AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

środa, 25 maja 2016

Dziecko z pasją



Nawet jeśli tylko sporadycznie wpadacie do Hubisiowa, na jedno pytanie na pewno znacie odpowiedź. Jaka jest największa pasja naszego trzylatka? Co kocha miłością wielką i nieprzemijającą? Zgadza się, straż pożarną i wszystko, co z nią związane :-). I wcale nie jest to, tak zwykła w jego wieku, chwilowa fascynacja. To trwająca już ponad 1,5 roku przygoda, która zawładnęła jego, a przy okazji i naszym życiem.

Hubi nie miał nawet dwóch lat, gdy "na poważnie" zainteresował się strażakami. Od tamtej pory właściwie nie istnieje dla niego inna zabawa. Ratuje kotki z drzew, gasi pożary, wyciąga ludzi z zawalonych domów, ściąga gniazda os, itp. Wszystkie "niestrażackie" zabawki prędzej, czy później kończą jako pechowe ofiary losu, ratowane przez dzielnego strażaka lub są włączane do strażackiego wyposażenia. Pluszowa świnka Peppa weszła na drzewo i nie może zejść, koparka wpadła do dziury w jezdni i tylko strażak może ją wyciągnąć, samolot gasi z powietrza pożar lasu, itd. itd.

Młody ma trzy i pół roku, a doskonale wie, do czego służą hydranty i co znajduje się w gaśnicy (i że to bynajmniej nie woda). Wie, że rozlane na jezdni paliwo muszą zebrać strażacy i że noszą oni hełmy, a nie kaski. To dzięki niemu zaczęłam zauważać w sklepach gaśnice, to jego mały paluszek pokazał mi wszystkie osiedlowe hydranty, to dla niego zaczęłam interesować się strażackimi imprezami... Siedział już za kierownicą sześciu różnych wozów strażackich, przy trzech różnych okazjach. Odwiedził remizę i to bynajmniej nie podczas przedszkolnej wycieczki. Robię, co mogę, by mu to ułatwić. Bo chociaż początkowo traktowałam tę jego fascynację z przymrużeniem oka, to widząc jak wiele szczęścia mu ona daje i jak pięknie się dzięki niej rozwija, zaczęłam ją całym sercem wspierać. 

Bo dostrzegam teraz, jak ogromnym kapitałem jest pasja dziecka. Kapitałem, który wykorzystuję, by uczyć go świata, rozbudzać mu wyobraźnię i budować jego poczucie własnej wartości. Szybko przekonałam się, że właściwie każdy temat można podciągnąć pod strażacki. Smażąc coś na oleju, uczę go przy okazji, by nigdy nie polewał oleju wodą, gdyby zaczął się palić. Widząc porzuconą w lesie szklaną butelkę, robię pogadankę o tym, jak ważne jest by wszystkie śmieci zabierać ze sobą, dla efektu podbijając to opowieścią o słoneczku, które padając na szkło spowodowało pożar lasu. A potem wiatr przenosił ten ogień z drzewka na drzewko i biedne wiewiórki musiały uciekać ze swoich dziupli, bo wiewiórki mieszkają w dziuplach drzew i zbierają tam zapasy. I uciekając przed pożarem wynosiły ze swoich dziupli jedzonko, czyli.... itd. A gdy raz usłyszy coś w strażackim kontekście, nigdy nie zapomina.  Opowiada potem o wszystkim tacie albo babci i widzę, jak szczęśliwy jest, czując się w temacie małym ekspertem.


Strażacką pasję wykorzystuję też bezczelnie do swoich celów :-). Gdy Hubi kategorycznie odmawiał posmarowania ciałka balsamem, znalazłam mu taki dla strażaków, w czerwonej butelce z białymi napisami. Zmienił zdanie od razu :-). Zimą nie chciał nosić czapki, aż udało się nam znaleźć czerwoną z białym napisem New York, który oficjalnie dla niego brzmiał "Straż pożarna", o czym zostali uprzedzeni wszyscy bliscy i opiekunki w przedszkolu. Czapkę nosił już bez protestów. Nie kłóci się już z nami, gdy słyszy, że każdy prawdziwy strażak myje włosy. Nie raz ta jego strażacka obowiązkowość ratowała mnie z wychowawczej opresji.

