AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

sobota, 25 lipca 2015

Mądry prezent dla trzylatka

Już za kilka dni mój Hubiś zostanie przedszkolakiem. Przyznam się Wam szczerze, że cały czas myślę o tym w kategoriach totalnej abstrakcji, bo przecież ledwie wczoraj opuściłam porodówkę. Ostatnie lata to jakiś przedziwny błysk czaso-przestrzenny :-). Ale fakt pozostaje faktem, nie mam już w domu bobasa, tylko małego chłopca, który wkracza w nowy etap swojego życia. Chłopca, który każdego dnia uczy się nowych rzeczy i domaga się samodzielności.

A potrafi coraz więcej. Zakłada i zdejmuje kalosze. Z kapciami i trampkami też idzie mu coraz lepiej. Sam ściąga i zakłada ubranka, korzystając z nocniczka. Potrafi umyć ząbki, rozpiąć zamek błyskawiczny i otworzyć kieszonkę na zatrzask. Zawzięcie ćwiczy nowe umiejętności i denerwuje się, gdy mu nie wychodzi. Widzę, jak bardzo mu zależy. Wzrusza mnie, jak walczy.

Dlatego tak bardzo spodobała mi się drewniana tablica umiejętności firmy Melissa & Doug. Jej głównym bohaterem jest miś, którego garderoba to prawdziwe wyzwanie dla początkującego przedszkolaka. Po świetnej tablicy z zamkami (klik), to kolejna zabawka tej firmy, którą z ręką na sercu mogę nazwać mądrą i pożyteczną. 



Bawiąc się misiem, nasz maluch uczy się wiązać sznurówki, posługiwać się zamkiem błyskawicznym i guzikami. Poznaje sposób zapięcia paska u spodni, kieszonkę na napę oraz zatrzask często występujący w dziecięcych plecaczkach. Każdy element może wziąć do rączki i układać według własnego pomysłu. Hubiś bardzo to lubi. Uczę go też, jak nazywają się poszczególne części garderoby, a potem szukamy ich w naszej szafie i próbujemy sobie z nimi poradzić :-).  

Sama zabawka jest kolorowa i bardzo stymulująca zmysły. Różne materiały, faktury, barwy... Do tego świetnej jakości drewno i rozczulająca misiowa bielizna w czerwone kropki :-). Szkoda, że tak rozwijających i mądrych zabawek nie ma na polskim rynku więcej.

Jeśli więc zastanawiacie się nad prezentem dla trzy- lub czterolatka, serdecznie ją Wam polecam. W morzu chińskiego plastiku, ta tablica zdecydowanie się wyróżnia :-).  

Nasza pochodzi z tego samego sklepu, w którym kupiliśmy tablicę z zamkami, czyli z mamaania.com.pl.  















 I jak się Wam podoba tablica umiejętności?

Ściskam serdecznie wszystkich przyszłych przedszkolaków i ich mamy :-)!

Hubisiowa mama

Ps. Cały czas trwa nasza rozdawajka z kulinarną "Ulicą Czereśniową". Wszystkich, którzy chcą, a jeszcze nie ustawili się w kolejkę, zapraszam tutaj (klik).

 
-♥-

środa, 22 lipca 2015

2,5 roczku Hubisia + wyniki rozdawajki

Dawno nas nie było. Porwało nas codzienne życie. Na szczęście nie tylko obowiązki, ale i przyjemności. Zachłannie wykorzystywaliśmy każdą wolną chwilę po powrocie z pracy i żłobka, a potem bez sił padaliśmy spać :-). Najczęściej całą trójką :-). W rezultacie przegapiłam mój tradycyjny insta-post i prawie przegapiłam comiesięczne podsumowanie Hubisiowego rozwoju. Na szczęście lipiec jeszcze nie minął i mam szansę nadrobić, a warto, bo ten miesiąc jest wyjątkowy. Dokładnie 4 lipca Hubi skończył dwa i pół roczku!































