AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 15 października 2015

999 kijanek i wielka przygoda



W Hubisiowej biblioteczce pojawiła się nowa książka. Jest wesoła i hałaśliwa. Ciepła i pomysłowa. Z oryginalnymi ilustracjami i wielką przygodą. Pięknie wydana, z mocnymi, kartonowymi stronami. Hubisia nieodmiennie bawi, mnie po prostu zachwyca. Pomyślałam, że warto Wam ją pokazać, bo w gąszczu różnej jakości pozycji dla dzieci, takich książek jest naprawdę niewiele.

"999 kijanek" Kena Kimury i Yasunari Murakami to opowieść o mieszkającej w sadzawce, sympatycznej rodzince żabek. Duuużej rodzince, bo składającej się z Mamy Żaby, Taty Żaby i 999 pełnych energii kijanek. Ku wielkiej radości rodziców, maleńkie początkowo kijanki szybko wyrastają na młode, silne żabki. W małym stawie zaczyna jednak brakować dla nich miejsca. Rodzeństwo wciąż się przepycha i głośno krzyczy. W końcu Mama Żaba i Tata Żaba podejmują decyzję o przeprowadzce.

Cała hałaśliwa rodzinka wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż by znaleźć nowy dom. I jak to bywa z dziećmi w podróży, zmęczone żabki dają się rodzicom nieźle we znaki. A to pić, a to jeść, a to kiedy będziemy na miejscu... Hubiś śmiał się bardzo, jakby te klimaty były mu zupełnie obce :-).

Po drodze na żabki czyhają różne niebezpieczeństwa. Wielki, na szczęście śpiący wąż, którego dzieci-żaby beztrosko ciągnęły po ziemi. I jastrząb, który postanowił zaserwować sobie na kolację "żabie udka". Ale w rodzinie siła! Gdy ptaszysko porwało Tatę Żabę, Mam Żaba złapała Tatę za nogę i zawołała "Puszczaj mojego męża!". A wtedy 999 żabek krzyknęło "Dokąd się wybieracie bez nas! Hej, nie zostaniemy tu same!" i jedna po drugiej łapały się za nóżki.

Odlatujący jastrząb zaskoczony wagą Taty Żaby zerknął w dół i zobaczył cały, długi sznur żabek. Zadowolony, że będzie miał zapas jedzenia na cały rok wzbił się jeszcze wyżej. Dzieciaki, myśląc że to zabawa, piszczały z radości, a rodzice wciąż pokrzykiwali, by żadna żabka przypadkiem się nie puściła. Lecieli i lecieli, aż w końcu żabki się zmęczyły. Znowu zaczęło się jęczenie... Wody.... Jestem głodna... Daleko jeszcze.... :-))). W końcu jastrząb miał już dosyć. Zwolnił uchwyt i puścił Tatę Żabę, a wraz z nim Mamę i 999 żabek.

Na szczęście, jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończyło. Żabia rodzina wpadła wprost do wody. W dodatku był to wielki, pyszny staw, w którym bez problemu wszyscy się mieścili. Po wielkiej przygodzie znaleźli nowy dom :-).



Fajna bajka, prawda :-)? W dodatku pięknie wydana. I chociaż cena na okładce to 36 zł, można ją też dostać znacznie taniej. Nasza kosztowała 28,44 zł i jest stąd (klik).

Mam nadzieję, że polubiliście tę żabią rodzinkę tak samo, jak my :-). Pozdrawiamy serdecznie,

Hubisiowa mama
 -♥-

niedziela, 11 października 2015

Projekt pokój dziecięcy

Nie mamy dużego mieszkanka. Nie ma nawet czterdziestu metrów, ale jest ciepłe i przytulne. Jeden pokój, duża kuchnia, łazienka i przedpokój. Wznoszę się na wyżyny pomysłowości, by go nie zagracić (a mam niestety charakter chomika) i zachować jako taki porządek :-). I chociaż udaje mi się to z większym lub mniejszym skutkiem, to nie ma miejsca na ziemi, które kochałabym bardziej. Bo właśnie tu jest nasz dom :-).

Do tej pory Hubiś miał swój kącik w naszym salonie (sypialni/gabinecie* - niepotrzebne skreślić). Niepostrzeżenie jednak ze słodkiego bobaska zmienił się w rezolutnego przedszkolaka i zaczął potrzebować swojego pokoju. No dobra, my też tego potrzebujemy :-). Szczególnie wieczorami. Chodzenie na paluszkach przy śpiącym obok dziecku jest na dłuższą metę mocno uciążliwe. Zapadła więc decyzja o małym remoncie. 

Przede wszystkim należało urządzić salon z aneksem kuchennym. Ze względów konstrukcyjnych nie mogliśmy przesunąć ściany, lecz pokój i kuchnia są właściwie tej samej wielkości, żeby więc nie wpędzać się w dodatkowe koszty postanowiliśmy zostawić kuchnię tam gdzie była. Rozebraliśmy wyspę, którą mieliśmy na środku kuchni, przerobiliśmy trochę meble kuchenne, przenieśliśmy do pokoju wielką szafę, która zajmowała jedną z kuchennych ścian i w efekcie zyskaliśmy przestrzeń na nasz mini salon. Musimy go jeszcze dopieścić, ale już jest naprawdę przytulny.

