AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 31 października 2016

Z Hubisiowej biblioteczki # 11

Nie macie wrażenia, że w ostatnich latach książki wręcz zalały nasz rynek? Są nie tylko w księgarniach, ale na stacjach benzynowych, sklepach spożywczych, czy przydrożnych kioskach... Codziennie premiera, co tydzień zupełnie nowa lista bestsellerów, liczne spotkania autorskie, promocje, reklamy, sponsorowane recenzje na blogach itd. Każda gwiazda i gwiazdeczka stara się wydać coś swojego. Naprawdę można się pogubić. 

Nie zrozumcie mnie źle, ja wcale nie piszę, że to źle. Kocham książki i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Cieszę się, że mam wybór. Ale mam też mało czasu na czytanie, dlatego nie lubię tracić go na coś, co jest po prostu przeciętne, nijakie, albo absolutnie nic nie wnoszące do mojego życia. Niby każda książka wzbogaca, ale to nie do końca prawda. Dlatego też lubię zaglądać do kilku blogów z recenzjami, gdzie zawsze znajdę obiektywne, szczere recenzje (np. tu) oraz na portal lubimyczytac.pl, gdzie setki, a nawet tysiące ludzi ocenia daną pozycję i w efekcie średnia ocena (pi razy oko) pokazuje jej poziom.

Cieszę się, gdy udaje mi się odkryć coś wartościowego. Wkurzam się, jak książka mnie zawodzi. Myślę, ile godzin na nią straciłam i co innego mogłabym w tym czasie zrobić. Szkoda mi siebie i kobietek, które w natłoku obowiązków, z trudem łapią chwilę na wieczorną lekturę i zamiast obiecanego "wow" dostają jakieś "yyyy???". A niestety zrobiłam się chyba mocno wybredna, bo coraz częściej nie zgadzam się z rankingami na najlepsze książki miesiąca/roku lub pochlebnymi recenzjami publikowanymi np. w prasie kobiecej. Dlatego dzisiaj będę częściej ostrzegać, niż polecać. Ale coś fajnego też się znajdzie :-). 

Zapraszam więc, zobaczcie, co ostatnio wpadło mi w ręce i jakie są moje wrażenia po lekturze. Tym bardziej, że wszystkie książki, które znajdziecie poniżej, miały premierę pod koniec września lub w październiku tego roku :-).



 
"Zabij mnie znów" Rachel Abbott 

Na początek coś pozytywnego :-). Rachel Abbott to takie moje małe wielkie odkrycie. Jej "Obce dziecko" było naprawdę dobre, ale dopiero po "Zabij mnie znów" wpisałam ją na listę ulubionych autorów kryminałów. Dlaczego? Bo ta książka wciągnęła mnie bez reszty, jak stary dobry Harlan Coben. A zakończenie zaskoczyło, co przy tak dużej ilości przeczytanych kryminałów, już nie zdarza mi się za często :-).

Wyobraźcie sobie sytuację, w której Wasz mąż pewnego dnia po prostu wychodzi z domu i znika. W dodatku zostawia Wasze kilkuletnie dzieci bez żadnej opieki. Jego telefon nie odpowiada, znajomi i klienci nic nie wiedzą, a Ty nabierasz podejrzeń, że wcale nie chodzi o romans i kobietę ze zdjęcia w telefonie, które widział Wasz syn. Co się więc mogło stać? I dlaczego w tym samym czasie ktoś zaczyna zabijać kobiety łudząco podobne do Was?

Maggie, bo tak nazywa się główna bohaterka, za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co się stało, obawiając się jednocześnie, że jej mąż wplatał się niechcący w jakieś kryminalne porachunki. Szybko odkrywa, że wcale nie zna człowieka, z którym jest od dziesięciu lat i że tajemnice, które skrywa mogą być mroczniejsze, niż ośmieliłaby się przypuszczać. Wciąż jednak kocha go nad życie i zamiast współpracować z policją, rozgrywa swoją własną grę. Tymczasem śledztwo w sprawie morderstw prowadzi, znany z "Obcego dziecka", nadinspektor Douglas, który zaczyna zauważać podobieństwa do zbrodni dokonywanych w Manchesterze dwanaście lat wcześniej. 

Zawiła intryga, skomplikowana sieć powiązań między bohaterami, wydarzeniami i ofiarami oraz naprawdę świetnie nakreślone portrety psychologiczne Maggie i Toma Douglasa sprawiły, że nie mogłam się od tej książki oderwać. Pół nocy zarwałam, by dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. I chociaż, jako matka, miałam małe zastrzeżenia co do zdrowego rozsądku Maggie, to jednak muszę przyznać, że jest to książka na naprawdę bardzo dobrym poziomie.

Jeśli więc lubicie kryminały i chcecie poczuć mały powiew świeżości po Cobenie, Nesbo i Beckett'cie, koniecznie sięgnijcie po wydaną w tym miesiącu książkę Rachel Abbott. Z ręką na sercu mogę polecić :-).




