AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 30 czerwca 2015

Zrobiliśmy to i nie żałujemy

Wróciłam z urlopu wyspana i wypoczęta. Mam o połowę mniejsze worki pod oczami, a dzięki wspaniałemu towarzystwu jakieś dwa razy więcej zmarszczek-śmieszek. Nasyciłam oczy pięknymi widokami, wymoczyłam nogi w ciepłym morzu i pomachałam do delfina, który przypłynął do naszej zatoczki. Z dekoltu schodzi mi skóra i do tej pory zastanawiam się, co właściwie jadłam w nadmorskiej restauracji :-). I wciąż nie mogę przestać się uśmiechać.

Co tu dużo pisać, było wspaniale. Siedem dni w naszej ukochanej Dalmacji, z dala od pracy, franków szwajcarskich i problemów. No i z dala od... Hubisia. Tak, pojechaliśmy na urlop tylko we dwoje i nie żałujemy.

Gdy zimą bukowaliśmy wakacje nie rozważaliśmy urlopu bez dziecka. Hubi nie pierwszy raz jechałby z nami do Chorwacji. Z własnego doświadczenia wiedzieliśmy, że taka wyprawa jest jak najbardziej wykonalna. Jednak uczciwie trzeba przyznać, że chociaż wyjazd z dzieckiem daje dużo radości, do wypoczynku jest mu daleko (ach, te piękne pobudki o czwartej rano:-)). Dlatego, gdy wczesną wiosną Hubisiowa Babcia zasugerowała, że może zająć się Hubim pod naszą nieobecność, myśl o urlopie bez niego powoli zaczęła w nas kiełkować.  

Podejmując decyzję o wyjeździe we dwoje nie pytaliśmy nikogo o zdanie. Sami rozważyliśmy wszystkie za i przeciw. Uznaliśmy, że żadna opinia osoby trzeciej, nawet kogoś z najbliższej rodziny, nie powinna mieć wpływu na naszą decyzję. To o naszą trójkę chodziło. To my musieliśmy być pewni, że dobrze robimy i że właśnie takie rozwiązanie będzie na dany moment najlepsze dla nas i naszego dziecka.

Ostatecznie nie myśleliśmy długo i to był chyba dobry znak. Gdybyśmy się wahali, oznaczałoby to, że nie jesteśmy jeszcze gotowi na taką opcję. Nie było więc długo, ale za to bardzo intensywnie :-). Musieliśmy odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Przede wszystkim, czy Hubi jest na taką rozłąkę przygotowany? Czy w żaden sposób go nie skrzywdzimy? Czy Dziadkowie sobie poradzą i czy jesteśmy tego na 100% pewni? Czy nie nadużyjemy ich gościnności? Czy Hubi będzie czuł się u Dziadków dobrze i bezpiecznie? Czy damy radę pozbyć się niepokoju o niego i cieszyć się wakacjami? Czy tęsknota nas nie zadusi itp. itd.



























































Pewnie zaskoczę Was pisząc, że najspokojniejsi byliśmy o Hubisia. O to, czy będzie chciał zostać sam z Dziadkami. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że tak. Kocha ich bardzo i ma z nimi bardzo częsty kontakt. Ich dom traktuje jak swój. Ma u nich nawet swój własny pokój, z łóżeczkiem i ulubionymi zabawkami. Często i chętnie zostaje u nich na noc, nie byłaby to więc dla niego żadna nowość. Fakt, że nigdy nie zostawał na aż tak długo (cztery dni to był nasz rekord), ale nigdy nie było też z tym problemu.

Martwiłam się bardziej o to, czy nie poczuje się porzucony, albo nie przerazi, że już do niego nie wrócimy. Ale tu przyszedł nam z pomocą nasz stary, praktykowany od 1,5 roku zwyczaj, żegnania się z nim w żłobku słowami: "Mama/Tata wróci po Ciebie, jak skończy pracować, przecież zawsze wraca". Gdy więc zaczęłam z nim rozmawiać, że nie będzie nas kilka dni, a on będzie u Dziadków i że wrócimy szybko do niego, upewnił się tylko, czy nie będzie musiał chodzić do żłobka, po czym przytaknął główką i uśmiechnął się. Przyjął sprawę bardzo spokojnie, bo wiedział, że wrócimy. Nigdy go przecież nie zawiedliśmy :-).