Teraz przyszła kolej na urządzenie pokoju Hubisia. Postawiłam na jasne mebelki i kolorowe dodatki. Biała szafa, regał, łóżko i biurko to doskonała baza pod wszystko. Gdy Hubiś podrośnie i będę chciała zmienić wystrój pokoju, po prostu kupię nowe dodatki. No i muszą być białe ściany! Koniecznie. Bo są uniwersalne i praktyczne. Do tej pory mieliśmy ściany koloru lodów waniliowych i okazało się, że wcale nie tak łatwo znaleźć ten sam odcień do odświeżenia jej fragmentów. A białą dostanę zawsze i wszędzie.

Praktycznie wszystko już jest kupione, leży w kartonach i czeka na malowanie. Wciąż to malowanie przekładamy, bo oboje mamy dość intensywny okres zawodowy, ale mam nadzieję, że już wkrótce Hubi będzie mieć własny, prawdziwe dziecięcy pokój :-). I chociaż bardzo podobają mi się skandynawskie, czarno-szaro-białe pokoje na wnętrzarskich blogach, to jednak nie wyobrażam sobie mojego Huberta w takich kolorach. U nas będzie jasno, ale kolorowo. 

Poniżej pokażę Wam kilka mebelków i dodatków, które już kupione, czekają na swoje miejsce w Hubisiowym pokoju. Nie dotarła jeszcze tylko fluorescencyjna żarówka, którą kupiłam na ebayu i poduszka taksówka z Bonami.










Mam nadzieję, że się Wam podobają tak samo, jak mnie :-).

A na koniec pytanie za sto punktów, bo mam dylemat. Jeśli pilnujemy, by temperatura pokoju nie przekraczała 20 stopni i używamy nawilżacza powietrza, to wielkim grzechem będzie, gdy łóżko znajdzie się blisko grzejnika (konkretnie Hubisiowe nogi)? Takie ustawienie pasowałoby mi najbardziej, ale nie chciałabym narazić go na jakieś paskudne zdrowotne konsekwencje. Jak to jest u Was? 

Z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniem! I ściskam ciepło!

Hubisiowa mama

 -♥-

poniedziałek, 5 października 2015

Insta-sierpień/wrzesień

Lubię moje insta-podsumowania. Przypominają mi, że nasza zwykła codzienność, jest jednak niezwykła. Że monotonia i rutyna wcale nie dominują, a życie funduje nam całkiem sporo niespodzianek i uśmiechu. Dużo się dzieje. Na szczęście dobrego. Chociaż sierpień rozpoczęliśmy z przytupem - 3 dni na dziecięcym SORze, to potem było już dobrze. Hubi pożegnał żłobek i rozpoczął przygodę z przedszkolem. Mieliśmy w rodzinie bardzo fajne wesele. I roczek mojego chrześniaka. I Nina w końcu przyjechała! Zrobiliśmy wypad do Hubisiowych Dziadków, a potem do drugiej Hubisiowej Babci. Wybraliśmy się do kina. Na blogerskie spotkanie. I pierwszy raz robiliśmy przetwory. I powiększyliśmy naszą hubisiową biblioteczkę. I byliśmy u fryzjera, i... i... :-). To były fajne dwa miesiące :-).











Serdecznie ściskam,

Hubisiowa mama
 -♥-

sobota, 3 października 2015

Dwulatek w przedszkolu


Hubert po raz pierwszy poszedł do przedszkola w sierpniu, mając niewiele ponad 2,5 roczku. Pamiętam, że na wieść o naszych planach, jego żłobkowa ciocia była przerażona. Mówiła, że jej zdaniem Hubiś jest jeszcze za malutki, za wrażliwy, że może sobie zwyczajnie nie poradzić i że w przedszkolu nikt nie będzie poświęcał mu tyle uwagi, czasu i czułości, co w żłobku... Pomyślałam wtedy, że być może ma rację, że może rzucimy go na zbyt głęboką wodę... 

Wiosną przecież Hubiś mówił bardzo niewiele, nie potrafił się sam ubrać, ani skupić się na dłużej niż 2-3 minuty. I jeszcze ta, nie do końca rozwiązana, kwestia pieluszek... Nabrałam obaw. W tym wieku rok różnicy, to przecież przepaść. A dzieciaki potrafią być okrutne. Jak się będzie czuł, gdy będzie najmłodszy, a może i najsłabszy w przedszkolnej grupie? Czy zadziała to na niego mobilizująco, czy deprymująco? Czy go naszą decyzją nie skrzywdzimy? 

Z drugiej strony, Hubiś stał się jednym z najstarszych dzieci w żłobku i zamiast brać przykład od starszych, zaczął nam spowalniać. Kazał się znowu karmić, nie chciał rozstać się z pieluchą, zamiast mówić, wolał porozumiewać się z nami na migi. Codziennie rano był problem z pójściem do żłobka. Może gdyby przebywał w miejscu, gdzie są starsze dzieci, zajęcia i zabawki dostosowane do jego wieku, rozstawałby się z nami chętniej? Już nie wiedziałam, co robić.