"Dziecko wspomnień" Steena Holmes

Gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach, natychmiast przyciągnęła mój wzrok. Niepokojący tytuł, bestsellerowa autorka "USA Today" i piękna, nostalgiczna okładka. A gdy przeczytałam opis, wiedziałam już, że to książka dla mnie. Przedpremierowe recenzje też brzmiały niezwykle interesująco. Nic, tylko będzie kolejny hit, pomyślałam. Niedługo po premierze kupiłam ebooka i zagłębiłam się w obiecaną mi historię "wielkiej, macierzyńskiej miłości".

Diana i Brian to udane, bardzo kochające się małżeństwo z ponad dwunastoletnim stażem. Nie mają dzieci, lecz odnoszą sukcesy zawodowe i cieszą się sobą. Gdy Diana zachodzi w ciążę, oboje są akurat w przełomowych momentach swoich karier. Mimo wszystko Brian jest bardzo szczęśliwy, gotowy nawet poświęcić własną pracę dla maluszka. Diana natomiast przeciwnie, jest załamana, do tego stopnia, że rozważa aborcję. Kobieta obawia się nie tylko o swoją pozycję w firmie, ale także o to, że jest dziedzicznie obciążona psychozą poporodową, która doprowadziła w przeszłości do śmierci jej matki i maleńkiego braciszka.

Wszystkie wątpliwości rozwiewają się jednak, gdy pierwszy raz patrzy w oczy swojej córeczki Grace i fala miłości zalewa jej serce. Tylko przedłużająca się nieobecność męża i niecodzienne zachowanie niani sprawiają, że nabiera podejrzeń, że nie wszystko jest w porządku.

Tyle fabuły, zresztą całkiem obiecującej prawda? Niestety, autorka poprowadziła ją w tak beznamiętny, banalny sposób, że naprawdę średnio rozgarnięty czytelnik OD RAZU domyśli się, o co chodzi. Co gorsze, zakończenie książki tylko to potwierdzi. Naprawdę nie wiem, skąd te zachwyty na blogach? I jak to możliwe, że rasowe recenzentki "do końca snuły różne przypuszczenia" albo, że książka "poruszyła najwrażliwsze struny ich duszy". Nie mam zielonego pojęcia, gdzie w tym wszystkim jest ta wielka miłość do dziecka? Nie rozumiem, jak w ogóle można wyciągnąć taki wniosek, skoro w tej historii dziecko pojawia się właściwie tylko jako głos w elektrycznej niani? Siła marketingu jest jednak wielka, nawet ja się dałam złapać. 

Niestety, ta książka w żadnym stopniu mnie nie usatysfakcjonowała i żałuję każdej minuty, jaką na nią straciłam. Ale pamiętajcie też, że to tylko moje, bardzo subiektywne odczucie i macie prawo oceniać ją zupełnie inaczej. Ja w każdym razie jej nie polecam.




"Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany" Ałbena Grabowska

I na koniec chyba największe rozczarowanie ostatnich miesięcy. Ałbena Grabowska kojarzyła mi się dotychczas tylko pozytywnie. Jej trzytomowa saga rodzinna "Stulecie Winnych" bardzo mi się podobała i z niecierpliwością oczekiwałam na premiery kolejnych części. Ciekawa fabuła, niesamowity klimat, świetnie nakreśleni bohaterowie (chociaż ostatnia część była pod tym kątem duuużo słabsza). Zdecydowanie jest to seria warta polecenia każdemu miłośnikowi sag rodzinnych.

Podobnie zresztą było z pierwszym tomem przygód "Alicji w krainie czasów. Czas zaklęty". Chociaż nie zachwyciła mnie tak, jak "Stulecie Winnych", to miała naprawdę fajny klimat. Oto w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku w podwarszawskim dworku wybucha płomienny romans między hrabią Janem Księgopolskim a służącą Natalią. W efekcie zarówno hrabina, jak i Natalia zachodzą w ciążę. Sprytna i zdesperowana służąca robi wszystko (dosłownie), by to właśnie jej dziecko stało się dla Jana najważniejsze, by je uznał, a ją pokochał. I po części jej się to udaje. Gdy syn z prawego łoża umiera, hrabia zabiera do dworu maleńką Alicję, która wychowuje się od tej chwili w dostatku, lecz bez miłości ojca, o przybranej matce nawet nie wspominając. Z czasem wyrasta na niezwykłą, obdarzoną wieloma talentami panienkę. Pierwszy tom kończy się w momencie, w którym aż przebierałam nogami w oczekiwaniu na drugi. I cóż.... Już wiem, że na trzeci czekać nie będę.