To dzięki strażackim książeczkom dał się przekonać do regularnego, wieczornego czytania. A gdy już się w tym rozsmakował, mogliśmy zacząć wprowadzać mu książki o innej tematyce. To kolorowanka ze Strażakiem Samem przekonała go do kredek, bo jeszcze niedawno uznawał tylko i wyłącznie flamastry. Odpowiedni dobór zabawek stał się u nas sprawą kluczową. Właściwie wybrane są nieocenioną pomocą w nauce dziecka. Wciąż szukamy nowych. Ciekawszych, bardziej pomysłowych, lepszej jakości, a przede wszystkim rozwijających. A jeśli chcemy mieć gwarancję sukcesu, do tych wszystkich przymiotników musimy dorzucić jeszcze jedno - zabawka musi być strażacka :-).

W maju zrobiliśmy kolejny, wielki krok. Dzięki przesyłce od Fabryki Wafelków nasz strażak nareszcie zaczął sam i to chętnie układać puzzle. Do tej pory robił to bardzo sporadycznie i nie ukrywam, że troszkę przeze mnie przymuszany, bo już zaczynała mnie martwić ta jego niechęć do skupienia się na prościutkiej przecież planszy. Puzzle 4 w 1 wóz strażacki Jacka zapakowane są w solidną, czerwono-białą walizeczkę, to aktualnie hubisiowy ulubieniec. W środku ma cztery różnej trudności plansze z puzzlami. Hubiś z każdym dniem coraz szybciej je układa, a w walizce po prostu się zakochał. Nosi ją jak obowiązkowy bagaż podręczny :-). Ostatnio zabrał ją nawet nad morze. Najpierw układał puzzle, a później zbierał do niej swoje strażackie skarby - muszelki, patyczki, piórka i kamyki. Swoją drogą, po raz kolejny przekonałam się, jak fantastycznej jakości są zabawki marki Janod - po całym dniu w piachu, nie noszą nawet śladu używania. Mamy ich już trochę w naszej kolekcji (część z nich pokazywałam Wam na instagramie), a teraz mogę dodać, że puzzle są równie solidnie (i naprawdę ładnie!) wykonane.




Wiecie, dumna jestem z tego mojego synka. Za to jak bardzo jest wytrwały, jak mu zależy, jak wciąż ćwiczy, by stać się jeszcze lepszym strażakiem. Podziwiam go za ogromną ciekawość i nieustającą żądzę wiedzy. Jednocześnie pilnuję, by nie przesadzić w drugą stronę. By go tym całym strażackim światem nie zmęczyć, by nie przeciążyć informacjami. Bardzo mi zależy, by dla niego wciąż była to po prostu zabawa.

Podejrzewam, że w końcu zmieni obiekt zainteresowań, ale póki co, ma w nas wielkich sprzymierzeńców. Bo taka pasja to skarb, a wiedza, którą dzięki niej zdobędzie, zostanie mu na zawsze :-).

Dlatego wspierajcie w pasjach swoje maluchy. Kto wie, czy nie stanie się ona kluczem do zawodowego sukcesu w dorosłym życiu :-)?


Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 21 maja 2016

Skrawki życia # 3




Dzień zaczął się zupełnie zwyczajnie... Pobudka, ogarnięcie Hubisia, mała aferka o ubranka, mała aferka o mycie zębów i mała aferka o czapkę :-). Tradycyjnie z domu wybiegliśmy parę minut spóźnieni. Ja, matka polka wielbłądzica, taszczyłam torebkę, torbę z rzeczami do przedszkola, torbę ekologiczną z zapasem pudełeczek z jedzeniem, wór ze śmieciami i pustą butlę po płynie do prania. Było potwornie zimno (później sprawdziłam, że tylko 5 stopni), więc najpierw zapakowałam Hubisia w fotelik i zostawiłam torby, a później pobiegłam wyrzucić śmieci.

