AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

piątek, 28 kwietnia 2017

Z Hubisiowej biblioteczki # 12

Dawno nie opowiadałam Wam o mojej biblioteczce. Zbyt dawno :-). Nie oznacza to oczywiście, że nie czytałam. Czytałam dużo, a ciążowe zwolnienie lekarskie bardzo mi to ułatwiało. Teraz też czytam, kiedy tylko mogę. Najczęściej podczas karmienia Leosia i dodatkowo słucham audiobooków, gdy jestem z nim na spacerze. To kolejny, wielki plus posiadania takiego maluszka :-).

Od ostatniego książkowego wpisu nazbierało się trochę tych książek. Chyba z trzydzieści :-). Większość nowości. Jest spośród nich kilka naprawdę wartych uwagi, niestety są też książki mocno przereklamowane. Dlatego pomyślałam, że przygotuję Wam taki szybki przegląd hubisiowej biblioteczki z ostatnich kilku miesięcy. Dziewięć pozycji, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Bo piękna książka może zmienić życie, a na kiepską szkoda zwyczajnie czasu. Jeśli więc wiecie już, że Wasz czytelniczy gust jest podobny do mojego, to serdecznie zapraszam, na pewno znajdziecie tu coś dla siebie :-).




"Słowik" Kristin Hannah

Zacznę od książki, która zdecydowanie wygrywa całe zestawienie. Książki, która tak głęboko poruszyła moje serce, że zdarza mi się myśleć o niej do dzisiaj, a czytałam ją w grudniu. I najwyraźniej nie tylko moje serce, bo "Słowik" to m.in. bestseller New York Timesa, Książka Roku Amazona i Goodreads oraz Książka Roku naszego rodzimego portalu lubimyczytac.pl (w kategorii Powieść historyczna).
Opowiada losy dwóch sióstr, Vianne i Isabelle, które są tak różne, jak tylko siostry potrafią być. Vianne to skoncentrowana na rodzinie, oddana matka i żona. Natomiast dziesięć lat młodsza, 19-letnia Isabelle, to buntowniczka, która nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca. Kiedy w 1940 r. do Francji wkracza armia niemiecka, życie każdej z nich zmienia się bezpowrotnie. Nie będę opisywać Wam fabuły, bo to trzeba po prostu przeczytać. Mogę Was jednak zapewnić, że znalazłam w niej wszystko, co w powieściach kocham najbardziej - wielkie uczucia, skomplikowane relacje rodzinne, emocje te dobre, ale i te złe oraz mega wzruszające zakończenie. Wcale nie dziwię się, że została światowym bestsellerem i już czekam na zapowiadaną ekranizację. Jak dla mnie prawdziwa perełka i idealny prezent na Dzień Matki. Bardzo polecam!



"Światło między oceanami" M.L. Stedman

Kolejna książka, którą gorąco Wam polecam. Opowiada o tym, jak dobrzy ludzie podejmują czasami złe decyzje. Piękna, nostalgiczna, napisana w klasycznym stylu historia australijskiego latarnika i jego żony, których los wystawił na ciężką próbę. Jest rok 1920. Po dwóch poronieniach i urodzeniu martwego chłopca, Isabel dowiaduje się, że już nigdy nie będzie mieć dzieci. Traci radość i sens życia, stopniowo pogrążając się w depresji. I wtedy staje się cud, do brzegów ich wyspy przybija łódź z martwym mężczyzną i płaczącym niemowlęciem. Isabel postanawia za wszelką cenę zatrzymać dziecko... Udaje jej się przekonać męża, którego skrupuły i zasady moralne przegrywają w końcu z wielką miłością do Isabel. W konsekwencji ich decyzja wpłynie na życie bardzo wielu osób. Im samym da ogromne pokłady szczęścia, ale jeszcze więcej bólu.
Niesamowity klimat. Przepiękny język. Wciągająca historia. To nie jest książka dla każdego, ale kobietę, która doświadczyła macierzyństwa lub utraty dziecka, na pewno chwyci za serce. Polecam!




