AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 22 listopada 2016

Myśli potargane # 20

 
15 października 2016 (sobota)
Galeria handlowa w Olsztynie. Sklep Smyk. Stoimy z Hubertem w naprawdę długiej kolejce do kasy. Przed nami jakieś dwadzieścia osób, w przeważającej większości kobiety. W pewnym momencie podchodzi do mnie mężczyzna z obsługi i zaprasza do dodatkowej kasy po lewej stronie, obok dwóch aktualnie obsługiwanych. Mówi, że kobiety w ciąży obsługują poza kolejnością. Robi mi się naprawdę miło, bo jednak brzuchol ciąży, a Hubiś potwornie się nudzi. Idę za nim wdzięczna, bo to pierwszy raz, gdy w tej ciąży korzystam ze sklepowych przywilejów. Podchodzę do kasy i wtedy się zaczyna:
- Przepraszam, proszę pani! Tu obowiązuje jedna kolejka! Dlaczego się pani wpycha?!
Zaskoczona odpowiadam, że jestem w ciąży, na co słyszę:
- Ale co mnie interesuje, że w ciąży? Może ja też się źle czuję?! A czekam tu już bardzo długo!
Kasjerka, widząc moją minę mówi:
- Niech pani nie słucha. Nic złego pani nie robi. Ja kolegę po panią wysłałam. Jest duszno, mogło się pani słabo zrobić. A tą panią niech się pani nie przejmuje.
Kobieta z kolejki nie daje jednak za wygraną. Rozgląda się dookoła i zaczyna podpuszczać inne kobiety:
- A pani dlaczego nie reaguje? Przecież pani z wózkiem czeka, czym się pani różni od tamtej? (czyli mnie).
Płacę, ale czuję jak zaczynają trząść mi się ręce. Hubiś ciągnie mnie za sweter, bo zauważył przy kasie jakieś kolorowe kulki. Kobieta z kolejki dalej coś wykrzykuje. Jestem już na serio zdenerwowana. W końcu słyszę, jak kasjerka głośno mówi:
- Proszę się uspokoić, albo wezwę ochronę.
Zapada cisza. 
Odchodzę od kasy, odprowadzana wzrokiem całej kolejki i kilku kupujących, zerkających zza regałów. I tak strasznie przykro mi jest, że w tym życzliwym podobno kraju, rodzinnym i serdecznym takie sytuacje wciąż się zdarzają. I że to kobieta kobiecie... I że nikt inny nie zareagował, nie próbował uspokoić, tylko trzeba było ochroną postraszyć... Niby nic się nie stało, mała nieprzyjemność po prostu, ale jest wieczór, a ja wciąż czuję niesmak. I jakoś odechciało mi się kolejkowych przywilejów...


18 października 2016 (wtorek)
I znów mnie zaskoczył :-). Gdy po wieczornej kąpieli obcinałam mu paznokcie u stóp, zapytał: "Mamo, a możemy tego palca jakoś nazwać? O tego, malutkiego. Bo wiesz, ja zawsze marzyłem o tym, by mieć jakiegoś palca z imieniem. Ale tylko tego, u tej nogi, u tamtej nie. Będę do niego mówił i się nim opiekował. I powiem mu, żeby się martwił, bo odrośnie. Nazwijmy go Dzidziuś, dobrze?" Z pełną powagą w głosie ochrzciłam go więc Dzidziusiem. Fajnie spełniać marzenia syna :-).


21 października 2016 (piątek)
Pamiętam, że gdy kupowałam jasnobeżową wykładzinę dywanową do pokoju Hubisia, kilka bliskich mi osób kręciło głowami. Będą plamy, mówili. Wiesz, jak to dziecko. Brudzi. Będziesz musiała codziennie odkurzać. Co pół roku oddawać do prania. Może ta wykładzina jest i ładna, ale niepraktyczna. A już do pokoju dziecięcego szczególnie...
Po roku przyznaję im rację. Codziennie ją odkurzam. Co pół roku oddaję do prania. Rzeczywiście paprochy się na niej nie ukryją. Jest tylko jedno "ale"... Wszystkie, ale to absolutnie wszystkie plamy, jakie przez ten rok się na niej pojawiły, zrobiliśmy my - Hubisiowy Tata albo ja. Najczęściej kawą, gdy w sobotę, skoro świt o piątej, z kubkiem reanimacyjnym w ręku, bawiliśmy się z młodym, by to drugie mogło jeszcze trochę pospać :-). Przyznaję się też, że raz kanapka z serem i keczupem spadła mi na wykładzinę wiadomą stroną, bo chociaż Hubiemu nie pozwalam, zawędrowałam do jego pokoju z jedzeniem. A potem niedokręcony krochmal do prasowania wylał mi się na środek i lepka masa przyciągnęła kurz z całego domu. Podobnych historii było jeszcze kilka. Tymczasem młody nie zrobił nic. W kwestii wykładziny ma sumienie czyste jak łza :-). A ja i tak nie zamieniłabym jej na żadną inną :-)


26 października 2016  (środa)
Śmieszne ma przemyślenia ten nasz szkrab :-). Dzisiaj Hubisiowy tata opowiedział mi, jak jechali samochodem i w pewnym momencie, w środku lasu, Hubi z pełną powagą w głosie zapytał:
- Tato, a kiedy ja wydoję krowę?
- Krowę? Chcesz wydoić krowę? - zapytał zaskoczony.
- Tak. Bo wiesz, ja bym bardzo chciał znowu wydoić krowę...
- To ty już to robiłeś?
- Tak, dawno temu. W przedszkolu. Ciocie mnie nauczyły. I ja bym znów chciał wydoić krowę. 
Hmmm, chyba będę musiała bardziej wnikliwie przejrzeć przedszkolny program nauczania :-).
 
 
29 października 2016 (sobota)
Nasze przedszkole zamontowało w wejściu specjalny czytnik na karty. Żeby dostać się do środka, trzeba taką kartę posiadać lub dobijać się domofonem. Pewnie w dużych miastach to norma, ale u nas podobnego rozwiązania nie spotyka się za często. To kolejny, po monitoringu, krok właścicieli, który zdecydowanie popieram. Bo chociaż za każdym razem rozbebeszam portfel w poszukiwaniu karty, to jednak bezpieczeństwo maluchów jest najważniejsze. Pamiętam, jak w naszym mieście z dwa lata temu był przypadek, gdy kilkulatek wymknął się z leżakowania i w piżamce, zimą, przeszedł ze sto pięćdziesiąt metrów w stronę centrum, zanim zareagował jakiś mieszkaniec. Dzieciaki są nieobliczalne, sprytne i ciekawe świata. Nie chciałabym, by mojemu synowi udała się taka wycieczka krajoznawcza :-). 
 
 
2 listopada 2016 (środa) 
Chciałam przycwaniaczyć i już na początku września kupiłam Hubiemu kurtkę zimową. Z nowej kolekcji Zary, czerwoną (idealnie strażacką), z kapturkiem, zapinanymi kieszonkami i ciepłą podszewką. Oczywiście rozmiar większą, bo mi syn jak na drożdżach rośnie... Dzisiaj znowu ją przymierzyliśmy i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że rękawy zrobiły się za krótkie. Może nie bardzo, ale widocznie. W każdym razie na mróz się nie nadają. Trzeba będzie kupić nową, a tę odsprzedać albo zostawić dla młodszego. W dwa miesiące tak mu łapka urosła! 
I tak to jest, gdy człowiek chce zaoszczędzić sobie późnojesiennego biegania po sklepach za zimową kurtką... W dodatku Hubi uparł się, że ma być identyczna. Ciekawe, czy jeszcze ją znajdę...
 
 
7 listopada 2016 (poniedziałek)
Rozczula mnie tym swoim pragnieniem "bycia dużym". Na każdym kroku podkreśla, jaki jest już duży, z każdej rozmowy dorosłych wyłapie i wypomni nazwanie go "małym" albo "maluchem". Codziennie chciałby mierzyć się przy futrynie i prawie zawsze daje się złapać na argument, że "to robią tylko maluchy". Dzisiaj po raz kolejny rozśmieszył mnie, pytając znienacka:
- Mama, a możemy umówić się na nowe słowo?
- Na jakie słowo Hubisiu?
- No, szkoła.
- Ale jak się chcesz umówić?
- No tak zamiast przedszkola. 
- Aha, czyli mam pytać, jak było w szkole, a nie w przedszkolu?
- Tak, bo wiesz, ja już jestem duży i chodzę do prawdziwej szkoły. Nie jestem maluchem, one są na dole mojej szkoły, a maluchy to przedszkolaki...
Także od jutra chodzimy do szkoły :-).


10 listopada 2016 (czwartek)
No i dopadł mnie syndrom wicia gniazda. W ciągu tygodnia rozplanowałam mały remont i teraz tylko muszę przydusić tatę i męża, by mi go zrealizowali :-). Jeszcze przed porodem KONIECZNIE musimy zrobić nowe półki do naszego minisaloniku, bo książki w kartonach leżą i serce mi kaleczą; zamontować fototapetę suchościeralną z plannerem do kuchni, bo ten piękny z Dekornika aż się prosi, by go tam powiesić; przenieść na inną ścianę kontakt, bo będzie przeszkadzać w montażu plannera; zamówić nowe drzwi przesuwne, bo te tradycyjne za dużo miejsca będą zajmować; dorobić półeczki do szafy moich maluchów, żeby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni; wymienić zlew w kuchni, bo stary się już niebezpiecznie rozpada; pobawić się z okleiną na wielkiej szafie w naszymi ubraniami.... i jeszcze kilka innych mniejszych rzeczy :-). Wybrałam się nawet do osiedlowej kwiaciarni z pytaniem, czy mi konkretne kwiaty doniczkowe sprowadzą, bo już oczami wyobraźni widzę, jak na tych półeczkach, które zawisną, będą pięknie wyglądać.
Wszystko zaplanowałam, tylko teraz ekipę muszę jakoś zmobilizować. A oni niestety coś nie bardzo chętni... Ciekawe dlaczego :-)?


