AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 26 sierpnia 2015

Lawendowa sesja

Od dawna wychodzę z założenia, że lepiej mieć w albumie pięć dobrych, profesjonalnych zdjęć, niż sto pięć byle jakich. Dlatego wprowadziłam w Hubisiowie małą tradycję. Raz do roku oddajemy się w ręce naszego nadwornego fotografa Magdaleny Sulwińskiej i robimy wspólną, rodzinną sesję.  Kochane oczy męża, utrwalony na fotografii uśmiech Huberta... Moim zdaniem nie ma wspanialszej pamiątki. Tym bardziej, że Hubiś tak szybko się zmienia... Uwierzycie, że od hubisiowej sesji w kwiatach jabłoni (klik i klik) minął już ponad rok?

Tym razem plenerem naszej sesji było Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie. Jeśli w przyszłym roku będziecie latem w tych okolicach, serdecznie Was tam zapraszam. A tymczasem zobaczcie, jak wyglądało na zdjęciach Magdy z Hubisiową rodzinką w roli głównej :-):




























Przesyłam lawendowe buziaki,

Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Taty nigdy nie ma

Co tu dużo ukrywać, Hubercik nie jest syneczkiem mamusi. Nie to, żebym nie chciała, bo i owszem, nawet bardzo. Jednak na tym etapie życia jego największym przyjacielem, idolem i autorytetem jest Tata. To na Taty zdaniu najbardziej mu zależy, to Taty towarzystwo jest dla niego najcenniejsze. Gdy tylko Tata pojawia się na horyzoncie, mama natychmiast schodzi na drugi plan. Albo i na dziesiąty :-). To Tata ma przytulać. Tata ma kąpać, Tata ma usypiać... Wieczorem Hubiś bezceremonialnie wyrzuca mnie za drzwi :-). 

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że Hubisiowy Tata naprawdę dużo pracuje. Często wraca do domu dopiero na przysłowiową dobranockę, a gdy prowadzi szkolenia nie ma go nawet po kilka dni. Początkowo Hubiś dawał sobie tłumaczyć lub osładzał nieobecność Taty moimi buziakami i tuleniem. Jednak im starszy się stawał, tym większym stawało się to dla nas problemem. Potrafił długimi godzinami płakać za Tatą, wieczorami nie udawało mi się odciągnąć go od okna... Tęsknił, rozpaczał, nie rozumiał, dlaczego Taty nie ma... A ja dopiero po czasie zorientowałam się, że "praca" totalnie nic Hubertowi nie mówiła. 

Na książkę "Taty misia nigdy nie ma..." Heidi Howarth i Daniela Howarth trafiłam przypadkowo, przeglądając ofertę jednej z internetowych księgarni. Nie specjalnie spodobała mi się okładka, ale gdy przeczytałam jej opis i zobaczyłam cenę 12 zł, kupiłam. Kto by przypuszczał, że właśnie ta niepozorna pozycja, okaże się rozwiązaniem naszego "tatowo-pracowego" problemu?



Książeczka "Taty misia nigdy nie ma" opowiada historię małego misia, którego tata bardzo często jest poza domem. Mały miś zastanawia się, gdzie tata codziennie wychodzi i co tam właściwie robi. Co jest dla taty ważniejsze od niego, od wspólnego spędzania czasu i zabawy... Pewnego dnia postanawia wstać wcześnie rano i sam to sprawdzić. Gdy tata miś wychodzi z domu, mały miś podąża w ukryciu za nim. Po długiej wędrówce, tata miś zatrzymuje się przy rzece i zaczyna polować na ryby. W końcu woła do siebie małego misia (cały czas wiedział, że malec go śledzi) i wyjaśnia mu, dlaczego codziennie rano wychodzi z domu. Po prostu musi zdobyć pożywienie dla niego i jego mamy. 