Drugi tom opowiada losy nastoletniej, a potem dorosłej już Alicji, i rozpoczyna się całkiem interesująco. Kilkunastoletnia dziewczyna znajduje się w wiedeńskiej klinice, gdzie rodzina wysłała ją na leczenie. Nie zna języka, jest zrezygnowana i zagubiona, lecz w końcu postanawia zawalczyć o siebie. Wspierając się sprytem i niezwykłymi umiejętnościami, zaskarbia sobie zaufanie personelu i innych pacjentów. Gdy w klinice pojawia słynny Zygmunt Freud, jej życie zmienia się o 180 stopni. Nieoczekiwanie otwierają się przed nią drzwi do świata medycyny, które w tamtych czasach były przecież przed kobietami zamknięte na cztery spusty... I do tego momentu jest super. Potem zaczyna się niestety mały literacki koszmarek. 

Nie wiem, czy autorkę goniły terminy, czy po prostu postanowiła zaszaleć, bo popuściła wodze fantazji tak, że momentami przecierałam oczy ze zdumienia. W tej książce znalazło się wszystko: tygrysy ludożercy, kobiety-ryby, I wojna światowa, indyjskie księżniczki, Coco Chanel, szpiedzy, broń chemiczna, samobójstwa, skruszeni kochankowie, próby gwałtu, katastrofy lotnicze i dużo, dużo więcej... Z jednej nieprawdopodobnej historii w drugą jeszcze bardziej absurdalną. Wszystko oczywiście okraszone niesamowitymi zbiegami okoliczności. No i główna bohaterka, która w wieku 50 lat wciąż wygląda jak dwudziestolatka, a to wszystko za sprawą czarów... Litości!!!! Przeczytałam wprawdzie tę książkę do końca, ale byłam niepocieszona, jakbym straciła najlepszego przyjaciela. Naprawdę nie rozumiem, jak można było zepsuć tak fajnie zapowiadającą się historię. Aż rozgoryczona napisałam do koleżanki, która też ją czytała i okazało się, że miała dokładnie takie same wrażenia... Wielka szkoda. Zdecydowanie NIE POLECAM.


Dajcie koniecznie znać, czy miałyście już w rękach którąś z tych książek i jakie są Wasze wrażenia? Bo zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy rzeczywiście coraz trudniej w tym gąszczu nowości znaleźć coś dla siebie?

Ściskam Was ciepło i życzę pięknych książkowych wieczorów!!!

Hubisiowa mama
-♥-

czwartek, 27 października 2016

Moja studniówka i podsumowanie pierwszego trymestru




Pierwszego czerwca mój świat przyspieszył. Zobaczyłam dwie różowe kreseczki i wpadłam w jakiś przedziwny wir czasowy. Każdy dzień mija mi jak błysk spadającej gwiazdy, tydzień jak jedna piosenka, a kolejny miesiąc zaskakuje jak koniec nitki dentystycznej :-). Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że za chwilę wkraczam w trzeci trymestr. Przecież jestem już w domu, a nie w pracy. Hubiś chodzi do przedszkola, które uwielbia i z którego nie pozwala się za szybko zabierać. Powinnam więc mieć więcej czasu. A nie mam. Albo nie potrafię go odnaleźć. Tyle rzeczy muszę (chcę!) jeszcze zrobić, tyle spraw załatwić. Większość niekoniecznie związanych z ciążą. W efekcie zostało mi już tylko 101 dni do chwili, gdy pierwszy raz wtulę nos w maleńką szyjkę mojej kolejnej pociechy. Taka moja mała ciążowa studniówka.

Pamiętam, jak w ciąży z Hubisiem celebrowałam każdą chwilę - gdy pierwszy raz zobaczyłam dno swojego pępka, gdy poczułam pierwszego kopniaka, albo gdy osiągnęłam wymiary idealne - 90 cm w biuście i 90 cm w talii :-). Dzieliłam się z Wami wszystkimi moimi radościami i obawami. Robiłam to też dla siebie, by pamiętać, móc zawsze wrócić.... A teraz, oprócz informacji, że maluszek jest i rośnie, nie wiecie właściwie nic. No, może tyle, że cukrzyca ciążowa i tym razem trochę mi dokucza. Co więcej, dotarło do mnie ostatnio, że nie tylko zaniedbałam w tym temacie bloga, ale i wszystkie moje prywatne archiwa. Nie mierzę się, nie robię cotygodniowych zdjęć i nie zapisuję wagi (ale to z premedytacją :-)). Dlatego dzisiaj, dla zainteresowanych i na przekór sklerozie, małe podsumowanie pierwszego trymestru Hubercikowego braciszka, póki jeszcze cokolwiek pamiętam :-).

Wszystko zaczęło się w maju. Już wtedy wiedziałam, że coś się święci. Może to doświadczenie, może znajomość swojego ciała, a może po prostu intuicja. Specyficzne napięcie, na które najpierw było za wcześnie, a które później nie mijało, chociaż według kalendarza minąć powinno. Nie pomyliłam się. Ale czekałam... Lekarz powiedział mi kiedyś, że dla  własnego dobra nie powinnam się spieszyć z pierwszą wizytą. By zaoszczędzić sobie stresu, bo co ma być to będzie. I nic na siłę. Że tak najlepiej. I miał rację.

