AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

wtorek, 22 listopada 2016

Myśli potargane # 20

 
15 października 2016 (sobota)
Galeria handlowa w Olsztynie. Sklep Smyk. Stoimy z Hubertem w naprawdę długiej kolejce do kasy. Przed nami jakieś dwadzieścia osób, w przeważającej większości kobiety. W pewnym momencie podchodzi do mnie mężczyzna z obsługi i zaprasza do dodatkowej kasy po lewej stronie, obok dwóch aktualnie obsługiwanych. Mówi, że kobiety w ciąży obsługują poza kolejnością. Robi mi się naprawdę miło, bo jednak brzuchol ciąży, a Hubiś potwornie się nudzi. Idę za nim wdzięczna, bo to pierwszy raz, gdy w tej ciąży korzystam ze sklepowych przywilejów. Podchodzę do kasy i wtedy się zaczyna:
- Przepraszam, proszę pani! Tu obowiązuje jedna kolejka! Dlaczego się pani wpycha?!
Zaskoczona odpowiadam, że jestem w ciąży, na co słyszę:
- Ale co mnie interesuje, że w ciąży? Może ja też się źle czuję?! A czekam tu już bardzo długo!
Kasjerka, widząc moją minę mówi:
- Niech pani nie słucha. Nic złego pani nie robi. Ja kolegę po panią wysłałam. Jest duszno, mogło się pani słabo zrobić. A tą panią niech się pani nie przejmuje.
Kobieta z kolejki nie daje jednak za wygraną. Rozgląda się dookoła i zaczyna podpuszczać inne kobiety:
- A pani dlaczego nie reaguje? Przecież pani z wózkiem czeka, czym się pani różni od tamtej? (czyli mnie).
Płacę, ale czuję jak zaczynają trząść mi się ręce. Hubiś ciągnie mnie za sweter, bo zauważył przy kasie jakieś kolorowe kulki. Kobieta z kolejki dalej coś wykrzykuje. Jestem już na serio zdenerwowana. W końcu słyszę, jak kasjerka głośno mówi:
- Proszę się uspokoić, albo wezwę ochronę.
Zapada cisza. 
Odchodzę od kasy, odprowadzana wzrokiem całej kolejki i kilku kupujących, zerkających zza regałów. I tak strasznie przykro mi jest, że w tym życzliwym podobno kraju, rodzinnym i serdecznym takie sytuacje wciąż się zdarzają. I że to kobieta kobiecie... I że nikt inny nie zareagował, nie próbował uspokoić, tylko trzeba było ochroną postraszyć... Niby nic się nie stało, mała nieprzyjemność po prostu, ale jest wieczór, a ja wciąż czuję niesmak. I jakoś odechciało mi się kolejkowych przywilejów...


18 października 2016 (wtorek)
I znów mnie zaskoczył :-). Gdy po wieczornej kąpieli obcinałam mu paznokcie u stóp, zapytał: "Mamo, a możemy tego palca jakoś nazwać? O tego, malutkiego. Bo wiesz, ja zawsze marzyłem o tym, by mieć jakiegoś palca z imieniem. Ale tylko tego, u tej nogi, u tamtej nie. Będę do niego mówił i się nim opiekował. I powiem mu, żeby się martwił, bo odrośnie. Nazwijmy go Dzidziuś, dobrze?" Z pełną powagą w głosie ochrzciłam go więc Dzidziusiem. Fajnie spełniać marzenia syna :-).


21 października 2016 (piątek)
Pamiętam, że gdy kupowałam jasnobeżową wykładzinę dywanową do pokoju Hubisia, kilka bliskich mi osób kręciło głowami. Będą plamy, mówili. Wiesz, jak to dziecko. Brudzi. Będziesz musiała codziennie odkurzać. Co pół roku oddawać do prania. Może ta wykładzina jest i ładna, ale niepraktyczna. A już do pokoju dziecięcego szczególnie...
Po roku przyznaję im rację. Codziennie ją odkurzam. Co pół roku oddaję do prania. Rzeczywiście paprochy się na niej nie ukryją. Jest tylko jedno "ale"... Wszystkie, ale to absolutnie wszystkie plamy, jakie przez ten rok się na niej pojawiły, zrobiliśmy my - Hubisiowy Tata albo ja. Najczęściej kawą, gdy w sobotę, skoro świt o piątej, z kubkiem reanimacyjnym w ręku, bawiliśmy się z młodym, by to drugie mogło jeszcze trochę pospać :-). Przyznaję się też, że raz kanapka z serem i keczupem spadła mi na wykładzinę wiadomą stroną, bo chociaż Hubiemu nie pozwalam, zawędrowałam do jego pokoju z jedzeniem. A potem niedokręcony krochmal do prasowania wylał mi się na środek i lepka masa przyciągnęła kurz z całego domu. Podobnych historii było jeszcze kilka. Tymczasem młody nie zrobił nic. W kwestii wykładziny ma sumienie czyste jak łza :-). A ja i tak nie zamieniłabym jej na żadną inną :-)