Jaki jest 2,5-letni Hubert? Duży :-)! I bynajmniej nie mam na myśli gabarytów (chociaż stopę ma olbrzymią), tylko o niezwykle szybkie tempo, w jakim się teraz rozwija. To zdecydowanie nie jest już dzidziuś. Potrafi się z nami kłócić (i to jak!). Potrafi żartować. Potrafi się nawet przekomarzać. Wielokrotnie zaskakiwał nas poczuciem humoru, którego zupełnie nie spodziewalibyśmy się po takim szkrabie.

Jest pogodnym, wesołym chłopcem, pod warunkiem, że przebywa wśród osób, które dobrze zna. Długo oswaja się z nowym miejscem i nieznajomymi osobami. Nie jest towarzyski. Nie lubi bawić się z innymi dziećmi. Nie wiem, czy to wynik prawa dżungli ze żłobka, czy po prostu ma taki charakter. Nie lubi dzieci i głośno nam to mówi. Gdy w piaskownicy bawią się jakieś maluszki, nie chce tam iść wcale. Gdy do zjeżdżalni podchodzi inne dziecko, on się wycofuje albo fuka oburzony. O podzieleniu się zabawką w ogóle nie ma mowy. Najchętniej bawiłby się tylko z nami, albo z dziadkami. Bardzo nie lubi, gdy popołudniami któregoś z nas zabraknie. Wszędzie by z nami chodził, chociażby to było tylko wyniesienie śmieci.

Ma fantastyczną pamięć. Przykładowo potrafi pokazać, gdzie w domu leży młotek, chociaż widział go przez sekundę jakieś pięć miesięcy temu. Doskonale wie, który z kilkudziesięciu sąsiadujących ze sobą garaży, to garaż Dziadka. Na parkingu bezbłędnie pokazuje nasze samochody. Pamięta milion różnych szczegółów i zaskakuje nas nimi co chwila.

O dziwo dość łatwo przyswaja reguły i zasady. Gdy wyprowadzaliśmy ostatnio psa Hubisiowego wujka i na moment zeszłam z chodnika na drogę, natychmiast przywołał mnie do porządku, mówiąc: "Mama tam nie, tam brum brum, chodź tu". Gdy Hubisiowa ciocia Magda powiedziała mu, że na polu lawendy może do woli biegać, ale nie powinien zrywać i dotykać kwiatków, tak wziął sobie to do serca, że nie mogłyśmy później zrobić zdjęć. Gdy tylko przygarniałam do siebie kwiaty, biegł i z przejęciem zdejmował moje ręce z lawendy, mówiąc "niu niu mama".

Jest uparty. Jak coś sobie zaplanuje, to nie ma zmiłuj. Pozwala założyć sobie na głowę tylko jedną czapkę i nie ma w ogóle możliwości, by przekonać go do założenia innej... Gdy nie chcemy się na coś zgodzić, opuszcza smutno głowę, a gdy i to nie zadziała zaczyna płakać, zerkając czy płacz działa :-).

Zrobił się samodzielny, wszystko chce robić "siam". Zakładać buciki, zdejmować i zakładać spodnie, robić listę zakupów. Nawet czereśnie z drzewa chciał ostatnio zrywać sam :-).

Coraz więcej mówi i bardzo, bardzo wiele rozumie. A gdy czegoś nie rozumie, na wszelki wypadek od razu zaprzecza. Śmieliśmy się ostatnio, że prawdziwy z niego przystojniak. Spojrzał na nas i wykrzyknął oburzony: "Ja nie to!". Podobnie zresztą było z "elegancikiem" i "przylepą". Nie znosi, gdy się o nim mówi "mały", natychmiast zaprzecza. Mówi, że mały to jest "Maś", czyli jego roczny kuzyn Maks.

Rozróżnia już naprawdę wiele kolorów. Coraz dłużej skupia się na książeczkach. Wciąż bawi się w dzielnego strażaka Huberta, a my odgrywamy role kotków na drzewach, które trzeba ratować... 

I rośnie... wciąż rośnie... Nosi ubranka o rozmiarze 92-98. Właśnie wyrasta z bucików o rozmiarze 24. Jest szczupły i ma ładnie zarysowane mięśnie nóg.