"Dziewczyna, którą kochałeś" Jojo Moyes

I znowu to, co w powieściach lubię najbardziej. Piękna, romantyczna, zaskakująca ogromem emocji książka, której akcja toczy się dwutorowo. Sophie prowadzi hotel i restaurację w okupowanej podczas I wojny światowej Francji. Czeka na powrót męża. To on jest autorem obrazu, który dodaje otuchy Sophie. Liv natomiast jest młodą wdową po znanym architekcie i żyje we współczesnym Londynie. Po utracie męża nie potrafi poradzić sobie z uczuciami, ma też coraz większe problemy finansowe. Jej najcenniejszym skarbem jest portret kobiety, który dostała w prezencie od ukochanego. To właśnie ten obraz stanie się katalizatorem obu historii. Niezwykle wciągającej historii.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mi się spodoba. Jedyne, co mnie w niej zawiodło to okładka, zupełnie niepasująca do treści. Mam wrażenie, że osoba, która ją stworzyła, zwyczajnie nie przeczytała powieści. Ale poza tym jednym, małym szczegółem, książka zdecydowanie na plus. Serdecznie polecam!



"Pragnienie" Jo Nesbo

Od wydarzeń z "Policji" minęło kilka lat. Harry Hole prawie poukładał swoje życie prywatne. Mieszka z żoną, wykłada w wyższej szkole policji. Jednak w mieście zaczyna grasować seryjny morderca pijący krew swoich ofiar, a wiedza i doświadczenie Harry'ego okażą się niezbędne do jego schwytania... 
Jo Nesbo to mój ulubiony autor kryminałów. Prawdziwy mistrz. Jego książki mają w sobie coś tak wyjątkowego, mrocznego, a jednocześnie magnetycznego, że nie sposób się od nich oderwać. Serię o Harrym Hole pochłonęłam w całości i z niecierpliwością oczekiwałam premiery "Pragnienia". I nie zawiodłam się. Znowu dostałam to, na co tak liczyłam. Wielowątkową fabułę, sprawną żonglerkę wątkami i postaciami, stopniowanie napięcia oraz naprawdę dobre zakończenie. Jeśli więc obawialiście się, że jedenasta część jest tylko sprawnym chwytem marketingowym, nastawionym głównie na zarobienie pieniędzy, nic bardziej mylnego. Nesbo po raz kolejny zaserwował nam rewelacyjną książkę. Polecam wszystkim fanom Harry'ego Hole.



"Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Na tę książkę skusiłam się po przeczytaniu kilku bardzo pochlebnych recenzji. I nie żałuję, chociaż kilka pierwszych rozdziałów trochę mnie rozczarowało. Książka, w której głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest pies, wydała mi się trochę dziecinna. Prosty język, świat widziany z perspektywy czterech łap, możliwość odradzania się w kolejnych życiach, to wszystko nie do końca mnie przekonywało. Jednak z każdą kolejną stroną odkrywałam w niej coraz więcej. Dopingowałam Bailey'owi, śmiałam się, byłam zła lub wystraszona rozwojem sytuacji. A na koniec popłakałam się ze wzruszenia.
Autor w bardzo pomysłowy i ciepły sposób pokazał, jak wiele dobrego dla ludzi płynie z relacji z psem. Jak psy kochają swoich "panów", jak się nimi opiekują, są lojalne i oddane. I jak niewielu ludzi potrafi to docenić... To piękna i poruszająca opowieść o przyjaźni, odpowiedzialności i wierności. O tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I o wielkiej sile psiej miłości. Polecam! 



"Inwigilacja" Remigiusz Mróz

Chyłka i wszystko jasne :-)! Bardzo lubię serię książek z niesforną prawniczką Joanną Chyłką i aplikantem adwokackim Zordonem. Muszę jednak z ręką na sercu przyznać, że przedostatnia część "Immunitet" miała swoje słabe strony. Chociaż prawniczy wątek był fajny, to pijąca na umór Chyłka, na co drugiej właściwie stronie, zaczynała mnie męczyć i irytować. Na szczęście zakończenie było tak zaskakujące, że musiałam sięgnąć po kolejną część. Piszę "na szczęście", bo "Inwigilacja" to wielki powrót do formy. I Mroza i Chyłki :-).
Tym razem autor poruszył wątki zagrożenia terrorystycznego, służb specjalnych i ustawy inwigilacyjnej. Chyłka z Zordonem podejmują się obrony podejrzanego o terroryzm Fahada Al-Jassama, w którym małżeństwo Lipczyńskich rozpoznaje swojego syna, zaginionego w Egipcie przed kilkunastu laty. Jednocześnie Zordon przygotowuje się do egzaminu kończącego aplikację, a Chyłka do rozwiązania pewnego osobistego "problemu" (kto czytał "Inwigilację" wie, o czym piszę :-)). Jednym słowem jest ciekawie. A kończy się jak zawsze z przytupem. Polecam, mnie się ta książka podobała.




