herbatki yoga tea;
3/ czekolada od męża; 4/koparka - obowiązkowy punkt programu każdego spaceru



1/ grabi sobie :-); 2/ w Tk-maxxie można znaleźć prawdziwe cudeńka;
3/ książeczkowy prezent od Sierpniowej Mamy; 4/ wiecie, że jestem coca-cola-maniaczką :-)?




1/ sobotnie porządki w zabawkach; 2/ muffinki z cukinią i szczypiorkiem;
3/ ta róża przetrwała u nas w takim pięknym stanie przez 1,5 tygodnia; 4/ niby wiosna, ale szybę wciąż rano skrobię


A jak Wam minął kwiecień?

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.