AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 27 października 2016

Moja studniówka i podsumowanie pierwszego trymestru




Pierwszego czerwca mój świat przyspieszył. Zobaczyłam dwie różowe kreseczki i wpadłam w jakiś przedziwny wir czasowy. Każdy dzień mija mi jak błysk spadającej gwiazdy, tydzień jak jedna piosenka, a kolejny miesiąc zaskakuje jak koniec nitki dentystycznej :-). Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że za chwilę wkraczam w trzeci trymestr. Przecież jestem już w domu, a nie w pracy. Hubiś chodzi do przedszkola, które uwielbia i z którego nie pozwala się za szybko zabierać. Powinnam więc mieć więcej czasu. A nie mam. Albo nie potrafię go odnaleźć. Tyle rzeczy muszę (chcę!) jeszcze zrobić, tyle spraw załatwić. Większość niekoniecznie związanych z ciążą. W efekcie zostało mi już tylko 101 dni do chwili, gdy pierwszy raz wtulę nos w maleńką szyjkę mojej kolejnej pociechy. Taka moja mała ciążowa studniówka.

Pamiętam, jak w ciąży z Hubisiem celebrowałam każdą chwilę - gdy pierwszy raz zobaczyłam dno swojego pępka, gdy poczułam pierwszego kopniaka, albo gdy osiągnęłam wymiary idealne - 90 cm w biuście i 90 cm w talii :-). Dzieliłam się z Wami wszystkimi moimi radościami i obawami. Robiłam to też dla siebie, by pamiętać, móc zawsze wrócić.... A teraz, oprócz informacji, że maluszek jest i rośnie, nie wiecie właściwie nic. No, może tyle, że cukrzyca ciążowa i tym razem trochę mi dokucza. Co więcej, dotarło do mnie ostatnio, że nie tylko zaniedbałam w tym temacie bloga, ale i wszystkie moje prywatne archiwa. Nie mierzę się, nie robię cotygodniowych zdjęć i nie zapisuję wagi (ale to z premedytacją :-)). Dlatego dzisiaj, dla zainteresowanych i na przekór sklerozie, małe podsumowanie pierwszego trymestru Hubercikowego braciszka, póki jeszcze cokolwiek pamiętam :-).

Wszystko zaczęło się w maju. Już wtedy wiedziałam, że coś się święci. Może to doświadczenie, może znajomość swojego ciała, a może po prostu intuicja. Specyficzne napięcie, na które najpierw było za wcześnie, a które później nie mijało, chociaż według kalendarza minąć powinno. Nie pomyliłam się. Ale czekałam... Lekarz powiedział mi kiedyś, że dla  własnego dobra nie powinnam się spieszyć z pierwszą wizytą. By zaoszczędzić sobie stresu, bo co ma być to będzie. I nic na siłę. Że tak najlepiej. I miał rację.

Czekałam więc. Ba, poleciałam nawet z mężem na urlop :-). Wybyczyć się, wyspać, pobyć razem, zająć czymś myśli. Nie przewidziałam tylko, że tak szybko dopadną mnie ciążowe dolegliwości. Z Hubim fala mdłości przyszła na przełomie pierwszego i drugiego trymestru. Tym razem już w ósmym tygodniu najchętniej zatkałabym sobie nos i spała 20 godzin na dobę :-). Jej, jak w tej Grecji śmierdziało! Chodniki, leżaki, kwiaty przy drodze, o restauracjach i mijanych ludziach nawet nie wspominając. Ledwo mogłam znieść zapach swojej własnej skóra, wysmarowanej kremem z filtrem. Na nic się zdała opcja all inclusive, bo nie byłam w stanie wejść do hotelowej restauracji. Problemy z żołądkiem miałam aż do 18stego tygodnia, a dopiero około 20stego potrafiłam znieść zapach (uwielbianych przeze mnie normalnie) ryb i kawy. Na szczęście, w przeciwieństwie do ciąży z Hubisiem, mdłości przeważały nad wymiotami, więc nie chudłam tak jak cztery lata temu. Przeciwnie, zaczęłam powoli się zaokrąglać :-).

Od samego początku dopadła mnie też ogromna senność... Hubisiowy Tata śmiał się, że moja "chwilka na drzemkę" trwała zwykle około czterech godzin. Nota bene, trzy godziny po tym, jak wstałam rano po przespaniu dziesięciu godzin :-). Wieczorem padałam spać ok. 20-21szej wycieńczona, jakbym przebiegła co najmniej półmaraton. Potrafiłam usnąć przed Hubertem. I może to jest dobre usprawiedliwienie mojej nikłej aktywności? Ja pierwszy trymestr (i część drugiego) po prostu przespałam :-).

Pamiętam też naszą pierwszą wizytę u lekarza. Mój ówczesny ginekolog oglądał maluszka na usg i długo nic nie mówił, chociaż zwykle gada jak najęty. Leżałam, właściwie nie oddychając z nerwów, aż w końcu nie wytrzymałam i spytałam: "Panie doktorze, czy serduszko bije?". Na co on drgnął, jakby obudzony, roześmiał się ciepło i powiedział: "Ojej, przepraszam panią, zapatrzyłem się. Tak, oczywiście, że bije. Wygląda na to, że macie państwo prawidłowo rozwijające się maleństwo. Gratuluję". No i wtedy puściły mi tak długo wstrzymywane kraniki w oczach :-).