Czekałam więc. Ba, poleciałam nawet z mężem na urlop :-). Wybyczyć się, wyspać, pobyć razem, zająć czymś myśli. Nie przewidziałam tylko, że tak szybko dopadną mnie ciążowe dolegliwości. Z Hubim fala mdłości przyszła na przełomie pierwszego i drugiego trymestru. Tym razem już w ósmym tygodniu najchętniej zatkałabym sobie nos i spała 20 godzin na dobę :-). Jej, jak w tej Grecji śmierdziało! Chodniki, leżaki, kwiaty przy drodze, o restauracjach i mijanych ludziach nawet nie wspominając. Ledwo mogłam znieść zapach swojej własnej skóra, wysmarowanej kremem z filtrem. Na nic się zdała opcja all inclusive, bo nie byłam w stanie wejść do hotelowej restauracji. Problemy z żołądkiem miałam aż do 18stego tygodnia, a dopiero około 20stego potrafiłam znieść zapach (uwielbianych przeze mnie normalnie) ryb i kawy. Na szczęście, w przeciwieństwie do ciąży z Hubisiem, mdłości przeważały nad wymiotami, więc nie chudłam tak jak cztery lata temu. Przeciwnie, zaczęłam powoli się zaokrąglać :-).

Od samego początku dopadła mnie też ogromna senność... Hubisiowy Tata śmiał się, że moja "chwilka na drzemkę" trwała zwykle około czterech godzin. Nota bene, trzy godziny po tym, jak wstałam rano po przespaniu dziesięciu godzin :-). Wieczorem padałam spać ok. 20-21szej wycieńczona, jakbym przebiegła co najmniej półmaraton. Potrafiłam usnąć przed Hubertem. I może to jest dobre usprawiedliwienie mojej nikłej aktywności? Ja pierwszy trymestr (i część drugiego) po prostu przespałam :-).

Pamiętam też naszą pierwszą wizytę u lekarza. Mój ówczesny ginekolog oglądał maluszka na usg i długo nic nie mówił, chociaż zwykle gada jak najęty. Leżałam, właściwie nie oddychając z nerwów, aż w końcu nie wytrzymałam i spytałam: "Panie doktorze, czy serduszko bije?". Na co on drgnął, jakby obudzony, roześmiał się ciepło i powiedział: "Ojej, przepraszam panią, zapatrzyłem się. Tak, oczywiście, że bije. Wygląda na to, że macie państwo prawidłowo rozwijające się maleństwo. Gratuluję". No i wtedy puściły mi tak długo wstrzymywane kraniki w oczach :-).

Wspominam też usg prenatalne w 12 tygodniu. I moje zaskoczenie, gdy usłyszałam, że według lekarza, to znowu będzie chłopak. Powinnam była przypomnieć sobie słowa bratowej mojego męża, która już przy ciąży z Hubim śmiała się, że "w tej rodzinie nie masz szans na córeczkę" :-). Nie wiem dlaczego, ale mimo wszystko byłam przekonana, że to będzie dziewczynka. Chyba dałam się złapać na przesądy typu "córka zabiera mamie urodę". W tamtym czasie czułam się i wyglądałam jak nastolatka i to bynajmniej nie tak młodo, tylko tak pryszczato :-). Z uwagi na mój starczy wiek (skończone 35 lat) przysługiwało mi też darmowe usg prenatalne w naszym szpitalu wojewódzkim i tam kilka dni później lekarka wykonująca badanie po prostu podyktowała pielęgniarce, jako jedną z kilkudziesięciu informacji: "Płeć męska". Na co ja przerwałam: "Chwileczkę pani doktor, czyli to chłopczyk?". Zmieszała się, zaczęła tłumaczyć, że na 100% jeszcze nie wiadomo, ale z tego, co widzi, to tak, będzie chłopak. Wszelkie wątpliwości rozwiał trzeci lekarz w 14 tygodniu (zmieniłam wówczas ginekologa prowadzącego), który bez cienia wahania w głosie potwierdził płeć. I wiecie co? Bardzo się ucieszyłam. Z córeczką pewnie bym się na nowo stresowała, a z chłopcem miałam już przecież praktykę :-). I wiedziałam, jak szczęśliwy będzie Hubiś.

W tamtym czasie dostałam również skierowanie na badania genetyczne. Refundowane. Nie ukrywam, że byłam z tego faktu bardzo zadowolona. Gdy po pięciu tygodniach, pod biurkiem pani genetyk Hubiś gasił pożary, ja usłyszałam tak wyczekane i wymarzone słowa: "Jest ok, pod każdym względem, który mogliśmy podczas tego badania sprawdzić". A po kilku dniach mój lekarz stwierdził, że mogę już odetchnąć i jeśli tylko będę na siebie uważać, wszystko będzie dobrze. Jejku, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa. Prawie tańczyłam wracając do samochodu :-).