Pod naszą nieobecność nie płakał za nami, nie wołał, mówił o nas zupełnie naturalnie. Moja siostra śmiała się, że aż jej głupio to mówić, ale on naprawdę nie wygląda jakby za nami tęsknił :-). Ale nam nie było z tego powodu przykro, wręcz przeciwnie, cieszyło i pozwoliło na spokojniejszy wypoczynek... Tydzień minął błyskawicznie.




Młody spędził wspaniałe wakacje u Dziadków. Pierwszy raz w życiu jechał pociągiem, codziennie podlewał kwiatki w babcinym ogródku, a ciocia pożyczyła mu nawet swojego kota, by miał zwierzątko do opiekowania się. Karmił kaczki, odwiedzał schronisko dla psów, zaliczał wszystkie okoliczne place zabaw. Zdecydowanie się nie nudził. Do tego stopnia, że nie chciał wracać z nami do domu :-).

A my, pozbawieni niepokoju o pociechę, cieszyliśmy się sobą i - co najważniejsze - na nowo przywróciliśmy równowagę pomiędzy naszymi życiowymi rolami - mamy/taty, żony/męża, kobiety/mężczyzny. Te siedem dni pomogło mi przypomnieć sobie, że jestem nie tylko mamą, ale także żoną. I że ta rola jest dla mnie równie ważna. Na nowo zakochałam się w moim wspaniałym mężu i wróciłam z serduchem przepełnionym szczęściem. Grzeję się nim teraz, gdy przez pracę nie widzimy się długimi godzinami.

Ktoś może powiedzieć, że nasz wyjazd był egoistyczny. Że to ucieczka od obowiązków, albo że nie jesteśmy "dobrymi" rodzicami. Trudno... To nasz synek będzie miał w przyszłości prawo do oceny. I tylko on :-).

Dlatego, gdy będziecie zastanawiać się nad taką możliwością, nie słuchajcie nikogo obcego. To Wasza rodzina i Wasza decyzja. Każda sytuacja jest inna, każde dziecko jest inne i sami będziecie wiedzieć, czy jesteście na to gotowi. My byliśmy. I było super :-)!!!

Ściskamy serdecznie,

Hubisiowa mama 

-♥-

piątek, 19 czerwca 2015

2 latka i 5 miesięcy Hubisia

Ktoś mi powiedział, że chłopcy rozwijają się skokami. Przez kilka miesięcy nie dzieje się nic, a potem lawina nowych umiejętności. I coś w tym musi być, bo w dwudziestym dziewiątym miesiącu życia Hubi zaskakiwał nas na każdym kroku.

Przede wszystkim zaczął mówić. Wcześniej cieszyłam się, jak w ciągu miesiąca pojawiały się trzy nowe słowa, teraz nie nadążam z ich notowaniem. Oczywiście nie mówimy tu o skomplikowanych wyrazach, najczęściej są proste i krótkie, ale zawsze użyte w prawidłowym kontekście. Na przykład:
- Huberciku, kogo mam narysować? - Mnie!
- Huberciku, co Ty tam robisz? - Nic.
- Mama tój!  (czyt. stój).
W końcu przestał nazywać samego siebie to i mówi ja. Podobnie stało się w przypadku Babci, już nie jest to, a Babu. Hubisiowa Ciocia też w końcu jest ciocią. Kot nie jest już miau, a tot. Konstruuje zdania, nadaje tym zdaniom odpowiednią intonację, mówi sam do siebie, mówi przez sen. Zaczął również dużo słów powtarzać po nas. Wcześniej, gdy zachęcaliśmy go, by jakieś powtórzył, zawsze zdecydowanie odmawiał. Teraz próbuje i najczęściej mu wychodzi. No i wciąż słyszę "Mama, patrz! Co to? A to? A to?" itp, itd. A gdy odpowiadam, widzę jak rusza usteczkami, próbując po mnie powtórzyć. Zdecydowanie mamy językowy postęp.