14 listopada 2016 (poniedziałek)
Bawiłam się dzisiaj z Hubim w smoka. On był dzielnym rycerzem, ja wstrętnym smokiem, którego trzeba było nakarmić owieczką nafaszerowaną pieprzem. Pieczenie w żołądku próbowałam ugasić tak dużą ilością wody z rzeki, że robiłam się większa i większa, aż w końcu pękałam. Rolę nafaszerowanej owieczki odgrywał miś, a rzeką był mój kubek z kawą :-).
Bardzo podobała mi się ta zabawa, bo w przeciwieństwie do strażackich akcji nie musiałam się za dużo ruszać, tylko siedziałam w swojej smoczej jamie, a Hubi skakał dookoła mnie wywijając strażackim toporkiem, grającym rolę miecza.
W pewnym momencie usłyszałam dzwoniący w kuchni telefon. Zaczęłam się więc gramolić z mojej smoczej jamy i wyciągnąwszy rękę poprosiłam Hubiego o pomoc. I wtedy usłyszałam: "A co? Nie możesz wstać, bo jesteś za gruba?"  Hehehe, dziecko zawsze prawdę ci powie :-).  


18 listopada 2016 (piątek)
Marzy mi się, by te święta były wyjątkowe... By starczyło mi czasu i siły, żeby upiec z Hubisiem świąteczne ciasteczka i ubrać żywą, pachnącą choinkę we własnoręcznie zrobione ozdoby. Chciałabym razem z nim napisać list do świętego Mikołaja, a gdy przyjdzie czas przygotować ciasteczka i szklankę mleka. Marzy mi się prawdziwy, gęsty śnieg, byśmy mogli pojeździć na sankach, ulepić bałwana z marchewką zamiast nosa, czy rozegrać bitwę na śnieżki. Chciałabym, by za trzydzieści lat ze wzruszeniem wspominał święta swojego dzieciństwa. Tak, to będą moje priorytety na grudzień.


20 listopada 2016 (niedziela)
Trzecia rano. Bardziej czuję niż widzę, jak małe ciałko pakuje mi się do łóżka. A z nim oczywiście miś i kocyk. Gdy wsuwa się pod kołdrę, wyciągam rękę i przygarniam go do siebie. Jest taki cieplutki i wciąż pachnie wieczorną kąpielą. Wtulam nos w te miękkie włoski i wtedy słyszę cichutkie, zaspane: "Kocham cię mamo, tak bardzo...". A potem już tylko płytki, regularny oddech... I chociaż wszystko trwało nie więcej niż 30 sekund, to właśnie dla takich chwil żyję... Dla takich chwil zostałam mamą :-).


Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 15 listopada 2016

Nasze rodzicielskie sztuczki (z przymrużeniem oka)




Czasami tak sobie myślę, że pomijając 100% miłości, do wychowania dziecka potrzeba też 80% cierpliwości i 20% sprytu. Wciąż na nowo uczę się, jak podejść tego mojego szkraba, by bez zmuszania, afer i łez, robił dokładnie to, o co mi chodzi. Czasami muszę podkolorować rzeczywistość, czasami przeinaczyć, żeby wprost nie napisać, że skłamać. Ale cóż, najważniejsze, że się udaje. A wiadomo, wielokrotnie powtarzana czynność, w końcu przeradza się w nawyk i nie trzeba już żadnych rodzicielskich sztuczek. Ja w każdym razie bez najmniejszych wyrzutów sumienia wykorzystuję to, że Hubiś uwielbia być pierwszy, duży i mądry :-). I że jest "prawdziwym strażakiem", który niesie pomoc słabszym.

Jeśli macie więc ochotę poznać kilka moich patentów "wychowawczych", serdecznie zapraszam. Tylko proszę, podejdziecie do sprawy z przymrużeniem oka i pamiętajcie, że moją intencją nigdy nie było i nie będzie, ośmieszenie mojego synka, a jedynie wyrobienie w nim dobrych nawyków w sposób jak najmniej stresujący i zrozumiały dla jego wieku :-).


Patent na mycie zębów

Ciężko jest wytłumaczyć buntującemu się trzylatkowi, dlaczego właściwie tak ważne jest mycie zębów. Dlaczego rodzice nie zgadzają się na to, by nawet wyjątkowo, zrobił sobie zębowy dzień brudasa. I o co chodzi z tymi niewidocznymi robalami, które mu niby jedzą zęby. Bo chociaż Hubert nawyk szczotkowania zębów miał wyrabiany odkąd pamiętam, to przyszedł czas, że zaczął się od mycia zębów wykręcać. Nie pomagały klepsydry odmierzające czas, bajeranckie szczoteczki, śmieszne nakładki na tubkę pasty do zębów, czy puszczanie bajek o próchnicy. Z myciem zębów szło nam coraz oporniej i przyznam, że zaczęło mnie to na poważnie martwić.

Było tak do czasu, gdy stwierdził, że oglądał właśnie swoje ząbki w lusterku i żadnych robali w nich nie ma. A skoro nie ma, to on nie musi myć zębów. I wtedy mnie olśniło. Skoro mój syn tak bardzo potrzebuje robali, trzeba mu je dostarczyć :-). Kupiłam pastę dla dzieci z kolorowymi granulkami. Potem mocno niewychowawczo, ale z premedytacją pozwoliłam Hubertowi iść spać bez mycia zębów. Gdy przy porannym szczotkowaniu wypluł pastę, udając przerażenie odskoczyłam i pokazałam palcem całą masę maleńkich niebieskich kropeczek w umywalce. Najpierw zamarł, a potem wykrzyknął "robale!!!!" i szybko zaczął spłukiwać je wodą. I wtedy zaczęłam rodzicielską gadkę... "Widziałeś je?", "Ale było dużo tych robali!", "A nie mówiłam?", "No tak, przecież poszedłeś wczoraj spać bez mycia ząbków", "Ciekawe, ile i którego zęba zdążyły nadgryźć?", itp, itd.

Do końca dnia przeżywał, jak ich było dużo, jak je szybko spłukał i jak wieczorem się z nimi rozprawi. A ja przy okazji opowiedziałam mu, że te robale nazywają się "próchnica" i mogą mieć różne kolory (asekuracyjnie, bo są też pasty np. z czerwonymi granulkami). Poszłam też za ciosem i opowiedziałam, że właśnie takie maleńkie robale rozbryzgują się po całej łazience, gdy spuszcza wodę w toalecie bez opuszczonej klapy. A potem siedzą w ukryciu i czekają, by na niego wskoczyć. I to właśnie dlatego mama prosi go zawsze o to, by opuszczał klapę i mył rączki. Od tamtej pory skończyły się dyskusje na temat sensu mycia zębów czy rączek po toalecie. Zaczęła się męska wojna z robalami :-).

Teraz, prawie rok po akcji "granulka", nawet gdy zdarza mi się kupić normalną pastę, Hubiś jest co najwyżej dumny, że tak dokładnie umył ząbki, że nawet jednego robala nie widać w wyplutej pianie. Z rączkami też już nie ma problemu. Najgorzej jest z klapą, ale cóż, to przecież facet... :-)

Podsumowując, czy dziecko zdobyło motywację? Jak najbardziej. Czy wyjdzie mu to na zdrowie? Na pewno! Czy stała się mu jakaś krzywda? Myślę, że nie :-).


Patent na picie tranu

Tran zdrowy jest, każdy to wie. O jego licznych zaletach, szczególnie dla dzieciaczków, można książki pisać. Zależało mi, by Hubiś przyjmował tran, ale nie bardzo wyobrażałam sobie, jak mam go do tego przekonać. Z tabletkami po prostu się nie dało. Z kolei tradycyjny w płynie, nawet aromatyzowany, ma tak specyficzny smak, że mogłabym pół pensji postawić, że Hubi go po prostu wypluje. Wiedziałam, że tu potrzebny jest cięższy kaliber :-).

Żeby przekonać go do picia tranu, wykorzystałam moment, gdy o coś mnie prosił i powiedziałam "Za chwileczkę kochanie, mama musi najpierw wypić magiczny napój, dzięki któremu codziennie uczę się nowej rzeczy i jestem mądra". Po czym na jego oczach wypiłam łyżeczkę i jak gdyby nigdy nic odstawiłam tran do lodówki. Zainteresował się od razu. No bo jak? W jego lodówce znajduje się magiczny napój? I w dodatku jest się od niego mądrym? Spytał się, co to za napój. Odpowiedziałam, że nazywa się tran i skierowałam się do jego pokoju. Hubiś poszedł za mną, ale już nie był zainteresowany poprzednią sprawą, tylko zapytał, czy on też może się napić. Lekkim tonem odpowiedziałam, że w sumie może, ale pewnie i tak nie będzie chciał. Bo chociaż napój jest magiczny, to też trochę niesmaczny, dlatego nie musi go pić. Wcale, a wcale. Że powoli i tak wszystkiego się nauczy, pewnie za sto lat (sto to dla niego synonim wieczności). Ale że ja piję, bo lubię być duża i mądra.

Wiedziałam, że to na niego zadziała :-). Bo jak to, on ma czekać sto lat, skoro może być mądry już teraz :-)? Natychmiast chciał spróbować i natychmiast okazało się, że "jest pysny". Kolejnego dnia powtórzyłam sytuację, znowu nie proponując mu porcji, ale gdy poprosił, dostał od razu. Od tamtej pory (a będzie już z pół roku) pije go regularnie i tak nas pilnuje, że potrafi o 3ciej w nocy upomnieć się o zapomnianą łyżeczkę :-). Już nie mówimy, że jest magiczny, tylko zdrowy i że dzięki niemu rozwija się mózg, czyli mądrość. Z "magicznych" czasów został nam tylko fajny, codzienny rytuał opowiadania o nowo zdobytych umiejętnościach. 

