AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 22 listopada 2016

Myśli potargane # 20

 
15 października 2016 (sobota)
Galeria handlowa w Olsztynie. Sklep Smyk. Stoimy z Hubertem w naprawdę długiej kolejce do kasy. Przed nami jakieś dwadzieścia osób, w przeważającej większości kobiety. W pewnym momencie podchodzi do mnie mężczyzna z obsługi i zaprasza do dodatkowej kasy po lewej stronie, obok dwóch aktualnie obsługiwanych. Mówi, że kobiety w ciąży obsługują poza kolejnością. Robi mi się naprawdę miło, bo jednak brzuchol ciąży, a Hubiś potwornie się nudzi. Idę za nim wdzięczna, bo to pierwszy raz, gdy w tej ciąży korzystam ze sklepowych przywilejów. Podchodzę do kasy i wtedy się zaczyna:
- Przepraszam, proszę pani! Tu obowiązuje jedna kolejka! Dlaczego się pani wpycha?!
Zaskoczona odpowiadam, że jestem w ciąży, na co słyszę:
- Ale co mnie interesuje, że w ciąży? Może ja też się źle czuję?! A czekam tu już bardzo długo!
Kasjerka, widząc moją minę mówi:
- Niech pani nie słucha. Nic złego pani nie robi. Ja kolegę po panią wysłałam. Jest duszno, mogło się pani słabo zrobić. A tą panią niech się pani nie przejmuje.
Kobieta z kolejki nie daje jednak za wygraną. Rozgląda się dookoła i zaczyna podpuszczać inne kobiety:
- A pani dlaczego nie reaguje? Przecież pani z wózkiem czeka, czym się pani różni od tamtej? (czyli mnie).
Płacę, ale czuję jak zaczynają trząść mi się ręce. Hubiś ciągnie mnie za sweter, bo zauważył przy kasie jakieś kolorowe kulki. Kobieta z kolejki dalej coś wykrzykuje. Jestem już na serio zdenerwowana. W końcu słyszę, jak kasjerka głośno mówi:
- Proszę się uspokoić, albo wezwę ochronę.
Zapada cisza. 
Odchodzę od kasy, odprowadzana wzrokiem całej kolejki i kilku kupujących, zerkających zza regałów. I tak strasznie przykro mi jest, że w tym życzliwym podobno kraju, rodzinnym i serdecznym takie sytuacje wciąż się zdarzają. I że to kobieta kobiecie... I że nikt inny nie zareagował, nie próbował uspokoić, tylko trzeba było ochroną postraszyć... Niby nic się nie stało, mała nieprzyjemność po prostu, ale jest wieczór, a ja wciąż czuję niesmak. I jakoś odechciało mi się kolejkowych przywilejów...


18 października 2016 (wtorek)
I znów mnie zaskoczył :-). Gdy po wieczornej kąpieli obcinałam mu paznokcie u stóp, zapytał: "Mamo, a możemy tego palca jakoś nazwać? O tego, malutkiego. Bo wiesz, ja zawsze marzyłem o tym, by mieć jakiegoś palca z imieniem. Ale tylko tego, u tej nogi, u tamtej nie. Będę do niego mówił i się nim opiekował. I powiem mu, żeby się martwił, bo odrośnie. Nazwijmy go Dzidziuś, dobrze?" Z pełną powagą w głosie ochrzciłam go więc Dzidziusiem. Fajnie spełniać marzenia syna :-).