Kolejna, wielka sprawa minionego miesiąca to pieluszkowe pożegnanie. Ostateczne i definitywne. Po sześciu miesiącach odpieluchowywania, wielokrotnych próśb i prób, dużych wzlotów i jeszcze większych upadków, któregoś pięknego dnia, Hubi po prostu oznajmił, że pieluchy nie chce. I z przysłowiowego marszu poszedł do żłobka w majteczkach. Co więcej, w tych samych majteczkach wrócił. I od tamtej pory pieluszek nie nosi. Tak po prostu.

Hubi zaczął też nas słuchać. Oczywiście wciąż ma swoje zdanie, ale w końcu pozwala sobie niektóre kwestie wytłumaczyć. Wcześniej, jak się na coś uparł, to nie było zmiłuj. Teraz słucha, analizuje i czasami zmienia zdanie :-). Po adaptacyjnej wizycie w gabinecie stomatologicznym przestał się też wykłócać o mycie zębów. Nie grymasi już tak bardzo przy jedzeniu. Dalej jest niejadkiem, ale czasami da się przekonać do spróbowania jakiejś nowości.

Nareszcie daje się też przekonać do innych niż strażackie zabaw. Aktualnie króluje u nas leczenie pluszaków. Zakłada na uszy zepsute muzyczne słuchawki, do ręki bierze zabawkową wiertarkę boscha mini i leczy chory brzuszek :-). Albo piłą próbuje usunąć z misia niewidzialną wysypkę. Udaje, że kaszle, albo że dzwoni do mamy myszki i informuje, że myszka jest chora. Słodki jest przy tym bardzo. Często próbuje też leczyć nas. Trzeba się położyć, udawać, że ma się kaszel, a pan doktor Hubisław plastikowym młotkiem wygania choróbsko :-). Ostatnio zwariował też na punkcie koparek. Do tego stopnia, że wyprosił (chciem tam, chciem tam) u pracującego niedaleko od naszego domu operatora koparki, by wziął go na kolana i pozwolił pomóc przy pracy (kilk).

Polubił też jazdę samochodem. Ogląda z zainteresowaniem mijane miejsca, pokazuje paluszkiem i wciąż wykrzykuje "Mama/Tata! Patrz!". Zrozumiał też działanie aparatu fotograficznego. Wie, że na ekranie pojawia się mu się rzecz, którą ma przed sobą i że jak naciśnie przycisk, zrobi zdjęcie. Mamy małego Pentaxa, z którym biega po domu i robi fotki zabawkom.

Zrobił się też mocno przytulaśny. Daje nam spontaniczne buziaki, bardzo często tuli się, a na nasze wyznanie miłości Kochamy Cię Huberciku, odpowiada I ja. Uwielbiam, gdy tak mówi :-).

Co tu dużo pisać, fajny jest ten nasz Hubisław. Mały, rezolutny, sprytny chłopczyk. Powiedzcie mi, czy to normalne, że z każdym miesiącem jest dla mnie wspanialszy :-)?

Hubisiowa mama
-♥-


wtorek, 16 czerwca 2015

Pierwsza wizyta u dentysty

Pierwszy ząbek. Pierwszy kroczek. Pierwsze strzyżenie. Wielkie kroki milowe w życiu naszego maluszka. Wspominane na naszych rodzinnych spotkaniach, udokumentowane na zdjęciach. Pewnie zauważyliście już, jak bardzo lubię je celebrować. A to dlatego, że każdy "pierwszy raz" jest tylko jeden i niepowtarzalny.