Tata miś i mały miś spędzają razem fantastyczny dzień. Lecz gdy nadchodzi wieczór i trzeba wracać do jaskini, mały miś robi się bardzo smutny. Jutro tata miś znowu zmieni się w misia, którego nigdy nie ma... Widząc to, tata miś przytula małego misia mocno i mówi:

"Mały misiu - powiedział - to nie jest prawda, że jestem misiem, którego nigdy nie ma.
Wychodzę ponieważ muszę zdobyć pożywienie dla Ciebie i twojej mamy.
A gdy mnie nie ma, bo poluję cały dzień, myślę o tobie, jesteś cały czas ze mną tutaj - Tata Miś wskazał na swoje serce - i ufam, że ty też zawsze nosisz mnie w swoim serduszku".






Ta książeczka nie ma pięknych ilustracji, nie zachwyca też składnią, rymem, czy doborem słownictwa. W dodatku ćwiczenia, które umieszczono na jej końcu, to totalne nieporozumienie, jeśli za grupę docelową potraktujemy trzylatki (szczególnie prośba o wskazanie na mapie Kanady). Właściwie ta książeczka w ogóle nie powinna spodobać się Hubertowi... Tymczasem "Taty misia nigdy nie ma" to nasz hit ostatnich miesięcy.

Nie wiem, ile razy już ją czytałam... Kilkadziesiąt? Kilkaset? Jeśli tylko pozostawiam Hubertowi wybór książeczki, zawsze sięga po nią. Gdy pytam, jaka jest jego ulubiona, nieodmiennie odpowiada "tata nie ma dom". Nareszcie skończyła się rozpacz, gdy Hubisiowego Taty nie ma w domu. A gdy mimo wszystko zaczyna mu drgać bródka i widzę pierwsze łezki w oku, sięgam po nią i kryzys zażegnany. Hubiś sam tłumaczy mi teraz, że tata jest "w placy po mniammniam".


I chociaż nie jest to książeczka, która powala na kolana, to u nas sprawdziła się świetnie. Dlatego pomyślałam, że ją Wam pokażę. Może i Waszym maluszkom pomoże z "pracowym" problemem :-)?

Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

 -♥-

środa, 19 sierpnia 2015

Dlaczego moje dziecko nie dostanie loda


Nie lubimy się w Hubisiowie z pszczołami. I to bardzo. Z osami zresztą też nie. Ta nasza obopólna niechęć od lat przyćmiewa radość z letnich miesięcy. Bo chociażbym chuchała i dmuchała, miała głowę dookoła szyi i uważała na każdy krok, to i tak w końcu mnie ta paskuda dopada. Jakby czyhała specjalnie na mnie. Jakby szukała sekundy nieuwagi... W jakiś niepojęty sposób udaje jej się to każdego lata. I wtedy zaczyna się prawdziwa polka... Wystarczy, że użądli mnie w czubek palca i tak kończę w szpitalu. 

Ostatnio okazało się niestety, że z pszczołami nie będzie się też lubił Hubiś. Przekonaliśmy się o tym boleśnie na początku sierpnia, gdy użądlenie osy skończyło się dwudniowym pobytem na SORze. Pokąsała go gnida na balkonie, złośliwie i sadystycznie, bo w plecy i to przez koszulkę. Przybiegł z płaczem, kazał sobie zdjąć bluzeczkę i już po chwili miał na plecach obrzęk wielkości pięści. Rzuciliśmy wszystko i w trzy minuty byliśmy w przychodni. Tam "lekarka" rozłożyła tylko ręce (po bezskutecznych próbach szukania w książce, co powinna mu podać) i skierowała nas do szpitala. Gdy w 10 minut później wpadliśmy na izbę przyjęć obrzęk sięgał już szyi. Na plecach miał coś wielkości i koloru buraka, pod pachą jabłka. Wyglądało to przerażająco. Do tego dostał gorączki. Bałam się o niego bardzo. Na szczęście lekarze zareagowali szybko i po serii kroplówek obrzęk zaczął się widocznie zmniejszać. Następnego dnia było już właściwie po wszystkim. 