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie zafundowała sobie też trochę stresów. Dokładnie dwa dni po słowach "może już pani odetchnąć" Hubiś wrócił z przedszkola z czerwoną, drobną wysypką na rączce. Wysypką, która w błyskawicznym tempie zaczęła rozlewać się po całym jego ciałku i która do złudzenia przypominała różyczkę. Wszystkie inne objawy też mi idealnie pasowały (pamiętajcie doktor google to ZŁO). Możecie sobie wyobrazić, w jaką panikę wpadłam na myśl o różyczce... Mój mąż był na drugim końcu kraju, moja mama nie mogła przyjechać, przychodnia już zamknięta, mogłam jechać do szpitala, ale młody nie miał ani gorączki, ani uczucia swędzenia. Znajomy lekarz spokojnie tłumaczył mi przez telefon, że jeśli to różyczka i Hubi zarażał, to i tak stało się to zanim wystąpił u niego wykwit i że na pewno jestem szczepiona. Że te kilka godzin niczego nie zmieni i żebym nie panikując udała się następnego dnia rano do pediatry. Oczywiście, w mojej dziecięcej książeczce zdrowia nie było śladu po szczepieniu na różyczkę, stare badania z ciąży z Hubim diabeł ogonem przykrył, a w tej ciąży, jak się okazało, mój ginekolog olał kwestię sprawdzenia ilości przeciwciał na różyczkę i zwyczajnie ich nie zlecił. Przepłakałam całą noc, snując najgorsze z możliwych scenariuszy, a rano usłyszałam od pielęgniarek "Proszę na bok, lekarz przyjmie dziecko w drugim gabinecie, bo to wygląda na chorobę zakaźną". Dobiły mnie tym kompletnie. Ostatecznie okazało się, że Hubi dostał silnej alergii na słońce połączonej prawdopodobnie z alergią pokarmową, a ja szczepiona byłam.

Akcja z brakiem zlecenia badań na przeciwciała różyczkowe oraz zlekceważenie kwestii cukrzycy ciążowej, pomimo że występowała u mnie w pierwszej ciąży, zdecydowały, że postanowiłam zmienić ginekologa prowadzącego. I chociaż kilka koleżanek pytało mnie później, czy po tylu latach nie miałam oporów, albo czy nie było mi zwyczajnie głupio, ja nie wahałam się nawet chwili. Uznałam, że jest to usługa jak każda inna, a skoro płacę niemałe pieniądze, chcę mieć pewność, że jestem pod profesjonalną opieką. Drugi trymestr pokazał mi zresztą, jak słuszna była to decyzja i jak niewiele brakowało, a resztę ciąży spędziłabym w pozycji leżącej. 

Pod koniec pierwszego trymestru miałam 3 kilogramy na plusie, ale wciąż bez najmniejszego problemu mieściłam się we wszystkie przedciążowe ubrania. O istnym bangladeszu na twarzy pisałam już wyżej, ale na szczęście z początkiem drugiego trymestru wszystko wróciło do normy. Zachcianek kulinarnych nie miałam, chociaż już przeważał chrzan niż konfitura :-).

I to chyba tyle kochani. Mam nadzieję, że przynajmniej kilka z Was dobrnęło do końca i nie ucieknie stąd z krzykiem na wieść, że niedługo pojawi się wpis o trymestrze drugim :-).

A może podzielicie się ze mną swoimi własnymi doświadczeniami :-)? Bo nie wiem, jak Wy, ale ja naprawdę lubię wiedzieć, że nie jestem jedyną kobietką, która miała taki problem z otworzeniem lodówki w pierwszym trymestrze:-)? I to świeżo wysprzątanej :-)!

Ściskam ciepło i do "przeczytania",

Hubisiowa mama
-♥-


czwartek, 20 października 2016

Jak wyczarowałam sobie syna




Czasami myślę, że maj to taka moja namiastka raju na ziemi. Jest idealny... Zawsze... Tak, jakby wszechświat chciał mi wynagrodzić wszystkie smutki, choroby, stracone szanse i długie jesienno-zimowe miesiące... Moje serducho znów wypełnia się radością i nadzieją. Wystarczy, że się rozejrzę. Absolutny błękit nieba, soczysta zieleń trawy, kolorowe kwiaty, śpiewające ptaki, słońce ogrzewające twarz... Kochające oczy męża, całus syna, bukiet polnych kwiatów w słoiku na parapecie. Cały kalendarz wypełniony naszymi rodzinnymi świętami, bo właściwie wszyscy mamy w maju jakieś "swoje" dni... I spełniające się marzenia...