Dzisiaj będzie o kolejnym, Hubisiowym kroku naprzód, czyli o pierwszej wizycie u stomatologa. Przyznaję się bez bicia, że ten "pierwszy raz" wykonaliśmy trochę za późno. Nasz dentystyczny debiut powinien się odbyć w momencie wyrznięcia pierwszego ząbka. To właśnie wtedy po raz pierwszy powinniśmy pokazać naszego maluszka specjaliście. I to nawet nie po to, by stwierdził, czy ząbek jest zdrowy. Na pierwszej wizycie stomatolog ogląda też buźkę dziecka pod kątem ewentualnych nieprawidłowości - wad zgryzu, nieprawidłowej pionizacji języka, podniebienia gotyckiego i innych. Niedawno dowiedziałam się, jak wiele może wystąpić problemów i tym bardziej pluję sobie w brodę, że trochę zaniedbałam temat. Nasza wizyta powinna była odbić się grubo ponad rok temu. Mogę się najwyżej słabo tłumaczyć, że po prostu czekałam na odpowiednie, przyjazne dzieciom miejsce, w którym mój Hubiś bez stresu rozpocząłby swoją przygodę ze stomatologiem. Dzięki akcji "Zachęć swoje dziecko do mycia zębów", o której pisałam Wam w październiku (klik) w końcu takie miejsce znalazłam.

Do olsztyńskiej "Krainy Zdrowego Uśmiechu" trafiłam dzięki Paulinie Marcinkowskiej, która zaangażowała w akcję blogowe mamy. W ramach akcji stworzyła listę gabinetów przyjaznych małemu pacjentowi i do jednego z nich zaprosiła m.in. Hubisia. Dopiero dzięki Paulinie dowiedziałam się, że w Olsztynie (i to rzut beretem od naszego domu) jest gabinet, do którego można z dzieckiem przyjść na specjalną wizytę adaptacyjną. Moim zdaniem taka wizyta to fantastyczna sprawa. Pozwala maluszkowi na bezstresowe oswojenie się z widokiem fotela i narzędzi dentystycznych, zobaczenie z bliska pracy „Pana Wiercika” i poznanie historii o tym, jak wygania się robaczki i skąd się one właściwie biorą :-).




Dzięki wizycie adaptacyjnej, później podczas kontroli lub podczas prawdziwego leczenia, dziecko rozumie, co się wokół niego dzieje i czuje się bezpieczniej. To bardzo ważne, by maluszek nie bał się swojego lekarza. By gabinet stomatologiczny przestał być dla niego miejscem nieznanym, a stał się miejscem ciekawym i fascynującym. Taka wizyta na pewno zaprocentuje na przyszłość pozytywnym nastawieniem do dbania o ząbki i wizyt u dentysty. A to z kolei zaprocentuje zdrowym i pięknym uśmiechem.

Warto przy tym wiedzieć, że do pierwszej wizyty w gabinecie stomatologicznym należy przygotować nie tylko dziecko, ale również siebie. Bardzo często zdarza się bowiem, że dorosły niepotrzebnie przenosi na dziecko swój strach lub negatywne odczucia. Dlatego pamiętajmy, by unikać słów, które mogą negatywnie wpłynąć na wyobraźnię dziecka (słów typu: nie bój się, to nie będzie bolało, na pewno będziesz dzielny/dzielna, i już po wizycie również ich unikać - no widzisz nic nie bolało, ale byłeś dzielny, no widzisz, a tak się bałeś itd.). Przecież dziecko zupełnie nie wie, czego spodziewać się po wizycie u stomatologa, najlepiej więc po prostu przedstawić ją jako zwykłą czynność, którą powtarza się co jakiś czas.




 
"Kraina zdrowego uśmiechu" przywitała nas dużym, stojącym w korytarzu akwarium z kolorowymi rybkami. Akwarium okazało się świetnym sposobem na odwrócenie uwagi Huberta od tego, że jest w nieznanym sobie miejscu i troszkę się boi. Zaaferowany jeszcze rybkami wszedł w końcu z innymi maluchami do gabinetu dla dzieci (jest jeszcze drugi gabinet, dla dorosłych pacjentów), który okazał się jasnym, kolorowym pomieszczeniem, z bajkowymi postaciami na ścianie i zielonym fotelem. A potem się zaczęło...:-). Dzieciaki wdrapywały się na fotel, myły wielką szczoteczką wielkie zęby i napuszczały wodę do kubeczka. Biegały, śmiały się i rozrabiały. Pani Doktor Aleksandra Dornowska-Pytlowany, ubrana w różowy fartuch (od nas wielki plus, bo Hubiego paraliżuje wręcz tradycyjny, biały) w bardzo spokojny, przyjazny sposób zachęcała dzieci, by "słoneczko", "patyczek" i "lusterko" przywitały się z ich ząbkami. I chociaż Hubiś, onieśmielony lekkim zamieszaniem, trzymał się raczej z boku, to po powrocie do domu pierwsze za co złapał, to szczoteczka do zębów. Co więcej, od dwóch tygodni ani razu nie zrobił aferki przy myciu ząbków.