21 października 2016 (piątek)
Pamiętam, że gdy kupowałam jasnobeżową wykładzinę dywanową do pokoju Hubisia, kilka bliskich mi osób kręciło głowami. Będą plamy, mówili. Wiesz, jak to dziecko. Brudzi. Będziesz musiała codziennie odkurzać. Co pół roku oddawać do prania. Może ta wykładzina jest i ładna, ale niepraktyczna. A już do pokoju dziecięcego szczególnie...
Po roku przyznaję im rację. Codziennie ją odkurzam. Co pół roku oddaję do prania. Rzeczywiście paprochy się na niej nie ukryją. Jest tylko jedno "ale"... Wszystkie, ale to absolutnie wszystkie plamy, jakie przez ten rok się na niej pojawiły, zrobiliśmy my - Hubisiowy Tata albo ja. Najczęściej kawą, gdy w sobotę, skoro świt o piątej, z kubkiem reanimacyjnym w ręku, bawiliśmy się z młodym, by to drugie mogło jeszcze trochę pospać :-). Przyznaję się też, że raz kanapka z serem i keczupem spadła mi na wykładzinę wiadomą stroną, bo chociaż Hubiemu nie pozwalam, zawędrowałam do jego pokoju z jedzeniem. A potem niedokręcony krochmal do prasowania wylał mi się na środek i lepka masa przyciągnęła kurz z całego domu. Podobnych historii było jeszcze kilka. Tymczasem młody nie zrobił nic. W kwestii wykładziny ma sumienie czyste jak łza :-). A ja i tak nie zamieniłabym jej na żadną inną :-)


26 października 2016  (środa)
Śmieszne ma przemyślenia ten nasz szkrab :-). Dzisiaj Hubisiowy tata opowiedział mi, jak jechali samochodem i w pewnym momencie, w środku lasu, Hubi z pełną powagą w głosie zapytał:
- Tato, a kiedy ja wydoję krowę?
- Krowę? Chcesz wydoić krowę? - zapytał zaskoczony.
- Tak. Bo wiesz, ja bym bardzo chciał znowu wydoić krowę...
- To ty już to robiłeś?
- Tak, dawno temu. W przedszkolu. Ciocie mnie nauczyły. I ja bym znów chciał wydoić krowę. 
Hmmm, chyba będę musiała bardziej wnikliwie przejrzeć przedszkolny program nauczania :-).
 
 
29 października 2016 (sobota)
Nasze przedszkole zamontowało w wejściu specjalny czytnik na karty. Żeby dostać się do środka, trzeba taką kartę posiadać lub dobijać się domofonem. Pewnie w dużych miastach to norma, ale u nas podobnego rozwiązania nie spotyka się za często. To kolejny, po monitoringu, krok właścicieli, który zdecydowanie popieram. Bo chociaż za każdym razem rozbebeszam portfel w poszukiwaniu karty, to jednak bezpieczeństwo maluchów jest najważniejsze. Pamiętam, jak w naszym mieście z dwa lata temu był przypadek, gdy kilkulatek wymknął się z leżakowania i w piżamce, zimą, przeszedł ze sto pięćdziesiąt metrów w stronę centrum, zanim zareagował jakiś mieszkaniec. Dzieciaki są nieobliczalne, sprytne i ciekawe świata. Nie chciałabym, by mojemu synowi udała się taka wycieczka krajoznawcza :-). 
 
 
2 listopada 2016 (środa) 
Chciałam przycwaniaczyć i już na początku września kupiłam Hubiemu kurtkę zimową. Z nowej kolekcji Zary, czerwoną (idealnie strażacką), z kapturkiem, zapinanymi kieszonkami i ciepłą podszewką. Oczywiście rozmiar większą, bo mi syn jak na drożdżach rośnie... Dzisiaj znowu ją przymierzyliśmy i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że rękawy zrobiły się za krótkie. Może nie bardzo, ale widocznie. W każdym razie na mróz się nie nadają. Trzeba będzie kupić nową, a tę odsprzedać albo zostawić dla młodszego. W dwa miesiące tak mu łapka urosła! 
I tak to jest, gdy człowiek chce zaoszczędzić sobie późnojesiennego biegania po sklepach za zimową kurtką... W dodatku Hubi uparł się, że ma być identyczna. Ciekawe, czy jeszcze ją znajdę...
 
