AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Książeczkowy hit dla przedszkolaka



Do książek Olivera Jeffersa mam ogromną słabość. Uwielbiam wszystkie. Jego niepowtarzalny styl, niezwykłe historie i urzekające ilustracje to, jak dla mnie, mieszanka idealna. "Chłopiec i pingwin" to najpiękniejsza książeczka dla dzieci, jaką kiedykolwiek miałam w rękach (klik). Polskie wydanie książki "Serce w butelce" to z kolei moje największe książeczkowe pragnienie. Od dwóch lat bezskutecznie próbuję ją kupić (jeśli macie na zbyciu, proszę dajcie mi znać!!!!). Niedawno też zostały wydane i czekają już na Leosia Jeffers'owe "Kredkowa księga kolorów" i "Kredkowa księga liczb". Marzą mi się polskie wydania świetnych "Stuck", czy "How to Catch a Star". Reszty jego książek zresztą również. Nie wiem dlaczego wciąż jest ich tak mało na polskim rynku.

Na szczęście Wydawnictwo Format zrobiło fanom Olivera Jeffersa niespodziankę i tydzień temu wydało dwie jego książki, w tym jedną, gdzie zarówno ilustracje, jak i tekst są jego autorstwa. "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" kupiłam więc w ciemno :-). I znowu się nie zawiodłam. I Hubi też zachwycony.

Opowiada historię chłopca, który pewnego dnia przypadkowo zasmakował w książkach. A żeby być bardziej precyzyjnym, w JEDZENIU książek. Henio szybko zauważa, że im więcej ich zjada, tym staje się mądrzejszy i bardzo mu się to podoba. Postanawia zostać najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Dosłownie pochłania wszystkie rodzaje książek od map po słowniki, zaskakując swoją wiedzą rodzinę i nauczycieli w szkole. Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Wszystko, czego nauczył się tak błyskawicznie, przeradza się w jeden wielki bałagan w jego głowie. Henio jest smutny i zdezorientowany. Postanawia zrezygnować z jedzenia książek... I wtedy odkrywa, że apetyt na wiedzę można zaspokoić w zupełnie inny sposób. I że wciąż może zostać najmądrzejszą osobą na świecie, tyle że zajmie mu to trochę więcej czasu...

czwartek, 15 czerwca 2017

Hity z Leośkowej wyprawki # 1


Wyprawkę Leośka od wyprawki Hubiego dzieli prawdziwa przepaść. Patrząc z boku, nikt by się nie domyślił, że robiła je ta sama matka :-). Hubisiowa wyprawka przepełniona była zachwytem, ekscytacją i brakiem umiaru. Wszystko było takie nowe, piękne i niezbędne :-). Chciałam być profesjonalnie przygotowana na każdą sytuację. No i kupowałam bardziej sercem niż rozumem. 

W praktyce okazało się, że co najmniej połowa tych niemowlęcych niezbędników była zwyczajnie niepotrzebna. Albo, że skorzystaliśmy z jakiejś rzeczy tylko raz. Klin pod materacyk, przewijak, wanienka turystyczna, łóżeczko turystyczne, dziesięć grzechotek, dziesięć par maleńkich bucików, itd. O ubrankach, których nie zdążyliśmy założyć, nie będę nawet wspominać :-). Do tego kupowałam rzeczy ładne, niekoniecznie zwracając uwagę na jakość, co w konsekwencji kończyło się źle.

Gdy na świat miał przyjść Leoś wiedziałam, że jego wyprawka będzie o wiele skromniejsza. I nie chodzi tu nawet o to, że niektóre rzeczy zostały nam po Hubercie, bo było ich naprawdę niewiele. Tym razem chciałam kupić mniej, a lepiej. Postawić na jakość i wygodę. I to moją wygodę, bo w końcu to na mnie miało ciążyć 90% obowiązków związanych z niemowlęciem :-).

Dzisiaj chciałam pokazać Wam gadżet, bez którego nie wyobrażam już sobie codzienności z Leosiem. Coś, co niesamowicie ułatwia mi życie, oszczędza czas i ręce. Wypatrzyłam go przez przypadek w jednym ze sklepów internetowych, zachwyciłam się i poprosiłam o niego w liście do św. Mikołaja :-). A że byłam grzeczna, pod choinką znalazłam pas do noszenia fotelika samochodowego Cocobelt w moim ukochanym, miętowym kolorze.

piątek, 9 czerwca 2017

Myśli potargane # 22




15 maja 2017 (poniedziałek)
Codziennie przechodzę obok zakładu kamieniarskiego, a właściwie obok małego placyku, na którym właściciel wystawił kilkanaście wzorów nagrobków. Wiele razy widziałam, jak przyprowadzał tam ludzi i pokazywał oferowane pomniki. Idąc do przedszkola, albo wracając z miasta, nie potrafię nie spojrzeć w tamtą stronę. I za każdym razem ściska mnie w żołądku. Dlaczego? Bo pośród pomników stoi także jeden malutki, dla niemowlęcia lub kilkuletniego dziecka. Z misiem zamiast krzyża. Patrzę, a serce mrozi mi strach, znany chyba każdej mamie.
Początkowo myślałam, że właściciel wykonał go i postawił tylko do czasu odbioru przez zamawiających. Ale gdy mijały kolejne dni, tygodnie, a potem miesiące, zrozumiałam, że to pomnik reklamowy. Stojący nie przy zakładzie, a na placyku "wystawowym", przy ruchliwej ulicy, tak by zapadł w pamięć i w razie potrzeby przypomniał o tym konkretnym miejscu.
I za każdym razem zastanawiam się, jak tak można? Gdzie są granice reklamy? Ja wiem, że właściciel zarabia na życie wykonując nagrobki, że to jego praca, że takie pomniki też niestety są potrzebne... ale czy to naprawdę konieczne?
  

16 maja 2017 (wtorek)
Mam problem z Leosiem. A właściwie nie z Leosiem. Mam problem z polską służbą zdrowia. Od dłuższego czasu próbuję ustalić, co doskwiera naszemu szkrabowi i wciąż nie mogę się dowiedzieć. Ku mojej ogromnej irytacji widzę, że pediatra też nie wie, więc bawi się w eksperymenty. Antybiotyki nie pomogły? No to damy sterydy. Sterydy nie pomogły? No to może zmienimy dietę mamy. Nie pomogło? To może zmienimy na jeszcze bardziej restrykcyjną. Nic? To może inny antybiotyk? Koszmar jakiś, a z Leośkiem coraz gorzej. Ja wiem, że niemowlę nie powie, co go boli, ale może by tak jakieś badania zlecić, jakieś skierowanie dać? Ale nie, bo po co? Lepiej pobawmy się w zgadywanki. No i jak tu nie pójść na prywatną wizytę?


sobota, 20 maja 2017

Piękna książeczka o przyjaźni






























Ależ piękną książeczkę ostatnio odkryłam! Mądrą, wzruszającą, o przyjaźni i dostrzeganiu wartości w czymś, co niedoskonałe. O wielkich marzeniach i wielkim rozczarowaniu, z którego mimo wszystko może wyniknąć coś wspaniałego. Idealnie wpasowująca się w zainteresowania i gusta większości przedszkolaków, a już na pewno chłopców. No i te ilustracje!!! Zakochałam się w niej z miejsca i stwierdziłam, że muszę ją Wam pokazać, bo to kolejna perełka na naszej półce.

"Edward i jego wielkie odkrycie" Rebecci McRitchie to książeczka wydana w Polsce na początku ubiegłego roku. W dodatku przez jedno z moich ulubionych wydawnictw, czyli Wydawnictwo Adamada. Nie wiem, czemu wcześniej nie wpadła w moje ręce, ale lepiej późno, niż później ;-). I grunt, że w ogóle :-). 