Po naszej wizycie adaptacyjnej i rozmowie z Panią Doktor, zapisałam Huberta już prywatnie na pierwszą, kontrolną wizytę, połączoną z zabiegiem profilaktycznego lakierowania wszystkich ząbków. Na wizytę wybraliśmy się w trójkę, razem z Hubisiowym Tatą. Hubi, chociaż lekko wystraszony, nie płakał, ani nie uciekał, tylko siedząc u taty na kolanach, pozwolił przywitać się z ząbkami. Na szczęście okazało się, że wszystkie są zdrowe i mocne, a sam zabieg lakierowania potrwał może z dwie minutki (Pani Doktor "malowała" na ząbkach Strażaka Sama). Wszystko odbyło się szybko, miło i bezstresowo. Na kolejną, kontrolną wizytę wrócimy tam we wrześniu.

Naprawdę fajnie, że w Polsce organizuje się takie akcje, jak "Zachęć swoje dziecko do mycia zębów", że są ludzie, którzy poświęcają swój czas, by uświadomić młodym rodzicom, jak wiele mitów z przeszłości powinniśmy wyrzucić w kąt (np. "mleczaków się nie leczy") i pomóc znaleźć odpowiedni gabinet stomatologiczny. Bo sami przyznajcie, że niewiele jest miejsc, gdzie można wybrać się z dzieckiem na taką kolorową, bezstresową wizytę. A przecież niezwykle ważne jest to, by trafić do gabinetu, gdzie lekarz potrafi i CHCE leczyć dzieci.



Cieszę się, że powoli powstają miejsca, w których stomatolodzy mają fajne podejście do maluchów. Że są gabinety, które organizują wizyty adaptacyjne. Lekarze, którzy chętnie bawią się z dziećmi i szczerze mówią o tym, co będą robić z ich ząbkami, co one mogą poczuć i jak to wpłynie na ich ząbki. Którzy otwarcie rozmawiają z rodzicem i jeśli widzą, że rodzic przenosi na dziecko swoje negatywne emocje związane ze stomatologiem, starają się jasno i klarownie wytłumaczyć to dorosłemu. Gabinety, które dziecko będzie odwiedzało z przyjemnością. W ramach akcji powstaje już nawet lista takich miejsc (klik) i na szczęście jest ona coraz dłuższa i na szczęście jest ona coraz dłuższa. Zerknijcie, może znajdziecie coś w Waszym mieście?

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama
  -♥-

środa, 10 czerwca 2015

Myśli potargane # 12

18 maja 2015 (poniedziałek)
- Huberciku, zostaniesz w domku z babcią, czy jedziemy do żłobka?
- Nie dzieci, dom. Mama - odpowiedział prosząco.
- Kochanie, ale mamusia musi iść do pracy. Zostaniesz z babcią?
- Mama nie tam. Tu, dom - zmarszczył smutno czółko.
- Kochanie, ale mamusia musi zarabiać pieniążki na jedzenie.
- Mamo, ale ja mam mniam-mniam... - powiedział i zarzucił mi rączki na szyję...
 


19 maja 2015 (wtorek)
- Mama! Patśś deść!
I rzeczywiście zaczęło kropić. Czasami się zastanawiam, dlaczego Hubisiowi z taką łatwością przychodzi nauczenie się słów kończących się na "rz", "sz" i "ść", a taki problem ma z dużo prostszymi? 