"Enklawa" i "Połów" Ove Logmansbo

Remigiusz Mróz to autor, o którym mówi się, że pisze w roku więcej książek niż statystyczny Polak ich czyta. I jest w tym wiele prawdy. Właściwie co kilka miesięcy wydawana jest jakaś jego kolejna powieść. Dlatego tak wielkim zaskoczeniem było przyznanie się autora do publikowania również pod pseudonimem Ove Logmansbo. Naprawdę nie wiem, jak on to robi ;-). Ale cieszę się, że postanowił się ujawnić, bo chociaż miałam kryminały Ove Logmansbo na liście "do przeczytania", to pewnie minęłoby sporo czasu, zanim bym po nie sięgnęła.
Z trzech wydanych do tej pory książek cyklu "Vestmanna", mam za sobą już dwie. Pewnie sięgnę też po trzecią. Bo chociaż te kryminały nie są rewelacyjne, nie są też złe. Nie wciągają bez reszty, ale w sumie całkiem miło spędza się z nimi czas.
Za naprawdę fajny uważam pomysł umiejscowienia akcji na Wyspach Owczych, które są jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Od 1988 r. zdarzyło się tam bowiem tylko jedno morderstwo. Tam wszyscy wszystkich znają, a jedynym problemem, jakiemu muszą stawić czoła lokalni policjanci to wypadki drogowe z udziałem owiec lub kóz.
I właśnie tam dochodzi do zaginięcia nastolatki. Na miejsce zostaje ściągnięta duńska policjantka Katrine Ellegaard (Wyspy Owcze są terytorium zależnym od Danii), która na swojego przewodnika po wyspie wybiera sobie Hala Olsena, byłego żołnierza. Między Katrine i Olsenem zaczyna iskrzyć, chociaż przyznam się Wam szczerze, że wątek romansowy nie specjalnie przypadł mi do gustu. Wydawał się trochę sztuczny i naciągany, ale to tak na marginesie.
Wracając do fabuły - po krótkich poszukiwaniach dziewczyna zostaje odnaleziona. Niestety - martwa. Rozpoczyna się długie, trudne śledztwo, podczas którego Katrine musi wniknąć w niezwykle zamknięte i niechętne Duńczykom środowisko Farerów. Zakończenie, jak to u Mroza, będzie zaskakujące.
W drugiej części pt. "Połów", podczas tradycyjnego na Wyspach Owczych połowu delfinów zwanych grinwaldami, w żołądku jednego z nich zostaje znaleziony fragment ludzkiej czaszki. Wszystko wskazuje na to, że doszło do kolejnego morderstwa. Do śledztwa zostaje przydzielona, znająca już lokalną społeczność Katrine.
Zapowiada się całkiem interesująco, prawda? Do przeczytania w chwilach nudy :-). 



"Chata" William Paul Young

To nie jest nowość na rynku wydawniczym, ale o książce znów zrobiło się głośno ze względu na niedawną adaptację filmową. Kierując się moją starą zasadą, najpierw książka, potem film, sięgnęłam po "Chatę". O czym jest ta powieść?
Główny bohater Mackenzi Allen Phillips poniósł ogromną stratę. Jego córeczka Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie na pustkowiach Oregonu, odnaleziono ślady świadczące o tym, że została brutalnie zamordowana. Ciała dziewczynki jednak nie odnaleziono. Cztery lata później, pogrążony w smutku ojciec otrzymuje list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty. Wbrew logice Mack jedzie na miejsce i spędza weekend z Bogiem, po którym jego życie już nigdy nie będzie takie same.
Przyznam się Wam szczerze, że takiej książki jeszcze nigdy nie czytałam. Jest na pewno inna, interesująca, zmuszająca do refleksji. Lecz mimo wszystko nie do końca mnie do siebie przekonała. Jest taka amerykańska w swoim klimacie, jeśli wiecie, co mam na myśli. Wszystko jest takie proste, przemiana Macka zbyt szybka, zakończenie oczywiste. Główny bohater jest zbyt grzeczny, za szybko wszystko rozumiejący, godzący się i wybaczający... Nie wiem, może jestem zbyt sceptyczna, a może mam inną wrażliwość. Daleka jestem jednak od jej krytykowania. Myślę, że każdy powinien przeczytać i przeżyć ją sam.
 