Edward to chłopiec pochodzący z rodziny słynnych archeologów. Cała ściana w jego domu wypełniona jest zdjęciami odkryć, których dokonali jego rodzice i dziadkowie. Edward też marzy o tym, by zostać odkrywcą i ciężko na to pracuje. Niestety, pomimo wielkich starań i wielu poszukiwań, nigdy jeszcze nie udało mu się nic znaleźć. "Ani jednej skamieliny. Ani kawałka kości. Ani najmniejszego skarbu". Pewnego dnia Edward potyka się o ogromne jajo. Jest zachwycony. Oczami wyobraźni widzi już wykluwającego się z niego smoka albo dinozaura. Zabiera więc jajo do domu i troskliwie się nim opiekuje. W końcu jego trud zostaje wynagrodzony i z jaja wykluwa się ptak. Ogromny ptak, który wszędzie za Edwardem chodzi, pomaga mu i bardzo go kocha.

poniedziałek, 15 maja 2017

Czwarty trymestr






Spodziewasz się dziecka lub niedawno zostałaś mamą? Jeśli tak, to koniecznie musisz poznać teorię czwartego kwartału. Pomaga ona przetrwać pierwsze trzy miesiące z dzieckiem w ciepłej, spokojnej atmosferze. Bez kolek, histerii i nerwów obu stron. Poznałam ją stosunkowo niedawno, ale widząc jak działa, z miejsca stałam się jej gorącą zwolenniczką. Bo ona naprawdę czyni cuda! I odmienia macierzyństwo. Przynajmniej moje odmieniło :-).

O co chodzi? Najogólniej rzecz ujmując, teoria czwartego kwartału głosi, że ciąża ludzka tak naprawdę trwa rok, a nie dziewięć miesięcy. Maleńki człowiek rodzi się o kwartał za wcześnie tylko dlatego, by główka, a jeszcze konkretniej mózg, zmieścił się w kobiecej miednicy. To nasz najcenniejszy narząd, nie może zostać uszkodzony.  Dlatego w tym "brakującym" kwartale trzeba zapewnić dziecku warunki, jak najbardziej zbliżone do tych, które miał w brzuchu mamy. Pozwoli mu to spokojnie i komfortowo rozwijać się dalej, a rodzicom uwierzyć w opowieści o tym, jak to maluch początkowo tylko śpi i je :-). 

Twórca tej teorii, pediatra Harvey Karp, znalazł też sposób na kolki. Twierdzi on, że kolki to wcale nie problem trawienny u niemowląt, a wynik niezapewnienia dziecku właściwych (czytaj zbliżonych do panujących w macicy) warunków. Żeby ich uniknąć należy stosować metodę "5S" (od angielskiego swaddle – spowijanie, side or stomach position – ułożenie na boku lub na brzuszku, shush – szumienie, swing – kołysanie i suck – ssanie).

poniedziałek, 1 maja 2017

Serce rodzica jest wielkie jak niebo



Pamiętacie książeczkę "Miłość" Astrid Desbordes i Pauline Martin (klik)? W ciepły, przystępny sposób uświadamia dziecku, jak wielka i bezwarunkowa jest miłość rodziców. To chyba najpiękniejsza książeczka dla dzieci, jaką do tej pory widziałam. I jedna z ulubionych bajek Hubisia. Przypominam ją Wam, bo właśnie ukazała się na polskim rynku druga książka tego duetu. Z tymi samymi bohaterami i równie ważnym tematem. W dodatku bardzo u nas aktualnym. Opowiada bowiem o pojawieniu się w domu młodszego rodzeństwa.

"Moja młodsza siostra" w niczym nie ustępuje "Miłości". Jest ciepła, mądra i zabawna. Napisana prostym językiem, na pewno trafi do każdego przedszkolaka. Do mojego trafiła i w niczym nie przeszkadzało nam to, że opowiada o małej siostrze, a nie bracie. 

Pewnego dnia rodzice powiedzieli mi, że będę miał siostrzyczkę. Nie przypominam sobie, żebym ich o nią prosił. - mówi Archibald w pierwszych zdaniach książeczki, a mój Hubiś potakuje głową. 

Na początku taka młodsza siostra jest właściwie niewidoczna (...). Potem przypomina wielką piłkę. Ale nie możemy razem pograć w nogę, bo stopy mojej siostry są ukryte w tej piłce - dodaje Archibald, a Hubi śmieje się ze zrozumieniem.




A potem, gdy maluszek przychodzi na świat, Archibald znajduje się w sytuacji, z którą prędzej, czy później musi zmierzyć się każde starsze rodzeństwo. W sytuacji chwilowego odsunięcia na drugi plan. Nie ma bowiem bata, by udało się tego uniknąć. Chociażbyśmy nie wiem, jak bardzo się starali, przyjdzie taki moment, że opieka nad maleństwem będzie pilniejsza niż zabawa ze starszakiem.

Dobrze, jeśli dziecko zobaczy, że nie ono jedno ma takie odczucia. Że to zupełnie naturalne. I koniecznie musi zajrzeć na kolejną stronę, bo znajdzie tam przepiękną odpowiedź na wszystkie swoje smutki i wątpliwości.

piątek, 28 kwietnia 2017

Z Hubisiowej biblioteczki # 12

Dawno nie opowiadałam Wam o mojej biblioteczce. Zbyt dawno :-). Nie oznacza to oczywiście, że nie czytałam. Czytałam dużo, a ciążowe zwolnienie lekarskie bardzo mi to ułatwiało. Teraz też czytam, kiedy tylko mogę. Najczęściej podczas karmienia Leosia i dodatkowo słucham audiobooków, gdy jestem z nim na spacerze. To kolejny, wielki plus posiadania takiego maluszka :-).

Od ostatniego książkowego wpisu nazbierało się trochę tych książek. Chyba z trzydzieści :-). Większość nowości. Jest spośród nich kilka naprawdę wartych uwagi, niestety są też książki mocno przereklamowane. Dlatego pomyślałam, że przygotuję Wam taki szybki przegląd hubisiowej biblioteczki z ostatnich kilku miesięcy. Dziewięć pozycji, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Bo piękna książka może zmienić życie, a na kiepską szkoda zwyczajnie czasu. Jeśli więc wiecie już, że Wasz czytelniczy gust jest podobny do mojego, to serdecznie zapraszam, na pewno znajdziecie tu coś dla siebie :-).




"Słowik" Kristin Hannah

Zacznę od książki, która zdecydowanie wygrywa całe zestawienie. Książki, która tak głęboko poruszyła moje serce, że zdarza mi się myśleć o niej do dzisiaj, a czytałam ją w grudniu. I najwyraźniej nie tylko moje serce, bo "Słowik" to m.in. bestseller New York Timesa, Książka Roku Amazona i Goodreads oraz Książka Roku naszego rodzimego portalu lubimyczytac.pl (w kategorii Powieść historyczna).
Opowiada losy dwóch sióstr, Vianne i Isabelle, które są tak różne, jak tylko siostry potrafią być. Vianne to skoncentrowana na rodzinie, oddana matka i żona. Natomiast dziesięć lat młodsza, 19-letnia Isabelle, to buntowniczka, która nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca. Kiedy w 1940 r. do Francji wkracza armia niemiecka, życie każdej z nich zmienia się bezpowrotnie. Nie będę opisywać Wam fabuły, bo to trzeba po prostu przeczytać. Mogę Was jednak zapewnić, że znalazłam w niej wszystko, co w powieściach kocham najbardziej - wielkie uczucia, skomplikowane relacje rodzinne, emocje te dobre, ale i te złe oraz mega wzruszające zakończenie. Wcale nie dziwię się, że została światowym bestsellerem i już czekam na zapowiadaną ekranizację. Jak dla mnie prawdziwa perełka i idealny prezent na Dzień Matki. Bardzo polecam!



"Światło między oceanami" M.L. Stedman

Kolejna książka, którą gorąco Wam polecam. Opowiada o tym, jak dobrzy ludzie podejmują czasami złe decyzje. Piękna, nostalgiczna, napisana w klasycznym stylu historia australijskiego latarnika i jego żony, których los wystawił na ciężką próbę. Jest rok 1920. Po dwóch poronieniach i urodzeniu martwego chłopca, Isabel dowiaduje się, że już nigdy nie będzie mieć dzieci. Traci radość i sens życia, stopniowo pogrążając się w depresji. I wtedy staje się cud, do brzegów ich wyspy przybija łódź z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel postanawia za wszelką cenę zatrzymać dziecko... Udaje jej się przekonać męża, którego skrupuły i zasady moralne przegrywają w końcu z wielką miłością do Isabel. W konsekwencji ich decyzja wpłynie na życie bardzo wielu osób. Im samym da ogromne pokłady szczęścia, ale jeszcze więcej bólu.
Niesamowity klimat. Przepiękny język. Wciągająca historia. To nie jest książka dla każdego, ale kobietę, która doświadczyła macierzyństwa lub utraty dziecka, na pewno chwyci za serce. Polecam!