21 maja 2015 (czwartek)
Rośnie mi mały elegant. Każdą bluzeczkę musi zaakceptować, każde spodnie dokładnie obejrzeć. Jeśli stawiam go przed faktem dokonanym i próbuję założyć ubranko bez wcześniejszych "konsultacji", kończy się to zwykle wielkim buntem. Jeśli się zagapi i zapomni zaprotestować, mam jak w banku, że za dziesięć minut po prostu ściągnie sam ubranie (coraz lepiej idzie mu ściąganie bluzki). Pokazuje ubranko paluszkiem i kategorycznie mówi: "To bleee". Póki co sprawę rozwiązuję w ten sposób, że daję młodemu dwa ubranka do wyboru. On ma poczucie, że decyduje, ja unikam awanturki. Na razie to działa, ale nie wiem, co będzie dalej :-). 


23 maja 2015 (sobota)
Hubiś już tak wiele rozumie... Jutro Hubisiowy Tata wylatuje na tygodniowe szkolenie i Hubi nie odstępował go dzisiaj na krok. Widział walizki, pakowanie, słyszał nasze rozmowy. Wiedział, że zostanie w domu ze mną, że tata wyjeżdża. Obiecał tacie, że będzie się mną opiekował... mój mały mężczyzna...


24 maja 2015 (niedziela)
Dostałam dziś od Hubisia imieninowe róże. Wręczył mi je z takim przejęciem na buźce, że aż się wzruszyłam. Uwielbiam dostawać od Hubisia kwiaty, a dzięki jego tacie rzeczywiście zdarza się to często. Z okazji i bez okazji :-). Panie z kwiaciarni śmieją się, że Hubi to ich stały klient. A ja jestem z niego dumna.


26 maja 2015 (wtorek)
Po raz trzeci obchodzę Dzień Matki... Bycie mamą to najpiękniejsza życiowa rola jaka kiedykolwiek mi przypadła. Bo czy może istnieć większe szczęście niż ciepłe, mięciutkie łapki dziecka otaczające Twoją szyję? Lśniące oczka z miłością i zaufaniem wpatrzone w Twoje? Pachnące włoski wtulone w Twój nos? Czy to w ogóle możliwe?


30 maja 2015 (sobota)
Wstał po czwartej. Wyspany i roześmiany. Gotowy do zabawy. Podniósł mi palcami powiekę i powiedział "Mama, nie pij". A potem rzucił we mnie gumową piłeczką. Nie spałam już więc, a dzień wydał mi się taaaaki długi. Gdy na 10tą pojechaliśmy do dziecięcego stomatologa na wizytę adaptacyjną, Hubi był już tak śpiący, że zmęczenie wygrało z ciekawością. Po południu padł w końcu i spał nieprzerwanie ponad trzy godziny. Ostatni raz taką drzemkę zaliczył chyba jeszcze w 2013 roku :-).


1 czerwca 2015 (poniedziałek)
Wrócił z Cypru Hubisiowy Tata. W domu szaleństwo radości.


3 czerwca 2015 (środa) 
Hubiś ma nową fobię. Po mankietach bluzek przyszedł czas na metki. Wyciąga je z ubrań i każe je natychmiast obcinać. Czasami przyłapuję go, jak maca paluszkami bok bluzki i sprawdza, czy nie ma gdzieś metki. Obcięłam ich już chyba z dwadzieścia :-).


7 czerwca 2015 (niedziela)
Hubisiowy Tata: Kocham cię bardzo Huberciku.
Hubiś:  I ja. 


8 czerwca 2015 (poniedziałek)
Hubisiowa Mama: Kocham cię bardzo Huberciku.
Hubiś: Nie! Mama bleee! 


10 czerwca 2015 (środa)
Hubisiowa Mama: Kocham cię Huberciku.
Hubiś: I ja.

 
Hubisiowa mama

-♥-

wtorek, 9 czerwca 2015

Jantar

Kochamy morze i mamy to szczęście, że mieszkamy dwie godziny drogi od plaży. Zanim na świecie pojawił się Hubiś, bardzo często jeździliśmy nad morze po prostu na spacer. Od dwóch lat sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana logistycznie, ale i tak jeździmy tak często, jak tylko się da. Szczególnie, że najmłodszy członek rodziny aż piszczy z radości na widok gigantycznej piaskownicy :-).