I jak? Znaleźliście coś dla siebie :-)? Jeśli nadal nie, to na naszym instagramie (klik) są jeszcze zdjęcia kilkudziesięciu innych książek, które ostatnio wpadły mi w ręce wraz z moimi mini recenzjami. I co kilka dni dodaję kolejną :-). Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę nowego Grishama, nowego Mroza, nową Puzyńską, nową Picoult, kolejną książkę Kristin Hannah... Jest jeszcze tyyyyyyle wspaniałych powieści do przeczytania :-).

A Wy czytaliście którąś z tych książek? Jak wrażenia? I co czytacie aktualnie? Dajcie koniecznie znać!!!

Ściskam ciepło,

Hubisiowa mama

-♥-

czwartek, 20 kwietnia 2017

Jak przygotowywaliśmy Huberta do zostania starszym bratem














Hubert i Leoś. Moje chłopaki. Moja duma i największe szczęście. Bracia i przyjaciele. Leoś z zachwytem wodzi oczami za Hubertem. Hubiś od razu po przebudzeniu biegnie do Leosia. Już teraz jest między nimi więź, która przyznaję, trochę mnie zaskoczyła. Szczególnie jeśli chodzi o Huberta. Bo dla Leośka brat był od zawsze, a dla Huberta to przecież nowość. Już nie ma rodziców na wyłączność. Już nie tylko na nim skoncentrowana jest nasza uwaga. A jednak mówi, że kocha. Broni, gdy żartuję, że z Leosia to mała maruda. Własnego ukochanego misia przynosi mu do łóżeczka. Upuszczonego smoczka zawsze poda. I chociaż wiem, że przyjdzie czas, gdy wezmą się za łby, to póki co, kolekcjonuję w sercu właśnie takie chwile. 

Gdy dowiedziałam się, że Hubi będzie miał rodzeństwo postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by jak najmniej odczuł zmianę w swoim życiu. I może to źle, ale nie szukałam rad, jak go do tego przygotować. Znałam mojego trzylatka na tyle, by zaufać intuicji. 

O ciąży poinformowaliśmy go dość szybko. Prostymi słowami i wprost. Nie pytaliśmy, czy chciałby mieć brata lub siostrę. Nie dawaliśmy mu poczucia, że może o tym decydować. I chociaż przez pierwszy tydzień mówił, że się nie zgadza, w końcu przyjął do wiadomości, że tak po prostu będzie.

Pierwszy trymestr ciąży był dla mnie ciężki, spałam i wymiotowałam na zmianę. Hubi kilka razy zapytał, czy to przez dzidziusia w brzuchu. I wtedy zawsze odpowiadałam, że nie. Poprosiłam bliskich, by też tak robili. Nie chciałam, by w jakikolwiek sposób połączył te dwie sprawy. By miał żal do dzidziusia, że "przez niego" mama się z nim nie bawi. Mówiłam, że jestem po prostu trochę chora i to pan doktor każe mi odpoczywać lub nie pozwala mi go podnosić. Zadziałało. On uznał, że już i tak jest za duży na noszenie, a moje mdłości w końcu minęły. W drugim trymestrze było mi już dużo łatwiej poświęcać mu czas, a w trzecim bardzo mi w tym pomogli rodzina i przyjaciele.

Gdy młody zaakceptował fakt, że w domu pojawi się inne dziecko, zaczął cieszyć się na towarzysza zabaw. I wtedy znowu dostał prosty przekaz. Nie będziesz mógł się z nim na początku bawić. Przez dłuższy czas maluszek będzie na to za mały. Gdy się urodzi, nie będzie potrafił mówić ani chodzić. Będzie leżał w łóżeczku i dużo spał. I płakał. Bo dzidziusie tylko tak potrafią rozmawiać. Przez wiele miesięcy, przy okazji każdej rozmowy o dzidziusiu, uprzedzaliśmy go, że maluch będzie dużo płakał :-). I chyba trochę przesadziliśmy, bo Hubi spodziewał się małego armagedonu. W efekcie, gdy teraz ktoś go pyta, czy Leoś płacze, najczęściej odpowiada, że "dużo mniej niż inne dzidziusie", albo "no trochę tylko".