"Dziewczyna, którą kochałeś" Jojo Moyes

I znowu to, co w powieściach lubię najbardziej. Piękna, romantyczna, zaskakująca ogromem emocji książka, której akcja toczy się dwutorowo. Sophie prowadzi hotel i restaurację w okupowanej podczas I wojny światowej Francji. Czeka na powrót męża. To on jest autorem obrazu, który dodaje otuchy Sophie. Liv natomiast jest młodą wdową po znanym architekcie i żyje we współczesnym Londynie. Po utracie męża nie potrafi poradzić sobie z uczuciami, ma też coraz większe problemy finansowe. Jej najcenniejszym skarbem jest portret kobiety, który dostała w prezencie od ukochanego. To właśnie ten obraz stanie się katalizatorem obu historii. Niezwykle wciągającej historii.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mi się spodoba. Jedyne, co mnie w niej zawiodło to okładka, zupełnie niepasująca do treści. Mam wrażenie, że osoba, która ją stworzyła, zwyczajnie nie przeczytała powieści. Ale poza tym jednym, małym szczegółem, książka zdecydowanie na plus. Serdecznie polecam!



"Pragnienie" Jo Nesbo

Od wydarzeń z "Policji" minęło kilka lat. Harry Hole prawie poukładał swoje życie prywatne. Mieszka z żoną, wykłada w wyższej szkole policji. Jednak w mieście zaczyna grasować seryjny morderca pijący krew swoich ofiar, a wiedza i doświadczenie Harry'ego okażą się niezbędne do jego schwytania... 
Jo Nesbo to mój ulubiony autor kryminałów. Prawdziwy mistrz. Jego książki mają w sobie coś tak wyjątkowego, mrocznego, a jednocześnie magnetycznego, że nie sposób się od nich oderwać. Serię o Harrym Hole pochłonęłam w całości i z niecierpliwością oczekiwałam premiery "Pragnienia". I nie zawiodłam się. Znowu dostałam to, na co tak liczyłam. Wielowątkową fabułę, sprawną żonglerkę wątkami i postaciami, stopniowanie napięcia oraz naprawdę dobre zakończenie. Jeśli więc obawialiście się, że jedenasta część jest tylko sprawnym chwytem marketingowym, nastawionym głównie na zarobienie pieniędzy, nic bardziej mylnego. Nesbo po raz kolejny zaserwował nam rewelacyjną książkę. Polecam wszystkim fanom Harry'ego Hole.



"Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Na tę książkę skusiłam się po przeczytaniu kilku bardzo pochlebnych recenzji. I nie żałuję, chociaż kilka pierwszych rozdziałów trochę mnie rozczarowało. Książka, w której głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest pies, wydała mi się trochę dziecinna. Prosty język, świat widziany z perspektywy czterech łap, możliwość odradzania się w kolejnych życiach, to wszystko nie do końca mnie przekonywało. Jednak z każdą kolejną stroną odkrywałam w niej coraz więcej. Dopingowałam Bailey'owi, śmiałam się, byłam zła lub wystraszona rozwojem sytuacji. A na koniec popłakałam się ze wzruszenia.
Autor w bardzo pomysłowy i ciepły sposób pokazał, jak wiele dobrego dla ludzi płynie z relacji z psem. Jak psy kochają swoich "panów", jak się nimi opiekują, są lojalne i oddane. I jak niewielu ludzi potrafi to docenić... To piękna i poruszająca opowieść o przyjaźni, odpowiedzialności i wierności. O tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I o wielkiej sile psiej miłości. Polecam! 



"Inwigilacja" Remigiusz Mróz

Chyłka i wszystko jasne :-)! Bardzo lubię serię książek z niesforną prawniczką Joanną Chyłką i aplikantem adwokackim Zordonem. Muszę jednak z ręką na sercu przyznać, że przedostatnia część "Immunitet" miała swoje słabe strony. Chociaż prawniczy wątek był fajny, to pijąca na umór Chyłka, na co drugiej właściwie stronie, zaczynała mnie męczyć i irytować. Na szczęście zakończenie było tak zaskakujące, że musiałam sięgnąć po kolejną część. Piszę "na szczęście", bo "Inwigilacja" to wielki powrót do formy. I Mroza i Chyłki :-).
Tym razem autor poruszył wątki zagrożenia terrorystycznego, służb specjalnych i ustawy inwigilacyjnej. Chyłka z Zordonem podejmują się obrony podejrzanego o terroryzm Fahada Al-Jassama, w którym małżeństwo Lipczyńskich rozpoznaje swojego syna, zaginionego w Egipcie przed kilkunastu laty. Jednocześnie Zordon przygotowuje się do egzaminu kończącego aplikację, a Chyłka do rozwiązania pewnego osobistego "problemu" (kto czytał "Inwigilację" wie, o czym piszę :-)). Jednym słowem jest ciekawie. A kończy się jak zawsze z przytupem. Polecam, mnie się ta książka podobała.




"Enklawa" i "Połów" Ove Logmansbo

Remigiusz Mróz to autor, o którym mówi się, że pisze w roku więcej książek niż statystyczny Polak ich czyta. I jest w tym wiele prawdy. Właściwie co kilka miesięcy wydawana jest jakaś jego kolejna powieść. Dlatego tak wielkim zaskoczeniem było przyznanie się autora do publikowania również pod pseudonimem Ove Logmansbo. Naprawdę nie wiem, jak on to robi ;-). Ale cieszę się, że postanowił się ujawnić, bo chociaż miałam kryminały Ove Logmansbo na liście "do przeczytania", to pewnie minęłoby sporo czasu, zanim bym po nie sięgnęła.
Z trzech wydanych do tej pory książek cyklu "Vestmanna", mam za sobą już dwie. Pewnie sięgnę też po trzecią. Bo chociaż te kryminały nie są rewelacyjne, nie są też złe. Nie wciągają bez reszty, ale w sumie całkiem miło spędza się z nimi czas.
Za naprawdę fajny uważam pomysł umiejscowienia akcji na Wyspach Owczych, które są jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Od 1988 r. zdarzyło się tam bowiem tylko jedno morderstwo. Tam wszyscy wszystkich znają, a jedynym problemem, jakiemu muszą stawić czoła lokalni policjanci to wypadki drogowe z udziałem owiec lub kóz.
I właśnie tam dochodzi do zaginięcia nastolatki. Na miejsce zostaje ściągnięta duńska policjantka Katrine Ellegaard (Wyspy Owcze są terytorium zależnym od Danii), która na swojego przewodnika po wyspie wybiera sobie Hala Olsena, byłego żołnierza. Między Katrine i Olsenem zaczyna iskrzyć, chociaż przyznam się Wam szczerze, że wątek romansowy nie specjalnie przypadł mi do gustu. Wydawał się trochę sztuczny i naciągany, ale to tak na marginesie.
Wracając do fabuły - po krótkich poszukiwaniach dziewczyna zostaje odnaleziona. Niestety - martwa. Rozpoczyna się długie, trudne śledztwo, podczas którego Katrine musi wniknąć w niezwykle zamknięte i niechętne Duńczykom środowisko Farerów. Zakończenie, jak to u Mroza, będzie zaskakujące.
W drugiej części pt. "Połów", podczas tradycyjnego na Wyspach Owczych połowu delfinów zwanych grinwaldami, w żołądku jednego z nich zostaje znaleziony fragment ludzkiej czaszki. Wszystko wskazuje na to, że doszło do kolejnego morderstwa. Do śledztwa zostaje przydzielona, znająca już lokalną społeczność Katrine.
Zapowiada się całkiem interesująco, prawda? Do przeczytania w chwilach nudy :-). 