Nawyk wyrobiony? Wyrobiony! Czy dziecku stała się jakaś krzywda? Nie, a myślę, że wręcz przeciwnie.


Smarowanie kremem

Hubiś to facet z krwi i kości, właściwie od niemowlaka nie znosił smarowania ciałka kremem. I nie miało znaczenia, czy to oliwka, balsam czy krem. Pamiętam, że odpuściłam sobie męczenie i jego i siebie gdzieś w okolicach roczku. Na szczęście pozwalał sobie smarować buźkę w mroźne dni (ale z wielką rozpaczą w oczach i z reguły tylko przedszkolnym ciociom) i na plaży (bo to był warunek, że w ogóle będzie mógł na plażę pojechać). W pozostałych przypadkach, nie było bata. I dopóki jego ciałko było mięciutkie i gładkie, wszystko było ok. Ale niestety, z czasem zaczęły pojawiać mu się na rączkach i nóżkach suche placki, a skóra coraz mniej przypominała bobaskowy aksamit.

Prosiłam, przekonywałam, codziennie dawałam przykład, tata dawał przykład, w akcie desperacji próbowałam go nawet przekupić :-). Nic z tego. Aż w końcu mój mąż, jakiś miesiąc temu, z pełną powagą w głosie, opowiedział mu historię o tym, jak to w kremie mieszkają maleńcy rycerze, którzy swoimi mieczami walczą z pieczeniem i swędzeniem skórki. I że gdy jakiś robal próbuje mu się wgryźć w ciałko, to te miecze z kremu rozprawiają się z nimi na zawsze. A wszystko opatrzone było oczywiście odpowiednią oprawą artystyczną :-).

I co się okazało? Że ta niedorzeczna przecież bajka w 100% przekonała naszego uparciucha. I że smarowanie kremem jest fajne. Co więcej, jest potrzebne, bo przecież Ci rycerze się w wodzie zmywają i po kąpieli trzeba rozprowadzić na ciele nową armię :-). A on lubi mieć swoich rycerzy. Bo rycerze są odważni i on też jest odważny.

To, co mnie nie udawało się latami (!), mój mąż załatwił w pięć minut. W końcu bez płaczu mogę zadbać o jego skórę.  I widzę, jak ciałko Hubisia błyskawicznie wraca do formy.

Czy z czasem wytłumaczę mu, że ci rycerze to inaczej witaminy, emolienty i olejki? Oczywiście. Czy aktualnie był sposób, by przekonać go inaczej? Moim zdaniem nie. Czy żałuję, że trochę nakłamaliśmy? Zdecydowanie nie :-).

-♥- 

Jestem pewna, że tego typu patenty stosują wszyscy rodzice. I że na każde dziecko można znaleźć sposób. To my, rodzice wiemy najlepiej, jaki charakter ma nasz maluch. Czy jest przekorny, czy można wejść mu na ambicję albo spróbować zwyczajnie przekonać. Czasami tylko brakuje pomysłu, dlatego dzielę się z Wami naszymi :-). A to nie wszystkie, takich patentów mamy dużo więcej :-). Na przykład na to, by nauczyć dziecko odkładać rzeczy na miejsce.

A jak to wygląda u Was? Macie na swoim koncie jakieś małe, rodzicielskie kłamstewka :-)? Działają? Podzielcie się :-)!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 9 listopada 2016

Mój pierwszy album (po 4 latach)






























To był jeden z moich najlepszych "maluszkowych" wyborów. Towarzyszył mi przez ostatnie cztery lata i jakkolwiek banalnie to zabrzmi, nie zamieniłabym go na żaden inny :-). Gdy pierwszy raz pokazałam go Wam prawie trzy lata temu (klik), byłam z niego bardzo zadowolona. Teraz jestem w nim zakochana i bardzo żałuję, że właśnie go kończymy... Nie wiem, jak znajdę godnego następcę na kolejne lata, ale będę szukać, bo bardzo chciałabym kontynuować nasz hubisiowy pamiętnik. Przede wszystkim dla dorosłego Huberta, ale też z czysto matczynej chęci utrwalenia tych naszych najpiękniejszych dni :-).

Pewnie zastanawiacie się, po co poświęcam mu już drugi wpis? Przecież na polskim rynku są dziesiątki albumów małego dziecka. Mniejszych, większych, z ładniejszą grafiką, czy tych mniej ładnych. Na pewno wiele osób jest zadowolonych. To po prostu kwestia wymagań, gustu lub potrzeb :-). Widząc jednak ilość wejść na bloga po haśle kluczowym "album mojego dziecka", wiem, że temat jest wciąż aktualny. Wiele osób szuka tego "idealnego" i mam nadzieję, że chętnie przeczyta obiektywną opinię czteroletniej użytkowniczki, lub podejrzy, jak album wygląda od środka (mój egzemplarz był w księgarni zafoliowany).

Gdy byłam jeszcze w ciąży z Hubim, wymarzyłam sobie dużą, obszerną księgę, która starczyłaby mi na co najmniej kilka lat. Miała mieć schowki na różne pamiątki i płyty oraz dużo miejsca na notatki. Chciałam też, by była solidnie wykonana i ładna :-). Ten album był wtedy jedynym na rynku, który moje kryteria spełniał. Miał w sobie wszystko, czego szukałam. A nawet więcej, bo z każdym rokiem odkrywałam kolejne jego zalety. Sprężynka zamiast tradycyjnego klejenia, wygodne zakładki, podział na lata, bajki, składana miarka wzrostu, kalendarium ząbkowania, odciski rączek, miejsca na wklejenie tradycyjnych zdjęć, ale i schowki na płyty, no i absolutnie wszystkie ważne "pierwsze razy" :-).

Oczywiście w praniu wyszło też kilka wad. Kilka, a konkretnie dwie :-). Dość szybko wybrudził nam się materiałowy grzbiet albumu i nie udało się go wyczyścić. A druga sprawa, to momentami aż zbyt szczegółowe pytania i daty, których zwyczajnie nie udało mi się wyłapać, przykładowo "kiedy pierwszy raz narysowałem kółko" albo "kiedy pierwszy raz zrobiłem wieżę z klocków". Ale przyznacie, że przy całokształcie takie wady, to właściwie nie wady :-).

Moim zdaniem album w stu procentach wypełnił swoje zadanie i już teraz stanowi świetną pamiątkę. Zobaczcie zresztą sami :-).































Dużo tych zdjęć, wiem, ale to tylko ułamek ze 136 stron :-). Jeśli więc myślicie o kupnie albumu dla swojego szkraba, albo chcecie zrobić fajny prezent świeżo upieczonej mamie, mogę z perspektywy czterech lat zapewnić, że album wydawnictwa Arkady jest naprawdę wart uwagi. Tym bardziej, że po dwóch latach nieobecności na polskim rynku wydawniczym, został nareszcie wznowiony.

I co o nim myślicie? A może znacie inny, jeszcze fajniejszy? Dajcie znać, bo brzuszkowy kawaler też będzie jakiegoś potrzebował :-).

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 31 października 2016

Z Hubisiowej biblioteczki # 11

Nie macie wrażenia, że w ostatnich latach książki wręcz zalały nasz rynek? Są nie tylko w księgarniach, ale na stacjach benzynowych, sklepach spożywczych, czy przydrożnych kioskach... Codziennie premiera, co tydzień zupełnie nowa lista bestsellerów, liczne spotkania autorskie, promocje, reklamy, sponsorowane recenzje na blogach itd. Każda gwiazda i gwiazdeczka stara się wydać coś swojego. Naprawdę można się pogubić. 

Nie zrozumcie mnie źle, ja wcale nie piszę, że to źle. Kocham książki i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Cieszę się, że mam wybór. Ale mam też mało czasu na czytanie, dlatego nie lubię tracić go na coś, co jest po prostu przeciętne, nijakie, albo absolutnie nic nie wnoszące do mojego życia. Niby każda książka wzbogaca, ale to nie do końca prawda. Dlatego też lubię zaglądać do kilku blogów z recenzjami, gdzie zawsze znajdę obiektywne, szczere recenzje (np. tu) oraz na portal lubimyczytac.pl, gdzie setki, a nawet tysiące ludzi ocenia daną pozycję i w efekcie średnia ocena (pi razy oko) pokazuje jej poziom.

Cieszę się, gdy udaje mi się odkryć coś wartościowego. Wkurzam się, jak książka mnie zawodzi. Myślę, ile godzin na nią straciłam i co innego mogłabym w tym czasie zrobić. Szkoda mi siebie i kobietek, które w natłoku obowiązków, z trudem łapią chwilę na wieczorną lekturę i zamiast obiecanego "wow" dostają jakieś "yyyy???". A niestety zrobiłam się chyba mocno wybredna, bo coraz częściej nie zgadzam się z rankingami na najlepsze książki miesiąca/roku lub pochlebnymi recenzjami publikowanymi np. w prasie kobiecej. Dlatego dzisiaj będę częściej ostrzegać, niż polecać. Ale coś fajnego też się znajdzie :-). 

Zapraszam więc, zobaczcie, co ostatnio wpadło mi w ręce i jakie są moje wrażenia po lekturze. Tym bardziej, że wszystkie książki, które znajdziecie poniżej, miały premierę pod koniec września lub w październiku tego roku :-).



 
"Zabij mnie znów" Rachel Abbott 

Na początek coś pozytywnego :-). Rachel Abbott to takie moje małe wielkie odkrycie. Jej "Obce dziecko" było naprawdę dobre, ale dopiero po "Zabij mnie znów" wpisałam ją na listę ulubionych autorów kryminałów. Dlaczego? Bo ta książka wciągnęła mnie bez reszty, jak stary dobry Harlan Coben. A zakończenie zaskoczyło, co przy tak dużej ilości przeczytanych kryminałów, już nie zdarza mi się za często :-).