Zmarznięta wróciłam do samochodu i rozejrzałam się... Gdzie są moje kluczyki? Otworzyłam przecież autko, muszą gdzieś być. Obmacałam samochód, wywróciłam do góry dnem kieszenie, wyrzuciłam całą zawartość torebki, wypięłam Hubiego z fotelika, by sprawdzić czy na nich nie siedzi... i nic. Coraz bardziej spanikowana zajrzałam pod samochód, obejrzałam chodnik... i nic. Powoli docierało do mnie, co prawdopodobnie zrobiłam. Odwróciłam się w stronę kontenera i sama już nie wiedziałam, czego pragnę bardziej. Żeby się znalazły, czy żeby ich tam nie było... Były :). Zobaczyłam brelok w kształcie czterolistnej koniczyny wyraźnie widoczny pomiędzy niebieskimi workami, mniej więcej w połowie kontenera. Próbowałam po nie sięgnąć, ale zabrakło mi kilku centymetrów. Na placu zabaw znalazłam więc kijek i zaczęłam grzebać pomiędzy workami, próbując uchwycić kółko przy kluczach. Jeśli któryś z sąsiadów wyszedł wtedy z domu, zobaczył mnie przewieszoną przez kontener w eleganckim płaszczyku, kancikach i szpilkach, grzebiącą patykiem w śmieciach o 6.50 rano :-) :-). To tyle jeśli chodzi o moją osiedlową reputację :-).

W końcu wygrzebałam te cholerne klucze i z ulgą wróciłam do samochodu. Do końca życia będę już pilnować co mam w dłoniach, gdy wyrzucam śmieci :-). W przedszkolu byliśmy 10 minut później niż zwykle, czyli miałam gwarantowane spóźnienie do pracy. W szatni zobaczyłam, że górę bluzeczki Hubi ufaflunił pastą do zębów. Próbując to wyczyścić, zrobiłam mu mały wyrzut i usłyszałam w odpowiedzi: "Ale mama, przecież dzisiaj to ty mi umyłaś zęby". No cóż, zgadza się, umyłam mu je sama, bo ten słodki cwaniak nie chciał, a teraz kopał leżącego, w dodatku w obecności przedszkolnej cioci :-). Będzie dobrym prawnikiem :-).

Do pracy prawie się nie spóźniłam :-). I prawie nie zauważyłam jak minęło osiem godzin. O 16:30 znowu byłam w przedszkolu i przytulałam ciepłe ciałko, które z impetem wpadło w moje ramiona. Zawsze wzruszam się, gdy widzę jak do mnie biegnie. Jak śmieją mu się oczy i jak mocno ściska mnie za szyję. Właśnie te chwile rekompensują mi kamyki w bucie codzienności :-).

Zostawiliśmy samochód pod przedszkolem i spacerkiem poszliśmy do oddalonej o jakieś 100 metrów biblioteki. Ku mojemu zaskoczeniu Hubi wygrzebał gdzieś kolejne strażackie książeczki, których w Hubisiowie jeszcze nie mieliśmy i z taką dumą wręczył bibliotekarce swoją kartę, że aż obie się roześmiałyśmy :-). Cieszę się, że z tym czytaniem jest coraz lepiej, bo nie wyglądało to najlepiej...

Z biblioteki było blisko na pocztę, poszliśmy więc odebrać paczuszkę. Zamówiłam Hubisiowi "Samoloty" Stephana Lompa, ale dostanie je dopiero na Dzień Dziecka. Poprzednie dwie części "Auta" i "Na budowie" przez wiele miesięcy były ulubionymi książeczkami młodego. Mam nadzieję, że i ta część mu się spodoba. Może by warto pokazać ją na blogu?