"Chata" William Paul Young

To nie jest nowość na rynku wydawniczym, ale o książce znów zrobiło się głośno ze względu na niedawną adaptację filmową. Kierując się moją starą zasadą, najpierw książka, potem film, sięgnęłam po "Chatę". O czym jest ta powieść?
Główny bohater Mackenzi Allen Phillips poniósł ogromną stratę. Jego córeczka Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie na pustkowiach Oregonu, odnaleziono ślady świadczące o tym, że została brutalnie zamordowana. Ciała dziewczynki jednak nie odnaleziono. Cztery lata później, pogrążony w smutku ojciec otrzymuje list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty. Wbrew logice Mack jedzie na miejsce i spędza weekend z Bogiem, po którym jego życie już nigdy nie będzie takie same.
Przyznam się Wam szczerze, że takiej książki jeszcze nigdy nie czytałam. Jest na pewno inna, interesująca, zmuszająca do refleksji. Lecz mimo wszystko nie do końca mnie do siebie przekonała. Jest taka amerykańska w swoim klimacie, jeśli wiecie, co mam na myśli. Wszystko jest takie proste, przemiana Macka zbyt szybka, zakończenie oczywiste. Główny bohater jest zbyt grzeczny, za szybko wszystko rozumiejący, godzący się i wybaczający... Nie wiem, może jestem zbyt sceptyczna, a może mam inną wrażliwość. Daleka jestem jednak od jej krytykowania. Myślę, że każdy powinien przeczytać i przeżyć ją sam.
 

I jak? Znaleźliście coś dla siebie :-)? Jeśli nadal nie, to na naszym instagramie (klik) są jeszcze zdjęcia kilkudziesięciu innych książek, które ostatnio wpadły mi w ręce wraz z moimi mini recenzjami. I co kilka dni dodaję kolejną :-). Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę nowego Grishama, nowego Mroza, nową Puzyńską, nową Picoult, kolejną książkę Kristin Hannah... Jest jeszcze tyyyyyyle wspaniałych powieści do przeczytania :-).

A Wy czytaliście którąś z tych książek? Jak wrażenia? I co czytacie aktualnie? Dajcie koniecznie znać!!!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

czwartek, 20 kwietnia 2017

Jak przygotowywaliśmy Huberta do zostania starszym bratem














Hubert i Leoś. Moje chłopaki. Moja duma i największe szczęście. Bracia i przyjaciele. Leoś z zachwytem wodzi oczami za Hubertem. Hubiś od razu po przebudzeniu biegnie do Leosia. Już teraz jest między nimi więź, która przyznaję, trochę mnie zaskoczyła. Szczególnie jeśli chodzi o Huberta. Bo dla Leośka brat był od zawsze, a dla Huberta to przecież nowość. Już nie ma rodziców na wyłączność. Już nie tylko na nim skoncentrowana jest nasza uwaga. A jednak mówi, że kocha. Broni, gdy żartuję, że z Leosia to mała maruda. Własnego ukochanego misia przynosi mu do łóżeczka. Upuszczonego smoczka zawsze poda. I chociaż wiem, że przyjdzie czas, gdy wezmą się za łby, to póki co, kolekcjonuję w sercu właśnie takie chwile. 

Gdy dowiedziałam się, że Hubi będzie miał rodzeństwo postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by jak najmniej odczuł zmianę w swoim życiu. I może to źle, ale nie szukałam rad, jak go do tego przygotować. Znałam mojego trzylatka na tyle, by zaufać intuicji. 

O ciąży poinformowaliśmy go dość szybko. Prostymi słowami i wprost. Nie pytaliśmy, czy chciałby mieć brata lub siostrę. Nie dawaliśmy mu poczucia, że może o tym decydować. I chociaż przez pierwszy tydzień mówił, że się nie zgadza, w końcu przyjął do wiadomości, że tak po prostu będzie.

Pierwszy trymestr ciąży był dla mnie ciężki, spałam i wymiotowałam na zmianę. Hubi kilka razy zapytał, czy to przez dzidziusia w brzuchu. I wtedy zawsze odpowiadałam, że nie. Poprosiłam bliskich, by też tak robili. Nie chciałam, by w jakikolwiek sposób połączył te dwie sprawy. By miał żal do dzidziusia, że "przez niego" mama się z nim nie bawi. Mówiłam, że jestem po prostu trochę chora i to pan doktor każe mi odpoczywać lub nie pozwala mi go podnosić. Zadziałało. On uznał, że już i tak jest za duży na noszenie, a moje mdłości w końcu minęły. W drugim trymestrze było mi już dużo łatwiej poświęcać mu czas, a w trzecim bardzo mi w tym pomogli rodzina i przyjaciele.

Gdy młody zaakceptował fakt, że w domu pojawi się inne dziecko, zaczął cieszyć się na towarzysza zabaw. I wtedy znowu dostał prosty przekaz. Nie będziesz mógł się z nim na początku bawić. Przez dłuższy czas maluszek będzie na to za mały. Gdy się urodzi, nie będzie potrafił mówić ani chodzić. Będzie leżał w łóżeczku i dużo spał. I płakał. Bo dzidziusie tylko tak potrafią rozmawiać. Przez wiele miesięcy, przy okazji każdej rozmowy o dzidziusiu, uprzedzaliśmy go, że maluch będzie dużo płakał :-). I chyba trochę przesadziliśmy, bo Hubi spodziewał się małego armagedonu. W efekcie, gdy teraz ktoś go pyta, czy Leoś płacze, najczęściej odpowiada, że "dużo mniej niż inne dzidziusie", albo "no trochę tylko".

Dodatkowo, Hubisiowy Tata rozpoczął kampanię my duże chłopaki tworzymy zgraną męską drużynę, a mama z dzidziusiem niech spędzają czas razem. Trochę to szowinistyczne, ale jakoś trzeba było przygotować go na moją mniejszą "dostępność" :-). Hubiś nie mógł się więc doczekać męskich nocy, gdy będzie przybiegał tylko do taty, bo mama pewnie będzie nosić płaczącego Leosia. Często też żartowaliśmy w stylu "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeść słodyczy na deser, bo na początku będzie jadł tylko mleczko? Przechlapane, co?" albo "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeździć na rowerku, bo najpierw będzie musiał nauczyć się chodzić? Śmiesznie, prawda?". Okazało się, że takie akcentowanie różnicy między "dużym" Hubertem, a małym dzidziusiem sprawdziło się u nas doskonale. Trzyletni wówczas Hubi był przewrażliwiony na punkcie swojego wieku (znacie pewnie ten etap "nie jestem małym łobuzem, jestem DUŻYM łobuzem" ;-)). Dzięki temu czuł się większy, ważniejszy, a nienarodzonemu jeszcze Leośkowi w żaden sposób to krzywdy nie robiło :-).

Pozwalałam też Hubertowi przeżywać ze mną kolejne etapy ciąży. Pokazywałam mu w telefonicznej aplikacji, jak maluszek się zmienia. Co tydzień sprawdzaliśmy na centymetrze, jaki jest duży i zawsze mierzyliśmy wtedy wysokość od stopy Huberta w górę, znów akcentując, kto tu będzie większym, starszym bratem :-). Do lekarza go jednak nie zabierałam, oprócz jednego razu na koniec ciąży, gdy zwyczajnie nie miałam go z kim zostawić. Wpatrywał się wtedy intensywnie w monitor usg, ale później zwierzył się, że tak naprawdę nie widział tego, co pan doktor mu pokazywał. 

Na równi z nami szukał dla brata imienia, rozbawiając nas przy tym do łez. Bardzo długo jego typem był Rudolf, bo tak się nazywa ulubiony renifer świętego Mikołaja :-). Podobały mu się też imiona Hubert (bo wiesz mamo, jest najładniejsze ze wszystkich) i Pat (od listonosza Pata). Imię Sam od Strażaka Sama zostało przez niego kategorycznie wykluczone, bo strażak Sam może być tylko jeden - on sam :-). W pewnym momencie obstawiał też imię "Zżulem" (nie pytajcie dlaczego :-)).

A na koniec, pojechał z nami do szpitala, gdy w środku nocy zaczęła się akcja. To ostatnie wymusiły akurat okoliczności, nie tak planowaliśmy, ale okazało się dla Huberta bardzo ważnym doświadczeniem. Do tej pory pyta mnie czasami "A pamiętasz mamo, jak pędziliśmy w nocy do szpitala urodzić naszego Leosia?".

