AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 26 listopada 2015

Samotność nie jest fajna

Wiele razy słyszałam od Hubisia, że nie lubi innych dzieci. Gdy idziemy na plac zabaw, zawsze wybiera miejsca, gdzie może być sam. Gdy pytamy się, czy bawi się z dziećmi w przedszkolu, odpowiada, że nie, a lubi tam tylko swoje ciocie (na szczęście wiem od nich, że jednak się bawi). Gdy jesteśmy w towarzystwie, w którym jest więcej dzieci, musi upłynąć sporo czasu, by w ogóle oswoił się z ich obecnością. Wyraźnie widzimy, że najswobodniej czuje się w domu.

Nie wiem, czy to taki etap, czy charakter albo geny (ja też jestem zadeklarowaną domatorką). Wiem natomiast, że powinnam pokazywać mu świat i ludzi. Nie zmuszając do niczego, nie naciskając. On jest jeszcze malutki, ale już bardzo uparty. Nie chciałabym, by utrwalał w sobie przekonanie, że inni ludzie nie są mu do niczego potrzebni. Albo że są z definicji źli i mu nieżyczliwi.

Na pewno bardzo pomaga mi w tym przedszkole. Chce, czy nie chce, nasz jedynak uczy się tam funkcjonowania w grupie. Do tego udało mi się znaleźć książkę, która w piękny, ale bardzo przystępny sposób pokazuje, że bycie samemu wcale nie jest takie fajne.



"Jak dobrze mieć sąsiadów" Ciary Flood to historia pana Misia, który mieszkał samotnie na pustkowiu pod lasem i bardzo mu to odpowiadało. Możecie sobie więc wyobrazić, jak się zezłościł, kiedy któregoś dnia tuż obok jego domu zamieszkała rodzina królików. Wkrótce nowi sąsiedzi zapukali do drzwi niedźwiedziego domku i spytali grzecznie, czy pan Miś mógłby pożyczyć im odrobinę miodu, bo chcieli upiec ciasto. Wściekły Miś odmówił, chociaż za jego plecami szafa aż pękała od słoików z miodem. Gdy właśnie miał napić się herbatki (z miodem oczywiście), do drzwi znowu zapukały króliki, tym razem prosząc o pomoc w rąbaniu drewna. Kiedy indziej zapytały, czy pan Miś chciałby powymieniać się z nimi książkami, a którejś nocy próbowały zachęcić do wspólnego oglądania gwiazd. Za każdym razem Miś kategorycznie i bardzo niegrzecznie odmawiał, zatrzaskując za sobą drzwi. W końcu wykrzyczał swoim sąsiadom, że jedyne czego chce to, by dali mu w końcu spokój.



Małe króliki spełniły jego prośbę. Mijały miesiące, Miś znowu żył sam, aż pewnego dnia do jego drzwi rozległo się cichutkie pukanie. Za drzwiami niedźwiedziego domu nie było jednak żadnych królików, tylko kosz. A w nim: ciasto, trochę narąbanego drewna, książka i liścik. W odręcznie napisanym, ozdobionym rysunkami liście, króliki napisały:

"Drogi Panie Misiu! Wiemy, że nie ma pan ani trochę miodu, żeby upiec sobie ciasto, więc upiekliśmy je dla pana. Mamy nadzieję, że z tego drewna rozpali pan sobie miły, wesoły ogień. Pomyśleliśmy też, że może chciałby pan przeczytać naszą ulubioną książkę: Króliczy przewodnik po galaktyce. Z pozdrowieniami od Pana sąsiadów (tych nieznośnych królików)".


Wzruszający list, prawda :-)? Króliki nie tylko nie obraziły się na niego, ale okazały mu mnóstwo życzliwości. Niedźwiedź zjadł ciasto, rozpalił ogień z drewna, a przed snem przeczytał książkę. Tego wieczoru nie mógł jednak zasnąć. Bo po raz pierwszy w życiu pan Misio czuł się... samotny.

Gdy jesień za oknem zmieniła się w zimę, pan Miś postanowił zrobić coś, czego nigdy dotąd nie robił. Zapakował na sanki podarki i poszedł z wizytą do sąsiadów!

Na kolejnych stronach widzimy wesołe, hałaśliwe obrazki Misia i królików wspólnie spędzających czas i naprawdę świetnie się bawiących. Pan Miś nie był już samotny i bardzo mu to odpowiadało :-).


Ta ciepła, mądra historia, w przystępny sposób uzmysłowi kilkulatkom korzyści, jakie płyną z dobrych stosunków z innymi ludźmi. Że bycie życzliwym jest fajne. A niegrzeczne, czy nieuprzejme osoby zostają całkiem same, natomiast bycie samotnym wcale nie jest przyjemne...