W tym roku było podobnie. Znowu wyjątkowo, znowu magicznie. Bo chociaż to nie był pierwszy raz, gdy "to" poczułam, to jednak był pierwszym "majowym razem" od "hubercikowych" czasów. Delikatnie, jakby po policzku musnął mnie motyl, zaczęło tlić się we mnie przeczucie. I nadzieja. Bo kiedy, jak nie w maju :-)? 

A potem postanowiłam trochę poczarować. Bo chociaż nie wierzę w talizmany, amulety i inne tego typu rzeczy, to przecież nie zaszkodzi spróbować powtórzyć biegu wydarzeń, prawda? Odnieść się do największego szczęścia, jakie dotychczas było nam dane? Do Hubisia.

Kusiło mnie bardzo, ale poczekałam do 1 czerwca, bo właśnie w Dzień Dziecka po raz pierwszy zobaczyłam dwie różowe hubisiowe kreseczki. I wcale nie byłam zaskoczona, gdy tym razem też się pojawiły. A potem, jakby historia puszczała do nas oko, znowu stanęliśmy przed wyborem, czy jechać w zaplanowaną podróż, czy jednak dla bezpieczeństwa zostać. Z Hubim pojechaliśmy, ale czy powinniśmy lecieć teraz? Trochę irracjonalnie, ale postanowiłam jednak, że damy maleństwu czas do namysłu i pojedziemy. Bo wtedy też tak zrobiliśmy i jeśli magia ma działać, to zadziała znowu. I co ma być, to będzie. A po powrocie, pierwsza wizyta u lekarza też była w "hubisiowy" dzień. Dokładnie, co do jednego dnia w kalendarzu. I znowu były, jak cztery lata temu, łzy szczęścia, bo nie potrafiłam się powstrzymać. Chociaż tym razem zabarwione jeszcze niedowierzaniem i lękiem o kolejne tygodnie. I termin na przyszły rok też był dokładnie ten sam :-). Aż się lekarz roześmiał serdecznie.

Magia działała, ale wiadomo, trzeba z nią ostrożnie... Lepiej nie zapeszać :-). Długo, bardzo długo bałam się przyznać, że kocham, chociaż i tak kochałam już całym sercem. Długo nie chciałam tulić brzucha dłonią, bo bałam się przywiązać, chociaż ręka i tak jakoś sama tam wędrowała. Żołądek i nos krzyczały do mnie "zobacz, jak szalejemy, to hormony, to dobry znak", a ja i tak bałam się wyszeptać to, co chciałam wykrzyczeć całemu światu. Dziwny to był czas... jakbym stąpała po niezwykle cienkim, kruchym lodzie, ale była to najpiękniejsza, skrząca się zimowa tafla, jaką w ogóle można było sobie wyobrazić. 

A potem, po 14stu tygodniach, usłyszałam w końcu upragnione słowa "może pani odetchnąć" i chociaż na dworze było już lato, znowu poczułam się jak w maju... Bo spełniło się moje majowe marzenie i majowa magia po raz kolejny zadziałała. To był chłopiec. Mój drugi, piękny, wyczekany syn... Wyjęłam ukryte dotąd czarno-białe zdjęcia, kupiłam kwiaty i pojechaliśmy do naszych rodziców powiedzieć, że trzeba będzie na wigilii kolejne krzesło do stołu dostawić :-). Jeszcze nie w tym roku, ale w następnym to już na pewno. I że kolejny kawaler zgłosi się do dziadka po naukę jazdy na rowerze.

I tak właśnie wyczarowałam sobie ten mój brzuszek, który tulę teraz godzinami i któremu śpiewam, chociaż głos mam fatalny. I już nie boję się wykrzyczeć, że jestem najszczęśliwszą podwójną mamą na świecie. Bo dwa serca w jednym ciele to prawdziwa magia, prawda :-)?


Hubisiowa mama
-♥-

sobota, 15 października 2016

Nie! Nie! Nie!


































Urocza i zabawna. Te dwa słowa idealnie obrazują książeczkę dla maluchów autorstwa Marty Altes o króciutkim tytule "Nie!". Kupiłam ją niedawno i z miejsca zdobyła nasze serducha, bo ma śmieszną historię, piękne ilustracje i zaskakującą puentę. Właśnie takiej książki brakowało w naszej biblioteczce. Nie pamiętam kiedy ostatnio Hubiś tak się śmiał przy czytaniu. I śmieje się od tygodnia, bo każe ją sobie czytać codziennie. Dlatego lojalnie ostrzegam - to nie jest książeczka do czytania przed snem :-). Rozbudzi Wam dziecko, zamiast utulić.

Historia opowiedziana jest z perspektywy sympatycznego, rudego pieska o imieniu "Nie". Psiak bardzo kocha swoją rodzinę i całymi dniami robi wszystko, by ułatwić im życie. Ogrzewa im łóżka, pomaga szybciej dotrzeć w różne miejsca, sprawdza jedzenie, żeby się przypadkiem nie zatruli, porządkuje ich gazety, pomaga z praniem... jednym słowem stara się jak może :-). A domownicy chyba doceniają jego wysiłki, bo wtedy zawsze wołają go po imieniu: "Nieeeeeee!". Dowcipne, wesołe ilustracje pokazują jak bardzo "doceniają" :-). 