 
7 listopada 2016 (poniedziałek)
Rozczula mnie tym swoim pragnieniem "bycia dużym". Na każdym kroku podkreśla, jaki jest już duży, z każdej rozmowy dorosłych wyłapie i wypomni nazwanie go "małym" albo "maluchem". Codziennie chciałby mierzyć się przy futrynie i prawie zawsze daje się złapać na argument, że "to robią tylko maluchy". Dzisiaj po raz kolejny rozśmieszył mnie, pytając znienacka:
- Mama, a możemy umówić się na nowe słowo?
- Na jakie słowo Hubisiu?
- No, szkoła.
- Ale jak się chcesz umówić?
- No tak zamiast przedszkola. 
- Aha, czyli mam pytać, jak było w szkole, a nie w przedszkolu?
- Tak, bo wiesz, ja już jestem duży i chodzę do prawdziwej szkoły. Nie jestem maluchem, one są na dole mojej szkoły, a maluchy to przedszkolaki...
Także od jutra chodzimy do szkoły :-).


10 listopada 2016 (czwartek)
No i dopadł mnie syndrom wicia gniazda. W ciągu tygodnia rozplanowałam mały remont i teraz tylko muszę przydusić tatę i męża, by mi go zrealizowali :-). Jeszcze przed porodem KONIECZNIE musimy zrobić nowe półki do naszego minisaloniku, bo książki w kartonach leżą i serce mi kaleczą; zamontować fototapetę suchościeralną z plannerem do kuchni, bo ten piękny z Dekornika aż się prosi, by go tam powiesić; przenieść na inną ścianę kontakt, bo będzie przeszkadzać w montażu plannera; zamówić nowe drzwi przesuwne, bo te tradycyjne za dużo miejsca będą zajmować; dorobić półeczki do szafy moich maluchów, żeby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni; wymienić zlew w kuchni, bo stary się już niebezpiecznie rozpada; pobawić się z okleiną na wielkiej szafie w naszymi ubraniami.... i jeszcze kilka innych mniejszych rzeczy :-). Wybrałam się nawet do osiedlowej kwiaciarni z pytaniem, czy mi konkretne kwiaty doniczkowe sprowadzą, bo już oczami wyobraźni widzę, jak na tych półeczkach, które zawisną, będą pięknie wyglądać.
Wszystko zaplanowałam, tylko teraz ekipę muszę jakoś zmobilizować. A oni niestety coś nie bardzo chętni... Ciekawe dlaczego :-)?


14 listopada 2016 (poniedziałek)
Bawiłam się dzisiaj z Hubim w smoka. On był dzielnym rycerzem, ja wstrętnym smokiem, którego trzeba było nakarmić owieczką nafaszerowaną pieprzem. Pieczenie w żołądku próbowałam ugasić tak dużą ilością wody z rzeki, że robiłam się większa i większa, aż w końcu pękałam. Rolę nafaszerowanej owieczki odgrywał miś, a rzeką był mój kubek z kawą :-).
Bardzo podobała mi się ta zabawa, bo w przeciwieństwie do strażackich akcji nie musiałam się za dużo ruszać, tylko siedziałam w swojej smoczej jamie, a Hubi skakał dookoła mnie wywijając strażackim toporkiem, grającym rolę miecza.
W pewnym momencie usłyszałam dzwoniący w kuchni telefon. Zaczęłam się więc gramolić z mojej smoczej jamy i wyciągnąwszy rękę poprosiłam Hubiego o pomoc. I wtedy usłyszałam: "A co? Nie możesz wstać, bo jesteś za gruba?"  Hehehe, dziecko zawsze prawdę ci powie :-).  