Wyobraźcie sobie sytuację, w której Wasz mąż pewnego dnia po prostu wychodzi z domu i znika. W dodatku zostawia Wasze kilkuletnie dzieci bez żadnej opieki. Jego telefon nie odpowiada, znajomi i klienci nic nie wiedzą, a Ty nabierasz podejrzeń, że wcale nie chodzi o romans i kobietę ze zdjęcia w telefonie, które widział Wasz syn. Co się więc mogło stać? I dlaczego w tym samym czasie ktoś zaczyna zabijać kobiety łudząco podobne do Was?

Maggie, bo tak nazywa się główna bohaterka, za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co się stało, obawiając się jednocześnie, że jej mąż wplatał się niechcący w jakieś kryminalne porachunki. Szybko odkrywa, że wcale nie zna człowieka, z którym jest od dziesięciu lat i że tajemnice, które skrywa mogą być mroczniejsze, niż ośmieliłaby się przypuszczać. Wciąż jednak kocha go nad życie i zamiast współpracować z policją, rozgrywa swoją własną grę. Tymczasem śledztwo w sprawie morderstw prowadzi, znany z "Obcego dziecka", nadinspektor Douglas, który zaczyna zauważać podobieństwa do zbrodni dokonywanych w Manchesterze dwanaście lat wcześniej. 

Zawiła intryga, skomplikowana sieć powiązań między bohaterami, wydarzeniami i ofiarami oraz naprawdę świetnie nakreślone portrety psychologiczne Maggie i Toma Douglasa sprawiły, że nie mogłam się od tej książki oderwać. Pół nocy zarwałam, by dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. I chociaż, jako matka, miałam małe zastrzeżenia co do zdrowego rozsądku Maggie, to jednak muszę przyznać, że jest to książka na naprawdę bardzo dobrym poziomie.

Jeśli więc lubicie kryminały i chcecie poczuć mały powiew świeżości po Cobenie, Nesbo i Beckett'cie, koniecznie sięgnijcie po wydaną w tym miesiącu książkę Rachel Abbott. Z ręką na sercu mogę polecić :-).




"Dziecko wspomnień" Steena Holmes

Gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach, natychmiast przyciągnęła mój wzrok. Niepokojący tytuł, bestsellerowa autorka "USA Today" i piękna, nostalgiczna okładka. A gdy przeczytałam opis, wiedziałam już, że to książka dla mnie. Przedpremierowe recenzje też brzmiały niezwykle interesująco. Nic, tylko będzie kolejny hit, pomyślałam. Niedługo po premierze kupiłam ebooka i zagłębiłam się w obiecaną mi historię "wielkiej, macierzyńskiej miłości".

Diana i Brian to udane, bardzo kochające się małżeństwo z ponad dwunastoletnim stażem. Nie mają dzieci, lecz odnoszą sukcesy zawodowe i cieszą się sobą. Gdy Diana zachodzi w ciążę, oboje są akurat w przełomowych momentach swoich karier. Mimo wszystko Brian jest bardzo szczęśliwy, gotowy nawet poświęcić własną pracę dla maluszka. Diana natomiast przeciwnie, jest załamana, do tego stopnia, że rozważa aborcję. Kobieta obawia się nie tylko o swoją pozycję w firmie, ale także o to, że jest dziedzicznie obciążona psychozą poporodową, która doprowadziła w przeszłości do śmierci jej matki i maleńkiego braciszka.

Wszystkie wątpliwości rozwiewają się jednak, gdy pierwszy raz patrzy w oczy swojej córeczki Grace i fala miłości zalewa jej serce. Tylko przedłużająca się nieobecność męża i niecodzienne zachowanie niani sprawiają, że nabiera podejrzeń, że nie wszystko jest w porządku.

Tyle fabuły, zresztą całkiem obiecującej prawda? Niestety, autorka poprowadziła ją w tak beznamiętny, banalny sposób, że naprawdę średnio rozgarnięty czytelnik OD RAZU domyśli się, o co chodzi. Co gorsze, zakończenie książki tylko to potwierdzi. Naprawdę nie wiem, skąd te zachwyty na blogach? I jak to możliwe, że rasowe recenzentki "do końca snuły różne przypuszczenia" albo, że książka "poruszyła najwrażliwsze struny ich duszy". Nie mam zielonego pojęcia, gdzie w tym wszystkim jest ta wielka miłość do dziecka? Nie rozumiem, jak w ogóle można wyciągnąć taki wniosek, skoro w tej historii dziecko pojawia się właściwie tylko jako głos w elektrycznej niani? Siła marketingu jest jednak wielka, nawet ja się dałam złapać. 

Niestety, ta książka w żadnym stopniu mnie nie usatysfakcjonowała i żałuję każdej minuty, jaką na nią straciłam. Ale pamiętajcie też, że to tylko moje, bardzo subiektywne odczucie i macie prawo oceniać ją zupełnie inaczej. Ja w każdym razie jej nie polecam.




"Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany" Ałbena Grabowska

I na koniec chyba największe rozczarowanie ostatnich miesięcy. Ałbena Grabowska kojarzyła mi się dotychczas tylko pozytywnie. Jej trzytomowa saga rodzinna "Stulecie Winnych" bardzo mi się podobała i z niecierpliwością oczekiwałam na premiery kolejnych części. Ciekawa fabuła, niesamowity klimat, świetnie nakreśleni bohaterowie (chociaż ostatnia część była pod tym kątem duuużo słabsza). Zdecydowanie jest to seria warta polecenia każdemu miłośnikowi sag rodzinnych.

Podobnie zresztą było z pierwszym tomem przygód "Alicji w krainie czasów. Czas zaklęty". Chociaż nie zachwyciła mnie tak, jak "Stulecie Winnych", to miała naprawdę fajny klimat. Oto w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku w podwarszawskim dworku wybucha płomienny romans między hrabią Janem Księgopolskim a służącą Natalią. W efekcie zarówno hrabina, jak i Natalia zachodzą w ciążę. Sprytna i zdesperowana służąca robi wszystko (dosłownie), by to właśnie jej dziecko stało się dla Jana najważniejsze, by je uznał, a ją pokochał. I po części jej się to udaje. Gdy syn z prawego łoża umiera, hrabia zabiera do dworu maleńką Alicję, która wychowuje się od tej chwili w dostatku, lecz bez miłości ojca, o przybranej matce nawet nie wspominając. Z czasem wyrasta na niezwykłą, obdarzoną wieloma talentami panienkę. Pierwszy tom kończy się w momencie, w którym aż przebierałam nogami w oczekiwaniu na drugi. I cóż.... Już wiem, że na trzeci czekać nie będę.

Drugi tom opowiada losy nastoletniej, a potem dorosłej już Alicji, i rozpoczyna się całkiem interesująco. Kilkunastoletnia dziewczyna znajduje się w wiedeńskiej klinice, gdzie rodzina wysłała ją na leczenie. Nie zna języka, jest zrezygnowana i zagubiona, lecz w końcu postanawia zawalczyć o siebie. Wspierając się sprytem i niezwykłymi umiejętnościami, zaskarbia sobie zaufanie personelu i innych pacjentów. Gdy w klinice pojawia słynny Zygmunt Freud, jej życie zmienia się o 180 stopni. Nieoczekiwanie otwierają się przed nią drzwi do świata medycyny, które w tamtych czasach były przecież przed kobietami zamknięte na cztery spusty... I do tego momentu jest super. Potem zaczyna się niestety mały literacki koszmarek. 

Nie wiem, czy autorkę goniły terminy, czy po prostu postanowiła zaszaleć, bo popuściła wodze fantazji tak, że momentami przecierałam oczy ze zdumienia. W tej książce znalazło się wszystko: tygrysy ludożercy, kobiety-ryby, I wojna światowa, indyjskie księżniczki, Coco Chanel, szpiedzy, broń chemiczna, samobójstwa, skruszeni kochankowie, próby gwałtu, katastrofy lotnicze i dużo, dużo więcej... Z jednej nieprawdopodobnej historii w drugą jeszcze bardziej absurdalną. Wszystko oczywiście okraszone niesamowitymi zbiegami okoliczności. No i główna bohaterka, która w wieku 50 lat wciąż wygląda jak dwudziestolatka, a to wszystko za sprawą czarów... Litości!!!! Przeczytałam wprawdzie tę książkę do końca, ale byłam niepocieszona, jakbym straciła najlepszego przyjaciela. Naprawdę nie rozumiem, jak można było zepsuć tak fajnie zapowiadającą się historię. Aż rozgoryczona napisałam do koleżanki, która też ją czytała i okazało się, że miała dokładnie takie same wrażenia... Wielka szkoda. Zdecydowanie NIE POLECAM.


Dajcie koniecznie znać, czy miałyście już w rękach którąś z tych książek i jakie są Wasze wrażenia? Bo zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy rzeczywiście coraz trudniej w tym gąszczu nowości znaleźć coś dla siebie?

Ściskam Was ciepło i życzę pięknych książkowych wieczorów!!!

Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 27 października 2016

Moja studniówka i podsumowanie pierwszego trymestru




Pierwszego czerwca mój świat przyspieszył. Zobaczyłam dwie różowe kreseczki i wpadłam w jakiś przedziwny wir czasowy. Każdy dzień mija mi jak błysk spadającej gwiazdy, tydzień jak jedna piosenka, a kolejny miesiąc zaskakuje jak koniec nitki dentystycznej :-). Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że za chwilę wkraczam w trzeci trymestr. Przecież jestem już w domu, a nie w pracy. Hubiś chodzi do przedszkola, które uwielbia i z którego nie pozwala się za szybko zabierać. Powinnam więc mieć więcej czasu. A nie mam. Albo nie potrafię go odnaleźć. Tyle rzeczy muszę (chcę!) jeszcze zrobić, tyle spraw załatwić. Większość niekoniecznie związanych z ciążą. W efekcie zostało mi już tylko 101 dni do chwili, gdy pierwszy raz wtulę nos w maleńką szyjkę mojej kolejnej pociechy. Taka moja mała ciążowa studniówka.