Moje dylematy szybko jednak rozwiał Hubisiowy Tata, który bez cienia wahania w głosie stwierdził, że to wszystko bzdury i że nasz syn świetnie sobie w przedszkolu poradzi i on jest tego absolutnie pewien :-). I ta jego pewność, udzieliła się również mnie. No bo kto jak nie nasz Hubiś :-)? Nasz rezolutny, mały chłopczyk?

Pod koniec lipca pożegnaliśmy więc żłobek i z lekkim poślizgiem wywołanym pszczółkową przygodą (klik) stawiliśmy się w przedszkolu. A w międzyczasie rozprawiliśmy się z pieluchą (klik). Niestety, sytuacja zawodowa sprawiła, że nie mogliśmy wziąć urlopu na dni adaptacyjne z prawdziwego zdarzenia. Adaptacja trwała właściwie tylko jeden dzień, więc Hubi rzeczywiście trafił na głęboką wodę.

Pierwszy, czterogodzinny pobyt minął nam nad wyraz dobrze. Hubiś wprawdzie rozczulił się, gdy zobaczył mnie ponownie w drzwiach, ale pod moją nieobecność bawił się podobno bardzo ładnie. Drugiego dnia musiał już zostać na osiem godzin, ale też było dobrze. Nie płakał, jadł, spał, bawił się. Po południu nie wyglądał ani na zagubionego, ani na zrozpaczonego. Kryzys przyszedł trzeciego dnia. Przy rozstaniu pojawiły się łezki, kurczowe chwytanie za szyję, ale na szczęście zadziałało zaklęcie każdego dnia powtarzane w żłobku: "mama i tata po Ciebie wrócą. Przecież zawsze wracamy, prawda? Nie martw się".  

Ten trzeci dzień okazał się przełomowy. Nigdy później nie zdarzyło się nam, by Hubi protestował przed pójściem do przedszkola. Co najwyżej, o buciki, jakie chciał założyć. Powiem więcej, z perspektywy dwóch miesięcy, mogę już z całą mocą stwierdzić, że to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć.

Ostatnie dwa miesiące przeobraziły naszego bobaska w prawdziwego małego chłopca. Wydoroślał, zmądrzał, niesamowicie się rozwinął. Nie ma dnia, by nas nie zaskakiwał nowymi słowami. Konstruuje już bardzo długie zdania. Zaczął śpiewać piosenki, wykrzykiwać po swojemu wierszyki (Hubi bowiem nie recytuje, on skanduje hasła wymachując rączką jak przewodniczący Solidarności na wiecach). Znowu chętnie rysuje, lepi i wycina. Sam zakłada i zdejmuje buty, coraz częściej udaje mu się prawidłowo założyć majteczki i spodnie. W pobliżu ulicy grzecznie idzie za rękę, tłumacząc mi, że samochody mogą zrobić z niego naleśnika :-). Tylko jeden raz powiedział nam, że nie podobało mu się w przedszkolu. A tak, każdego dnia, na nasze pytanie, jak mu minął dzień, mówi, że "dobzie". I że było fajnie. I że śpiewał, że się bawił i że był dobry obiadek.

Owszem, wiem od cioć, że wciąż jest wiercidupką i że na zajęciach muszą go mieć blisko siebie, bo nie potrafi usiedzieć w miejscu. I że staje czasami okoniem. Ale znając go dobrze i obserwując każdego dnia od narodzin, nie do końca jestem pewna, czy to kwestia wieku, czy charakterku :-).

Co do troski i czasu, jaki mu jest w przedszkolu poświęcany, tu też nie mam na razie żadnych zastrzeżeń. Żeby nie rzec, że jestem trochę zazdrosna :-). Otóż, wyobraźcie sobie, że mój syn, za najfajniejszą i najładniejszą kobietę na świecie, uważa "ciocię Ulę" :-). Spadłam z piedestału na dobre :-). Hubiś opowiada nam, że ciocia Ula go głaszcze do snu, i że go przytula i się z nim bawi... I że ją kocha :-). W męskim świecie natomiast, Hubisiowy Tata wciąż zajmuje pierwsze miejsce, ale tuż za nim plasuje się "wujek Psemek", który ma z nimi zajęcia muzyczne i ruchowe :-). Widzimy, że Hubi naprawdę lubi swoich opiekunów, a to przecież jest kluczowe, by dobrze się w przedszkolu czuł. 

Niedawno, odmówił powrotu do domu. Musieliśmy wyjść z przedszkola, zrobić małą rundkę po sklepach i dopiero po niego wrócić :-).  Dla mnie nie ma lepszej rekomendacji... Jednak dwulatek w przedszkolu, to wcale nie był taki zły pomysł.

Mężu, jak zawsze miałeś rację :-).

Hubisiowa mama
 -♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.