Gdy młodszy brat pojawił się w końcu w domu, Hubert nie był więc zaskoczony zmianami. Początkowo traktował Leosia jak zwierzątko domowe. Był ciekawy, zafascynowany, dotykał młodego paluszkiem i uciekał. Ani razu nie zapytał jednak dlaczego Leoś śpi, płacze, czy ssie. Później wszedł w rolę opiekunki. "Mamo, Leoś płacze, pewnie chce ci powiedzieć, że jest głodny" - mówił mi na przykład. "Idź, daj mu mleczka, bo on nic innego nie może jeść". Teraz jest najlepszym starszym, czteroletnim bratem, jakiego mogę sobie dla Leosia wymarzyć :-).

Oczywiście, nie oznacza to, że tak zupełnie bezboleśnie przeżył pojawienie się brata. Nie, tak nie było. Mniej więcej po trzech tygodniach zaobserwowaliśmy, że stał się bardziej płaczliwy. Wiele rzeczy próbował załatwiać łzami, nie targując się w ogóle, jak to miał w zwyczaju. Kilkanaście razy dziennie pytał się, czy może się do nas przytulić. Zaczął trochę rozrabiać w domu i przedszkolu. Trwało to jakiś czas. Ale nigdy, ani razu nie był w jakikolwiek sposób agresywny w stosunku do Leosia. 

Teraz, po dwóch i pół miesiąca jest już dużo lepiej. I całe szczęście, bo powoli kończyły mi się pokłady cierpliwości :-). Wypracowałam sobie z dziećmi nowy harmonogram dnia, dzięki czemu w hubisiowym domu znów zapanował względny spokój :-). I nie ukrywam, że dało mi to duży komfort psychiczny. Lubię mieć ustalony porządek dnia i widzę, że Hubiemu też daje to poczucie bezpieczeństwa.

A gdy czasami pyta mnie przed snem "Mamo, czy Leosia kochasz tak samo mocno jak mnie?", odpowiadam mu, że "Tak, kocham go tak samo mocno jak Ciebie. Ale Ciebie kocham dłużej" :-).


Hubisiowa mama


-♥-

wtorek, 4 kwietnia 2017

Myśli potargane # 21




20 marca 2017 (poniedziałek)
Wiem, że powinnam uczyć Huberta samodzielnego zasypiania, ale za bardzo lubię te nasze wspólne wieczory, by już z nich zrezygnować. Odkąd na świecie pojawił się Leoś jest to trochę trudniejsze, ale zawsze staram się tak wszystko zorganizować, by móc być z nim wtedy sam na sam. Zakopujemy się razem pod kołderką, przytulamy i czytamy wybraną przez niego książeczkę. A gdy światło już gaśnie rozmawiamy jeszcze cicho przez kilka minut.
Dzisiaj, po przeczytaniu książeczki "Jakie to szczęście, że cię znalazłem", Hubiś zapytał mnie:
- Mamo, a jak tatuś znalazł ciebie?
Opowiedziałam mu więc, gdzie się spotkaliśmy i jak nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Że z czasem zrozumieliśmy, jak bardzo się kochamy i że chcemy założyć rodzinę. Jak wzięliśmy ślub i zaczęliśmy marzyć o małym chłopczyku o niebieskich oczach i blond włosach. 
Hubiś słuchał cicho wtulony pod moją ręką, lecz w pewny momencie zorientowałam się, że płacze.
- Co się stało kochanie? - spytałam. - Dlaczego płaczesz?
- Tylko troszkę. Nie wiem mamusiu dlaczego. Nic mnie nie boli, a mi łezki lecą - odpowiedział.
Wzruszył mnie tymi słowami tak bardzo, że i ja poczułam łzy pod powiekami. I właśnie dla takich chwil będę usypiać go do osiemnastki :-).


23 marca 2017 (czwartek)
Proszę, proszę... Cztery dni po internetowym złożeniu wniosku o 500+ dostałam już pocztą decyzję o przyznaniu świadczenia :-).


26 marca 2017 (niedziela)
Ciągle uczę się logistyki bycia podwójną mamą. Lawirowania między potrzebami starszego i młodszego dziecka, posiadania oczu dookoła głowy i przewidywania co może pójść nie tak. Ciągle się potykam. Dzisiaj o mało nie dostałam zawału serca wsiadając do tramwaju. Byliśmy jedynymi osobami na przystanku. Gdy tramwaj się zatrzymał, puściłam Hubisia przodem i zanim zdążyłam wjechać do niego wózkiem... zamknęły się automatyczne drzwi. Hubi został w tramwaju, ja z Leosiem na zewnątrz. Natychmiast nacisnęłam przycisk otwierania drzwi, ale nie zareagowały. Spanikowałam i zaczęłam walić w nie z całych sił. W ciągu tych dwóch, trzech sekund, które minęły zanim w końcu się ruszyły, wyobraziłam sobie jak Hubi odjeżdża beze mnie... Serce waliło mi jak oszalałe.
Także lekcja numer 102 z bycia podwójną mamą - zawsze pilnuj, by starszy trzymał się wózka z młodszym podczas wchodzenia do tramwaju :-). 


28 marca 2017 (wtorek)
Niedawno robiłam obowiązkową krzywą glukozową po cukrzycy ciążowej i dzisiaj odebrałam wyniki. Na czczo i po dwóch godzinach wyszły super, ale po godzinie były niestety dużo za wysokie. Podłamałam się, bo po 6 tygodniach od porodu moje cukry powinny już wrócić do równowagi. Po kilku godzinach nagle zaskoczyłam, że jak to po godzinie? Przecież krzywe po porodzie robi się na czczo i po dwóch godzinach. Miałam tylko dwa pobrania. Jakim więc cudem mam też wynik po godzinie? Potem przyjrzałam się bliżej wynikom i zauważyłam, że godzina pobrania próbki po godzinie i po dwóch godzinach jest taka sama. Zadzwoniłam do laboratorium i... "Przepraszamy najmocniej, musiała zajść jakaś pomyłka. Któryś z tych dwóch wyników jest innej pacjentki, ale już nie dojdziemy, który jest pani, a który jej. Będzie pani musiała powtórzyć badanie". 
Trzy godziny w szpitalu, cztery godziny poza domem, załatwianie opieki nad karmionym przecież piersią Leosiem, paskudny smak i pomylone wyniki. Normalnie chyba ich pozwę!


29 marca 2017 (środa)
Dopadło mnie przeziębienie. Leżę ledwo żywa, mam czerwoną tarkę pod nosem i generalnie wyglądam fatalnie. Podbiega do mnie Hubiś ze swoim zabawkowym aparatem fotograficznym i woła:
- Mamo, mamo, uśmiech, zrobię ci zdjęcie!
- Nie, kochanie - odpowiadam. - Nie rób. Mama jest chora i bardzo brzydko wygląda.
- Oj tam, tak bardzo brzydko to nie. Tylko brzydko. Bez bardzo. Chociaż może i bardzo. Tak, bardzo brzydko. No dobra, nie zrobię ci zdjęcia.
I mam za swoje :-).


31 marca 2017 (piątek)
Dzisiaj Hubiś spytał nas, jak zarabia się pieniądze. Na odpowiedź, że w pracy, zaczął dopytywać o szczegóły, a gdzie, a ile, a za co. W końcu westchnął i powiedział:
- Ja bym chciał zarabiać. I mieć pieniążki.
- A co chciałbyś sobie za te pieniążki kupić? - zapytałam.
- Nie, ja chciałbym Leosiowi coś kupić. Bo ja mam dużo zabawek, a Leoś prawie wcale. I ja bym mu kupił jakąś zabawkę.
Wzruszyłam się. Kochany jest... Chyba zatrudnię go do pomocy przy pracach domowych.


2 kwietnia 2017 (niedziela)
Cały kubek kakao. Na białej ścianie, jasnobeżowej wykładzinie i wszystkich białych koszulach Łukasza, wiszących na stojącej w pokoju suszarce. Wylał wszystko, co do kropli. Wiem, że niechcący, ale i tak żyłka na skroni ostro mi napęczniała :-). W dodatku to była moja wina, jak poinformowała mnie moja latorośl. "Bo kanapka była na innej bułce niż zwykle i musiał ją sobie rozerwać i wtedy rączka tak sama uderzyła, że kubek pofrunął". I w sumie rzeczywiście była to moja wina, bo poprosiłam, by zjadł kolację u siebie, chcąc w ciszy uśpić Leosia. Więc to ja złamałam zasadę, że w pokoju się nie je. I kanapka rzeczywiście była na innej bułce. I ta bułka rzeczywiście była z twardą, mocną skórką. Hmmm... chyba sobie nałożę szlaban na bajki :-).