Gdy wychodziliśmy z poczty kropiło, by po minucie lunąć jak na amerykańskim filmie. Złapałam Hubisia za rękę i zaczęłam biec, ale wtedy poczułam opór tego małego osiołka. "Nie, nie będzie biec. On KOCHA deść. On ma kalosze przecież." Byłam coraz bardziej mokra, w szpilkach mi chlupotało, próbowałam go pociągnąć, ale zaparł się kompletnie. Chwyciłam go na ręce, posadziłam na biodrze i zaczęłam biec w kierunku samochodu. I znowu wcieliłam się w rolę matki polki wielbłądzicy... Z torebką, paczką, książkami z biblioteki i wyrywającym się trzylatkiem w komplecie :-).  Nagle obok mnie zatrzymał się samochód. Jakiś mężczyzna opuścił szybę i zaproponował, że mnie podwiezie. I nie wiem, czy to dlatego, że wyglądałam tak pięknie :-), czy wręcz przeciwnie :-). Podejrzewam, że to drugie, bo tuszu bynajmniej nie miałam wodoodpornego :-). Zlitował się zapewne dobry człowiek, ale że jestem fanką kryminałów i mam trochę rozbujaną w tym zakresie wyobraźnię, podziękowałam uprzejmie i pobiegłam dalej :-).

W domu od razu zapakowałam Huberta do wanny z gorącą wodą, serwując mu całą przemowę o tym, jak to powinien mnie słuchać, gdy z nieba leje deszcz i jak mogliśmy się przeziębić. Nie przejął się zupełnie :-). Gdy leżał już pod kołderką, poczułam się tak zmęczona, jakbym przebiegła 10 kilometrów. Pod górkę w dodatku :-) . I chociaż miałam na wieczór całą listę rzeczy do zrobienia, postanowiłam sobie odpuścić... Herbatka z sokiem malinowym, ciepłe skarpety i książka to był zdecydowanie lepszy plan :-). Jeszcze tylko telefon do Hubisiowego Taty, który tym razem stacjonował w Katowicach i mogłam w myślach podsumować dzień. Było strasznie, było śmiesznie, mokro i pouczająco. Ale w sumie fajnie :-). Kolejny zwykły, niezwykły dzień za nami... 

Ciekawe, co zdarzy się jutro?

Hubisiowa mama
-♥-

piątek, 13 maja 2016

Z Hubisiowej biblioteczki # 9

Wieki już nie pokazywałam Wam książek, które gościły ostatnio w mojej biblioteczce. Nie oznacza to oczywiście, że ich nie było. Były i to w dużych ilościach :-). W większości audiobooki, bo tylko ta forma sprawdza się przy moim aktualnym tempie życia. Na szczęście kilka "tradycyjnych" też udało mi się przeczytać. Lepsze, gorsze, fascynujące, te męczące i te bardziej wzruszające...  Wszystkie możecie znaleźć na naszym instagramie. Przy okazji chciałam Wam podziękować za komentarze pod minirecenzjami książkowymi, które umieszczam w ramach #52bookchallengepl. Świadomość, że korzystacie z moich poleceń, że przed przeczytaniem chcecie poznać moje zdanie, że pytacie, a potem dzielicie się ze mną wrażeniami, jest bardzo, bardzo miła i niezwykle motywująca :-)!

Spośród kilkudziesięciu pozycji, które nazbierały się od ostatniego książkowego wpisu, wybrałam te, o które często pytaliście. Pamiętajcie przy tym, że to moje osobiste, mocno subiektywne opinie. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze pokrywają się one z zachwytami/krytyką innych ludzi i jak najbardziej to szanuję. Gusta i oczekiwania czytelnicze są różne. To, że często nie podobają mi się popularne bestsellery, to chyba wynik wysoko postawionej poprzeczki, jaką ustawiły inne, przeczytane już przeze mnie książki. Tak to sobie przynajmniej tłumaczę :-). Ale jest też wiele nowości, które porwały mnie tak samo jak innych i z całego serca będę je Wam polecać. Zapraszam więc do Hubisiowej biblioteczki, mam nadzieję, że znajdziecie w niej coś dla siebie :-):



Andy Weir "Marsjanin"

Gdyby jeszcze rok temu ktoś powiedział mi, że sięgnę po książkę science-fiction i że będę nią absolutnie zachwycona, zakładałabym się o każde pieniądze, że tak się nie stanie. I przegrałabym, bo "Marsjanin" to jedna z książek, które pokochałam. Nie wiem, czy to kwestia świetnie napisanej historii, czy głosu lektora Jacka Rozenka, podejrzewam że jednego i drugiego, ale ten audiobook siedział w mojej głowie (i sercu) jeszcze długo po odsłuchaniu.