Pamiętam, jak w ciąży z Hubisiem celebrowałam każdą chwilę - gdy pierwszy raz zobaczyłam dno swojego pępka, gdy poczułam pierwszego kopniaka, albo gdy osiągnęłam wymiary idealne - 90 cm w biuście i 90 cm w talii :-). Dzieliłam się z Wami wszystkimi moimi radościami i obawami. Robiłam to też dla siebie, by pamiętać, móc zawsze wrócić.... A teraz, oprócz informacji, że maluszek jest i rośnie, nie wiecie właściwie nic. No, może tyle, że cukrzyca ciążowa i tym razem trochę mi dokucza. Co więcej, dotarło do mnie ostatnio, że nie tylko zaniedbałam w tym temacie bloga, ale i wszystkie moje prywatne archiwa. Nie mierzę się, nie robię cotygodniowych zdjęć i nie zapisuję wagi (ale to z premedytacją :-)). Dlatego dzisiaj, dla zainteresowanych i na przekór sklerozie, małe podsumowanie pierwszego trymestru Hubercikowego braciszka, póki jeszcze cokolwiek pamiętam :-).

Wszystko zaczęło się w maju. Już wtedy wiedziałam, że coś się święci. Może to doświadczenie, może znajomość swojego ciała, a może po prostu intuicja. Specyficzne napięcie, na które najpierw było za wcześnie, a które później nie mijało, chociaż według kalendarza minąć powinno. Nie pomyliłam się. Ale czekałam... Lekarz powiedział mi kiedyś, że dla  własnego dobra nie powinnam się spieszyć z pierwszą wizytą. By zaoszczędzić sobie stresu, bo co ma być to będzie. I nic na siłę. Że tak najlepiej. I miał rację.

Czekałam więc. Ba, poleciałam nawet z mężem na urlop :-). Wybyczyć się, wyspać, pobyć razem, zająć czymś myśli. Nie przewidziałam tylko, że tak szybko dopadną mnie ciążowe dolegliwości. Z Hubim fala mdłości przyszła na przełomie pierwszego i drugiego trymestru. Tym razem już w ósmym tygodniu najchętniej zatkałabym sobie nos i spała 20 godzin na dobę :-). Jej, jak w tej Grecji śmierdziało! Chodniki, leżaki, kwiaty przy drodze, o restauracjach i mijanych ludziach nawet nie wspominając. Ledwo mogłam znieść zapach swojej własnej skóra, wysmarowanej kremem z filtrem. Na nic się zdała opcja all inclusive, bo nie byłam w stanie wejść do hotelowej restauracji. Problemy z żołądkiem miałam aż do 18stego tygodnia, a dopiero około 20stego potrafiłam znieść zapach (uwielbianych przeze mnie normalnie) ryb i kawy. Na szczęście, w przeciwieństwie do ciąży z Hubisiem, mdłości przeważały nad wymiotami, więc nie chudłam tak jak cztery lata temu. Przeciwnie, zaczęłam powoli się zaokrąglać :-).

Od samego początku dopadła mnie też ogromna senność... Hubisiowy Tata śmiał się, że moja "chwilka na drzemkę" trwała zwykle około czterech godzin. Nota bene, trzy godziny po tym, jak wstałam rano po przespaniu dziesięciu godzin :-). Wieczorem padałam spać ok. 20-21szej wycieńczona, jakbym przebiegła co najmniej półmaraton. Potrafiłam usnąć przed Hubertem. I może to jest dobre usprawiedliwienie mojej nikłej aktywności? Ja pierwszy trymestr (i część drugiego) po prostu przespałam :-).

Pamiętam też naszą pierwszą wizytę u lekarza. Mój ówczesny ginekolog oglądał maluszka na usg i długo nic nie mówił, chociaż zwykle gada jak najęty. Leżałam, właściwie nie oddychając z nerwów, aż w końcu nie wytrzymałam i spytałam: "Panie doktorze, czy serduszko bije?". Na co on drgnął, jakby obudzony, roześmiał się ciepło i powiedział: "Ojej, przepraszam panią, zapatrzyłem się. Tak, oczywiście, że bije. Wygląda na to, że macie państwo prawidłowo rozwijające się maleństwo. Gratuluję". No i wtedy puściły mi tak długo wstrzymywane kraniki w oczach :-).

Wspominam też usg prenatalne w 12 tygodniu. I moje zaskoczenie, gdy usłyszałam, że według lekarza, to znowu będzie chłopak. Powinnam była przypomnieć sobie słowa bratowej mojego męża, która już przy ciąży z Hubim śmiała się, że "w tej rodzinie nie masz szans na córeczkę" :-). Nie wiem dlaczego, ale mimo wszystko byłam przekonana, że to będzie dziewczynka. Chyba dałam się złapać na przesądy typu "córka zabiera mamie urodę". W tamtym czasie czułam się i wyglądałam jak nastolatka i to bynajmniej nie tak młodo, tylko tak pryszczato :-). Z uwagi na mój starczy wiek (skończone 35 lat) przysługiwało mi też darmowe usg prenatalne w naszym szpitalu wojewódzkim i tam kilka dni później lekarka wykonująca badanie po prostu podyktowała pielęgniarce, jako jedną z kilkudziesięciu informacji: "Płeć męska". Na co ja przerwałam: "Chwileczkę pani doktor, czyli to chłopczyk?". Zmieszała się, zaczęła tłumaczyć, że na 100% jeszcze nie wiadomo, ale z tego, co widzi, to tak, będzie chłopak. Wszelkie wątpliwości rozwiał trzeci lekarz w 14 tygodniu (zmieniłam wówczas ginekologa prowadzącego), który bez cienia wahania w głosie potwierdził płeć. I wiecie co? Bardzo się ucieszyłam. Z córeczką pewnie bym się na nowo stresowała, a z chłopcem miałam już przecież praktykę :-). I wiedziałam, jak szczęśliwy będzie Hubiś.

W tamtym czasie dostałam również skierowanie na badania genetyczne. Refundowane. Nie ukrywam, że byłam z tego faktu bardzo zadowolona. Gdy po pięciu tygodniach, pod biurkiem pani genetyk Hubiś gasił pożary, ja usłyszałam tak wyczekane i wymarzone słowa: "Jest ok, pod każdym względem, który mogliśmy podczas tego badania sprawdzić". A po kilku dniach mój lekarz stwierdził, że mogę już odetchnąć i jeśli tylko będę na siebie uważać, wszystko będzie dobrze. Jejku, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa. Prawie tańczyłam wracając do samochodu :-).

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie zafundowała sobie też trochę stresów. Dokładnie dwa dni po słowach "może już pani odetchnąć" Hubiś wrócił z przedszkola z czerwoną, drobną wysypką na rączce. Wysypką, która w błyskawicznym tempie zaczęła rozlewać się po całym jego ciałku i która do złudzenia przypominała różyczkę. Wszystkie inne objawy też mi idealnie pasowały (pamiętajcie doktor google to ZŁO). Możecie sobie wyobrazić, w jaką panikę wpadłam na myśl o różyczce... Mój mąż był na drugim końcu kraju, moja mama nie mogła przyjechać, przychodnia już zamknięta, mogłam jechać do szpitala, ale młody nie miał ani gorączki, ani uczucia swędzenia. Znajomy lekarz spokojnie tłumaczył mi przez telefon, że jeśli to różyczka i Hubi zarażał, to i tak stało się to zanim wystąpił u niego wykwit i że na pewno jestem szczepiona. Że te kilka godzin niczego nie zmieni i żebym nie panikując udała się następnego dnia rano do pediatry. Oczywiście, w mojej dziecięcej książeczce zdrowia nie było śladu po szczepieniu na różyczkę, stare badania z ciąży z Hubim diabeł ogonem przykrył, a w tej ciąży, jak się okazało, mój ginekolog olał kwestię sprawdzenia ilości przeciwciał na różyczkę i zwyczajnie ich nie zlecił. Przepłakałam całą noc, snując najgorsze z możliwych scenariuszy, a rano usłyszałam od pielęgniarek "Proszę na bok, lekarz przyjmie dziecko w drugim gabinecie, bo to wygląda na chorobę zakaźną". Dobiły mnie tym kompletnie. Ostatecznie okazało się, że Hubi dostał silnej alergii na słońce połączonej prawdopodobnie z alergią pokarmową, a ja szczepiona byłam.

Akcja z brakiem zlecenia badań na przeciwciała różyczkowe oraz zlekceważenie kwestii cukrzycy ciążowej, pomimo że występowała u mnie w pierwszej ciąży, zdecydowały, że postanowiłam zmienić ginekologa prowadzącego. I chociaż kilka koleżanek pytało mnie później, czy po tylu latach nie miałam oporów, albo czy nie było mi zwyczajnie głupio, ja nie wahałam się nawet chwili. Uznałam, że jest to usługa jak każda inna, a skoro płacę niemałe pieniądze, chcę mieć pewność, że jestem pod profesjonalną opieką. Drugi trymestr pokazał mi zresztą, jak słuszna była to decyzja i jak niewiele brakowało, a resztę ciąży spędziłabym w pozycji leżącej. 

Pod koniec pierwszego trymestru miałam 3 kilogramy na plusie, ale wciąż bez najmniejszego problemu mieściłam się we wszystkie przedciążowe ubrania. O istnym bangladeszu na twarzy pisałam już wyżej, ale na szczęście z początkiem drugiego trymestru wszystko wróciło do normy. Zachcianek kulinarnych nie miałam, chociaż już przeważał chrzan niż konfitura :-).

I to chyba tyle kochani. Mam nadzieję, że przynajmniej kilka z Was dobrnęło do końca i nie ucieknie stąd z krzykiem na wieść, że niedługo pojawi się wpis o trymestrze drugim :-).