 
Z każdej strony tej uroczej książki bije entuzjazm i oddanie pieska dla rodziny. Jest przekonany, że oni kochają go równie mocno jak on ich. Tylko jedna rzecz go zastanawia - dlaczego kupili mu obrożę z imieniem Azor, skoro ma na imię "Nie" :-)? 

I chociaż książka ma duży format, a historia składa się zaledwie z kilkunastu króciutkich zdań, to właśnie puenta sprawia, że książeczka dedykowana jest dla przedszkolaków, a nie dwulatków. Zaskakujące, zabawne zakończenie może po prostu nie zostać zrozumiane przez młodsze szkraby. 





Oprócz dobrej zabawy, historia psiaka o imieniu "Nie" może być też świetną okazją do pokazania maluchom, jak ich zachowanie i dobre intencje mogą zostać źle zrozumiane. Dostrzeżenie perspektywy drugiej osoby, wczucie się w jej sytuację, empatia - to bardzo ważna lekcja, z którą każde dziecko prędzej, czy później będzie musiało się zmierzyć. 

"Nie!" Marty Altes to kolejna książeczka wydawnictwa Adamada, którą mogę Wam spokojnie polecić. Dobra zabawa, uśmiech, szczypta mądrości, piękny, śliski papier... Czego chcieć więcej :-)?

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-
 

wtorek, 11 października 2016

Myśli potargane # 19









19 września 2016 (poniedziałek)
Nie wiem, jak inne ciążowe brzuchy, ale mój stał się ostatnio prawdziwym magnesem na jedzenie. Bez względu na to, czy gotuję, czy jem, zawsze, ale to zawsze coś mi na niego spadnie. W dodatku zamiast odbić się i z pięknym saltem spaść na podłogę, to zatrzymuje się na nim jak filmowy gwiazdor na markizie rozpiętej nad sklepową wystawą. Jajecznica, sos pomidorowy, zupa, nawet masło ostatnio :-). Głupio mi już nawet Hubisia upominać podczas jedzenia, bo gdyby ktoś nam te paćki na brzuchach policzył, to chyba bym syna przebiła. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało (no chyba, że akurat byłam ubrana cała na biało i miałam 2 minuty do wyjścia :-)). Strach się bać, co będzie w dziewiątym miesiącu :-).


20 września 2016 (wtorek)
Dzieci są jednak nieprzewidywalne... A zegary z kukułką to diabelskie urządzenia :-). Do niewielkiej, olsztyńskiej księgarni dla maluchów przyjechała Anita Głowińska, autorka serii książeczek o Kici Koci. Miało być wspólne czytanie, malowanki i niespodzianki. Jakiś czas temu postanowiłam zapisać młodego na ten mały event, bo Kicię Kocię bardzo lubi, a książeczki z jej przygodami często czytamy przed snem. Hubiś nie mógł się doczekać. Codziennie pytał, czy to już. A gdy w końcu tam dotarliśmy, interesował go tylko i wyłącznie zabawkowy zegar z kukułką, wiszący na ścianie księgarni. Chciał go mieć teraz, natychmiast i na zawsze :-). Początkowo tłumaczyłam mu po prostu, że nie jest na sprzedaż, bo jest częścią dekoracji. Upierał się jednak dalej, więc w ruch poszły argumenty w stylu, że nie jest nasz, że jest wysoko powieszony i że nie wolno go nam zabrać. Nie chciałam mu obiecywać kupna podobnego, bo po pierwsze, jestem przeciwna takiemu wymuszaniu zabawki, a po drugie ten zegar był po prostu strasznie kiczowaty :-). Niestety, mleko się rozlało. Łzy w oczach, foch i koniec imprezy. Na wszystkie pytania autorki w stylu "kto z was dzieciaczki lubi pieski, a kto lubi kotki" głośno krzyczał, że on nie lubi ani piesków ani kotków, a potem ostentacyjnie odkręcił się do niej plecami i kategorycznie odmówił słuchania. Prosiłam, szeptałam, tłumaczyłam... Nic z tego. Wyszliśmy przed końcem, żeby nie przeszkadzać innym maluchom i ich mamom. A piekielny zegar z kukułką i tak poszedł w zapomnienie jeszcze zanim dotarliśmy na parking :-). 


22 września 2016 (czwartek) 
Mamo, daj mi soczku. Tylko w szklance, a nie w kubku. W takiej szklance, co może się zbić!


25 września 2016 (niedziela)
Tylko on i ja. Rodzice na wagarach. Kilka dni bez dziecka, wyłącznie dla nas. Bo mało nas ostatnio razem. Bo praca, wyjazdy, szkolenia. A przecież to nasze uczucie jest fundamentem hubisiowej rodziny. Nasza miłość, przyjaźń, oddanie... To my zostaniemy razem, gdy chłopaki wyfruną już z domu. Już nie mogę się doczekać :-).


