AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 12 sierpnia 2015

O szczęściu i wstydzie



Dokładnie tydzień temu trafiliśmy z Hubim do szpitala. Okazało się, że nasz syn i osa to wybuchowa mieszanka, w efekcie której spędziliśmy dwa dni na SORze. Ale nie o jadowych alergiach chciałam dzisiaj pisać, bo to temat na oddzielnego posta. Chciałam natomiast opowiedzieć Wam o szczęściu, jakie wtedy zobaczyłam na buźce Huberta i o zawstydzeniu, jakie w tym szpitalu poczułam. A także o mądrości, jaką postarałam się z tej lekcji wyciągnąć...

Gdy Hubi trafił na SOR był w kiepskim stanie fizycznym. Opuchlizna, gorączka, kroplówki... to wszystko spowodowało, że pierwszego dnia albo spał, albo płakał. Lecz gdy obudził się następnego dnia rano, zachowywał się już zupełnie normalnie. Odczyn przestał się powiększać, gorączka ustąpiła, kroplówki miał aplikowane tylko co kilka godzin. Wprawdzie lekarze nie pozwolili nam jeszcze opuścić szpitala, ale Hubiś czuł się świetnie i chciał się bawić.

Bawiliśmy się więc. Pozbawieni zabawek, możliwości wyjścia na korytarz (na SORze był zakaz wychodzenia z pokoju), laptopa i animowanych bajek, bawiliśmy się wspaniale. Na sto procent... z odgrywaniem ról i z przerwami tylko na kroplówki i jedzenie. Przez wiele godzin gasiliśmy pożary, ściągaliśmy kotki z drzew, łowiliśmy ryby w rzece, bawiliśmy się w bibliotekę i biegaliśmy po pokoju, udając sowy. Hubiś, dzwoniący do straży pożarnej, by zgłosić pożar, a potem zbierający sprzęt, zakładający hełm i ruszający do akcji, wywoływał szczery śmiech wszystkich osób, które z nami tam przebywały. Innych pacjentów, ich rodziców, lekarzy i ratowników medycznych (w pokoju intensywnej opieki zawsze był z nami ktoś z personelu). Szybko zaczęto go nazywać "małym strażakiem" :-).

Hubiś był taki szczęśliwy... Wszyscy się do niego uśmiechali, wszyscy zaczepiali. Niektórzy przyłączali się na krótko do naszych zabaw. Ale widziałam, że najszczęśliwszy jest, gdy patrzy na mnie. I wtedy zrobiło mi się wstyd, bo uzmysłowiłam sobie, że tak szczęśliwego Huberta chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Że po raz pierwszy od 1,5 roku, czyli od mojego powrotu do pracy, poświęciłam swojemu synkowi 100% uwagi przez cały dzień. Nie przerywałam zabawy, by wstawić pranie, nie rozmawiałam przez telefon, nie zerkałam kątem oka na wiadomości. Nie przeglądałam internetu, nie słuchałam w tle audiobooka. Opowiadałam tę samą bajkę dziesięć razy, nie robiąc w myślach listy rzeczy, jakie przed snem muszę jeszcze zrobić. Całkowicie się na nim skupiłam. A on to widział i nagradzał najpiękniejszym uśmiechem świata.

Szybki rachunek sumienia uzmysłowił mi, że chociaż bawię się z Hubim codziennie, to nie do końca się w to angażuję. Po powrocie z pracy mam tyle rzeczy do zrobienia, tylko telefonów do wykonania, że w efekcie skupiam się na wszystkim, tylko nie na wspólnej zabawie. Często jestem też zwyczajnie zmęczona. Ale czy to jest wytłumaczenie? Po nieprzespanej nocce na SORze też byłam wykończona, a jednak się dało (swoją drogą nie macie pojęcia, jaki kocioł panuje w nocy na ostrym dyżurze w wojewódzkim szpitalu dziecięcym).

Minął już prawie tydzień, a ja wciąż wspominam te jego szczęśliwe oczy. Chciałabym widzieć je codziennie. Chciałabym dać mojemu dziecku poczucie, że jest najważniejszy. Chciałabym, by zrozumiał, że żadne pranie nie jest ważniejsze od niego. 