26 października 2016  (środa)
Śmieszne ma przemyślenia ten nasz szkrab :-). Dzisiaj Hubisiowy tata opowiedział mi, jak jechali samochodem i w pewnym momencie, w środku lasu, Hubi z pełną powagą w głosie zapytał:
- Tato, a kiedy ja wydoję krowę?
- Krowę? Chcesz wydoić krowę? - zapytał zaskoczony.
- Tak. Bo wiesz, ja bym bardzo chciał znowu wydoić krowę...
- To ty już to robiłeś?
- Tak, dawno temu. W przedszkolu. Ciocie mnie nauczyły. I ja bym znów chciał wydoić krowę. 
Hmmm, chyba będę musiała bardziej wnikliwie przejrzeć przedszkolny program nauczania :-).
 
 
29 października 2016 (sobota)
Nasze przedszkole zamontowało w wejściu specjalny czytnik na karty. Żeby dostać się do środka, trzeba taką kartę posiadać lub dobijać się domofonem. Pewnie w dużych miastach to norma, ale u nas podobnego rozwiązania nie spotyka się za często. To kolejny, po monitoringu, krok właścicieli, który zdecydowanie popieram. Bo chociaż za każdym razem rozbebeszam portfel w poszukiwaniu karty, to jednak bezpieczeństwo maluchów jest najważniejsze. Pamiętam, jak w naszym mieście z dwa lata temu był przypadek, gdy kilkulatek wymknął się z leżakowania i w piżamce, zimą, przeszedł ze sto pięćdziesiąt metrów w stronę centrum, zanim zareagował jakiś mieszkaniec. Dzieciaki są nieobliczalne, sprytne i ciekawe świata. Nie chciałabym, by mojemu synowi udała się taka wycieczka krajoznawcza :-). 
 
 
2 listopada 2016 (środa) 
Chciałam przycwaniaczyć i już na początku września kupiłam Hubiemu kurtkę zimową. Z nowej kolekcji Zary, czerwoną (idealnie strażacką), z kapturkiem, zapinanymi kieszonkami i ciepłą podszewką. Oczywiście rozmiar większą, bo mi syn jak na drożdżach rośnie... Dzisiaj znowu ją przymierzyliśmy i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że rękawy zrobiły się za krótkie. Może nie bardzo, ale widocznie. W każdym razie na mróz się nie nadają. Trzeba będzie kupić nową, a tę odsprzedać albo zostawić dla młodszego. W dwa miesiące tak mu łapka urosła! 
I tak to jest, gdy człowiek chce zaoszczędzić sobie późnojesiennego biegania po sklepach za zimową kurtką... W dodatku Hubi uparł się, że ma być identyczna. Ciekawe, czy jeszcze ją znajdę...
 
 
7 listopada 2016 (poniedziałek)
Rozczula mnie tym swoim pragnieniem "bycia dużym". Na każdym kroku podkreśla, jaki jest już duży, z każdej rozmowy dorosłych wyłapie i wypomni nazwanie go "małym" albo "maluchem". Codziennie chciałby mierzyć się przy futrynie i prawie zawsze daje się złapać na argument, że "to robią tylko maluchy". Dzisiaj po raz kolejny rozśmieszył mnie, pytając znienacka:
- Mama, a możemy umówić się na nowe słowo?
- Na jakie słowo Hubisiu?
- No, szkoła.
- Ale jak się chcesz umówić?
- No tak zamiast przedszkola. 
- Aha, czyli mam pytać, jak było w szkole, a nie w przedszkolu?
- Tak, bo wiesz, ja już jestem duży i chodzę do prawdziwej szkoły. Nie jestem maluchem, one są na dole mojej szkoły, a maluchy to przedszkolaki...
Także od jutra chodzimy do szkoły :-).


10 listopada 2016 (czwartek)
No i dopadł mnie syndrom wicia gniazda. W ciągu tygodnia rozplanowałam mały remont i teraz tylko muszę przydusić tatę i męża, by mi go zrealizowali :-). Jeszcze przed porodem KONIECZNIE musimy zrobić nowe półki do naszego minisaloniku, bo książki w kartonach leżą i serce mi kaleczą; zamontować fototapetę suchościeralną z plannerem do kuchni, bo ten piękny z Dekornika aż się prosi, by go tam powiesić; przenieść na inną ścianę kontakt, bo będzie przeszkadzać w montażu plannera; zamówić nowe drzwi przesuwne, bo te tradycyjne za dużo miejsca będą zajmować; dorobić półeczki do szafy moich maluchów, żeby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni; wymienić zlew w kuchni, bo stary się już niebezpiecznie rozpada; pobawić się z okleiną na wielkiej szafie w naszymi ubraniami.... i jeszcze kilka innych mniejszych rzeczy :-). Wybrałam się nawet do osiedlowej kwiaciarni z pytaniem, czy mi konkretne kwiaty doniczkowe sprowadzą, bo już oczami wyobraźni widzę, jak na tych półeczkach, które zawisną, będą pięknie wyglądać.
Wszystko zaplanowałam, tylko teraz ekipę muszę jakoś zmobilizować. A oni niestety coś nie bardzo chętni... Ciekawe dlaczego :-)?