18 listopada 2016 (piątek)
Marzy mi się, by te święta były wyjątkowe... By starczyło mi czasu i siły, żeby upiec z Hubisiem świąteczne ciasteczka i ubrać żywą, pachnącą choinkę we własnoręcznie zrobione ozdoby. Chciałabym razem z nim napisać list do świętego Mikołaja, a gdy przyjdzie czas przygotować ciasteczka i szklankę mleka. Marzy mi się prawdziwy, gęsty śnieg, byśmy mogli pojeździć na sankach, ulepić bałwana z marchewką zamiast nosa, czy rozegrać bitwę na śnieżki. Chciałabym, by za trzydzieści lat ze wzruszeniem wspominał święta swojego dzieciństwa. Tak, to będą moje priorytety na grudzień.


20 listopada 2016 (niedziela)
Trzecia rano. Bardziej czuję niż widzę, jak małe ciałko pakuje mi się do łóżka. A z nim oczywiście miś i kocyk. Gdy wsuwa się pod kołdrę, wyciągam rękę i przygarniam go do siebie. Jest taki cieplutki i wciąż pachnie wieczorną kąpielą. Wtulam nos w te miękkie włoski i wtedy słyszę cichutkie, zaspane: "Kocham cię mamo, tak bardzo...". A potem już tylko płytki, regularny oddech... I chociaż wszystko trwało nie więcej niż 30 sekund, to właśnie dla takich chwil żyję... Dla takich chwil zostałam mamą :-).


Hubisiowa mama
-♥-

wtorek, 15 listopada 2016

Nasze rodzicielskie sztuczki (z przymrużeniem oka)




Czasami tak sobie myślę, że pomijając 100% miłości, do wychowania dziecka potrzeba też 80% cierpliwości i 20% sprytu. Wciąż na nowo uczę się, jak podejść tego mojego szkraba, by bez zmuszania, afer i łez, robił dokładnie to, o co mi chodzi. Czasami muszę podkolorować rzeczywistość, czasami przeinaczyć, żeby wprost nie napisać, że skłamać. Ale cóż, najważniejsze, że się udaje. A wiadomo, wielokrotnie powtarzana czynność, w końcu przeradza się w nawyk i nie trzeba już żadnych rodzicielskich sztuczek. Ja w każdym razie bez najmniejszych wyrzutów sumienia wykorzystuję to, że Hubiś uwielbia być pierwszy, duży i mądry :-). I że jest "prawdziwym strażakiem", który niesie pomoc słabszym.

Jeśli macie więc ochotę poznać kilka moich patentów "wychowawczych", serdecznie zapraszam. Tylko proszę, podejdziecie do sprawy z przymrużeniem oka i pamiętajcie, że moją intencją nigdy nie było i nie będzie, ośmieszenie mojego synka, a jedynie wyrobienie w nim dobrych nawyków w sposób jak najmniej stresujący i zrozumiały dla jego wieku :-).


Patent na mycie zębów

Ciężko jest wytłumaczyć buntującemu się trzylatkowi, dlaczego właściwie tak ważne jest mycie zębów. Dlaczego rodzice nie zgadzają się na to, by nawet wyjątkowo, zrobił sobie zębowy dzień brudasa. I o co chodzi z tymi niewidocznymi robalami, które mu niby jedzą zęby. Bo chociaż Hubert nawyk szczotkowania zębów miał wyrabiany odkąd pamiętam, to przyszedł czas, że zaczął się od mycia zębów wykręcać. Nie pomagały klepsydry odmierzające czas, bajeranckie szczoteczki, śmieszne nakładki na tubkę pasty do zębów, czy puszczanie bajek o próchnicy. Z myciem zębów szło nam coraz oporniej i przyznam, że zaczęło mnie to na poważnie martwić.