Wspominam też usg prenatalne w 12 tygodniu. I moje zaskoczenie, gdy usłyszałam, że według lekarza, to znowu będzie chłopak. Powinnam była przypomnieć sobie słowa bratowej mojego męża, która już przy ciąży z Hubim śmiała się, że "w tej rodzinie nie masz szans na córeczkę" :-). Nie wiem dlaczego, ale mimo wszystko byłam przekonana, że to będzie dziewczynka. Chyba dałam się złapać na przesądy typu "córka zabiera mamie urodę". W tamtym czasie czułam się i wyglądałam jak nastolatka i to bynajmniej nie tak młodo, tylko tak pryszczato :-). Z uwagi na mój starczy wiek (skończone 35 lat) przysługiwało mi też darmowe usg prenatalne w naszym szpitalu wojewódzkim i tam kilka dni później lekarka wykonująca badanie po prostu podyktowała pielęgniarce, jako jedną z kilkudziesięciu informacji: "Płeć męska". Na co ja przerwałam: "Chwileczkę pani doktor, czyli to chłopczyk?". Zmieszała się, zaczęła tłumaczyć, że na 100% jeszcze nie wiadomo, ale z tego, co widzi, to tak, będzie chłopak. Wszelkie wątpliwości rozwiał trzeci lekarz w 14 tygodniu (zmieniłam wówczas ginekologa prowadzącego), który bez cienia wahania w głosie potwierdził płeć. I wiecie co? Bardzo się ucieszyłam. Z córeczką pewnie bym się na nowo stresowała, a z chłopcem miałam już przecież praktykę :-). I wiedziałam, jak szczęśliwy będzie Hubiś.

W tamtym czasie dostałam również skierowanie na badania genetyczne. Refundowane. Nie ukrywam, że byłam z tego faktu bardzo zadowolona. Gdy po pięciu tygodniach, pod biurkiem pani genetyk Hubiś gasił pożary, ja usłyszałam tak wyczekane i wymarzone słowa: "Jest ok, pod każdym względem, który mogliśmy podczas tego badania sprawdzić". A po kilku dniach mój lekarz stwierdził, że mogę już odetchnąć i jeśli tylko będę na siebie uważać, wszystko będzie dobrze. Jejku, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa. Prawie tańczyłam wracając do samochodu :-).

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie zafundowała sobie też trochę stresów. Dokładnie dwa dni po słowach "może już pani odetchnąć" Hubiś wrócił z przedszkola z czerwoną, drobną wysypką na rączce. Wysypką, która w błyskawicznym tempie zaczęła rozlewać się po całym jego ciałku i która do złudzenia przypominała różyczkę. Wszystkie inne objawy też mi idealnie pasowały (pamiętajcie doktor google to ZŁO). Możecie sobie wyobrazić, w jaką panikę wpadłam na myśl o różyczce... Mój mąż był na drugim końcu kraju, moja mama nie mogła przyjechać, przychodnia już zamknięta, mogłam jechać do szpitala, ale młody nie miał ani gorączki, ani uczucia swędzenia. Znajomy lekarz spokojnie tłumaczył mi przez telefon, że jeśli to różyczka i Hubi zarażał, to i tak stało się to zanim wystąpił u niego wykwit i że na pewno jestem szczepiona. Że te kilka godzin niczego nie zmieni i żebym nie panikując udała się następnego dnia rano do pediatry. Oczywiście, w mojej dziecięcej książeczce zdrowia nie było śladu po szczepieniu na różyczkę, stare badania z ciąży z Hubim diabeł ogonem przykrył, a w tej ciąży, jak się okazało, mój ginekolog olał kwestię sprawdzenia ilości przeciwciał na różyczkę i zwyczajnie ich nie zlecił. Przepłakałam całą noc, snując najgorsze z możliwych scenariuszy, a rano usłyszałam od pielęgniarek "Proszę na bok, lekarz przyjmie dziecko w drugim gabinecie, bo to wygląda na chorobę zakaźną". Dobiły mnie tym kompletnie. Ostatecznie okazało się, że Hubi dostał silnej alergii na słońce połączonej prawdopodobnie z alergią pokarmową, a ja szczepiona byłam.

Akcja z brakiem zlecenia badań na przeciwciała różyczkowe oraz zlekceważenie kwestii cukrzycy ciążowej, pomimo że występowała u mnie w pierwszej ciąży, zdecydowały, że postanowiłam zmienić ginekologa prowadzącego. I chociaż kilka koleżanek pytało mnie później, czy po tylu latach nie miałam oporów, albo czy nie było mi zwyczajnie głupio, ja nie wahałam się nawet chwili. Uznałam, że jest to usługa jak każda inna, a skoro płacę niemałe pieniądze, chcę mieć pewność, że jestem pod profesjonalną opieką. Drugi trymestr pokazał mi zresztą, jak słuszna była to decyzja i jak niewiele brakowało, a resztę ciąży spędziłabym w pozycji leżącej. 