Ta przygoda uzmysłowiła mi, jak niebezpieczne może być dla dziecka użądlenie pszczoły, osy, szerszenia i innych paskudztw. Przecież do pierwszego użądlenia nie wiemy nawet jak nasze dziecko zareaguje na jad owada. Dobrze, jeśli skończy się po prostu małą opuchlizną. Ale co jeśli okaże się, że maluch jest uczulony? Co jeśli będziemy daleko od szpitala? Jeśli nie będziemy wiedzieć jak zareagować?

Ze szpitala wyszliśmy zdeterminowani, by chronić Huberta przed wszystkim co bzyczące i latające. Dostaliśmy receptę na adrenalinę i trochę wskazówek, jak uchronić go przed użądleniem. Wiedzieliście na przykład, że noszenie jaskrawo żółtej lub pomarańczowej odzieży sprzyja atakowi owada? Prawdopodobnie to właśnie pomarańczowa koszulka, w którą ubrany był Hubert, zwabiła tę feralną osę. To samo dotyczy ubrań w kwiatowe motywy. Dlatego, jeśli tylko macie możliwość, kupujcie dziecku ubranka w innych kolorach.

Warto też pilnować, by dziecko nie zbliżało się za bardzo do pojemników na śmieci i nie chodziło boso po ukwieconej łące (gniazda os znajdują się również w ziemi). Jeśli zostawiamy je śpiące na powietrzu, przykryjmy wózek lub łóżeczko moskitierą. Gdy owad usiądzie na dziecku, nie odganiajmy go w panice, bo wówczas potraktuje to jako atak. Podobno dużo bezpieczniej pozostać w bezruchu i poczekać aż owad odleci lub delikatnie go strzepnąć.

No i najważniejsze. Nie spuszczajmy dziecka z oczu, jeśli dajemy mu na świeżym powietrzu coś do jedzenia lub picia. W każdej chwili do butelki ze słodkim napojem może wlecieć owad. To samo tyczy się lodów, gofrów i innych słodkości. A użądlenie w okolicach języka i gardła jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Jak bardzo, przekonałam się na własnej skórze w ubiegły piątek.

Hubisiowa matka, mądra głowa, dała się bowiem namówić swojemu słodkiemu synkowi na loda. Świadoma oczywiście "owadziego" niebezpieczeństwa nie odrywałam od niego wzroku. Hubiś szczęśliwy wciągnął prawie całego loda, przy czym umorusał się kompletnie. W pewnym momencie stwierdził, że "juś nie chcie" i oddał mi wafelek. Trzymając resztkę loda w dłoni, drugą wycierałam buzię Huberta. Nie patrzyłam na to co trzymam, patrzyłam na Huberta. Gdy poczułam, że po nadgarstku spływa mi resztka lodów, odruchowo go polizałam. Nie widziałam jej. Nie wyczułam. Do tej pory nie wiem, jak to się właściwie mogło stać... Poczułam tylko nagły ból z przodu języka i sekundę później trzymałam w ręku żądło pszczoły. Hubisiowy Tata od razu zawiózł mnie do szpitala. I całe szczęście, bo po kilku minutach nie mogłam już złapać oddechu, a język nie mieścił mi się w buzi. Naprawdę mało brakowało. Lekarze powiedzieli mi później, że użądlenie w tylną część języka może skończyć się śmiercią nawet osoby, która nie jest uczulona na jad pszczół. Po prostu odcina człowiekowi dopływ powietrza i tyle. Dlatego tak bardzo trzeba uważać. I chronić maluchy.

Leżąc pod kroplówką nie mogłam sobie wybaczyć tej całej sytuacji. Przecież zaledwie tydzień wcześniej byliśmy w szpitalu z pożądlonym Hubertem. Jak mogłam zgodzić się na tego loda? Dlaczego nie pomyślałam? Całe szczęście, że to mnie spotkało, a nie jego. A może udziabało mnie po to, bym w końcu uzmysłowiła sobie, że w naszym przypadku nie może być mowy o jakimkolwiek jedzeniu słodkiego na świeżym powietrzu? Bez wyjątków... Bez łamania się pod proszącymi oczkami synka...

Kolejne, życiowe doświadczenie do kolekcji. I kolejna nauka rodzicielskiej odpowiedzialności.