Główny bohater Mark Watney to jeden z członków misji kosmicznej, zupełnie nieumyślnie porzucony przez swoją załogę na Marsie. Bez łączności z Ziemią, bez wystarczających zapasów wody i jedzenia, za to z ogromną wiedzą i determinacją, postanawia przetrwać na obcej planecie. Co więcej, ma zamiar wrócić do domu :-). Z naukowego obowiązku i dla zabicia czasu zaczyna prowadzić dziennik, który stanowi trzon tej powieści. Przepełniony emocjami, wiedzą, poczuciem humoru i ciętym językiem. Słucha się go świetnie, a Marka nie sposób nie lubić :-). To diabelnie bystry, niezwykle pozytywny facet, którego każdy chciałby mieć w swoim otoczeniu. Równolegle z akcją na Marsie, toczy się wątek prowadzony na ziemi i wśród załogi. A wszystko napisane w bardzo spójny, ciekawy i trzymający w napięciu sposób. Muszę się w tym miejscu przyznać, że naukowy kontekst tej książki spowodował, że często nie miałam pojęcia, o czym główny bohater właściwie mówi, ale to zupełnie nie miało wpływu na odbiór całości. Liczyło się tylko to, że Mark wybrnął z kolejnej opresji. A ja bardzo, bardzo mu w tym kibicowałam i Wy też będziecie, jestem pewna :-).

"Marsjanin" to niezwykła książka o woli przetrwania, o samotności, o wyborach, o optymizmie. Nie wiem, czy w wersji papierowej jest równie porywająca jak w audiobooku, ale ja serdecznie Wam tego audiobooka polecam! Aha, i dodam jeszcze, że książka jest moim zdaniem dużo lepsza niż wersja kinowa.



S. J. Watson "Drugie życie"

Przyznam, że do tej książki podchodziłam dość sceptycznie. Myślałam, że druga, po "Zanim zasnę" (klik) książka S. J. Watsona nie może już być tak dobra. Że po takim debiucie ciężko mu będzie zaskoczyć czytelników. Ciekawość jednak zwyciężyła, przesłuchałam audiobooka i całe szczęście, bo wyszedł mu całkiem dobry thriller psychologiczny. Moim zdaniem lepszy niż chociażby osławiona "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins.

"Drugie życie" to historia, która komplikuje się z każdą kolejną stroną. A przy tym jest niezwykle prosta. Taka, w której nie ma opisów przyrody, wątki się rwą, a bohaterów możemy policzyć na palcach jednej ręki. Główna bohaterka Julia prowadzi spokojne, szczęśliwe życie na przedmieściach Londynu, gdzie mieszka wraz z mężem i adoptowanym synem. Pewnego dnia dowiaduje się, że w Paryżu zamordowano jej siostrę Kate. Gdy z uwagi na brak świadków i dowodów policyjne śledztwo utyka w miejscu, Julia postanawia na własną rękę znaleźć mordercę. Od przyjaciółki siostry dowiaduje się, że Kate spotykała się z mężczyznami poznanymi przez internet i to w nie do końca przyzwoitych celach. Jest przekonana, że to właśnie jeden z nich zamordował jej siostrę. Loguje się więc na odwiedzaną przez nią stronę i zaczyna chatować z mężczyzną, którego podejrzewa najbardziej. Nawet nie przypuszcza, jak szybko da się mu wciągnąć w niebezpieczną grę i jak bardzo zatraci się w tym "drugim" życiu.

Jeśli więc lubicie thrillery psychologiczne, szczególnie takie "naelektryzowane" emocjami, spokojnie możecie sięgnąć po tę książkę. Moje jedyne zastrzeżenia to chwilami wulgarny język (za czym nie przepadam, ale to zapewne celowy zabieg autora) i ostatnie zdanie książki, które pozostawiło we mnie ogromny niedosyt :-). Cała reszta była naprawdę ok.