A może podzielicie się ze mną swoimi własnymi doświadczeniami :-)? Bo nie wiem, jak Wy, ale ja naprawdę lubię wiedzieć, że nie jestem jedyną kobietką, która miała taki problem z otworzeniem lodówki w pierwszym trymestrze:-)? I to świeżo wysprzątanej :-)!

Ściskam ciepło i do "przeczytania",

Hubisiowa mama
-♥-


czwartek, 20 października 2016

Jak wyczarowałam sobie syna




Czasami myślę, że maj to taka moja namiastka raju na ziemi. Jest idealny... Zawsze... Tak, jakby wszechświat chciał mi wynagrodzić wszystkie smutki, choroby, stracone szanse i długie jesienno-zimowe miesiące... Moje serducho znów wypełnia się radością i nadzieją. Wystarczy, że się rozejrzę. Absolutny błękit nieba, soczysta zieleń trawy, kolorowe kwiaty, śpiewające ptaki, słońce ogrzewające twarz... Kochające oczy męża, całus syna, bukiet polnych kwiatów w słoiku na parapecie. Cały kalendarz wypełniony naszymi rodzinnymi świętami, bo właściwie wszyscy mamy w maju jakieś "swoje" dni... I spełniające się marzenia...

W tym roku było podobnie. Znowu wyjątkowo, znowu magicznie. Bo chociaż to nie był pierwszy raz, gdy "to" poczułam, to jednak był pierwszym "majowym razem" od "hubercikowych" czasów. Delikatnie, jakby po policzku musnął mnie motyl, zaczęło tlić się we mnie przeczucie. I nadzieja. Bo kiedy, jak nie w maju :-)? 

A potem postanowiłam trochę poczarować. Bo chociaż nie wierzę w talizmany, amulety i inne tego typu rzeczy, to przecież nie zaszkodzi spróbować powtórzyć biegu wydarzeń, prawda? Odnieść się do największego szczęścia, jakie dotychczas było nam dane? Do Hubisia.

Kusiło mnie bardzo, ale poczekałam do 1 czerwca, bo właśnie w Dzień Dziecka po raz pierwszy zobaczyłam dwie różowe hubisiowe kreseczki. I wcale nie byłam zaskoczona, gdy tym razem też się pojawiły. A potem, jakby historia puszczała do nas oko, znowu stanęliśmy przed wyborem, czy jechać w zaplanowaną podróż, czy jednak dla bezpieczeństwa zostać. Z Hubim pojechaliśmy, ale czy powinniśmy lecieć teraz? Trochę irracjonalnie, ale postanowiłam jednak, że damy maleństwu czas do namysłu i pojedziemy. Bo wtedy też tak zrobiliśmy i jeśli magia ma działać, to zadziała znowu. I co ma być, to będzie. A po powrocie, pierwsza wizyta u lekarza też była w "hubisiowy" dzień. Dokładnie, co do jednego dnia w kalendarzu. I znowu były, jak cztery lata temu, łzy szczęścia, bo nie potrafiłam się powstrzymać. Chociaż tym razem zabarwione jeszcze niedowierzaniem i lękiem o kolejne tygodnie. I termin na przyszły rok też był dokładnie ten sam :-). Aż się lekarz roześmiał serdecznie.

Magia działała, ale wiadomo, trzeba z nią ostrożnie... Lepiej nie zapeszać :-). Długo, bardzo długo bałam się przyznać, że kocham, chociaż i tak kochałam już całym sercem. Długo nie chciałam tulić brzucha dłonią, bo bałam się przywiązać, chociaż ręka i tak jakoś sama tam wędrowała. Żołądek i nos krzyczały do mnie "zobacz, jak szalejemy, to hormony, to dobry znak", a ja i tak bałam się wyszeptać to, co chciałam wykrzyczeć całemu światu. Dziwny to był czas... jakbym stąpała po niezwykle cienkim, kruchym lodzie, ale była to najpiękniejsza, skrząca się zimowa tafla, jaką w ogóle można było sobie wyobrazić. 

A potem, po 14stu tygodniach, usłyszałam w końcu upragnione słowa "może pani odetchnąć" i chociaż na dworze było już lato, znowu poczułam się jak w maju... Bo spełniło się moje majowe marzenie i majowa magia po raz kolejny zadziałała. To był chłopiec. Mój drugi, piękny, wyczekany syn... Wyjęłam ukryte dotąd czarno-białe zdjęcia, kupiłam kwiaty i pojechaliśmy do naszych rodziców powiedzieć, że trzeba będzie na wigilii kolejne krzesło do stołu dostawić :-). Jeszcze nie w tym roku, ale w następnym to już na pewno. I że kolejny kawaler zgłosi się do dziadka po naukę jazdy na rowerze.

I tak właśnie wyczarowałam sobie ten mój brzuszek, który tulę teraz godzinami i któremu śpiewam, chociaż głos mam fatalny. I już nie boję się wykrzyczeć, że jestem najszczęśliwszą podwójną mamą na świecie. Bo dwa serca w jednym ciele to prawdziwa magia, prawda :-)?


Hubisiowa mama
-♥-

sobota, 15 października 2016

Nie! Nie! Nie!


































Urocza i zabawna. Te dwa słowa idealnie obrazują książeczkę dla maluchów autorstwa Marty Altes o króciutkim tytule "Nie!". Kupiłam ją niedawno i z miejsca zdobyła nasze serducha, bo ma śmieszną historię, piękne ilustracje i zaskakującą puentę. Właśnie takiej książki brakowało w naszej biblioteczce. Nie pamiętam kiedy ostatnio Hubiś tak się śmiał przy czytaniu. I śmieje się od tygodnia, bo każe ją sobie czytać codziennie. Dlatego lojalnie ostrzegam - to nie jest książeczka do czytania przed snem :-). Rozbudzi Wam dziecko, zamiast utulić.

Historia opowiedziana jest z perspektywy sympatycznego, rudego pieska o imieniu "Nie". Psiak bardzo kocha swoją rodzinę i całymi dniami robi wszystko, by ułatwić im życie. Ogrzewa im łóżka, pomaga szybciej dotrzeć w różne miejsca, sprawdza jedzenie, żeby się przypadkiem nie zatruli, porządkuje ich gazety, pomaga z praniem... jednym słowem stara się jak może :-). A domownicy chyba doceniają jego wysiłki, bo wtedy zawsze wołają go po imieniu: "Nieeeeeee!". Dowcipne, wesołe ilustracje pokazują jak bardzo "doceniają" :-). 






 
Z każdej strony tej uroczej książki bije entuzjazm i oddanie pieska dla rodziny. Jest przekonany, że oni kochają go równie mocno jak on ich. Tylko jedna rzecz go zastanawia - dlaczego kupili mu obrożę z imieniem Azor, skoro ma na imię "Nie" :-)? 

I chociaż książka ma duży format, a historia składa się zaledwie z kilkunastu króciutkich zdań, to właśnie puenta sprawia, że książeczka dedykowana jest dla przedszkolaków, a nie dwulatków. Zaskakujące, zabawne zakończenie może po prostu nie zostać zrozumiane przez młodsze szkraby. 





Oprócz dobrej zabawy, historia psiaka o imieniu "Nie" może być też świetną okazją do pokazania maluchom, jak ich zachowanie i dobre intencje mogą zostać źle zrozumiane. Dostrzeżenie perspektywy drugiej osoby, wczucie się w jej sytuację, empatia - to bardzo ważna lekcja, z którą każde dziecko prędzej, czy później będzie musiało się zmierzyć. 

"Nie!" Marty Altes to kolejna książeczka wydawnictwa Adamada, którą mogę Wam spokojnie polecić. Dobra zabawa, uśmiech, szczypta mądrości, piękny, śliski papier... Czego chcieć więcej :-)?

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-
 

wtorek, 11 października 2016

Myśli potargane # 19









19 września 2016 (poniedziałek)
Nie wiem, jak inne ciążowe brzuchy, ale mój stał się ostatnio prawdziwym magnesem na jedzenie. Bez względu na to, czy gotuję, czy jem, zawsze, ale to zawsze coś mi na niego spadnie. W dodatku zamiast odbić się i z pięknym saltem spaść na podłogę, to zatrzymuje się na nim jak filmowy gwiazdor na markizie rozpiętej nad sklepową wystawą. Jajecznica, sos pomidorowy, zupa, nawet masło ostatnio :-). Głupio mi już nawet Hubisia upominać podczas jedzenia, bo gdyby ktoś nam te paćki na brzuchach policzył, to chyba bym syna przebiła. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało (no chyba, że akurat byłam ubrana cała na biało i miałam 2 minuty do wyjścia :-)). Strach się bać, co będzie w dziewiątym miesiącu :-).


20 września 2016 (wtorek)
Dzieci są jednak nieprzewidywalne... A zegary z kukułką to diabelskie urządzenia :-). Do niewielkiej, olsztyńskiej księgarni dla maluchów przyjechała Anita Głowińska, autorka serii książeczek o Kici Koci. Miało być wspólne czytanie, malowanki i niespodzianki. Jakiś czas temu postanowiłam zapisać młodego na ten mały event, bo Kicię Kocię bardzo lubi, a książeczki z jej przygodami często czytamy przed snem. Hubiś nie mógł się doczekać. Codziennie pytał, czy to już. A gdy w końcu tam dotarliśmy, interesował go tylko i wyłącznie zabawkowy zegar z kukułką, wiszący na ścianie księgarni. Chciał go mieć teraz, natychmiast i na zawsze :-). Początkowo tłumaczyłam mu po prostu, że nie jest na sprzedaż, bo jest częścią dekoracji. Upierał się jednak dalej, więc w ruch poszły argumenty w stylu, że nie jest nasz, że jest wysoko powieszony i że nie wolno go nam zabrać. Nie chciałam mu obiecywać kupna podobnego, bo po pierwsze, jestem przeciwna takiemu wymuszaniu zabawki, a po drugie ten zegar był po prostu strasznie kiczowaty :-). Niestety, mleko się rozlało. Łzy w oczach, foch i koniec imprezy. Na wszystkie pytania autorki w stylu "kto z was dzieciaczki lubi pieski, a kto lubi kotki" głośno krzyczał, że on nie lubi ani piesków ani kotków, a potem ostentacyjnie odkręcił się do niej plecami i kategorycznie odmówił słuchania. Prosiłam, szeptałam, tłumaczyłam... Nic z tego. Wyszliśmy przed końcem, żeby nie przeszkadzać innym maluchom i ich mamom. A piekielny zegar z kukułką i tak poszedł w zapomnienie jeszcze zanim dotarliśmy na parking :-). 