Pozdrawiam i trzymajcie się z dala od os!!!

Hubisiowa mama

 -♥-

środa, 12 sierpnia 2015

O szczęściu i wstydzie



Dokładnie tydzień temu trafiliśmy z Hubim do szpitala. Okazało się, że nasz syn i osa to wybuchowa mieszanka, w efekcie której spędziliśmy dwa dni na SORze. Ale nie o jadowych alergiach chciałam dzisiaj pisać, bo to temat na oddzielnego posta. Chciałam natomiast opowiedzieć Wam o szczęściu, jakie wtedy zobaczyłam na buźce Huberta i o zawstydzeniu, jakie w tym szpitalu poczułam. A także o mądrości, jaką postarałam się z tej lekcji wyciągnąć...

Gdy Hubi trafił na SOR był w kiepskim stanie fizycznym. Opuchlizna, gorączka, kroplówki... to wszystko spowodowało, że pierwszego dnia albo spał, albo płakał. Lecz gdy obudził się następnego dnia rano, zachowywał się już zupełnie normalnie. Odczyn przestał się powiększać, gorączka ustąpiła, kroplówki miał aplikowane tylko co kilka godzin. Wprawdzie lekarze nie pozwolili nam jeszcze opuścić szpitala, ale Hubiś czuł się świetnie i chciał się bawić.

Bawiliśmy się więc. Pozbawieni zabawek, możliwości wyjścia na korytarz (na SORze był zakaz wychodzenia z pokoju), laptopa i animowanych bajek, bawiliśmy się wspaniale. Na sto procent... z odgrywaniem ról i z przerwami tylko na kroplówki i jedzenie. Przez wiele godzin gasiliśmy pożary, ściągaliśmy kotki z drzew, łowiliśmy ryby w rzece, bawiliśmy się w bibliotekę i biegaliśmy po pokoju, udając sowy. Hubiś, dzwoniący do straży pożarnej, by zgłosić pożar, a potem zbierający sprzęt, zakładający hełm i ruszający do akcji, wywoływał szczery śmiech wszystkich osób, które z nami tam przebywały. Innych pacjentów, ich rodziców, lekarzy i ratowników medycznych (w pokoju intensywnej opieki zawsze był z nami ktoś z personelu). Szybko zaczęto go nazywać "małym strażakiem" :-).

Hubiś był taki szczęśliwy... Wszyscy się do niego uśmiechali, wszyscy zaczepiali. Niektórzy przyłączali się na krótko do naszych zabaw. Ale widziałam, że najszczęśliwszy jest, gdy patrzy na mnie. I wtedy zrobiło mi się wstyd, bo uzmysłowiłam sobie, że tak szczęśliwego Huberta chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Że po raz pierwszy od 1,5 roku, czyli od mojego powrotu do pracy, poświęciłam swojemu synkowi 100% uwagi przez cały dzień. Nie przerywałam zabawy, by wstawić pranie, nie rozmawiałam przez telefon, nie zerkałam kątem oka na wiadomości. Nie przeglądałam internetu, nie słuchałam w tle audiobooka. Opowiadałam tę samą bajkę dziesięć razy, nie robiąc w myślach listy rzeczy, jakie przed snem muszę jeszcze zrobić. Całkowicie się na nim skupiłam. A on to widział i nagradzał najpiękniejszym uśmiechem świata.

Szybki rachunek sumienia uzmysłowił mi, że chociaż bawię się z Hubim codziennie, to nie do końca się w to angażuję. Po powrocie z pracy mam tyle rzeczy do zrobienia, tylko telefonów do wykonania, że w efekcie skupiam się na wszystkim, tylko nie na wspólnej zabawie. Często jestem też zwyczajnie zmęczona. Ale czy to jest wytłumaczenie? Po nieprzespanej nocce na SORze też byłam wykończona, a jednak się dało (swoją drogą nie macie pojęcia, jaki kocioł panuje w nocy na ostrym dyżurze w wojewódzkim szpitalu dziecięcym).