Wtedy, w szpitalu, obiecałam sobie, że po powrocie do domu, postaram się bardziej... Oczywiście nie rzuciłam pracy i wciąż odkurzam, ale robię co w mojej mocy, by nasz wspólnie spędzony czas był lepszy. Nawet jeśli codzienne obowiązki ograniczają mnie czasowo, nawet jeśli oznacza to prasowanie po nocach. Bo dla niego warto...

Dlaczego o tym piszę? Bo to, co widzę na naszym placu zabaw najlepiej pokazuje, że podobny do mojego rachunek sumienia, powinno zrobić wielu rodziców. Bo, gdy dwa dni temu bawiliśmy się z Hubim w sklep, w trzy sekundy otoczyły nas inne maluchy. Trzy- i czterolatki, łaknące uwagi i wspólnej zabawy. Każde z nich było z rodzicem, każde zostawione samemu sobie... Miały grzebać w piaskownicy, zjeżdżać na zjeżdżalni, bujać się na huśtawce i najwidoczniej nie przeszkadzać rodzicom, stojącym obok i rozmawiającym przez telefon. I znowu zalała mnie fala wstydu, bo przypomniałam sobie, ile razy to ja tak stałam z telefonem, a mój Hubiś szukał sobie zajęcia. Ile razy ciągnął mnie za rękę na zjeżdżalnię, a ja tłumaczyłam mu, że to nie dla mamuś, tylko dzieci... 

Trzeba było osy i szpitala, bym uzmysłowiła sobie, że ta moja świetna organizacja czasu i podzielność uwagi, wcale taka świetna nie jest. I że instagram mogę przejrzeć, kiedy 100% uwagi poświęcać będzie Hubertowi jego Tata. Bo internet i mycie okien mogą poczekać, a dzieciństwo mojego syna jest tylko jedno i minie szybciej, niż myślę...

Trzymajcie się ciepło :-)!

Hubisiowa mama 
-♥-

26 komentarzy:

  1. Piękny wpis Asiu! I ja też powinnam zrobić taki rachunek sumienia ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow. Dobrze powiedziane, praca i codzienne obowiązki zabierają nam to co najważniejsze - nasze dzieci. Już się nie mogę doczekać weekendu.
    A co do osy, my mieliśmy więcej szczęścia. W ciągu tygodnia dwa ukąszenia ale na szczescie brak alergii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To całe szczęście, bo osy to naprawdę niebezpieczne paskudztwa. Ściskam serdecznie!

      Usuń
  3. nic dodać nic ująć - szkoda, że tak mało rodziców dostrzega to co Ty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też długo byłam dumna ze swojej "podzielności uwagi". Niby bawiłam się z Hubisiem, ale drugą ręką robiłam sto innych spraw. Nie zdawałam sobie sprawy...

      Usuń
  4. Cześć Asiu. Ja już od dawna mam wyrzuty, pomimo tego, że jestem z Różą w domu i powinnam mieć dla niej najwięcej czasu, to ciągle coś robię, a to trzeba odkurzyć, a pranie, a prasowanie, a coś, a coś...to tata przychodzi z pracy siada na dywanie i już jest tylko małej. Mama w tym czasie znowu sprząta bo po obiedzie, bo trzeba przygotować kąpiel, bo zaraz kolacja itd. Niestety mamy są od obowiązków a tatusiowie od przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dużo racji w tym, co piszesz. Tatusiowie często są lepszymi kompanami do zabawy, bo się angażują. Koncentrują na dziecku, a malec to czuje. I to jest ok. To my, mamy musimy czasami odłożyć wszystko na bok i po prostu być z dzieckiem. Tak na 100%. Nie mówię, że cały dzień, bo przecież obiad się sam nie zrobi, ale chociaż trochę... Ściskam Cię ciepło!

      Usuń
  5. Piękny tekst!!!! Mam nadzieję, że odwiedzin na sorze będzie jak najmniej, ale takich wspólnych zabaw jak najwięcej :) Wiesz, aż takich wyrzutów sumienia miec nie możesz bo to by cię wykończyło - jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje gorsze i lepsze dni! Wiesz mi, że jeśli bawisz się z dzieckim i poświęcasz mu swój czas to dziecko to doceni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tego się będę trzymać :-). Dziękuję Ci i serdecznie pozdrawiam

      Usuń
  6. Piękny post. Ja niby nie pracuje a czasem mam takie poczucie winy :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i trzymam kciuki za nas obie. Nasze maluchy tak szybko rosną...