Było tak do czasu, gdy stwierdził, że oglądał właśnie swoje ząbki w lusterku i żadnych robali w nich nie ma. A skoro nie ma, to on nie musi myć zębów. I wtedy mnie olśniło. Skoro mój syn tak bardzo potrzebuje robali, trzeba mu je dostarczyć :-). Kupiłam pastę dla dzieci z kolorowymi granulkami. Potem mocno niewychowawczo, ale z premedytacją pozwoliłam Hubertowi iść spać bez mycia zębów. Gdy przy porannym szczotkowaniu wypluł pastę, udając przerażenie odskoczyłam i pokazałam palcem całą masę maleńkich niebieskich kropeczek w umywalce. Najpierw zamarł, a potem wykrzyknął "robale!!!!" i szybko zaczął spłukiwać je wodą. I wtedy zaczęłam rodzicielską gadkę... "Widziałeś je?", "Ale było dużo tych robali!", "A nie mówiłam?", "No tak, przecież poszedłeś wczoraj spać bez mycia ząbków", "Ciekawe, ile i którego zęba zdążyły nadgryźć?", itp, itd.

Do końca dnia przeżywał, jak ich było dużo, jak je szybko spłukał i jak wieczorem się z nimi rozprawi. A ja przy okazji opowiedziałam mu, że te robale nazywają się "próchnica" i mogą mieć różne kolory (asekuracyjnie, bo są też pasty np. z czerwonymi granulkami). Poszłam też za ciosem i opowiedziałam, że właśnie takie maleńkie robale rozbryzgują się po całej łazience, gdy spuszcza wodę w toalecie bez opuszczonej klapy. A potem siedzą w ukryciu i czekają, by na niego wskoczyć. I to właśnie dlatego mama prosi go zawsze o to, by opuszczał klapę i mył rączki. Od tamtej pory skończyły się dyskusje na temat sensu mycia zębów czy rączek po toalecie. Zaczęła się męska wojna z robalami :-).

Teraz, prawie rok po akcji "granulka", nawet gdy zdarza mi się kupić normalną pastę, Hubiś jest co najwyżej dumny, że tak dokładnie umył ząbki, że nawet jednego robala nie widać w wyplutej pianie. Z rączkami też już nie ma problemu. Najgorzej jest z klapą, ale cóż, to przecież facet... :-)

Podsumowując, czy dziecko zdobyło motywację? Jak najbardziej. Czy wyjdzie mu to na zdrowie? Na pewno! Czy stała się mu jakaś krzywda? Myślę, że nie :-).


Patent na picie tranu

Tran zdrowy jest, każdy to wie. O jego licznych zaletach, szczególnie dla dzieciaczków, można książki pisać. Zależało mi, by Hubiś przyjmował tran, ale nie bardzo wyobrażałam sobie, jak mam go do tego przekonać. Z tabletkami po prostu się nie dało. Z kolei tradycyjny w płynie, nawet aromatyzowany, ma tak specyficzny smak, że mogłabym pół pensji postawić, że Hubi go po prostu wypluje. Wiedziałam, że tu potrzebny jest cięższy kaliber :-).

Żeby przekonać go do picia tranu, wykorzystałam moment, gdy o coś mnie prosił i powiedziałam "Za chwileczkę kochanie, mama musi najpierw wypić magiczny napój, dzięki któremu codziennie uczę się nowej rzeczy i jestem mądra". Po czym na jego oczach wypiłam łyżeczkę i jak gdyby nigdy nic odstawiłam tran do lodówki. Zainteresował się od razu. No bo jak? W jego lodówce znajduje się magiczny napój? I w dodatku jest się od niego mądrym? Spytał się, co to za napój. Odpowiedziałam, że nazywa się tran i skierowałam się do jego pokoju. Hubiś poszedł za mną, ale już nie był zainteresowany poprzednią sprawą, tylko zapytał, czy on też może się napić. Lekkim tonem odpowiedziałam, że w sumie może, ale pewnie i tak nie będzie chciał. Bo chociaż napój jest magiczny, to też trochę niesmaczny, dlatego nie musi go pić. Wcale, a wcale. Że powoli i tak wszystkiego się nauczy, pewnie za sto lat (sto to dla niego synonim wieczności). Ale że ja piję, bo lubię być duża i mądra.