Minął już prawie tydzień, a ja wciąż wspominam te jego szczęśliwe oczy. Chciałabym widzieć je codziennie. Chciałabym dać mojemu dziecku poczucie, że jest najważniejszy. Chciałabym, by zrozumiał, że żadne pranie nie jest ważniejsze od niego. 

Wtedy, w szpitalu, obiecałam sobie, że po powrocie do domu, postaram się bardziej... Oczywiście nie rzuciłam pracy i wciąż odkurzam, ale robię co w mojej mocy, by nasz wspólnie spędzony czas był lepszy. Nawet jeśli codzienne obowiązki ograniczają mnie czasowo, nawet jeśli oznacza to prasowanie po nocach. Bo dla niego warto...

Dlaczego o tym piszę? Bo to, co widzę na naszym placu zabaw najlepiej pokazuje, że podobny do mojego rachunek sumienia, powinno zrobić wielu rodziców. Bo, gdy dwa dni temu bawiliśmy się z Hubim w sklep, w trzy sekundy otoczyły nas inne maluchy. Trzy- i czterolatki, łaknące uwagi i wspólnej zabawy. Każde z nich było z rodzicem, każde zostawione samemu sobie... Miały grzebać w piaskownicy, zjeżdżać na zjeżdżalni, bujać się na huśtawce i najwidoczniej nie przeszkadzać rodzicom, stojącym obok i rozmawiającym przez telefon. I znowu zalała mnie fala wstydu, bo przypomniałam sobie, ile razy to ja tak stałam z telefonem, a mój Hubiś szukał sobie zajęcia. Ile razy ciągnął mnie za rękę na zjeżdżalnię, a ja tłumaczyłam mu, że to nie dla mamuś, tylko dzieci... 

Trzeba było osy i szpitala, bym uzmysłowiła sobie, że ta moja świetna organizacja czasu i podzielność uwagi, wcale taka świetna nie jest. I że instagram mogę przejrzeć, kiedy 100% uwagi poświęcać będzie Hubertowi jego Tata. Bo internet i mycie okien mogą poczekać, a dzieciństwo mojego syna jest tylko jedno i minie szybciej, niż myślę...

Trzymajcie się ciepło :-)!

Hubisiowa mama 
-♥-

wtorek, 11 sierpnia 2015

Insta-czerwiec/lipiec

Czerwiec i lipiec. Dwa miesiące po brzegi wypełnione ważnymi dla Hubisiowej rodzinki wydarzeniami. Pożegnaliśmy żłobek, przywitaliśmy przedszkole. Syn nasz jedyny rzucił w kąt pieluchy. Rozgadał się i urósł. Jeśli to w ogóle możliwe, zrobił się jeszcze fajniejszy :-). W czerwcu hucznie bawiliśmy się na weselu przyjaciół, a w lipcu już dużo spokojniej na roczku mojego chrześniaka. Podróżowaliśmy. Najpierw zaliczyliśmy wypad nad Bałtyk, a potem leniuchowaliśmy w Chorwacji. Sami :-)! Zrobiliśmy sobie rodzinną sesję na polach lawendy i teraz czekamy z niecierpliwością na wszystkie zdjęcia. Zaliczyliśmy też trochę "pierwszych razów". Hubiś pierwszy raz w życiu podróżował pociągiem, jeździł konno i pływał z nami kajakiem. A dzięki uprzejmości wujka-strażaka miał dla siebie całą remizę strażacką wraz z wyposażeniem. No i jeździł prawdziwą koparką :-).