Długi weekend i piękna pogoda zdecydowanie sprzyjała wyprawie, więc w sobotni poranek zapakowaliśmy po dach samochód (leżaki, parawan, wiaderka, łopatki i inny niezbędny sprzęt :-)), po czym wyruszyliśmy na północ. Zwykle jeździmy do Stegny, bądź Krynicy Morskiej, tym razem jednak zdecydowaliśmy się na Jantar, mając nadzieję na mniejsze tłumy plażowiczów. I okazało się, że to było bardzo dobre posunięcie.

Jantar powitał nas pięknym, złotym piaskiem, czystą linią brzegową i mnóstwem miejsca do zabawy :-). Gdy stanęliśmy na wydmie i pierwszy raz spojrzeliśmy na plażę i morze, Hubiś z wrażenia aż otworzył buzię i złapał się obiema rączkami za policzki :-). Był tak zachwycony, że wybuchnęliśmy z Hubisiowym Tatą śmiechem. Fantastycznie było zobaczyć szczerą, dziecięcą radość i przypomnieć sobie, za co kochamy tę wielką wodę.

Zachwycony Hubiś pół dnia spędził na bieganiu po piasku, noszeniu wody w wiaderku i lepieniu fosy z błota :-). Oczywiście wysmarowany po uszy filtrem 50tką, regularnie pojony, w czapeczce osłaniającej kark i w bluzeczce chroniącej przed oparzeniem słonecznym. A gdy musieliśmy zbierać się do domu, długo machał wodzie na pożegnanie...:-).



Mam nadzieję, że to nie była nasza ostatnia wyprawa nad morze tego lata. I że jeszcze zwiedzimy nowe miejsca. A może polecicie nam jakąś zaciszną, nadmorską miejscowość w centralno-wschodnich rejonach :-)?

Ściskam serdecznie wszystkich wielbicieli morskich fal :-)!

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 6 czerwca 2015

Insta-maj

Cudny był ten maj i bardzo intensywny. Pełen nowości, wyjazdów i rodzinnych uroczystości. Zaliczyliśmy nasz pierwszy raz u dentysty, pierwszy raz u strażaków i pierwszy raz w pociągu (na razie bez jazdy). Zapisaliśmy się od sierpnia do przedszkola. Znowu zaprzyjaźniliśmy się z piaskownicą. Zrobiło się ciepło, więc praktycznie wszystkie popołudnia i wczesne wieczory spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Pojechaliśmy nad morze, a potem Hubisiowy Tata poleciał szkolić się na Cyprze. Byliśmy kilka dni u Hubisiowych Dziadków i w odwiedzinach u Cioci. Świętowaliśmy urodziny Hubisiowego Taty, imieniny Hubisiowej Mamy, Hubisiowej Babci i Hubisiowej chrzestnej, no i oczywiście Dzień Matki :-). Dużo się działo...

Fajny był nasz maj. Bardzo. A kto nie podglądał nas na bieżąco na instagramie, może podejrzeć dzisiaj. Zapraszam na instagramowe podsumowanie maja:


1/2/ nasza pierwsza wizyta u dziecięcego stomatologa - na razie adaptacyjna :-); 3/ pierwszy raz od stu lat podróżowałam do rodziców pociągiem;
4/ spotkanie na szczycie w osiedlowej piaskownicy z Sylwią i Karoliną


1/ prawie cały maj spędzaliśmy popołudnia na dworze; 2/ śniadanie mistrzów :-); 3/ obowiązkowy punkt programu podczas zakupów;
4/ ukochane książki - będzie wpis


1/ 2/ 3/ 4 Stegna i spontaniczny wypad nad morze


1/ od pewnego czasu niewybaczalną matczyną zbrodnią jest brak monety 2 zł w kieszeni :-), 2/ jedziemy do Babci na imieniny;
3/ nareszcie wraca Hubisiowy Tata; 4/ wieczorny wypad na tirmisu z Sylwią


1/2/ wóz strażacki i najszczęśliwszy Hubiś ever;
3/4/  muffinki szpinakowe - wszystkie rodzinne maluszki wcinają je, aż im się uszka trzęsą


1/ nowy sklep, nowy samochód do przetestowania; 2/ kwiatki od synka;
3/ nie wiem, czy dam radę wytrzymać do urlopu i czy nie przeczytam wcześniej :-); 4/ w odwiedzinach u Maksa


1/ brum brum mniam mniam; 2/ imieninowe od moich chłopaków;3/ najlepszy na świecie szejk oreo z Sylwią;
4/ nie wiem, czy w mieście jest jeszcze jakiś wehikuł za dwa złote, w którym Hubiś by nie siedział :-)



A jak Wam minął maj :-)?