Czasami, gdy na niego patrzę, zastanawiam się, jak to możliwe, że jeszcze niedawno jego główka mieściła mi się w dłoniach. Jak szybko wszystko się zmienia. A przed nim (i nami) kolejne wielki zmiany - za dwa tygodnie Hubiś zostanie przedszkolakiem :-). 

Powiedzcie mi, kiedy to minęło :-)???


A na koniec, mam dla Was mały prezent. Bestsellerową "Ulicę Czereśniową" w kulinarnym wydaniu! Spośród wszystkich osób, które zostawią komentarz pod tym postem, Hubisiowa łapka wylosuje jedną, która dostanie od nas "Wielkie gotowanie na ulicy Czereśniowej. Przepisy na cztery pory roku". W tej sympatycznej książce mieszkańcy ulicy Czereśniowej zapraszają dzieci do wspólnego gotowania, prezentując ponad 50 przepisów na swoje ulubione potrawy. Z ich pomocą mali kucharze z łatwością przyrządzą wiosenną sałatkę z ziół, rzodkiewkowe myszki, lody na patyku, zupę z dyni, muffinki z kasztanami, czipsy z warzyw – i mnóstwo innych pyszności. Dowiedzą się też, jak wyhodować własne zioła, jak poradzić sobie z dziurami w naleśnikach czy jak siać rzodkiewki, żeby nie trzeba ich było potem zjeść wszystkich na raz. A nawet – jak zrobić własną książkę kucharską.

Warunek jest jeden, trzeba zostawić swoje imię i nazwisko oraz adres e-mailowy do kontaktu. Bawimy się do 27 lipca włącznie :-).


Ściskam serdecznie,


 ***Wyniki***


Kochani,  serdecznie dziękujemy Wam za udział w rozdawajce. Obiecujemy, że to nie ostatnia tego lata :-). I by nie przedłużać, od razu napiszę Wam, że Hubisiowy paluszek pokazał na ten komentarz:

Moniko, serdecznie gratulujemy wygranej i prosimy o kontakt z podanego przez Ciebie e-maila. Będziemy czekać do końca lipca. Pisz na adres e-mailowy podany w zakładce kontakt. Jeśli się nie zgłosisz, będziemy losować dalej.


 ***Wyniki - aktualizacja***

Z uwagi na to, że do 3 sierpnia Monika nie zgłosiła się po wygraną, losowaliśmy jeszcze raz. Tym razem padło na:


Kasiu, gratulujemy i czekamy na sygnał od Ciebie do 10 sierpnia włącznie :-).

Hubisiowa mama

środa, 15 lipca 2015

Książeczka z pomysłem

Wiecie za co kocham książeczki dla dzieci? Za to, że wciąż mnie zaskakują. Gdy myślałam, że widziałam już wszystko, w moje ręce wpadła pozycja, która pobiła wszelkie dotychczasowe atrakcje w postaci piszczałek, futerek i innych dziur :-). Książka z pomysłem, którego nie widziałam w żadnej innej. Książka z kinem w środku! No dobra, może nie z kinem, ale z elementami ruchu albo bardziej fachowo - animacji poklatkowej. Coś nowego, nietypowego i jakby nie było edukacyjnego.


"Mmmmm" Moniki i Adama Świerżewskich to wykonana z solidnego kartonu książeczka przeznaczona dla najmłodszych dzieci. Opowiada starą jak świat historię o misiu, któremu skończył się miód i który postanowił zdobyć go sam, ku wielkiemu niezadowoleniu pszczółek :-). Jest bez tekstu, w zamian oferując piękne, intensywnie kolorowe ilustracje. I chociaż już same obrazki skutecznie przyciągają wzrok, to najfajniejszą częścią książki są półkartki wprowadzone pomiędzy normalnymi stronami. Poruszając nimi szybko w prawo i w lewo, tam i z powrotem uzyskujemy efekt ruchu. Takie proste, a takie fajne :-).