Dużo się działo, a trochę tej naszej codzienności mogliście podejrzeć na Instagramie. Dla tych, którzy nie widzieli, oto mały wyciąg :-). Zapraszam ciepło:

1/2/3/4 Chorwacja, nasz drugi miesiąc miodowy :-)
1/2/3/4/ Chorwacja - pełen relaks :-)
1/2/3/4/ - Chorwacja - czy to normalne, że nie chcę jechać nigdzie indziej :-)?
1/2/3/4/ Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie - rodzinna sesja fotograficzna
1/2/3/4/ jezioro Ukiel o zachodzie słońca - jak tu nie kochać Olsztyna :-)?
1/2 - cała remiza dla Hubisia; 3/ u Hubisiowych Dziadków w ogródku; 4/ pierwszy kajaczek w życiu Hubisia
1/ polędwiczka z watą cukrową? Czemu nie :-)? 2/ atak na mamę; 3/4/ banieczki
1/ zrywamy czereśnie; 2/3/4/ roczek Maksia :-)
1/ pierwszy raz na koniku; 2/ piknik radcowski; 3/4/ plac zabaw :-)
1/ truskawki prosto z krzaczka; 2/ z Sylwią z Jej cały świat na babskich plotkach; 3/ choróbsko; 4/ mały ogrodnik
1/ kocurek na placu zabaw; 2/ tunel - jedna z ulubionych zabawek; 3/ hamak u Dziadków; 4/ sezon ogórkowy
1/ Jantar; 2/ świętujemy Dzień Ojca; 3/ młody operator koparki; 4/ u fryzjera
1/ Dziadek zainstalował Hubisiowi huśtawkę; 2/ ślub Mileny i Bartka; 3/ olsztyńska starówka; 4/ ciacho z moją Anetką





A jak Wam minęły pierwsze letnie miesiące :-)?

Ściskam serdecznie,

Hubisiowa mama 
-♥-

niedziela, 9 sierpnia 2015

Z Hubisiowej biblioteczki # 7

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek. Zapadających w pamięć i ściskających serce. Takich, które otwierają oczy i na zawsze zmieniają światopogląd. Trafiły mi się niedawno aż dwie takie perełki i bardzo chciałabym je Wam polecić. Nie są to książki łatwe, nie zawsze są też przyjemne, ale obie są naprawdę świetne. I nawet jeśli nie do końca wpisują się w klimat "wakacyjnej lektury", to sięgnijcie po nie, jeśli będziecie mieć okazję. Jestem przekonana, że nie będziecie żałować.


Khaled Hosseini "Tysiąc wspaniałych słońc"

Przyznam się Wam szczerze, że "Tysiąc wspaniałych słońc" to książka, po którą sięgnęłam bez specjalnego przekonania. Nigdy nie interesowałam się tematyką islamu, Afganistanu, czy kobiet ukrywających ciała w burkach. Oprócz pobieżnej wiedzy o afgańsko-radzieckiej wojnie w latach osiemdziesiątych, interwencji NATO i talibach, niewiele mogłam powiedzieć o tym państwie. W dodatku egzotycznie brzmiące nazwisko autora sprawiło, że nastawiłam się na trudną stylistycznie, mocno "wschodnią" lekturę. I w sumie nie wiem, jak to się właściwie stało, że ją wybrałam, bo ani nie widziałam jej na liście nowości (Hosseini wydał ją w 2007 r.), ani nie znałam innych książek tego autora. Jednak przyciągnęła mnie do siebie i cieszę się bardzo, bo przegapiłabym jedną z najlepszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać.

Książka Hosseini'ego okazała się przepełnioną emocjami, wstrząsającą i niezwykle wciągającą historią. To opowieść o dwóch kobietach, różniących się od siebie wiekiem, pochodzeniem i wychowaniem, których losy w pewnym momencie splatają się w jeden. Mariam i Lajla zostają żonami tego samego męża Rasheeda. Głupca i sadysty, któremu jednak prawo i afgańska tradycja pozwalają w stosunku do nich praktycznie na wszystko.

Mariam i Lajla, chociaż początkowo nie przepadają za sobą, szybko stają się sobie bardzo bliskie. W tym okrutnym domu potrzebują się nawzajem, by przetrwać. Przyjaźń, która je połączy jest wyjątkowa i piękna. I chociaż powstała na fundamencie strachu, bólu i upokorzenia, to w najgorszym momencie pozwoliła im odnaleźć sens życia.