      Usuń
  7. Wiesz Asiu,

    Zgadzam się w 100% że takie rzeczy jak któryś telefon z kolei, czy przeglądanie neta można zostawić na porę jak dziecko śpi. Ale wydaje mi się że nie można też uciekać przy dziecku od innych obowiązków. Myślę że dobrze jak dziecko widzi że w domu trzeba pozmywać naczynia, wstawić czy wywiesić pranie, czy odkurzyć. Bo taka jest rzeczywistość...Dzięki temu dziecko od małego uczy się że życie to nie tylko zabawa ale również jakieś obowiązki. A dziecko zawsze można jakoś w te obowiązki zaangażować- można razem śmieci wyrzucić, można poprosić żeby pranie wrzucił do miski z pralki, czy pomógł poznosić brudne naczynia do zlewu. Ja mam wrażenie że mojemu synkowi czasem te czynności sprawiają większą frajdę niż zabawki. A robienie tego wszystkiego po nocach?Asiu, odpocząć też trzeba kiedyś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, z tym, że mój Hubiś jest chyba jeszcze za mały i nie chce pomagać mi w obowiązkach domowych. Próbowałam wielokrotnie, ale nudzi mu się po 30 sekundach :-). Mam nadzieję, że się wkrótce da przekonać. Obowiązki domowe mam jak każdy, ale staram się wykonywać je wtedy, kiedy z Hubim spędza czas jego Tata :-). Ściskam serdecznie!!!!

      Usuń
  8. Sama prawda... też miałam taki moment.. ciągle zabiegana, zapracowana, brak czasu.. Dziecko zasługuje na 100% uwagi, jednak to bardzo ciężkie do wykonania kiedy się pracuje i nie ma się dodatkowych rąk do pomocy. Staram się jak mogę, żeby codziennie patrzeć w te moje kochane oczka, które są przepełnione miłością i radością. Pozdrawiam gorąco :* dobry tekst..

    OdpowiedzUsuń
  9. Mądrze piszesz, ale nie jest to proste oddać swój czas dziecku na 100%. Bardzo bym tak chciała, ale przy bliźniakach czasem nie starcza sił. Ale to co powiedziałaś sprawiło, że po raz kolejny obiecuję sobie, że będę się starać, Tym bardziej, że mam świadomość, że to nie ilość ale jakość wspólnie spędzonego z dziećmi czasu stanowi o tym, jaką więź z nim nawiązujemy :( Kasia

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja miałam niedawno podobne przemyslenia po wizycie u rodziców, kiedy moja mama calymi dniami bawila się z Polka, bez tego zaraz za chwilkę za sekundkę za momencik tylko... to i tamto.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzięki Asiu! Pokora na mnie spływa. A wydawało mi się, że wszystko robię dobrze. Zastanowię się raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Ciebie to się akurat w ogóle nie martwię :-)