Spodobała mi się ta książka bardzo. A Hubert, jak nigdy, słuchał i zupełnie się nie wtrącał. Nie komentował, nie pokazywał paluszkiem, po prostu słuchał. Wiedziałam, że się nad czymś zastanawia, bo marszczył nosek. Po czym stwierdził, że on "nie chcie być sam". Piękna, ciepła, mądra książeczka. Bardzo ją Wam polecam, szczególnie przy wyborze książeczkowych prezentów :-).

Do kupienia w bardzo dobrej cenie tutaj.


Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 24 listopada 2015

"Moje dziecko mnie nie kocha..."


Hubiś to prawdziwy synek tatusia. Tata jest jego najlepszym przyjacielem, jego idolem i autorytetem. Z tatą usypia, na tatę czeka, z tatą najwspanialej się bawi. Gdy tata jest w pobliżu, mama właściwie mogłaby nie istnieć. Rozczulające, prawda? Mnie też to wzruszało. Bardzo... I przepełniało szczęściem. Nasz synek miał przecież wspaniałą więź z tatą, co w dzisiejszych zwariowanych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Do czasu, aż z nieszkodliwej fascynacji przerodziło się to w... No właśnie, co się właściwie stało? 

Gdy patrzę z dystansu na ostatnie tygodnie widzę, że Hubiś zaczął się ode mnie oddalać, gdy zaczęłam pracować nie tylko w tygodniu, ale i w weekendy. To wtedy właśnie pierwszy raz ze złością rzucił mi w sobotni poranek "Nie chcie cie, ić sobie do placy". Nie chciał dać się przytulić, o buziaku mogłam pomarzyć. I chociaż każde popołudnie i wieczór spędzaliśmy razem, potrafił godzinę siedzieć pod drzwiami i płakać, że chce do taty, który był jeszcze wtedy w pracy. Nie pomagały tłumaczenia, odwracanie uwagi, strażackie zabawy. Byłam dla niego karą. Tak to przynajmniej wtedy odczuwałam...

Z dnia na dzień było gorzej. Nasze poranki we dwoje stały się prawdziwym koszmarem. Podczas, gdy ja spieszyłam się do pracy i musiałam odstawić go na 6.50 do przedszkola, on robił wszystko, by mi się to nie udało. Nie pozwalał się ubrać, nie chciał jeść, myć zębów. Przy czym przez słowa "nie pozwalał" mam na myśli kategoryczny upór z płaczem, krzykiem i wyrywaniem się włącznie. Gdy dowiadywał się, że ma jechać ze mną, robił te sceny także wtedy, gdy w domu był jeszcze Hubisiowy Tata. Wszystkie techniki przeczekania, tłumaczenia, dawania wyboru itd. mogłam o kant d... potłuc, bo nawet wstając o 5tej nie byłam w stanie uporać się z tym moim uparciuchem.

Kolejne tygodnie to już był efekt śnieżnej kuli... Histeria, gdy widział, że to ja nakładam jedzenie na jego talerz, histeria gdy dotknęłam jego zabawki. Jak sfochowana baba omijał mnie szerokim łukiem. Pewnego dnia odmówił powrotu ze mną z przedszkola, stwierdziwszy, że poczeka na tatę. Nawet nie wiecie, jak mnie to zabolało.

Wiele osób mogłoby się ode mnie uczyć cierpliwości, ale przysięgam Wam, ta sytuacja zaczęła doprowadzać mnie do czarnej rozpaczy. Wiedziałam, że każde dziecko przeżywa etap fascynacji ojcem, że to zupełnie normalne, ale to, co odstawiał nasz młody zwyczajnie mnie przerosło. Nie potrafiłam się nie przejmować. Nie rozumiałam o co chodzi. Kochałam go, dbałam o niego z czułością i ciepłem, bawiłam się po milion razy w strażaków, poświęcałam mu praktycznie cały swój wolny czas. A on krzyczał "Mama jest ble ble ble". Do tego dołożyły się inne stresy i szybko wpadłam w pułapkę myślenia "Jestem do niczego. Jestem złą matką. Znowu spóźniłam się na poranny autobus. Znowu będą problemy. A to wszystko, bo jestem do niczego itp., itd". Nakręcałam się głupio, a Hubi to czuł...

Tysiące razy rozmawialiśmy z Hubim o tej sytuacji. Wyjaśnialiśmy, byliśmy konsekwentni, Hubisiowy Tata zawsze reagował na jego niewłaściwe zachowanie w stosunku do mnie. Niestety nic to nie dawało. Patrzył wtedy na mnie gniewnie spod tych swoich ślicznych oczek i nie wzruszały go nawet moje mokre policzki.