Dodatkowo, Hubisiowy Tata rozpoczął kampanię my duże chłopaki tworzymy zgraną męską drużynę, a mama z dzidziusiem niech spędzają czas razem. Trochę to szowinistyczne, ale jakoś trzeba było przygotować go na moją mniejszą "dostępność" :-). Hubiś nie mógł się więc doczekać męskich nocy, gdy będzie przybiegał tylko do taty, bo mama pewnie będzie nosić płaczącego Leosia. Często też żartowaliśmy w stylu "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeść słodyczy na deser, bo na początku będzie jadł tylko mleczko? Przechlapane, co?" albo "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeździć na rowerku, bo najpierw będzie musiał nauczyć się chodzić? Śmiesznie, prawda?". Okazało się, że takie akcentowanie różnicy między "dużym" Hubertem, a małym dzidziusiem sprawdziło się u nas doskonale. Trzyletni wówczas Hubi był przewrażliwiony na punkcie swojego wieku (znacie pewnie ten etap "nie jestem małym łobuzem, jestem DUŻYM łobuzem" ;-)). Dzięki temu czuł się większy, ważniejszy, a nienarodzonemu jeszcze Leośkowi w żaden sposób to krzywdy nie robiło :-).

Pozwalałam też Hubertowi przeżywać ze mną kolejne etapy ciąży. Pokazywałam mu w telefonicznej aplikacji, jak maluszek się zmienia. Co tydzień sprawdzaliśmy na centymetrze, jaki jest duży i zawsze mierzyliśmy wtedy wysokość od stopy Huberta w górę, znów akcentując, kto tu będzie większym, starszym bratem :-). Do lekarza go jednak nie zabierałam, oprócz jednego razu na koniec ciąży, gdy zwyczajnie nie miałam go z kim zostawić. Wpatrywał się wtedy intensywnie w monitor usg, ale później zwierzył się, że tak naprawdę nie widział tego, co pan doktor mu pokazywał. 

Na równi z nami szukał dla brata imienia, rozbawiając nas przy tym do łez. Bardzo długo jego typem był Rudolf, bo tak się nazywa ulubiony renifer świętego Mikołaja :-). Podobały mu się też imiona Hubert (bo wiesz mamo, jest najładniejsze ze wszystkich) i Pat (od listonosza Pata). Imię Sam od Strażaka Sama zostało przez niego kategorycznie wykluczone, bo strażak Sam może być tylko jeden - on sam :-). W pewnym momencie obstawiał też imię "Zżulem" (nie pytajcie dlaczego :-)).

A na koniec, pojechał z nami do szpitala, gdy w środku nocy zaczęła się akcja. To ostatnie wymusiły akurat okoliczności, nie tak planowaliśmy, ale okazało się dla Huberta bardzo ważnym doświadczeniem. Do tej pory pyta mnie czasami "A pamiętasz mamo, jak pędziliśmy w nocy do szpitala urodzić naszego Leosia?".

Gdy młodszy brat pojawił się w końcu w domu, Hubert nie był więc zaskoczony zmianami. Początkowo traktował Leosia jak zwierzątko domowe. Był ciekawy, zafascynowany, dotykał młodego paluszkiem i uciekał. Ani razu nie zapytał jednak dlaczego Leoś śpi, płacze, czy ssie. Później wszedł w rolę opiekunki. "Mamo, Leoś płacze, pewnie chce ci powiedzieć, że jest głodny" - mówił mi na przykład. "Idź, daj mu mleczka, bo on nic innego nie może jeść". Teraz jest najlepszym starszym, czteroletnim bratem, jakiego mogę sobie dla Leosia wymarzyć :-).