Książeczka daje duże pole do popisu. Możemy sami opowiadać historię sympatycznego misia łakomczucha, może robić to maluch. Możemy skupić się po prostu na ilustracjach, albo spróbować wytłumaczyć starszemu dziecku, jak powstają animowane bajki. Hubisiowi na razie podoba się przede wszystkim machanie kartką, bez zagłębiania się w istotę i cel tego machania, ale jestem przekonana, że niedługo i to załapie.
Jeśli więc znudziły się Wam tradycyjne książeczki, albo szukacie czegoś nowego, zachęcam do sięgnięcia po "Mmmmm", tym bardziej, że jak na tak solidne wykonanie i piękne ilustracje naprawdę nie jest droga. My nasz egzemplarz kupiliśmy w jednej z wysyłkowych księgarni za 17 zł.




I jak się Wam podoba :-)?

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 11 lipca 2015

Dżem z czarnych porzeczek i marcepanu

Nie jestem perfekcyjną panią domu, nie mam spiżarki wypełnionej własnoręcznie przygotowanymi przetworami. Nie mam i nigdy nie miałam.... Zawsze wolałam pójść na przysłowiową łatwiznę i przywieźć coś od mamy, niż bawić się w to całe dobieranie nakrętek, pasteryzowanie i gotowanie. Zresztą, kto pracując i wychowując dziecko, będzie sobie na własne życzenie dokładał obowiązków? Zabiegana, nie miałam ani głowy, ani ochoty na słoiki. Nie miałam, dopóki nie trafiłam na ten przepis.

Przeglądając rok temu jedną z kulinarnych gazetek zobaczyłam dżem z czarnych porzeczek, marcepanu i czekolady... Brzmiało to tak smakowicie że natychmiast dostałam ślinotoku :-). Jeśli lubicie czarną porzeczkę, wyobraźcie sobie tylko.... Jej lekko cierpki smak przełamany migdałowym smakiem marcepanu i gorzką czekoladą... Bajka... Już kombinowałam jakby tu podrzucić przepis mamie, gdy moją uwagę zwrócił fakt, jak krótki on jest. Po chwili okazało się, że nie tylko krótki, ale i banalnie prosty. W końcu postanowiłam spróbować, z czeluści piwnicy wygrzebałam cztery słoiki i w dwadzieścia minut wyczarowałam najlepszy dżem z czarnych porzeczek, jaki kiedykolwiek miałam okazję jeść. Ja, osoba, która nigdy wcześniej nie robiła przetworów!
 
I właśnie dlatego, że przepis na ten dżem jest tak smaczny, szybki i prosty, postanowiłam puścić go w świat dalej. Jeśli więc jesteś fanem czarnej porzeczki i masz na zbyciu kilogram, spróbuj. Ośmielam się twierdzić, że nie będziesz żałować :-).












Składniki:
1 kg czarnych porzeczek ♥  1/2 kg cukru żelującego 2:1 10 dag masy marcepanowej
(ja kupuję w Lidlu za ok. 5 zł za 20 dag) 5 dag gorzkiej czekolady (zaw. kako min. 70%)

Odszypułkowane porzeczki miksujemy i mieszamy z cukrem żelującym oraz pokruszonym marcepanem. Mieszając, zagotowujemy i od momentu zawrzenia, nie przerywając mieszania, gotujemy 3 minuty. Mieszamy z pokruszoną czekoladą, aż ta całkowicie się stopi. Gorący dżem przekładamy do słików, zakręcamy i stawiamy do góry dnem, aż ostygną. I już, dżem na przykład do naleśników gotowy :-).

Smacznego!!!!


Hubisiowa mama

poniedziałek, 6 lipca 2015

Nocnikowa presja

Obiecałam sobie kiedyś, że na blogu nie pojawi się wpis o odpieluchowaniu Huberta. Bo to intymna sfera, mocno prywatna, bo może kiedyś będzie miał do mnie o to pretensję... Jednak wydarzenia ostatnich tygodni skłoniły mnie do ponownego przemyślenia tego postu. Dlaczego? Bo chciałam przekonać Was, że naprawdę nie warto wywierać presji. Ani na dziecku, ani na sobie. Że nie warto słuchać "dobrych rad" koleżanek i znajomych mam z piaskownicy, a potem wpędzać dziecko w poczucie winy. Bo sama jestem najlepszym przykładem, że jak się za bardzo chce, to zwykle nic z tego nie wychodzi, a jak się odpuści, to rzeczy dzieją się same.