Aż w końcu się pochorowaliśmy. W sensie Hubiś i ja. Hubisiowy Tata wyjechał w delegację, a my spędzaliśmy razem całe dnie w domu. I chyba na zasadzie, jak się nie pozabijają, to się dogadają, stopniowo zaczęliśmy układać wzajemne relacje. Powoli, bardzo powoli, topniał ten niewidzialny mur, jaki między nami powstał. Może dlatego, że byliśmy na siebie skazani, a może dlatego, że nie miałam już zwyczajnie sił? Byłam przy nim, ale nie narzucałam się. Mieliśmy mnóstwo czasu... Odpuściłam zupełnie. I o dziwo, wtedy on też odpuścił...

Gdy pierwszy raz wziął mnie za rękę i zaprowadził do swoich zabawek, ze wzruszenia miałam gulę w gardle. Gdy uśmiechnął się do mnie, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. A gdy po tygodniu zarzucił mi rączki na szyję i wyszeptał po raz pierwszy w życiu "Tocham cię mama tak bardzo" popłakałam się jak bóbr...

Rodzicielstwo nie jest łatwe. Jestem przekonana, że popełniłam już milion rodzicielskich błędów. Ale kocham mojego Hubiego nad życie i staram się z moich błędów wyciągać wnioski. A po ostatnich tygodniach po raz setny przekonuję się, że najcenniejszy dar, jaki mogę mojemu dziecku dać, to po prostu ja sama i czas, jaki mu poświęcam. Niby nic, a tak naprawdę WSZYSTKO.


Ściskam serdecznie rodziców podobnych uparciuchów,

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 18 listopada 2015

Bylejakość

I już. Po kryzysie. Dopadła mnie ta paskuda jak nigdy i trzymała mocno. A ja byłam zbyt zmęczona, by z nią walczyć. Poddałam się po prostu. Byłam zbyt zmęczona bylejakością, jaka zaczęła mnie otaczać. Pozwoliłam, by wsiąkła mi w duszę. Zabiegana, niedoleczona i przepracowana zaczęłam byle jak jeść, byle jak spać, byle jak wyglądać i po prostu byle jak żyć... Zaniedbałam tyle spraw... w domu, w macierzyństwie, w małżeństwie, w pracy i w przyjaźni... A fakt, że miałam tego świadomość, wcale mi nie pomagał. Nie pomogło też wiele tygodni pracy bez nawet jednego, małego dnia wolnego, żadnej wolnej soboty, czy niedzieli... Co z tego, że zarabiałam więcej? Byłam zmęczona, zła na samą siebie i na resztę świata. Poczułam, że naprawdę nie lubię tego, co robię... W dodatku Hubiś zaczął się ode mnie oddalać. Próbowałam go tulić, odpychał, próbowałam rozmawiać, wysyłał mnie do pracy... Przełykałam łzy i nakręcałam się jeszcze bardziej. Głupota wiem, ale przecież każdy czasem robi głupstwa...

A potem nagle, wszystko minęło. Wystarczyło kilka dni wolnego spędzonych z Hubisiem, kilka mokrych buziaków, trochę przespanych nocy, rozmowa przy winku i kilka puszek białej farby, którą z moim Ł. pomalowaliśmy dom... Patrzyłam na te śnieżnobiałe ściany, wdychałam zapach farby i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się naprawdę szczęśliwa... Zrobiło mi się jasno na duszy, jakby za oknem świeciło słońce. Jakby przede mną otwierało się milion drzwi...  Odetchnęłam głęboko. Odpuściłam. Już wiem, że nie zrobię oszałamiającej kariery, że nie będę zarabiać tyle, ile bym chciała, że nigdy nie zadowolę wszystkich otaczających mnie ludzi. Nie można mieć wszystkiego... A przynajmniej nie w moim przypadku. Mało to motywujące, wiem :-). Ale okazało się, że najszczęśliwsza jestem po prostu będąc z bliskimi. W mojej spokojnej, codziennej rutynie. Niby tak niewiele, a dla mnie wszystko...

Nie wiem, czemu tak jest, że raz na kilka lat muszę sobie wszystko jeszcze raz w sercu poukładać. Przecież dochodzę do dokładnie tych samych wniosków, co zawsze :-). Może to po prostu kolejny krok ku dojrzałości? Chcę w to wierzyć :-). W każdym razie, chociaż za oknem jesiennie, ja mam w serduchu wiosnę... Bo wiem, że po każdym dołku jest górka, a po każdej dolinie pagórek. A nasz, Hubisiowy na pewno będzie wielki :-).

Ściskam Was ciepło i dziękuję, że na mnie poczekaliście,

Hubisiowa mama

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.