      Usuń
  12. Też to robię - wszystko na kilkadziesiąt procent, nigdy na 100%, ciągle: zaraz, bo teraz mama pracuje.
    Czasem oczywiście dobrze jest zostawić dzieciaki samym sobie, sprzyja to kreatywności i jest rozwojowe, ale oczywiście wtedy gdy one chcą. Wówczas nawet lepiej nie wtrącać się do ich zabaw, bo to wybija ich z rytmu. Ale co innego, gdy dzieci po prostu łakną towarzystwa i kontaktu. Nie stosu zabawek i książeczek, tylko osoby, która się z nimi pobawi, albo przeczyta. I tak jak pisesz.. już dawno odkryłam że zabawki są tylko dodatkiem bardziej potrzebnym nam. Może czasem zagłuszającym wyrzuty sumienia, że nie potrafimy się bawić z dziećmi. Mam nadzieję że z Hubisiem już lepiej, na zdjęciu wygląda tak promiennie. Ściskam Was mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, szybko wydobrzał, chociaż najedliśmy się stracha. Co do zabawy - w 100% się z Tobą zgadzam, szczególnie w sprawie zabawek i książeczek... Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  13. Szanowne Panie (komentarzy od tatusiów nie zauważyłem), chciałbym się podzielić z Wami moimi odczuciami na temat poświęcania dziecku 100% czasu. Moim zdaniem jest to najlepsze co możemy naszym pociechom sprezentować, i to nie tyko biorąc po uwagę ich punkt widzenia, ale i nasz – rodziców. Przede wszystkim musimy pamiętać o jednej, podstawowej rzeczy, z której w chwili kiedy nasze dzieci mają 2-3 lata, nie zdajemy sobie sprawy. Od momentu pojawienia się jej/jego na świecie zegar tak naprawdę zaczął…. odliczanie do naszego pożegnania. Nasze pociechy prędzej czy później nas zostawią i będą musiały sobie radzić bez naszej pomocy. Oczywiście na etapie 2-3 latka ciężko to sobie wyobrazić, ale tak po prostu będzie. Od momentu ich urodzin startuje zegar odliczający czas naszego rozstania. I tu pojawia się pytanie, czy gdybyśmy wiedzieli, że niedługo rozstaniem się z osobą, z którą akurat rozmawiamy, powiedzielibyśmy – „porozmawiamy jutro – muszę prasować”, albo „Masz niezwykle interesującą pasję. Może opowiesz mi o niej za tydzień, bo teraz jest koniec miesiąca i muszę podliczyć „coś tam coś tam””….. byłoby to okrutne…. A więc, czy postępując w podobny sposób wobec naszych dzieci postępujemy właściwie? „Poczekaj, tatuś ogląda mecz, tatuś jest zmęczony, tatuś dzisiaj cały dzień pracował, przecież widzisz, że robię obiad itd…. Oczywiście mamy masę obowiązków, musimy pieniądze zarobić, rozsądnie je wydać, posprzątać, ugotować, i wykonać jeszcze milion innych rzeczy, ale przecież wiemy (bo to jest oczywiste), że czasu, który mamy na spędzenie z naszymi dziećmi jest coraz mniej. I tu moim zdaniem pojawia się pytanie najważniejsze – czasu na co? Bo przecież nie na pożegnanie w szerokim tego słowa znaczeniu. Ono tak czy siak nastąpi. To od nas zależy na co ten czas przeznaczymy, kim chcielibyśmy być dla naszego małego synka, naszej małej córeczki. To od nas rodziców, przynajmniej na początku zależy, jak ten czas wykorzystamy. Ja wyznaczyłem sobie jeden cel – w tym naszym wspólnym czasie, chciałbym się stać przyjacielem mojego dziecka…. Takim prawdziwym, który uważnie słucha, który pomaga, ale też takim który wymaga. Takim, który jest szczery (bo czasami tak trzeba), i takim, który przytuli kiedy jest źle i nie można nic na to poradzić. Na to jest naprawdę niewiele czasu, zakładam że około 20-30 lat. Z czego na wykorzystanie szansy zostania przyjacielem zaledwie kilkanaście – potem albo się przyjacielem jest, albo nie (life is brutal). Dlatego tak istotnym jest jakość czasu spędzonego z dzieckiem. Czas, kiedy sklejeniem zabawki zyskujemy podziw w oczach naszego malucha, kiedy dostępujemy zaszczytu karmienia niewidzialnego kotka, kiedy na słowa „kocham Cię maluszku” słyszymy skromne „i ja”, kiedy jesteśmy najwyższą instancją rozwiązywania problemów wszelakich i kiedy nasze „brawo – jesteś najlepszy/najlepsza” - zastępuje medal olimpijski – minie szybciej niż się spodziewamy. Od nas rodziców zależy – jak wykorzystamy ten niezwykle krótki okres. I to my – rodzice – musimy zrobić wszystko, żeby zostać najlepszymi przyjaciółmi naszych dzieci, a poświęcenie 100% uwagi przez kilka godzin dziennie jest najlepszą (i chyba jedyną sprawdzoną) drogą do świata naszych maluchów. Zostania najlepszym przyjacielem synka/córki życzę sobie i Wam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ten piękny komentarz z całego serca.

      Usuń
  14. Poplakalam się, bo właśnie sobie uzmyslowilam jak beznadziejną matką jestem, mimo usilnych starań bycia idealną...

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.