22 września 2016 (czwartek) 
Mamo, daj mi soczku. Tylko w szklance, a nie w kubku. W takiej szklance, co może się zbić!


25 września 2016 (niedziela)
Tylko on i ja. Rodzice na wagarach. Kilka dni bez dziecka, wyłącznie dla nas. Bo mało nas ostatnio razem. Bo praca, wyjazdy, szkolenia. A przecież to nasze uczucie jest fundamentem hubisiowej rodziny. Nasza miłość, przyjaźń, oddanie... To my zostaniemy razem, gdy chłopaki wyfruną już z domu. Już nie mogę się doczekać :-).


27 września 2016 (wtorek)
Jest pięknie...


29 września 2016 (czwartek)
Bądź dzielna mamo. U babci i dziadka jest super, jeszcze nie musisz wracać, bo dziadek uczy mnie jeździć na dwóch kółkach i zbieram na działce maliny. Nie mam czasu. Papappa... i pobiegł :-).


5 października 2016 (środa)
W ramach walki z szokiem termicznym, zrobiłam sobie dzisiaj samotny wypad do kina. Środek dnia, na sali trzy osoby i totalny relaks. Bo chociaż nowa Bridget Jones trochę mnie rozczarowała, to fantastycznie spędziłam czas... Sama ze sobą :-). W przyszłym tygodniu robię powtórkę. W planach "Dziewczyna z pociągu" z moją ulubioną Emily Blunt. Mam wrażenie, że może być dużo lepsza od przeciętnej w sumie książki. Zobaczymy :-).


7 października 2016 (piątek)
Kocham tego mojego łobuza nad życie. Nieba bym mu uchyliła i bardzo żałuję, że nie da rady wychować go na mądrego człowieka tylko i wyłącznie rozpieszczając :-). W naszym hubisiowie obowiązuje kilka zasad, których nie wolno łamać ani nam, ani jemu. Dodatkowo bardzo pilnuję danego komuś słowa. Mam na tym punkcie małego hopla i biedny Hubi dostaje rykoszetem :-). Młody, chociaż nie zawsze z tego powodu szczęśliwy, nauczył się już więc, co znaczy konsekwencja. Jeśli umawiamy się wspólnie, że będzie mógł obejrzeć bajkę jeśli zje surówkę do obiadu, to chociażby później wylał morze łez, to bez zjedzonej łyżki warzyw nie mamy o czym rozmawiać. W efekcie nie ma nawet czterech lat, ale jeśli daje słowo, zwykle go dotrzymuje. Nauczył się nie szastać obietnicami (mówi wprost - "nie obiecam ci to"), polega na słowie danym przez nas i coraz lepiej radzi sobie w sztuce negocjacji warunków :-). A targuje się o wszystko :-). Na przykład dzisiaj spróbował z grubej rury:
- Hubisiu, posprzątaj proszę zabawki z podłogi.
- Dobrze, posprzątam i będę sprzątał zabawki już zawsze, do końca świata, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Nigdy więcej nie będziesz konsekwentna!
:-) :-) :-)


8 października 2016 (sobota)
Raz w tygodniu, o trzeciej w nocy muszę zmierzyć sobie poziom cukru i zwykle nie mogę już zasnąć. I tak sobie leżę właśnie i myślę o tym, jak niesamowite i nieprzewidywalne jest życie. Pod koniec ubiegłego roku pogodziłam się z myślą, że już nigdy nie poczuję pod sercem dziecka. Że Hubiś nie będzie miał rodzeństwa. Miałam dosyć straconych nadziei, wylanych łez, niespełnionych marzeń. I bólu, zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego. Przestałam mieć pretensję do losu, zaakceptowałam i doceniłam. A potem, zupełnie niespodziewanie, kiedy po wielu, wielu miesiącach wszystko się nareszcie uspokoiło, pojawił się on... Nasz mały cud :-). Kocham Cię skarbie tak bardzo, że nie jestem w stanie tego wyrazić słowami... I już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę Cię w ramiona.


9 października 2016 (niedziela)
Wyszedł rano po bułki, a wrócił z pięknym, ogromnym bukietem fioletowych tulipanów. Bez okazji, na przekór jesiennej pogodzie. Jest wieczór, on już setki kilometrów dalej, a ja patrzę na nie i nie mogę przestać się uśmiechać. 


11 października 2016 (wtorek)
Hubiś nie ma swobodnego dostępu do naszych laptopów. Nigdy nie pokazaliśmy mu żadnej gry, ani nie nauczyliśmy jak włączyć konkretną bajkę. Póki mogę, chciałabym mieć po prostu kontrolę, co i kiedy ogląda. A ogląda zwykle "Strażaka Sama", "Strażników miasta" albo "Maksa i Ruby". Krótkie bajeczki, bez agresji, z przesłaniem, dostosowane do jego aktualnego wieku i potrzeb. I do tej pory wydawało mi się, że ta metoda się sprawdza. Nie przewidziałam jednak mocy i pomysłowości youtuba :-). Dzisiaj usłyszałam jak podczas "Strażaka Sama" (!) włączyła się reklama tamponów OB i padło pytanie:
"Co pierwsze przychodzi wam do głowy, gdy pada słowo dojrzewanie?"
Na co mój trzylatek z radością w głosie wykrzyknął:
"OKRES"!



Hubisiowa mama
-♥-

poniedziałek, 19 września 2016

Test obciążenia glukozą - zmiana kryteriów rozpoznania cukrzycy ciążowej

źródło


Test obciążenia glukozą, czyli tzw. krzywa glukozowa to badanie, które powinna przejść każda przyszła mama. To na jego podstawie lekarz stwierdzi, czy masz cukrzycę ciążową, czy nie. Jeśli Twoje wyniki wskażą na cukrzycę ciążową, reszta ciąży upłynie Ci pod hasłem diety, glukometru, a w skrajnym przypadku nawet insuliny (odpukać). Wszystko po to, by uchronić maluszka przed jej negatywnymi skutkami, a po ciąży wrócić do normalnego trybu życia.

W 2012 roku, gdy byłam w ciąży z Hubertem, stwierdzono u mnie cukrzycę ciążową. Wyniki były wysokie i nie pozostawiały żadnych złudzeń. Późniejszy dietetyczny reżim, pomiary cukru nawet o 3ciej w nocy i długie kolejki w poradni diabetologicznej nieźle dały mi popalić. Jedyną pociechą była piękna cera i tylko 5 kilogramów na plusie :-). Dlatego w tej ciąży aż podskoczyłam z radości, gdy odebrałam wyniki i zobaczyłam dużo niższe wartości, o włos, ale jednak mieszczące się w znanych mi normach. Oczywiście, na wszelki wypadek wstukałam je też od razu do wujka google, gdzie szybko uspokoiły mnie ciążowe portale, jeden poczytny blog (wpis z 2016 r.) i kilka wpisów na matczynych forach. 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy ginekolog tylko spojrzał na wyniki i od razu skierował mnie do poradni diabetologicznej. Dlaczego? 

Bo okazało się, że Światowa Organizacja Zdrowia w 2013 r., a za nią Polskie Towarzystwo Diabetologiczne w 2014 r. zmieniły kryteria rozpoznania cukrzycy ciążowej. To, co jeszcze w ciąży z Hubim uznawano za dopuszczalne, teraz stało się obowiązkowym powodem leczenia. 

Tymczasem w sieci krążą nieaktualne normy i to właściwie w przeważającej większości. Co gorsze, zdarza się, że i lekarze ginekolodzy nie do końca wiedzą, co się zmieniło i nie kierują pacjentek do poradni (na przykład u mnie wyszło szydło z worka, dopiero gdy w trzecim miesiącu ciąży zmieniłam lekarza). I chociaż nie są to może jakieś spektakularne zmiany, to fakt jest taki, że nie monitorowana i nieleczona cukrzyca ciążowa może wyrządzić wiele złego i w naszym i maluszka zdrowiu. Przy takich zaniedbaniach dzieci rodzą się często bardzo duże, lecz niedojrzałe, a czasami nawet z niedorozwojem narządów. Dla własnego więc dobra warto wiedzieć, jakie w tej kwestii są najnowsze zalecenia specjalistów.

Większość ciężarówek już przed wizytą u lekarza szuka w sieci prawidłowych norm krzywej, dlatego pomyślałam, że warto napisać o aktualnie obowiązujących zasadach wykonywania testu obciążenia glukozą w ciąży i zmienionych kryteriach rozpoznania cukrzycy ciążowej. Zrobię to na podstawie stanowiska Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego z 2016 r. ("Zalecenia kliniczne dotyczące postępowania u chorych na cukrzycę w 2016"), które w całości możecie znaleźć tutaj (klik). To właśnie z tych zaleceń będą pochodziły grafiki, które zobaczycie poniżej. Mam nadzieję, że się Wam przydadzą :-).

Kiedy wykonuje się badanie?

Test obciążenia glukozą wykonuje się u wszystkich ciężarnych między 24 a 28 tygodniem ciąży. Jeśli jednak kobieta zalicza się do tzw. grupy ryzyka, ginekolog powinien skierować ją na to badanie już podczas pierwszej "ciążowej" wizyty.