Oczywiście, nie oznacza to, że tak zupełnie bezboleśnie przeżył pojawienie się brata. Nie, tak nie było. Mniej więcej po trzech tygodniach zaobserwowaliśmy, że stał się bardziej płaczliwy. Wiele rzeczy próbował załatwiać łzami, nie targując się w ogóle, jak to miał w zwyczaju. Kilkanaście razy dziennie pytał się, czy może się do nas przytulić. Zaczął trochę rozrabiać w domu i przedszkolu. Trwało to jakiś czas. Ale nigdy, ani razu nie był w jakikolwiek sposób agresywny w stosunku do Leosia. 

Teraz, po dwóch i pół miesiąca jest już dużo lepiej. I całe szczęście, bo powoli kończyły mi się pokłady cierpliwości :-). Wypracowałam sobie z dziećmi nowy harmonogram dnia, dzięki czemu w hubisiowym domu znów zapanował względny spokój :-). I nie ukrywam, że dało mi to duży komfort psychiczny. Lubię mieć ustalony porządek dnia i widzę, że Hubiemu też daje to poczucie bezpieczeństwa.

A gdy czasami pyta mnie przed snem "Mamo, czy Leosia kochasz tak samo mocno jak mnie?", odpowiadam mu, że "Tak, kocham go tak samo mocno jak Ciebie. Ale Ciebie kocham dłużej" :-).


Hubisiowa mama


-♥-

wtorek, 4 kwietnia 2017

Myśli potargane # 21




20 marca 2017 (poniedziałek)
Wiem, że powinnam uczyć Huberta samodzielnego zasypiania, ale za bardzo lubię te nasze wspólne wieczory, by już z nich zrezygnować. Odkąd na świecie pojawił się Leoś jest to trochę trudniejsze, ale zawsze staram się tak wszystko zorganizować, by móc być z nim wtedy sam na sam. Zakopujemy się razem pod kołderką, przytulamy i czytamy wybraną przez niego książeczkę. A gdy światło już gaśnie rozmawiamy jeszcze cicho przez kilka minut.
Dzisiaj, po przeczytaniu książeczki "Jakie to szczęście, że cię znalazłem", Hubiś zapytał mnie:
- Mamo, a jak tatuś znalazł ciebie?
Opowiedziałam mu więc, gdzie się spotkaliśmy i jak nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Że z czasem zrozumieliśmy, jak bardzo się kochamy i że chcemy założyć rodzinę. Jak wzięliśmy ślub i zaczęliśmy marzyć o małym chłopczyku o niebieskich oczach i blond włosach. 
Hubiś słuchał cicho wtulony pod moją ręką, lecz w pewny momencie zorientowałam się, że płacze.
- Co się stało kochanie? - spytałam. - Dlaczego płaczesz?
- Tylko troszkę. Nie wiem mamusiu dlaczego. Nic mnie nie boli, a mi łezki lecą - odpowiedział.
Wzruszył mnie tymi słowami tak bardzo, że i ja poczułam łzy pod powiekami. I właśnie dla takich chwil będę usypiać go do osiemnastki :-).


23 marca 2017 (czwartek)
Proszę, proszę... Cztery dni po internetowym złożeniu wniosku o 500+ dostałam już pocztą decyzję o przyznaniu świadczenia :-).


26 marca 2017 (niedziela)
Ciągle uczę się logistyki bycia podwójną mamą. Lawirowania między potrzebami starszego i młodszego dziecka, posiadania oczu dookoła głowy i przewidywania co może pójść nie tak. Ciągle się potykam. Dzisiaj o mało nie dostałam zawału serca wsiadając do tramwaju. Byliśmy jedynymi osobami na przystanku. Gdy tramwaj się zatrzymał, puściłam Hubisia przodem i zanim zdążyłam wjechać do niego wózkiem... zamknęły się automatyczne drzwi. Hubi został w tramwaju, ja z Leosiem na zewnątrz. Natychmiast nacisnęłam przycisk otwierania drzwi, ale nie zareagowały. Spanikowałam i zaczęłam walić w nie z całych sił. W ciągu tych dwóch, trzech sekund, które minęły zanim w końcu się ruszyły, wyobraziłam sobie jak Hubi odjeżdża beze mnie... Serce waliło mi jak oszalałe.
Także lekcja numer 102 z bycia podwójną mamą - zawsze pilnuj, by starszy trzymał się wózka z młodszym podczas wchodzenia do tramwaju :-). 