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

środa, 3 czerwca 2015

Oreo i truskawki, czyli duet doskonały

Lubicie ciasteczka oreo :-)? A truskawki :-)? Jeśli tak, to serdecznie zapraszam na deser, który łączy w sobie te dwa składniki. Nie tylko fantastycznie smakuje, ale również przepięknie wygląda. W dodatku jego przygotowanie trwa niecałe 15 minut :-).

Zimna, jogurtowo-oreowa masa przyjemnie orzeźwi Was w gorące dni, a połączenie bieli, czerni i czerwieni będzie niezwykle elegancko prezentować się na stole. Jestem pewna, że ten truskawkowo-oreowy duet zadowoli każdego, nie tylko takiego oreomaniaka, jak ja :-). 

Jeśli więc macie ochotę na coś prostego, szybkiego i bardzo smacznego, zachęcam do spróbowania!



Składniki (na 2 porcje):

♥ 8 ciasteczek oreo 1/2 kg truskawek
4 małe jogurty biszkoptowe ♥ listki mięty do przybrania

Kruszymy ciasteczka na dość drobne kawałki. Ja wkładam je do grubego, foliowego worka i traktuję tłuczkiem do mięsa :-). Truskawki myjemy i kroimy na ćwiartki. Na dno pucharków wysypujemy połowę skruszonych ciasteczek, wykładamy na nie połowę truskawek. Każdy pucharek zalewamy małym jogurtem. Następnie  wysypujemy resztę ciasteczek, na nie wykładamy warstwę truskawek i znowu zalewamy jogurtem. Wkładamy do lodówki, najlepiej na noc, by ciasteczka rozmiękły. Przed podaniem dekorujemy listkami mięty :-).





Smacznego!

Ps. Jeśli macie inne, smaczne i proste pomysły na wykorzystanie ciasteczek oreo, będę wdzięczna za podzielenie się nimi :-)!

Hubisiowa mama 
-♥-

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Pamiątkowa koszulka ciążowa

Posypało się ostatnio brzuszków w moim otoczeniu, oj posypało :-). Gdzie nie spojrzę, tam przyszła mama z bardziej lub mniej zaokrąglonym frontem :-). Co więcej, wciąż słyszę od znajomych o kolejnych brzuszkowych planach. Wspaniałe to i za serce łapiące, bo czyż istnieje na tym świecie większy cud niż nowe, maleńkie życie?

A skoro tak brzuchatkami obrodziło, pomyślałam, że przypomnę Wam naszą pamiątkową koszulkę ciążową DIY. Niezwykle pomysłową w swojej prostocie, tanią i banalnie prostą w wykonaniu. Do jej zrobienia wystarczy biały T-shirt i mazak do tkanin. Tym razem jednak nie skupię się na sposobie wykonania. Znajdziecie go u nas tutaj. Pokażę Wam za to, jak koszulka sprawowała się "w praniu", czyli na drugim (po hubisiowym), najbliższym mi brzuszku z moim kochanym siostrzeńcem na pokładzie :-).

Siostra moja, choć piękna dziewczyna, skromna jest niezwykle, także łepek jej na zdjęciach ucięłam, ale brzusio na szczęście pozostał :-). Zobaczycie, jak kolejne, skreślane tygodnie zbliżały nas do wyczekiwanego finału, a koszulka coraz mocniej opinała wzruszające krągłości. I jak wspaniałą pamiątkę będzie miał mały Maks:


 -♥-


 -♥-

 -♥-

 -♥-

 -♥-


I jak się Wam podoba pomysł na ciążową koszulkę? Robiłyście podobną? A może macie inny fajny pomysł na pamiątkę brzuszkowych postępów? Jestem żywo zainteresowana :-)!

Ściskam serdecznie wszystkie brzuchatki i niebrzuchatki!

Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.