Wiedziałam, że to na niego zadziała :-). Bo jak to, on ma czekać sto lat, skoro może być mądry już teraz :-)? Natychmiast chciał spróbować i natychmiast okazało się, że "jest pysny". Kolejnego dnia powtórzyłam sytuację, znowu nie proponując mu porcji, ale gdy poprosił, dostał od razu. Od tamtej pory (a będzie już z pół roku) pije go regularnie i tak nas pilnuje, że potrafi o 3ciej w nocy upomnieć się o zapomnianą łyżeczkę :-). Już nie mówimy, że jest magiczny, tylko zdrowy i że dzięki niemu rozwija się mózg, czyli mądrość. Z "magicznych" czasów został nam tylko fajny, codzienny rytuał opowiadania o nowo zdobytych umiejętnościach. 

Nawyk wyrobiony? Wyrobiony! Czy dziecku stała się jakaś krzywda? Nie, a myślę, że wręcz przeciwnie.


Smarowanie kremem

Hubiś to facet z krwi i kości, właściwie od niemowlaka nie znosił smarowania ciałka kremem. I nie miało znaczenia, czy to oliwka, balsam czy krem. Pamiętam, że odpuściłam sobie męczenie i jego i siebie gdzieś w okolicach roczku. Na szczęście pozwalał sobie smarować buźkę w mroźne dni (ale z wielką rozpaczą w oczach i z reguły tylko przedszkolnym ciociom) i na plaży (bo to był warunek, że w ogóle będzie mógł na plażę pojechać). W pozostałych przypadkach, nie było bata. I dopóki jego ciałko było mięciutkie i gładkie, wszystko było ok. Ale niestety, z czasem zaczęły pojawiać mu się na rączkach i nóżkach suche placki, a skóra coraz mniej przypominała bobaskowy aksamit.

Prosiłam, przekonywałam, codziennie dawałam przykład, tata dawał przykład, w akcie desperacji próbowałam go nawet przekupić :-). Nic z tego. Aż w końcu mój mąż, jakiś miesiąc temu, z pełną powagą w głosie, opowiedział mu historię o tym, jak to w kremie mieszkają maleńcy rycerze, którzy swoimi mieczami walczą z pieczeniem i swędzeniem skórki. I że gdy jakiś robal próbuje mu się wgryźć w ciałko, to te miecze z kremu rozprawiają się z nimi na zawsze. A wszystko opatrzone było oczywiście odpowiednią oprawą artystyczną :-).

I co się okazało? Że ta niedorzeczna przecież bajka w 100% przekonała naszego uparciucha. I że smarowanie kremem jest fajne. Co więcej, jest potrzebne, bo przecież Ci rycerze się w wodzie zmywają i po kąpieli trzeba rozprowadzić na ciele nową armię :-). A on lubi mieć swoich rycerzy. Bo rycerze są odważni i on też jest odważny.

To, co mnie nie udawało się latami (!), mój mąż załatwił w pięć minut. W końcu bez płaczu mogę zadbać o jego skórę.  I widzę, jak ciałko Hubisia błyskawicznie wraca do formy.

Czy z czasem wytłumaczę mu, że ci rycerze to inaczej witaminy, emolienty i olejki? Oczywiście. Czy aktualnie był sposób, by przekonać go inaczej? Moim zdaniem nie. Czy żałuję, że trochę nakłamaliśmy? Zdecydowanie nie :-).

-♥- 

Jestem pewna, że tego typu patenty stosują wszyscy rodzice. I że na każde dziecko można znaleźć sposób. To my, rodzice wiemy najlepiej, jaki charakter ma nasz maluch. Czy jest przekorny, czy można wejść mu na ambicję albo spróbować zwyczajnie przekonać. Czasami tylko brakuje pomysłu, dlatego dzielę się z Wami naszymi :-). A to nie wszystkie, takich patentów mamy dużo więcej :-). Na przykład na to, by nauczyć dziecko odkładać rzeczy na miejsce.