"Tysiąc wspaniałych słońc" to książka, która udowadnia jak silne są kobiety. Jak są mądre, ale jednocześnie bezbronne wobec totalnej głupoty i okrucieństwa wielu afgańskich mężczyzn. Wciąż nie potrafię zrozumieć, jak w dzisiejszych czasach może istnieć kultura pozwalająca mężczyznom traktować kobiety w ten sposób...

Ta książka jest piękna i gorzka zarazem. Każda jej strona. Naprawdę jestem pełna podziwu dla autora, który prostym, wręcz reporterskim stylem, potrafił stworzyć tak poruszającą historię. Hosseini poprowadził mnie przez cały wachlarz emocji. Od uśmiechu po wściekłość. Od współczucia po gniew na główne bohaterki. Wierzyłam w nie, solidaryzowałam się z nimi, nie rozumiałam ich postępowania... Ale obie pokochałam.

"Tysiąc wspaniałych słońc" to historia, którą przesiąknęłam po czubki palców. Bardzo serdecznie ją Wam polecam!



Lisa Genova "Sekret O'Brienów"

"Sekret O'Brienów" to wielki powrót do formy Lisy Genovy, autorki "Motyla", o którym do znudzenia wspominam w każdym książkowym wpisie, bo wciąż polecam, polecam, polecam ją Wam gorąco :-). Po fantastycznym debiucie Genova wydała jednak dwie słabsze książki (z tendencją zniżkową niestety, trzecia gorsza od drugiej), dlatego z lekkim niepokojem sięgałam po jej czwartą powieść. Na szczęście moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.

To przez "Sekret O'Brienów" mój mąż miał trzy dni z rzędu to samo na obiad, a sterta rzeczy do prasowania sięgnęła sufitu:-). Kolejna, po "Motylu", książka Genovy, od której po prostu nie mogłam się oderwać. Gdy tylko Hubiś zasypiał, chwytałam ją i przenosiłam się do irlandzko-katolickiej dzielnicy Bostonu, gdzie (nie)zwykła rodzina O'Brienów stanęła przed wielką życiową próbą.

Joe O'Brien jest szanowanym policjantem, szczęśliwym mężem Rose i ojcem czwórki dorosłych dzieci. Kiedy zaczyna mieć problemy z atakami złości, koncentracją i drgawkami, przypisuje to przemęczeniu. W końcu daje się namówić żonie na wizytę u neurologa i przeżywa szok, gdy słyszy diagnozę. To choroba Huntingtona, zwana najokrutniejszą chorobą znaną człowiekowi. Powoduje niekontrolowane ruchy ciała, zmniejszenie napięcia mięśni, zmiany nastroju, depresję, otępienie i zaburzenia pamięci. Jest nieuleczalna i bezwzględna. Od momentu pojawienia się pierwszych objawów - zwykle około 35 roku życia - prowadzi do śmierci w ciągu 10-20 lat.

Choroba Huntingtona stopniowo odbiera Joemu kontrolę nad własnym życiem. Traci pracę... Traci władzę nad swoim ciałem, odruchami i reakcjami. Powoli staje się więźniem choroby. Przygniata go też świadomość, że każde z jego dzieci ma pięćdziesiąt procent szans na jej odziedziczenie. Wprawdzie każde z nich może wykonać test DNA, ale stoją przed wielkim dylematem... Bo jak mają dalej żyć z wiedzą, że również zachorują na tę okrutną chorobę? Boją się i buntują. Są prawdziwi, są ludzcy...

Ale ta książka to nie tylko opis choroby. To przepiękny obraz rodziny, jej jedności i siły, historia wsparciu najbliższych, wyborów, wybaczania i miłości rodzicielskiej. Niesamowicie poruszył mnie wątek mamy Joe'go, a jej ostatnie słowa głęboko zapadły w serce i pamięć. Bardzo podobało mi się też zakończenie, które sprawiło, że ta niesamowita książka stała się manifestem walki o marzenia, miłość i godne życie, a nie tylko opisem choroby.

Świetnie skonstruowana, z dobrym tempem i mocnymi, wyraźnymi postaciami jest pozycją, obok której nie można przejść obojętnie. Z całego serca polecam!


Hubisiowa mama 
-♥-

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.