Akcję odpieluchowanie rozpoczęłam na początku roku, gdy Hubi skończył dwa latka. Wszystkie koleżanki wokół opowiadały, jak to ich młodsze od Hubiego dzieci pożegnały się z pieluchą, uznałam więc, że nie ma co zwlekać. Wprawdzie wcześniejsze nieśmiałe podejścia do nocnika, nie spotkały się ani z ochotą, ani ze zrozumieniem ze strony mojego dziecka, ale świadomie, czy nieświadomie dałam się wciągnąć w tradycyjny wyścig matek. I poczułam presję. Niestety.


fot. Pinterest

W styczniu zakupiłam więc stosy majteczek, przygotowałam się na wielkie pranie i nastawiłam psychicznie na zwycięstwo. Teraz albo nigdy, powtarzałam sobie. Pieluchy albo ja. Hubi na pewno załapie, wystarczy być cierpliwą i konsekwentną. Inne dzieci w jego wieku już "TO" podobno potrafią, mój Hubi nie jest przecież gorszy.

Ku mojej wielkiej radości, szło nam całkiem dobrze. Na tyle dobrze, że pierwszy miesiąc uznałam za sukces. Inicjatywa leżała wprawdzie bardziej po naszej i żłobkowych opiekunek stronie, niż po stronie Huberta, ale zdecydowanie zmierzaliśmy w dobrym kierunku.

W lutym Hubi złapał jakieś paskudztwo, które na dwa tygodnie uziemiło nas w domu. Nie ma tego złego, pomyślałam. W końcu będę miała możliwość przebywania z nim 24 godziny na dobę i definitywnie zakończę sprawę odpieluchowania. Lecz z Hubim stało się coś dziwnego. Jakby cofnął się w umiejętnościach. Nie wołał, nie kontrolował, nie słuchał... A co najgorsze, widziałam, że zwyczajnie nie chciał tego robić.

Stwierdziłam, że to chorobowy kryzys i muszę po prostu przeczekać. Byłam cierpliwa, byłam konsekwentna. Tłumaczyłam, prałam, wycierałam i znowu tłumaczyłam. Nie odpuszczałam. Starałam się robić to najspokojniej jak zdołałam, ale nie ma się co oszukiwać, w końcu zaczęłam wywierać na nim presję. Kończył mi się czas, a było coraz gorzej... Dwa tygodnie minęły, musiałam wrócić do pracy. Dalej prałam, wycierałam, tłumaczyłam i znowu prałam. Stosy, ogromne stosy ubrań. Po kolejnych dwóch tygodniach bez pieluch i bez jakiegokolwiek sukcesu zaczęły opadać mi ręce. Hubi po prostu nie chciał siadać na nocniku, ani sedesie. Nie chciał i już. Gdy próbowaliśmy go posadzić, wyginał się tak, że tworzył artystyczny mostek. Krzyczał i uciekał. A ja miałam ochotę zrobić to samo...

Po 1,5 miesiąca (prawie trzy miesiące od rozpoczęcia) poddałam się. Zmęczona po nieprzespanej nocy i ciężkim dniu w pracy, po raz milionowy wycierając i tłumacząc, w końcu nie wytrzymałam. Popłakałam się mamie do słuchawki, przyznałam do porażki i poczucia bezsilności, po czym poszłam do sklepu i kupiłam pieluchy. Nocnik poszedł w odstawkę, podobnie nocnikowe książeczki i temat totalnie zniknął z naszego domu. Hubi, wyraźnie zadowolony, z ulgą przyjął powrót do pampersów. Ja z poczuciem totalnej porażki, jak ognia unikałam w piaskownicy tematu odpieluchowania.