27 września 2016 (wtorek)
Jest pięknie...


29 września 2016 (czwartek)
Bądź dzielna mamo. U babci i dziadka jest super, jeszcze nie musisz wracać, bo dziadek uczy mnie jeździć na dwóch kółkach i zbieram na działce maliny. Nie mam czasu. Papappa... i pobiegł :-).


5 października 2016 (środa)
W ramach walki z szokiem termicznym, zrobiłam sobie dzisiaj samotny wypad do kina. Środek dnia, na sali trzy osoby i totalny relaks. Bo chociaż nowa Bridget Jones trochę mnie rozczarowała, to fantastycznie spędziłam czas... Sama ze sobą :-). W przyszłym tygodniu robię powtórkę. W planach "Dziewczyna z pociągu" z moją ulubioną Emily Blunt. Mam wrażenie, że może być dużo lepsza od przeciętnej w sumie książki. Zobaczymy :-).


7 października 2016 (piątek)
Kocham tego mojego łobuza nad życie. Nieba bym mu uchyliła i bardzo żałuję, że nie da rady wychować go na mądrego człowieka tylko i wyłącznie rozpieszczając :-). W naszym hubisiowie obowiązuje kilka zasad, których nie wolno łamać ani nam, ani jemu. Dodatkowo bardzo pilnuję danego komuś słowa. Mam na tym punkcie małego hopla i biedny Hubi dostaje rykoszetem :-). Młody, chociaż nie zawsze z tego powodu szczęśliwy, nauczył się już więc, co znaczy konsekwencja. Jeśli umawiamy się wspólnie, że będzie mógł obejrzeć bajkę jeśli zje surówkę do obiadu, to chociażby później wylał morze łez, to bez zjedzonej łyżki warzyw nie mamy o czym rozmawiać. W efekcie nie ma nawet czterech lat, ale jeśli daje słowo, zwykle go dotrzymuje. Nauczył się nie szastać obietnicami (mówi wprost - "nie obiecam ci to"), polega na słowie danym przez nas i coraz lepiej radzi sobie w sztuce negocjacji warunków :-). A targuje się o wszystko :-). Na przykład dzisiaj spróbował z grubej rury:
- Hubisiu, posprzątaj proszę zabawki z podłogi.
- Dobrze, posprzątam i będę sprzątał zabawki już zawsze, do końca świata, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Nigdy więcej nie będziesz konsekwentna!
:-) :-) :-)


8 października 2016 (sobota)
Raz w tygodniu, o trzeciej w nocy muszę zmierzyć sobie poziom cukru i zwykle nie mogę już zasnąć. I tak sobie leżę właśnie i myślę o tym, jak niesamowite i nieprzewidywalne jest życie. Pod koniec ubiegłego roku pogodziłam się z myślą, że już nigdy nie poczuję pod sercem dziecka. Że Hubiś nie będzie miał rodzeństwa. Miałam dosyć straconych nadziei, wylanych łez, niespełnionych marzeń. I bólu, zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego. Przestałam mieć pretensję do losu, zaakceptowałam i doceniłam. A potem, zupełnie niespodziewanie, kiedy po wielu, wielu miesiącach wszystko się nareszcie uspokoiło, pojawił się on... Nasz mały cud :-). Kocham Cię skarbie tak bardzo, że nie jestem w stanie tego wyrazić słowami... I już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę Cię w ramiona.


9 października 2016 (niedziela)
Wyszedł rano po bułki, a wrócił z pięknym, ogromnym bukietem fioletowych tulipanów. Bez okazji, na przekór jesiennej pogodzie. Jest wieczór, on już setki kilometrów dalej, a ja patrzę na nie i nie mogę przestać się uśmiechać. 


11 października 2016 (wtorek)
Hubiś nie ma swobodnego dostępu do naszych laptopów. Nigdy nie pokazaliśmy mu żadnej gry, ani nie nauczyliśmy jak włączyć konkretną bajkę. Póki mogę, chciałabym mieć po prostu kontrolę, co i kiedy ogląda. A ogląda zwykle "Strażaka Sama", "Strażników miasta" albo "Maksa i Ruby". Krótkie bajeczki, bez agresji, z przesłaniem, dostosowane do jego aktualnego wieku i potrzeb. I do tej pory wydawało mi się, że ta metoda się sprawdza. Nie przewidziałam jednak mocy i pomysłowości youtuba :-). Dzisiaj usłyszałam jak podczas "Strażaka Sama" (!) włączyła się reklama tamponów OB i padło pytanie:
"Co pierwsze przychodzi wam do głowy, gdy pada słowo dojrzewanie?"
Na co mój trzylatek z radością w głosie wykrzyknął:
"OKRES"!



Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.