28 marca 2017 (wtorek)
Niedawno robiłam obowiązkową krzywą glukozową po cukrzycy ciążowej i dzisiaj odebrałam wyniki. Na czczo i po dwóch godzinach wyszły super, ale po godzinie były niestety dużo za wysokie. Podłamałam się, bo po 6 tygodniach od porodu moje cukry powinny już wrócić do równowagi. Po kilku godzinach nagle zaskoczyłam, że jak to po godzinie? Przecież krzywe po porodzie robi się na czczo i po dwóch godzinach. Miałam tylko dwa pobrania. Jakim więc cudem mam też wynik po godzinie? Potem przyjrzałam się bliżej wynikom i zauważyłam, że godzina pobrania próbki po godzinie i po dwóch godzinach jest taka sama. Zadzwoniłam do laboratorium i... "Przepraszamy najmocniej, musiała zajść jakaś pomyłka. Któryś z tych dwóch wyników jest innej pacjentki, ale już nie dojdziemy, który jest pani, a który jej. Będzie pani musiała powtórzyć badanie". 
Trzy godziny w szpitalu, cztery godziny poza domem, załatwianie opieki nad karmionym przecież piersią Leosiem, paskudny smak i pomylone wyniki. Normalnie chyba ich pozwę!


29 marca 2017 (środa)
Dopadło mnie przeziębienie. Leżę ledwo żywa, mam czerwoną tarkę pod nosem i generalnie wyglądam fatalnie. Podbiega do mnie Hubiś ze swoim zabawkowym aparatem fotograficznym i woła:
- Mamo, mamo, uśmiech, zrobię ci zdjęcie!
- Nie, kochanie - odpowiadam. - Nie rób. Mama jest chora i bardzo brzydko wygląda.
- Oj tam, tak bardzo brzydko to nie. Tylko brzydko. Bez bardzo. Chociaż może i bardzo. Tak, bardzo brzydko. No dobra, nie zrobię ci zdjęcia.
I mam za swoje :-).


31 marca 2017 (piątek)
Dzisiaj Hubiś spytał nas, jak zarabia się pieniądze. Na odpowiedź, że w pracy, zaczął dopytywać o szczegóły, a gdzie, a ile, a za co. W końcu westchnął i powiedział:
- Ja bym chciał zarabiać. I mieć pieniążki.
- A co chciałbyś sobie za te pieniążki kupić? - zapytałam.
- Nie, ja chciałbym Leosiowi coś kupić. Bo ja mam dużo zabawek, a Leoś prawie wcale. I ja bym mu kupił jakąś zabawkę.
Wzruszyłam się. Kochany jest... Chyba zatrudnię go do pomocy przy pracach domowych.


2 kwietnia 2017 (niedziela)
Cały kubek kakao. Na białej ścianie, jasnobeżowej wykładzinie i wszystkich białych koszulach Łukasza, wiszących na stojącej w pokoju suszarce. Wylał wszystko, co do kropli. Wiem, że niechcący, ale i tak żyłka na skroni ostro mi napęczniała :-). W dodatku to była moja wina, jak poinformowała mnie moja latorośl. "Bo kanapka była na innej bułce niż zwykle i musiał ją sobie rozerwać i wtedy rączka tak sama uderzyła, że kubek pofrunął". I w sumie rzeczywiście była to moja wina, bo poprosiłam, by zjadł kolację u siebie, chcąc w ciszy uśpić Leosia. Więc to ja złamałam zasadę, że w pokoju się nie je. I kanapka rzeczywiście była na innej bułce. I ta bułka rzeczywiście była z twardą, mocną skórką. Hmmm... chyba sobie nałożę szlaban na bajki :-).


4 kwietnia 2017 (wtorek)
Patrzę na tę maleńką poduszeczkę na środku jego górnej wargi i serce topnieje mi z miłości. Nieważne, że pół nocy nie spał, nieważne że dzisiaj w nocy pewnie będzie podobnie. Gdy widzę te uśmiechnięte oczka, nabierające krągłości policzki i tę maleńką poduszeczkę na ustach, to nic innego nie ma znaczenia. Wiedziałam, że będę kochać go równie mocno, jak Hubisia, ale nie sądziłam, że jego pojawienie się tak spotęguje wszystkie moje dotychczasowe uczucia. I nawet ta zimna kawa już nie wkurza. Zimną też można polubić :-).


Hubisiowa mama

-♥-
Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.