I taki minął nam kwiecień i maj. Któregoś dnia, na początku czerwca, gdy ubieraliśmy Hubiego do żłobka, nie pozwolił założyć sobie pieluchy. A gdy ją już na sobie miał, natychmiast ją ściągał i krzyczał "Ja nie chcie to". Biegł do szuflady i wyciągał zapomniane już majteczki. Pamiętam, że Hubisiowy Tata powiedział: "Dobrze Hubi, ale wiesz, że jak pójdziesz do żłobka w majtkach, to będziesz musiał robić siusiu na nocnik?". Hubiś przytaknął, zdania nie zmienił, więc pojechał do żłoba z wielką torbą rzeczy na zmianę.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zaskoczenie, gdy po 9 godzinach odebrałam go w tych samych majteczkach, w których pojechał. I w jakim szoku byłam, gdy po powrocie do domu, młody poszedł do łazienki, zdjął spodenki, usiadł na nocniczku i użył go we właściwym celu. Co więcej, po dwóch godzinach zaprotestował, gdy chciałam pójść z nim do łazienki, bo on "siam". Tak po prostu poszedł i załatwił sprawę, ba, nawet wspiął się na stopień i rączki umył (podglądaliśmy go z Hubisiowym Tatą przez te wywietrzniki na dole drzwi  :-)).

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, kolejnego również. Najczęściej Hubi sam korzystał z toalety, albo wołał kogoś z nas, by pomógł mu przy ubrankach, po czym wypraszał za drzwi :-). Nie chciał się też zgodzić na założenie pieluchy na noc. Przystał dopiero na pieluchomajtki. Ale i one okazały się niepotrzebne, bo zawsze były suche. Ostatnio obudził nas po pierwszej w nocy i oznajmił, że chce do łazienki.

Mój dwu i pół letni syn podjął decyzję. On sam, nie mama, czy tata. Żadne nasze prośby, tłumaczenia, czy przekupstwa na niego nie podziałały. Żadne sztuczki z mądrych artykułów i blogów, ani żadne gadżety. Im bardziej chciałam ja, tym bardziej on się zamykał. I chociaż w moim odczuciu byłam cierpliwa i spokojna, to jednak on czuł, jak desperacko chcę ulżyć naszej pralce :-). Wszystkie dzieci są w tym wieku przekorne, ale nasz syn to wybitny egzemplarz. A może właśnie na przekór zdjął pieluchę? Bo chciałam mu ją zakładać, chociaż wcześniej tak desperacko tłumaczyłam, że jest dla dzidziusi, a nie dużych chłopczyków?

W każdym razie, oficjalnie mogę uznać Huberta za odpieluchowanego. Wpadki, które się nam zdarzają, są tak rzadkie, że nawet nie ma co sobie nimi głowy zawracać. A znajome mamy z piaskownicy, te które tak krzywo patrzyły na Hubisiową pieluchę... no cóż, chociaż od prawie roku mają dzieci bez pieluchy, to przy bardziej wścibskim dopytaniu się wychodzi na jaw, że: 1) dziecko nie woła, 2) jest wysadzane co godzinę, 3) na noc nosi pieluchę, 4) podczas jazdy samochodem nosi pieluchę, 5) podczas drzemek nosi pieluchę, 6) do lekarza nosi pieluchę itp, itd. Ale do pouczania pierwsze...

Bo kochani, prawda jest taka, że nic na siłę. A już na pewno nie w kwestii nocnika. Oczywiście nie twierdzę, by lekceważyć temat. Chcę Wam tylko na własnym przykładzie pokazać, że czasami Wasze (moje) starania mogą przynieść zupełnie odwrotny skutek. Że każde dziecko jest inne i naprawdę to, w jakim czasie pożegna się z pieluchą nie ma nic wspólnego z tabelkami, wykresami, czy dobrymi radami koleżanek-mam. Że mając przekornego potomka, swoją nieustępliwością (zwaną ładniej konsekwencją) możecie narobić sobie więcej szkody niż pożytku. Przynajmniej u nas tak było.

Chciałam pokazać Wam egzemplarz pieluszkowego stwora, który w jeden dzień kompleksowo rozprawił się z tematem. Bo okazuje się, że można. I wcale nie jest powiedziane, że u Was tak nie będzie. To tak dla pokrzepienia serc :-).

Ściskam serdecznie,

Hubisiowa mama
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.