Katarzyna Bonda "Sprawa Niny Frank" (część I cyklu o Hubercie Meyerze)
Katarzyna Bonda "Tylko martwi nie kłamią" (część II cyklu o Hubercie Meyerze)

 "Pochłaniacz", pierwsza książka Katarzyny Bondy, jaką miałam okazję przeczytać, bardzo mnie rozczarowała. Do tej pory trzeszczy mi w zębach i to ona była powodem ogromnej rezerwy, z jaką sięgałam po serię książek z Hubertem Meyrem. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, te dwie książki okazały się zupełnie inne. Lekkie, niewymuszone, z ciekawą (chociaż zawierającą luki) fabułą i mocnymi postaciami. 

Akcja pierwszej części, czyli "Sprawy Niny Frank" toczy się w sielsko-anielskiej (moim zdaniem trochę za bardzo przerysowanej) wsi Mielnik nad Bugiem. To właśnie tam Nina Frank - gwiazda filmowa z pierwszych stron gazet miała swój dom i tam została zamordowana. Na miejsce zostaje wysłany znany psycholog policyjny Hubert Meyer, który ma pomóc miejscowej policji i sporządzić profil psychologiczny sprawcy. Jego pracodawcy uważają, że wysyłają go na urlop, tymczasem szybko okazuje się, że Meyer będzie musiał zmierzyć się z jedną z trudniejszych spraw w swojej karierze... Książkę czyta się szybko i całkiem przyjemnie, na urlop będzie jak znalazł. W sumie nie mam do niej większych zastrzeżeń, tylko zakończenie to moim zdaniem jedno wielkie nieporozumienie. Nie chodzi tu jednak o kwestię zabójcy, tylko o pewien zabieg techniczny, zupełnie niepotrzebny, ale to już ocenicie sami.

Na szczęście w drugiej części wszystko wraca do normy i Hubert Meyer zajmuje się sprawą morderstwa popełnionego na katowickim biznesmenie. Tu również mamy fajną historię z przeszłością w tle i całą paletę mocnych, wyrazistych postaci. "Tylko martwi nie kłamią" jest w moim odczuciu lepsza od pierwszej części, ale niestety wciąż ma niedociągnięcia. Dużo "przegadanych" fragmentów, kilka naprawdę zbędnych wątków pobocznych, zbyt wiele mylnych tropów - wszystko to spowodowało, że książka, chociaż fajna, nie oczarowała mnie jednak. I chociaż w moim prywatnym rankingu, Katarzyna Bonda zrehabilitowała się za tego nieszczęsnego "Pochłaniacza", to jednak i tak uważam, że miano "królowej polskich kryminałów" zdecydowanie bardziej należy się Katarzynie Puzyńskiej (już nie mogę doczekać się 7 czerwca i premiery szóstej części cyklu o Lipowie).

Na pewno jednak przeczytam (lub wysłucham) trzeciej części cyklu Bondy, czyli "Florystki", tym bardziej, że recenzje ma bardzo dobre. Podobno to najlepsza część serii. Zostawiam ją sobie na czerwcowy urlop i na pewno dam Wam znać, jakie będą moje wrażenia. Jeśli nie na blogu, to na pewno na instagramie.




Jodi Picoult "W naszym domu"

Nie wiem, jak to się stało, ale książki Jodi Picoult do tej pory jakoś mi umykały. Chociaż wiedziałam, że regularnie lądują na szczycie listy bestsellerów New York Times'a i że Jodi Picoult to wręcz instytucja, to i tak wciąż odkładałam je na później. W końcu pod koniec roku wysłuchałam audiobooka "Krucha jak lód" i z miejsca przepadłam. Styl, język, niezwykłe przygotowanie merytoryczne autorki, wrażliwość, emocje... W tej książce było wszystko! Potem sięgnęłam po słynne "Bez mojej zgody" (polecam, polecam, polecam!!!) oraz "Świadectwo prawdy" i oficjalnie dołączyłam do funclubu pisarki :-).