4 kwietnia 2017 (wtorek)
Patrzę na tę maleńką poduszeczkę na środku jego górnej wargi i serce topnieje mi z miłości. Nieważne, że pół nocy nie spał, nieważne że dzisiaj w nocy pewnie będzie podobnie. Gdy widzę te uśmiechnięte oczka, nabierające krągłości policzki i tę maleńką poduszeczkę na ustach, to nic innego nie ma znaczenia. Wiedziałam, że będę kochać go równie mocno, jak Hubisia, ale nie sądziłam, że jego pojawienie się tak spotęguje wszystkie moje dotychczasowe uczucia. I nawet ta zimna kawa już nie wkurza. Zimną też można polubić :-).


Hubisiowa mama

-♥-

wtorek, 28 marca 2017

Koniec strażackiej pasji?



Straży pożarnej oddał serducho chwilę przed drugimi urodzinami. Hubiś nie tylko bawił się w strażaka, on tym strażakiem naprawdę się stał. Uratował setki wymyślonych kotów z mniej lub bardziej wymyślonych drzew i zgasił tysiące wymyślonych pożarów. Znalazł każdy hydrant w promieniu kilometra od naszego domu. Zawsze gdy padał ulewny deszcz martwił się, że zapchają się studzienki kanalizacyjne i w mieście będzie powódź. Gdy na ulicy zobaczył plamę, tłumaczył mi, że to na pewno olej i będzie musiał wrócić by ją "znenutlalizować" specjalnym proszkiem. Wiedział, że słońce padające na leżące na trawie szkło, może spowodować pożar. Zimą "uważał" na lawiny. Podczas letniego grillowania ustawiał swoje wozy strażackie w pogotowiu, tak na wszelki wypadek, gdybyśmy byli nieodpowiedzialni :-). I tak dalej, i tak dalej...

W jego szafie wiszą dwa mundury strażackie. Na półkach stoi z dwadzieścia wozów strażackich, dwa strażackie helikoptery, motorówka i skuter. Do tego toporek, latarka, hełm z szybką na oczy i hełm bez szybki :-). Zna na pamięć wszystkie odcinki Strażaka Sama i wszystkie posiadane przez nas "strażackie" książeczki. Chodzi spać w strażackiej piżamie, je z talerza w kształcie wozu strażackiego i kąpie się w pianie ze "strażackiego" płynu... Wariactwo? Przesada? Nie, po prostu pasja absolutna :-).

Początkowo do tego strażackiego hobby podchodziłam z czułym rozbawieniem. Bo czyż istnieje jakiś mały chłopiec, który chociaż przez moment nie chciałby być strażakiem? Jednak gdy mijały kolejne miesiące, a jemu nie przechodziło, zaczęłam go w tej pasji wspierać. W końcu, jeśli coś jest ważne dla niego, staje się też ważne dla mnie. Hubi odwiedził więc remizę strażacką, był na kilku festynach z okazji Dnia Strażaka, poznawał fachowe nazwy i właściwe zachowania w razie zagrożenia. Bardzo chciał uczyć się w warszawskiej szkole pożarnictwa. Niesamowity był w tym i totalnie rozczulający :-).

Byłam i jestem z niego bardzo dumna. Dzięki swojej pasji Hubiś stał się nad wiek rozważnym chłopcem. Przykładowo bardzo uważa na ukrop, nie dotyka zapałek, czy pilnuje się w jeziorze. Ma świadomość, co może się stać. Dba też o bezpieczeństwo bliskich mu osób. Bardzo chce być bohaterem, a według niego każdy strażak takim bohaterem jest. 

Wy pewnie też kojarzycie go przede wszystkim ze strażackimi zainteresowaniami. Przez te ostatnie dwa lata dostawałam wiele przesympatycznych emaili, komentarzy czy wiadomości, w których podsyłaliście mi zdjęcia Waszych małych strażaków, strażackich zabawek lub strażackich przyjęć urodzinowych. Aż śmiałam się, że może warto by było założyć na FB jakąś grupę wsparcia dla takich rodziców, jak my :-). Fajne to było i jeszcze raz bardzo Wam za to dziękuję.

Niestety, w końcu przyszedł marzec tego roku.

Nagle, dosłownie z dnia na dzień, Hubiś postanowił zmienić zawód. Po ponad dwóch latach, czyli połowie całego swojego życia! Po prostu oznajmił nam któregoś dnia, że już nie jest strażakiem, że od teraz będzie... policjantem! I chociaż wiedziałam, że taki moment w końcu musiał nadejść, smutno mi się jakoś zrobiło. Bo w końcu strażak to strażak :-).

Nie będę ukrywać, że miałam nadzieję, że to tylko chwilowe zauroczenie. Że za tydzień lub dwa wróci do mnie mój mały bohater. Nie bardzo widziałam się podczas zabawy w policyjne pościgi. Nie podobały i wciąż nie podobają mi się aresztowania, strzelanie czy odgrywanie roli rabusia. Niestety, młody po raz kolejny pokazał, że jak się do czegoś zapali, to nie ma zmiłuj.

Wszystko wskazuje na to, że to koniec strażackiej pasji. Smutno mi jakoś, chociaż wiem, że to trochę śmieszne. Przecież dziecko musi się rozwijać, naturalnie zmieniać obiekty zainteresowania. Wszystko to wiem, ale sami powiedzcie, czy Wam też nie jest trochę szkoda :-)???

Po raz ostatni ze strażackimi pozdrowieniami,

Hubisiowa mama

-♥-

niedziela, 19 marca 2017

Fajne macierzyństwo




To prawda, że drugie macierzyństwo jest inne. Spokojniejsze, pełniejsze, bardziej intuicyjne. Rozsmakowałam się w nim, jak wcześniej nigdy nie potrafiłam. Dopiero teraz widzę, że może być jeszcze lepiej, co wcale nie oznacza, że łatwiej. Przecież wciąż nie śpię po nocach, a przy dwójce maluchów obowiązków mam dwa razy więcej. A jednak, jest fajniej...

Bo przykładowo otwieram oczy o poranku i pierwsze, co widzę to maleńkie policzki, znajdujące się kilka centymetrów ode mnie. Już nie boję się, że w nocy przypadkowo zrobię krzywdę swojemu dziecku. Wręcz przeciwnie, potrzebuję tej bliskości i widzę, jak bardzo on potrzebuje mojej. Śpimy spokojniej, bardziej ufnie. Przy Hubisiu czuwałam, teraz odpoczywam. A monitora oddechu, którego używałam cztery lata temu, nawet nie wyjęłam z pudełka.

Albo gdy Leoś macha główką jak szalony, a ja po raz dziesiąty próbuję przystawić go do piersi... Już nie załamuję się, że nie potrafię. Nie przełykam łez. Po prostu trzymam słodką łepetynkę, czekam na dobry moment i w końcu się cycamy. Samo karmienie też jest inne. Przy Huberciku okupione walką, okraszone emocjami. Teraz po prostu naturalne, co wcale nie oznacza, że łatwiejsze. Nie ominęły mnie nawały, zastoje, czy krwawe rany. Ale wiedziałam, że damy z Leośkiem radę. Bo niby czemu nie?

Podobnie ze spacerami. Szczerze? Cztery lata temu chodziłam na nie z obowiązku. Będąc w ciąży wyobrażałam sobie, że po półgodzinnej przejażdżce będę mogła usiąść z książką na ławce, a śpiący w wózku Hubercik będzie korzystał z wiosennego słoneczka. W praktyce okazało się, że każde zatrzymanie wózka czy wejście do sklepu, włączało w moim synku syrenę alarmową. Chodziłam więc, mając poczucie potwornej straty czasu. A teraz? Teraz mogłabym chodzić godzinami, bo w trakcie spaceru słucham audiobooków. W efekcie i Leoś szczęśliwy i jego mama usatysfakcjonowana :-).