A jak to wygląda u Was? Macie na swoim koncie jakieś małe, rodzicielskie kłamstewka :-)? Działają? Podzielcie się :-)!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-

środa, 9 listopada 2016

Mój pierwszy album (po 4 latach)






























To był jeden z moich najlepszych "maluszkowych" wyborów. Towarzyszył mi przez ostatnie cztery lata i jakkolwiek banalnie to zabrzmi, nie zamieniłabym go na żaden inny :-). Gdy pierwszy raz pokazałam go Wam prawie trzy lata temu (klik), byłam z niego bardzo zadowolona. Teraz jestem w nim zakochana i bardzo żałuję, że właśnie go kończymy... Nie wiem, jak znajdę godnego następcę na kolejne lata, ale będę szukać, bo bardzo chciałabym kontynuować nasz hubisiowy pamiętnik. Przede wszystkim dla dorosłego Huberta, ale też z czysto matczynej chęci utrwalenia tych naszych najpiękniejszych dni :-).

Pewnie zastanawiacie się, po co poświęcam mu już drugi wpis? Przecież na polskim rynku są dziesiątki albumów małego dziecka. Mniejszych, większych, z ładniejszą grafiką, czy tych mniej ładnych. Na pewno wiele osób jest zadowolonych. To po prostu kwestia wymagań, gustu lub potrzeb :-). Widząc jednak ilość wejść na bloga po haśle kluczowym "album mojego dziecka", wiem, że temat jest wciąż aktualny. Wiele osób szuka tego "idealnego" i mam nadzieję, że chętnie przeczyta obiektywną opinię czteroletniej użytkowniczki, lub podejrzy, jak album wygląda od środka (mój egzemplarz był w księgarni zafoliowany).

Gdy byłam jeszcze w ciąży z Hubim, wymarzyłam sobie dużą, obszerną księgę, która starczyłaby mi na co najmniej kilka lat. Miała mieć schowki na różne pamiątki i płyty oraz dużo miejsca na notatki. Chciałam też, by była solidnie wykonana i ładna :-). Ten album był wtedy jedynym na rynku, który moje kryteria spełniał. Miał w sobie wszystko, czego szukałam. A nawet więcej, bo z każdym rokiem odkrywałam kolejne jego zalety. Sprężynka zamiast tradycyjnego klejenia, wygodne zakładki, podział na lata, bajki, składana miarka wzrostu, kalendarium ząbkowania, odciski rączek, miejsca na wklejenie tradycyjnych zdjęć, ale i schowki na płyty, no i absolutnie wszystkie ważne "pierwsze razy" :-).

Oczywiście w praniu wyszło też kilka wad. Kilka, a konkretnie dwie :-). Dość szybko wybrudził nam się materiałowy grzbiet albumu i nie udało się go wyczyścić. A druga sprawa, to momentami aż zbyt szczegółowe pytania i daty, których zwyczajnie nie udało mi się wyłapać, przykładowo "kiedy pierwszy raz narysowałem kółko" albo "kiedy pierwszy raz zrobiłem wieżę z klocków". Ale przyznacie, że przy całokształcie takie wady, to właściwie nie wady :-).

Moim zdaniem album w stu procentach wypełnił swoje zadanie i już teraz stanowi świetną pamiątkę. Zobaczcie zresztą sami :-).































Dużo tych zdjęć, wiem, ale to tylko ułamek ze 136 stron :-). Jeśli więc myślicie o kupnie albumu dla swojego szkraba, albo chcecie zrobić fajny prezent świeżo upieczonej mamie, mogę z perspektywy czterech lat zapewnić, że album wydawnictwa Arkady jest naprawdę wart uwagi. Tym bardziej, że po dwóch latach nieobecności na polskim rynku wydawniczym, został nareszcie wznowiony.

I co o nim myślicie? A może znacie inny, jeszcze fajniejszy? Dajcie znać, bo brzuszkowy kawaler też będzie jakiegoś potrzebował :-).

Pozdrawiam ciepło,

Hubisiowa mama
-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.