Kto zalicza się do grupy ryzyka?


Jeśli podczas pierwszego badania u kobiety z grupy ryzyka nie stwierdzi się nieprawidłowych wartości, test powtarza się u niej już tradycyjnie między 24 a 28 tygodniem ciąży.

Jak się przygotować do badania i na czym polega? 

Do laboratorium powinnaś zgłosić się rano, świeżo po przebudzeniu i przespanej nocy (zalecenia każą się wyspać :-)), koniecznie na czczo, przy czym ostatni posiłek należy spożyć ok. 12 godzin wcześniej. W oficjalnym stanowisku PTD nie mogłam tego znaleźć, ale w laboratorium powiedziano mi także, by rano przed badaniem nie pić nawet czystej wody i by zjawić się na to badanie nie później niż o godzinie 8:00 rano.

Należy wziąć ze sobą kupioną w aptece glukozę 75 g (kosztuje ok. 4-7 zł), chociaż w wielu laboratoriach możesz kupić ją również na miejscu :-). Aha, jeszcze do niedawna u ciężarnych spoza grupy ryzyka stosowano test obciążenia glukozą 50 g, aktualnie zaleca się jednak, by zawsze było to 75 g.

Oprócz glukozy, do laboratorium warto też zabrać limonkę lub cytrynę, książkę, coś do jedzenia na czas "po badaniu" (po tych kilku godzinach będziecie głodne jak wilk) i duuużo cierpliwości. Po co limonka? Bo w żadnym stopniu nie fałszuje wyników badań, a pomaga znieść smak roztworu, który będziecie musiały wypić. Często same laborantki, patrząc na mdlejące prawie od słodkości kobietki zachęcają, by przy drugim dziecku wziąć ze sobą ten mały zakwaszacz :-). Jako weteranka krzywych glukozowych (robiłam ich już sześć w trzech różnych laboratoriach) mogę Wam z ręką na sercu powiedzieć, że różnica w smaku jest wtedy ogromna.

Badanie rozpoczyna się od pobrania krwi i oznaczenia poziomu glukozy na czczo. Następnie otrzymacie do wypicia glukozę rozpuszczoną w 250-300 ml zimnej wody. W moim laboratorium daję po prostu laborantce glukozę wraz z limonką i to ona przygotowuje roztwór. W niektórych laboratoriach pacjentki muszą to jednak zrobić same. 

Glukozę należy wypić od razu (w ciągu max. 5 minut), po czym usiąść na krześle w poczekalni i poczekać na kolejne pobrania krwi. W tym czasie nie powinnyście spacerować ani oddalać się od laboratorium, nie tylko ze względu na możliwość zafałszowania wyniku, ale również na własne bezpieczeństwo. Podobno zdarza się (wcale nie tak rzadko), że ciężarna w tym czasie potrafi zasłabnąć. Także lepiej by ktoś miał nas na oku :-).

Kolejne pobrania krwi czekają nas teraz po godzinie i po dwóch godzinach od wypicia glukozy. Wyniki z reguły można odebrać jeszcze tego samego dnia lub następnego.

Jak interpretować wyniki?

Pamiętajcie, że normy znajdujące się na Waszych wynikach to najczęściej normy dla tzw. "ogółu", nie dotyczące sytuacji ciąży. Nie należy się nimi sugerować. Aktualnie obowiązujące kryteria rozpoznania cukrzycy ciążowej są bowiem następujące:


Jeśli chociaż jedno z wymienionych wyżej w tabeli kryteriów jest spełnione, macie cukrzycę ciążową. Wystarczy jedno. Tak właśnie było w moim przypadku. Chociaż przekroczenie normy było w moim przypadku niewielkie, codzienne badania glukometrem pokazały mi, że jednak problem mam. 

Na szczęście znam już dobrze dietę cukrzycowej ciężarówki i jakoś spokojniej podchodzę do sprawy niż przy cukrzycy z Hubertem. Ale dieta to już temat na zupełnie inny wpis :-).

Trzymam mocno kciuki za Wasze wyniki, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam.

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 15 września 2016

Mamo, a będziesz mnie kochać?

Uwielbiam te chwile, gdy małe łapki ściskają mnie mocno za szyję i słyszę cichutkie "Kocham cię mamo". Te szczere, niewymuszone słowa zawsze zalewają mi serce falą wzruszenia. Hubiś jest teraz w tym pięknym, magicznym wieku, gdy nie potrafi jeszcze grać uczuciami. Nigdy nie wykorzystywał słów "kocham cię", by coś ode mnie uzyskać, nigdy jeszcze nie próbował mnie nimi szantażować. Co najwyżej słyszałam, że "inne mamusie pozwalają jeść na obiad czekoladę, a ty nie" albo "inne dzieci oglądają bajki cały czas, a ty mi pozwalasz za mało" :-).

Za punkt honoru postawiłam sobie, by Hubert wiedział, że zawsze będę go kochać i wspierać. Że moich uczuć nic nie zmieni. Ale widzę też, jak coraz częściej potrzebuje zapewnienia o mojej miłości. Na przykład, gdy coś zmaluje i przyjdzie przeprosić... Widzę, jak w tej małej główce powoli zaczynają rodzić się pytania.

"Kiedy mama mnie kocha?"
"Dlaczego mama mnie kocha?"
"Czy mama kocha mnie cały czas?"
"Czy mama kocha mnie, jak się na mnie złości?"
"Czy mama będzie mnie kochać zawsze?"
"Czy mama będzie mnie kochać, jak pojawi się dzidziuś?"

Te pytania niewątpliwie dotyczą również osoby Hubisiowego Taty. To nie są łatwe sprawy dla kilkulatka (w sumie dla dorosłego też nie :-)). Mój maluch często nie potrafi ich sformułować, ale widzę, jak intuicyjnie czuje, że to właśnie nasza miłość zapewnia mu bezpieczeństwo i szczęście. Nie nowe zabawki, czy atrakcyjne wyjazdy, tylko miłość mamy i taty.

"Miłość" Astrid Desbordes i Pauline Martin (wyd. Entliczek) zobaczyłam pierwszy raz na półce naszej osiedlowej biblioteki. Przejrzałam i z miejsca się w niej zakochałam. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak bardzo zachwyciła mnie jakaś książka dla dzieci.


Przyznam się Wam szczerze, że początkowo wzięłam ją tylko dla siebie. Pastelowe kolory, białe tło, niewiele elementów, poważna w sumie tematyka, żadnej spektakularnej akcji w stylu ratowania kota z drzewa... byłam przekonana, że Hubi w ogóle się nią nie zainteresuje. Ale chciałam wiedzieć, jak z nim rozmawiać o swoich uczuciach, jakim torem mogą biec jego myśli.

I znowu mnie zaskoczył. Gdy po powrocie do domu przeglądałam ją na kanapie, usiadł obok i zapytał, o czym jest. A potem poprosił, bym mu ją przeczytała. A potem jeszcze raz. I przed snem... Dużo pytał, śmiał się, pokazywał paluszkiem. Już wiedziałam, że po prostu muszę mieć nasz własny egzemplarz, bo to naprawdę wyjatkowa książka.

"Miłość" rozpoczyna się sceną znaną doskonale każdej mamie i każdemu dziecku, czyli wieczornym tuleniem do snu. Bohater książeczki, leżąc już w łóżku, pyta mamę: "Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?". Na co mama odpowiada: "Hmm, no cóż, zdradzę ci pewien sekret...". Po czym opowiada Archibaldowi od kiedy go kocha, w jakich sytuacjach i do kiedy będzie... A wszystko w krótkich, zrozumiałych dla dziecka zdaniach, skonstruowanych na zasadzie przeciwieństw.

"Kocham cię, od kiedy się znamy, a nawet jeszcze dłużej."
"Kocham cię, kiedy to widzisz i kiedy tego nie widzisz".
"Kocham cię, kiedy jesteś najładniejszy, i kiedy dostrzegam to tylko ja".
"Kocham cię, kiedy jesteś blisko, i kiedy blisko jest awantura."
"Kocham cię, kiedy o mnie pamietasz, i kiedy zapominasz".






Tych przykładów jest bardzo dużo, a wszystkie wzbogacone o naprawdę bardzo ładne, zabawne ilustracje Pauline Martin. 

Ta książeczka w ciepły, przystępny sposób uświadamia dziecku, jak wielka jest miłość rodziców. Maluch może ją znaleźć w codziennych czynnościach, prostych gestach, czy powtarzanych milion razy słowach. Dowiaduje się, że miłość kryje się nie tylko w uśmiechu, ale również w smutku, czy gniewie. Że powinien czuć się kochany zarówno wtedy, jak ma rodziców na wyciągnięcie ręki, jak i wtedy, gdy z jakiejś przyczyny są daleko. Gdy jest zdrowy i osiaga sukcesy, ale także wtedy, gdy choruje lub ponosi porażki...

Niesamowita jest ta książeczka. A najbardziej podoba mi się w niej, że pozostawia naprawdę duże pole do własnych interpretacji i doświadczeń. Hubiś wciąż porównywał się z bohaterem, a ja przypominałam mu sceny z naszego własnego życia. Uśmiechał się, potakiwał, wyciszał. Jestem pewna, że układał sobie w główce swoje własne przemyślenia.

Całość książki podsumowują dwa piękne zdania:
"Kocham cię, bo jesteś moim dzieckiem, ale nigdy nie będziesz tylko mój" (te słowa chyba najbardziej złapały mnie za serducho i mam wrażenie, że chyba skierowane były bardziej do czytającego rodzica niż malucha); i
"Kocham cię każdego dnia. I tak już pozostanie".




Z całego serca polecam Wam "Miłość", bo to prawdziwa perełka wśród książeczek dla dzieci.

Jeśli znacie coś podobnego, koniecznie dajcie znać!!!!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.