Pod koniec pierwszego trymestru miałam 3 kilogramy na plusie, ale wciąż bez najmniejszego problemu mieściłam się we wszystkie przedciążowe ubrania. O istnym bangladeszu na twarzy pisałam już wyżej, ale na szczęście z początkiem drugiego trymestru wszystko wróciło do normy. Zachcianek kulinarnych nie miałam, chociaż już przeważał chrzan niż konfitura :-).

I to chyba tyle kochani. Mam nadzieję, że przynajmniej kilka z Was dobrnęło do końca i nie ucieknie stąd z krzykiem na wieść, że niedługo pojawi się wpis o trymestrze drugim :-).

A może podzielicie się ze mną swoimi własnymi doświadczeniami :-)? Bo nie wiem, jak Wy, ale ja naprawdę lubię wiedzieć, że nie jestem jedyną kobietką, która miała taki problem z otworzeniem lodówki w pierwszym trymestrze:-)? I to świeżo wysprzątanej :-)!

Ściskam ciepło i do "przeczytania",

Hubisiowa mama
-♥-


13 komentarzy:

  1. ależ się cieszę i gratuluję... wszystkiego dobrego kochana !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu z całego serca i pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Ja teraz jestem na poczatku ciazy i jak milo przeczytać, ze nie tylko ja śpię jak niemowlę, jest mi ciągle niedobrze, boli mnie brzuch i mam spryszczona twarz. Jest nadzieja i dla mnie, ze będzie lepiej😉. Choc u mnie jest ciąża blizniacza i lekarz mówi, ze mam znacznie więcej hormonów i stad te wszystkie objawy.
    Pozdrawiamy 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow,gratuluję bliźniaków! Trzymam kciuki,by hormony dokuczały Ci jak najmniej i by maleństwa rosły zdrowo :-)!

      Usuń
  3. Czytałam jak powieść sensacyjną ;) z zapartym tchem ;) buziaki Kasia Słomska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheehe, jesteś niemożliwa Kasiu :-). Buziaki

      Usuń
  4. W pierwszym trymestrze Asiu nie wchodziłam do kuchni, baaa nie wychodziłam z łazienki praktycznie :) Noo i tez miałam akcje z różyczką tylko u mnie. Bez wahania pognaliśmy na izbę przyjęć do szpitala gdzie zrobili ze mnie wariatkę, kazali jechać do domu i się wyspać. Jak to dobrze że ich nie posłuchałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, to współczuję. Jakbym sama dostała wysypki podobnej do różyczki, nic by mnie nie powstrzymało przed wizytą ma izbie przyjęć. Całe szczęście, że wszystko się dobrze u Was skończyło!

      Usuń
    2. Skończyło się tym, że w wigilię wylądowałam w szpitalu na pobieraniu wycinków do histopatologii. Miała być maleńka blizna, a została wielka dziura :( No i naświetlania 3 razy w tygodniu. Nie życzę nikomu.

      Usuń
  5. Ja moją drugą ciążę też rozpoczęłam wakacjami z mężem (i jeszcze 12 toważyszami z hostelowego pokoju ale bez Starszaka) w styczniu w Maroko i mimo, że to był dopiero 5 tydzień pod względem zapachów też wspominam to fatalnie (zwłaszcza targ rybny oraz alejka na której stacjonowały dorożki). A po powrocie mega stres - pierwsze usg i informacja, że owszem jest pęcherzyk ciążowy ale zarodka brak. Dopiero na kolejnym usg najdłuższy tudzień w moim życiu później zobaczyłam moją kruszynkę. Teraz właśnie karmimy się na dobranoc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobacz, ile emocji towarzyszy nam w tych początkowych tygodniach.. Gratuluję maleństwa i przesyłam ciepłe uściski!

      Usuń
  6. Witam serdecznie,

    dotrwałam do końca i nie uciekam z krzykiem, tylko czekam z niecierpliwością na kolejne posty.
    Bardzo lubię wracać do Hubisiowa i czytać opowieści pisane Twoją ręką.
    Jeśli chodzi o moje wspomnienia ciążowe, to w przypadku pierwszej ciąży pamiętam uczucie, kiedy mdlił mnie zapach herbaty. W czasie drugiej ciąży musiałam bardzo uważać na smażone potrawy, bo po nich nie czułam się najlepiej.
    Pierwsza ciąża chyba rzeczywiście bardziej mi się dłużyła. Druga ciąża przemknęła jak błyskawica, ale tak myślę, że to za sprawą tego, że oprócz pracy byłam zaabsorbowana córcią i między innymi jej debiutem w przedszkolu. Obydwie ciąże to czas niesamowity i nie mogę ich do niczego innego porównać. Było pięknie i teraz też jest pięknie.

    Pozdrawiam,
    Letycjanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że kawa, to rozumiem, ale herbata??? Biedna Ty moja :-)! Ale masz rację, każda ciąża to tak magiczny czas, że nie można jej porównać do niczego innego... Szkoda tylko, że tak szybko mija :-)

      Usuń

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.