W końcu też zrozumiałam, jak mądre są słowa "śpij z dzieckiem". Bo chociaż czasami czułam się i wyglądałam jak zombie, to rzadko robiłam sobie w dzień drzemki. Posprzątać przecież trzeba, obiad zrobić, do piekarni po bułki pobiec. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Tym razem wypełniłam po brzegi zamrażarkę mieszankami warzywnymi, pierogami, gołąbkami i innymi gotowymi daniami. W razie potrzeby obiad mam gotowy w dziesięć minut. Pieczywo kupuję raz w tygodniu i też mrożę. Sprzątam na bieżąco, tylko prasowanie wiecznie leży... Ale cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze :-). Taka godzinna drzemka potrafi podnieść moje samopoczucie i próg tolerancji o wiele poziomów w górę :-). 

W ogóle, mam wrażenie, że cztery lata temu do niemowlaka podchodziłam bardziej "technicznie". Bałam się, że mogę coś zaniedbać, albo o czymś zapomnieć. Robiłam check listy, odhaczając nawet czesanie maleńkiej główki. To nie było oczywiście nic złego, wręcz przeciwnie. Z perspektywy czasu widzę jednak, że zmieniało mi to opiekę z przyjemności w obowiązek. Przy Leośku listy nie mam. Już jej nie potrzebuję. Nie oznacza to oczywiście, że o wszystkim tak dobrze pamiętam. Nie pamiętam, ale jak chwytam ten grzebień, to po to, by po serii mokrych buziaków i magicznych zaklęć, wyczesać tego mojego Kojaka. A nie dlatego, że muszę postawić ptaszka w odpowiedniej rubryce.

Jem normalnie, już nie dając się zwariować eliminacyjnym dietom matki karmiącej. I Leoś ani razu nie miał kolki (odpukaj ze mną szybko). Nie zaglądam na fora internetowe, gdzie poziom fantazji, by nie rzec głupoty, niektórych "mądrych" mam, po prostu mnie przeraża. Nie wdaję się w dyskusje na temat szczepień. Bo po co? Słucham siebie i mojego dziecka. Bo to sprawa między nami :-).

I gdy tak obsypuję buziakami pachnącego bobasa, tylko jedna rzecz mnie uwiera. Chciałabym móc cofnąć czas i wrócić do Hubisiowych pierwszych miesięcy. I samej sobie powiedzieć "Nie musisz być idealna. Nie wszystko musi ci wychodzić. Odpuść sobie. Po prostu kochaj i okazuj maleństwu tę miłość na każdym kroku. Macierzyństwo stanie się wtedy nie tylko najpiękniejszą, ale i najfajniejszą przygodą Twojego życia".  Teraz już to wiem.

Ściskam ciepło wszystkie nieidealne mamy :-)

Hubisiowa mama

-♥-

środa, 8 marca 2017

Urodzinowe skrawki życia # 5




Chociaż czasami śmieję się, że los ograbił mnie z jednego święta, lubię datę moich urodzin. Jest coś magicznego w ósmym marca. Nikt nie marudzi, że to amerykańskie święto, że naciągane, że po co i na co. Prawie każdy pamięta i to bez względu na płeć czy wiek. Gdzie się nie obejrzysz tam widać drobny gest, miłe słowo, albo symbolicznego kwiatka... Po prostu fajnie jest widzieć, jak w "mój dzień" mijanym na ulicy ludziom uśmiechają się oczy :-).

Dzisiejsze urodziny rozpoczęłam chwilę po północy mlecznym toastem z Leośkiem. Imprezka trwała do rana, z małymi, godzinnymi przerwami na odpoczynek. I chociaż cudownie było tulić do siebie tego mojego głodomorka, to jednak całonocne tańce trochę dały mi popalić. Nie te lata już niestety :-). W dodatku o 5:30 dołączył do nas Hubercik, który postanowił namalować dla mnie laurkę z pomarańczowym kwiatkiem. I nie dał się przekonać, że może to zrobić dwie godzinki później. Także rysował, a ja częstowałam go porannym kubkiem kakao i maślaną bułeczką. O zakończeniu imprezy mogłam zapomnieć :-). W końcu stała się rzecz wstydliwa, ale niestety prawdziwa - padłam na twarz i zasnęłam na łóżku Huberta, zostawiając swoich gości na pastwę losu. Normalnie urwał mi się film, co nie zdarzało mi się nawet za studenckich czasów :-). Na szczęście okazało się, że młodszy gość, najwidoczniej równie zmęczony, poszedł w moje ślady, a starszy przeniósł imprezkę do łóżka rodziców.

Gdy w końcu się ocknęłam, mój małżonek siedział uśmiechnięty, popijając kawkę, a starsze dziecię zniknęło. Była prawie dziewiąta, a Hubercik od dawna łobuzował w przedszkolu. Wspaniały prezent o poranku, prawda :-)? Nie zdążyłam jeszcze oprzytomnieć, a dostałam drugi, pięknie prezentujący się teraz na moim nadgarstku. W dodatku ze wzruszającym charmsem "Family". A potem jeszcze trzeci, który czerwieni się i pachnie w wazonie.

Gdy Hubisiowy Tata pojechał do pracy, zostaliśmy z Leośkiem sami. I tak, jak normalnie mam w głowie całą listę rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, tym razem zaplanowałam tylko i wyłącznie błogie lenistwo. Żadnego prasowania, odkurzania, układania czy gotowania. Leośkowe drzemki wykorzystywałam na przyjemności - dziesięciominutową kąpiel w pianie, pomalowanie paznokci i dwa rozdziały książki. Więcej się nie udało, ale to i tak była mega frajda :-).

Fajne te moje urodziny. Bo chociaż przez większość czasu byłam sama (przepraszam Leosiu, że Cię nie liczę), to rodzina, przyjaciele i znajomi zadbali o to, bym nie czuła się samotna :-). Rodzice, Anetka, Ewelina, Marta, Magda, Ania, druga Magda, druga Ania, Nina, Asia, druga Asia, Sylwia, Monika, druga Monika, Milenka, Emil... I cudowna babeczka na kawie. I druga wspaniała, która popołudniu zabrała Hubisia na trening piłki, by młody nie stracił zabawy, gdy tata nie mógł go tam zabrać... Tyle ciepła. Kochani, dziękuję! Tak się cieszę, że Was mam!!!

Teraz jest już wieczór. Chłopcy śpią. Z pracy wrócił Łukasz. Dom pachnie kolacją i bożonarodzeniową świeczką. Na stole moje ulubione dogadzajki, m.in. bezalkoholowa, jabłkowa bavaria i nadziewane migdałami oliwki. I chociaż nieumyta podłoga troszkę się lepi, a pranie już trzeci dzień wisi na suszarce, to mam to w nosie. Może to cukierkowe, ale jestem szczęśliwa. Po prostu. 

Tak, bliżej mi już do czterdziestki niż trzydziestki. Tak, zawodowo mogłabym osiągnąć dużo więcej. Tak, nasza kawalerka jest już dla nas troszkę za ciasna. Ale to wszystko naprawdę nie ma znaczenia. Najważniejsza jest rodzina. To mój najpiękniejszy prezent. Moje Hubisiowo :-).

Hubisiowa mama

-♥-

sobota, 4 marca 2017

Cztery latka Hubisia

 

Zanim opowiem Wam, gdzie byłam, jak mnie nie było, muszę nadrobić jeszcze jedną blogową zaległość. Tradycję, którą bardzo lubię, i której naprawdę nie chciałabym zaniechać. Chodzi mi o czwarte urodziny Hubisia i coroczne podsumowanie kolejnego, wspólnego roku.

Hubisiowy kawaler cztery latka skończył czwartego stycznia. Ważna to była data ogromnie, wyczekana i wytęskniona, bo Hubi najmłodszy jest w swojej przedszkolnej grupie i zwyczajnie nie mógł się swoich urodzin doczekać. Co się dziwić, wszedł w wiek, w którym ilość paluszków pokazujących lata, stała się jedną z kluczowych kwestii w życiu towarzyskim :-). A że chodzi do grupy z dziećmi o rok od niego starszymi... sami rozumiecie :-).