"W naszym domu" to książka równie wyjątkowa, jak te wymienione wyżej, ale odrobinę inna emocjonalnie. Jeśli ktoś się boi, że nie podoła uczuciom, które zwykle towarzyszą książkom Picoult, powinien sięgnąć właśnie po nią. Opowiada o nastolatku Jacobie Hunt, który cierpi na łagodną odmianę autyzmu, czyli zespół Aspergera. Jacob nie potrafi wyrażać swoich uczuć, ani odczytywać emocji innych ludzi, dlatego niezwykle ciężko jest mu funkcjonować w społeczeństwie. Jest bardzo inteligentny i elokwentny. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od innych nastolatków, ale choroba sprawia, że każde odstępstwo od codziennej rutyny wywołuje w nim atak furii. Nie znosi dźwięku zgniatanego papieru, koloru pomarańczowego i dotyku obcej osoby. Pasjonuje się za to rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Ma na ich punkcie prawdziwą obsesję. Pojawia się w miejscach, w których policja prowadzi analizę miejsca zbrodni i instruuje funkcjonariuszy jak powinni postępować. Gdy zostaje zamordowana jego instruktorka umiejętności społecznych, nagle to on staje się obiektem zainteresowania śledczych i wkrótce staje przed sądem oskarżony o zabójstwo.

Lecz chociaż mamy tu mocny wątek kryminalny, to prawdziwym bohaterem jest, jak to często u Picoult, choroba bohatera. Ta książka uświadamia i uwrażliwia na problemy osób z zespołem Aspergera. Uczy zrozumienia i akceptacji inności. W tej powieści odnajdziecie też inne emocje - ogromne pokłady rodzicielskiej miłości i cierpliwości. Poczujecie samotność tej rodziny, jej bezsilność wobec choroby i nieustanny strach o przyszłość. Emocje, które potrafią wryć się głęboko w serce.  A takie książki cenię najbardziej. Serdecznie polecam!


I na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że coś dla siebie wypatrzyliście. A jeśli Wam wpadła ostatnio w ręce jakaś rewelacyjna książka, dajcie koniecznie znać. Za 43 dni zaczynam urlop i już szykuję się na książkowy nadbagaż :-).

 Pozdrawiam serdecznie,

Hubisiowa mama

-♥-

poniedziałek, 9 maja 2016

Zatrzymać czas

Nie potrafię ubrać w słowa uczuć, które wywołuje we mnie morze. Jego widok, zapach, dźwięk... To poczucie wolności. Ten bezkres. Spokój i niebezpieczeństwo jednocześnie. Niezwykła siła i obietnica tego, co za horyzontem... Morze mieści w sobie to wszystko i wiele, wiele więcej... Nigdzie nie czuję się lepiej, nigdzie nie odpoczywam tak dobrze :-). 

Gdy tylko możemy, wymykamy się z Olsztyna i jedziemy spędzić na plaży chociaż kilka godzin. Pospacerować, posłuchać fal, powdychać pachnące solą powietrze, a gdy jest ciepło, po prostu poleżeć. Prawie zawsze spontanicznie. Bo piękne słońce o poranku, bo mieliśmy bardzo ciężki tydzień, albo miesiąc, bo się stęskniliśmy... Każdy powód jest dobry. Przez wiele lat jeździliśmy tylko we dwoje, od trzech towarzyszy nam Hubiś. Ponad dwugodzinna droga nad morze nigdy nie stanowiła dla niego problemu, w przeciwieństwie do dziesięciominutowej podróży do sklepu :-). Uwielbia te wypady tak samo jak my. I jeśli to w ogóle możliwe, kocham go za to jeszcze bardziej...

W sobotę też się wymknęliśmy. Na cztery godziny, ale wystarczyło, by naładować baterie. My nacieszyliśmy oczy, Hubi zgasił konewką pożary na plaży... Fajnie było. Ciepło, słonecznie, rodzinnie. Niesamowicie... Bo w morzu całe niebo można zobaczyć...






































Pozdrawiamy cieplutko,

Hubisiowa mama

-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.