14 listopada 2016 (poniedziałek)
Bawiłam się dzisiaj z Hubim w smoka. On był dzielnym rycerzem, ja wstrętnym smokiem, którego trzeba było nakarmić owieczką nafaszerowaną pieprzem. Pieczenie w żołądku próbowałam ugasić tak dużą ilością wody z rzeki, że robiłam się większa i większa, aż w końcu pękałam. Rolę nafaszerowanej owieczki odgrywał miś, a rzeką był mój kubek z kawą :-).
Bardzo podobała mi się ta zabawa, bo w przeciwieństwie do strażackich akcji nie musiałam się za dużo ruszać, tylko siedziałam w swojej smoczej jamie, a Hubi skakał dookoła mnie wywijając strażackim toporkiem, grającym rolę miecza.
W pewnym momencie usłyszałam dzwoniący w kuchni telefon. Zaczęłam się więc gramolić z mojej smoczej jamy i wyciągnąwszy rękę poprosiłam Hubiego o pomoc. I wtedy usłyszałam: "A co? Nie możesz wstać, bo jesteś za gruba?"  Hehehe, dziecko zawsze prawdę ci powie :-).  


18 listopada 2016 (piątek)
Marzy mi się, by te święta były wyjątkowe... By starczyło mi czasu i siły, żeby upiec z Hubisiem świąteczne ciasteczka i ubrać żywą, pachnącą choinkę we własnoręcznie zrobione ozdoby. Chciałabym razem z nim napisać list do świętego Mikołaja, a gdy przyjdzie czas przygotować ciasteczka i szklankę mleka. Marzy mi się prawdziwy, gęsty śnieg, byśmy mogli pojeździć na sankach, ulepić bałwana z marchewką zamiast nosa, czy rozegrać bitwę na śnieżki. Chciałabym, by za trzydzieści lat ze wzruszeniem wspominał święta swojego dzieciństwa. Tak, to będą moje priorytety na grudzień.


20 listopada 2016 (niedziela)
Trzecia rano. Bardziej czuję niż widzę, jak małe ciałko pakuje mi się do łóżka. A z nim oczywiście miś i kocyk. Gdy wsuwa się pod kołdrę, wyciągam rękę i przygarniam go do siebie. Jest taki cieplutki i wciąż pachnie wieczorną kąpielą. Wtulam nos w te miękkie włoski i wtedy słyszę cichutkie, zaspane: "Kocham cię mamo, tak bardzo...". A potem już tylko płytki, regularny oddech... I chociaż wszystko trwało nie więcej niż 30 sekund, to właśnie dla takich chwil żyję... Dla takich chwil zostałam mamą :-).


Hubisiowa mama
-♥-

5 komentarzy:

  1. Aśku znów placzę przez Ciebie... ostatnia myśl cudna :) i ta o Małym Paluszku Dzidziysiu :)a tą kobitą z kolejki się nie przejmuj absolutnie. Są tacy ludzie niestety. Ale ja wierzę że jednak więcej jest takich jak Pani kasjerka :) Kasia Słomska

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze, kiedy do ciebie zajrzę, jest tu tak spokojnie, ciepło, wzruszająco, wesoło, że chciałoby się rozsiąść wygodnie i czytać, czytać, czytać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam ponownie Hubisiowa mamo,

    bardzo pięknie to wszystko opisałaś. Zawsze serce mi się raduje na Twoje wpisy.
    Kolejkowymi przygodami się nie przejmuj, bo po prostu szkoda czasu i Twojej energii. W naszym społeczeństwie jeszcze długo będzie tkwił pesymizm i to, aby wytknąć komuś, że jest mu lepiej. Po prostu nie martw się tym. Najważniejsze, że Ty jesteś szczęśliwa, a opinią innych, tym bardziej nieznanych osób, nie ma potrzeby się zajmować.
    Teraz najlepiej skupić się na świętach i przygotowaniach do tego magicznego czasu.
    Pozdrawiam gorąco,
    Letycjanka

    OdpowiedzUsuń
  4. próbowałam z Kacprem wykonać kilka ozdób na choinkę jednak przy trzeciej stwierdziło "to pe" i pobiegł oglądać Maszę :/ Może za rok będzie lepiej :D

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.