Urodziny, zarówno te dla przedszkolaków, jak i dla najbliższych, upłynęły oczywiście pod hasłem straży pożarnej. W tej kwestii nic się przez miniony rok nie zmieniło. Hubi nie bawi się w strażaka, on strażakiem jest :-). Pół życia spędził już na "akcjach", sprzęt strażacki zna lepiej od niejednego dorosłego i potrafi wymienić praktycznie wszystkie potencjalne zagrożenia. W naszej szafie wiszą dwa strażackie mundury, a na półkach stoi arsenał wozów strażackich. Uparty jest w tej swojej pasji i totalnie rozczulający...

Upór to zresztą cecha charakteru, która przez minione lata zawsze trafiała do moich podsumowań. Jak się na coś uprze, to koniec świata. Mój mąż twierdzi, że "zupełnie jak mama", ale ja chyba jestem jeszcze gorsza :-). Całe szczęście, nie objawia się to w krzykach, rzucaniu na podłogę, czy wymuszaniu płaczem. Przybiera raczej formę "Hubisia Jęczydupki", który przez wiele dni i tygodni potrafi wiercić nam o coś dziurę w brzuchu :-).

Nie potrafi też odpuścić, zawsze i we wszystkim musi mieć ostatnie zdanie. Dyskutuje z nami jakby miał szesnaście lat :-). Tak sprytnie odkręca kota ogonem, że czasami z uznania dla pomysłowości, ustępuję mu na polu bitwy. Coś mi się zdaje, że przejmie po tacie kancelarię :-).

Lubi ładnie wyglądać. Sam upomina się o fryzjera albo każe zmienić poplamioną bluzeczkę. Ma nieszkodliwego bzika na punkcie zarazków :-). Woli prysznic niż kąpiel.

Jest też empatyczny. Bardzo przejmuje się tym, jak jego zachowanie wpływa na uczucia innych ludzi. Oczywiście z reguły najpierw nabroi, ale potem siedzi i płacze, że zrobił komuś przykrość. Ta wrażliwość ujmuje mnie, a jednocześnie martwi trochę, bo widzę, jak wiele, zupełnie niepotrzebnych kwestii, bierze sobie do serca. 

Uwielbia też dawać prezenty. A to czerwone plastikowe serduszko włoży w książkę i da mi "opakowane w to, co najbardziej lubisz mamo". Albo obdaruje dziadka znalezionym na chodniku kapslem, bo kiedyś widział jak dziadek w takim kapslu rozrabiał patyczkiem klej do drewna. Babci wybierze tulipanka i każe jej za tego kwiatka zapłacić, laurkę zrobi dla cioci w podziękowaniu za prezent...

Miniony rok to też ogromna hubisiowa ciekawość świata. Wciąż zaskakuje nas pytaniami w stylu "co to jest stocznia?", "czy odrzutowiec jest szybszy niż rakieta?" albo "ilu kosmitów widziałaś?". Liczy do 17stu, przy czym prawie zawsze myli się, po dziewięciu mówiąc jedenaście. Zna coraz więcej literek i coraz częściej chce sam pisać (oczywiście najczęściej od prawej do lewej lub w lustrzanym odbiciu :-)). I nie radzi sobie z literką "k", więc ćwiczy u logopedy. Pasjonuje go kwestia miast, państw i kontynentów. Wciąż jednak myli mu się, co jest miastem, a co krajem, lecz mimo wszystko uparcie próbuje i docieka. Bardzo lubi oglądać mapy.
 
Powoli przekonuje się do gier planszowych (uwielbia "O rety krety") i puzzli. No i najważniejsze - nie wyobraża już sobie dnia bez książeczki. W końcu polubił książki do tego stopnia, że pyta, czy może z nimi spać. Tak jestem z tego powodu szczęśliwa, że nawet sobie nie wyobrażacie. Mnóstwo pracy, czasu i uporu mnie to kosztowało, ale udało się. 

Jego ulubione dania to zupa pomidorowa babci Zosi, kopytka, pasta jajeczna i pizza :-).

Chociaż zasypia sam, zawsze nad ranem przybiega do naszego łóżka. Z nieodłącznym misiem. Uwielbia się przytulać, ale całować pozwala się tylko w główkę. Nawet nam.

Waży 16,5 kg, nosi ubranka w rozmiarze 104-110, a buciki w rozmiarze 27.

Taki jest ten nasz czterolatek. Wyjątkowy, jedyny, po prostu Hubiś. Nasz Hubiś :-)


Hubisiowa mama

-♥-

środa, 1 marca 2017

Leoś


Cześć kochani! Długo mnie tutaj nie było, ale w końcu przyszedł czas, by otrzepać kurz z laptopa i kogoś Wam przedstawić. Oto Leoś - Hubisiowy brat. Wyczekany, wymarzony. Nasz brakujący element, nasza kropka nad i. Maluch, który swoim pojawieniem dopełnił hubisiową rodzinę i udowodnił, że serce matki pomieści jeszcze więcej miłości. Całe morze miłości, choć wcześniej wydawało mi się, że to już zupełnie niemożliwe.

Urodził się, podobnie jak jego starszy brat, szybko i z przytupem. W sobotnią noc, na początku lutego. Wszystko miał dokładnie zaplanowane. Poczekał, aż tata wróci z kilkudniowej podróży. Poczekał, aż mama będzie gotowa. Poczekał na fantastyczny personel na dyżurze. 

Do szpitala pojechał w asyście całej swojej rodziny. I jak przystało na brata strażaka, przy akompaniamencie syreny alarmowej. Ta nasza słodka syrena, siedząca w foteliku z tyłu, była tak podekscytowana "pierwszą, prawdziwą akcją", że nawet trzecia w nocy nie stanowiła problemu :-). Nie marudził, nie dyskutował. Błyskawicznie się ubrał, złapał pod pachę swojego ukochanego misia i popędził z nami do samochodu. Kazał tacie włączyć syrenę, a jak usłyszał, że jej nie mamy, stwierdził  "nie szkodzi, ja będę ją udawał". Dumna byłam z niego i rozbawiona tą naszą wariacką nocną jazdą, pomimo szalejących już na całego skurczy.

Półtorej godziny. Tyle czasu minęło od chwili, gdy obudziłam się w nocy, do pierwszego przytulenia Leośka. Pewnie byłoby jeszcze szybciej, gdyby maluch nie zaplątał się trochę i nie potrzebował dodatkowej pomocy. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Moment, w którym pocałowałam to mokre, ciepłe ciałko, to absolutnie jedna z dwóch najpiękniejszych chwil mojego życia. Tego uczucia nie da się porównać do niczego innego. Nie da się wytłumaczyć...

Niecałe trzy kilogramy, 52 centymetry, delikatne ciemnoblond włoski i najładniejsze uszka, jakie do tej pory widziałam :-). Do tego wielkie stópki, chude kolanka i krzywy nosek, który wyprostował się dopiero po kilku dniach. Najpiękniejszy kurczaczek na świecie. Kserokopia swojego starszego brata. Niby identyczny, ale jednak inny, bo podobno Hubiś to bardziej ja, a Leoś bardziej tata :-).

Podczas gdy po raz pierwszy wtulał się we mnie po tej stronie brzucha, jego starszy brat podrywał w dyżurce położne. Siedząc na kolankach jednej z nich, oglądał na telefonie Strażaka Sama i popijał zrobioną specjalnie dla niego herbatkę malinową. Opowiadały mi później, jak zapewniał je, że zawsze mogą do niego zadzwonić. Z każdym problemem. On przyjedzie i pomoże :-). I że są bardzo miłe. Milsze nawet niż pani doktor mamy, która dała mu kiedyś czekoladkę. Śmiały się, że takiego czarującego czterolatka na porodówce jeszcze nie było.

Do domku wróciliśmy po niecałych trzech dniach. Znowu wszyscy razem, bo Hubiś przyjechał po brata razem z tatą. W ciemnym, szpitalnym korytarzu, przy zamkniętych z powodu epidemii grypy drzwiach oddziału, poznał brata. Do fotelika zajrzał, paluszkiem Leośkowego nosa dotknął, zaciekawiony i lekko onieśmielony jednocześnie. W domu co chwilę do kosza mojżeszowego zaglądał, a potem swojego ukochanego misia obok brata położył.

I tak zaczął się nowy etap w życiu hubisiowej rodziny... Piękny, ale i trudny jednocześnie. Ale o tym następnym razem :-).

Ściskam Was ciepło i dziękuję, że wciąż jesteście,

Hubisiowa mama

-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.