AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

czwartek, 20 kwietnia 2017

Jak przygotowywaliśmy Huberta do zostania starszym bratem














Hubert i Leoś. Moje chłopaki. Moja duma i największe szczęście. Bracia i przyjaciele. Leoś z zachwytem wodzi oczami za Hubertem. Hubiś od razu po przebudzeniu biegnie do Leosia. Już teraz jest między nimi więź, która przyznaję, trochę mnie zaskoczyła. Szczególnie jeśli chodzi o Huberta. Bo dla Leośka brat był od zawsze, a dla Huberta to przecież nowość. Już nie ma rodziców na wyłączność. Już nie tylko na nim skoncentrowana jest nasza uwaga. A jednak mówi, że kocha. Broni, gdy żartuję, że z Leosia to mała maruda. Własnego ukochanego misia przynosi mu do łóżeczka. Upuszczonego smoczka zawsze poda. I chociaż wiem, że przyjdzie czas, gdy wezmą się za łby, to póki co, kolekcjonuję w sercu właśnie takie chwile. 

Gdy dowiedziałam się, że Hubi będzie miał rodzeństwo postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by jak najmniej odczuł zmianę w swoim życiu. I może to źle, ale nie szukałam rad, jak go do tego przygotować. Znałam mojego trzylatka na tyle, by zaufać intuicji. 

O ciąży poinformowaliśmy go dość szybko. Prostymi słowami i wprost. Nie pytaliśmy, czy chciałby mieć brata lub siostrę. Nie dawaliśmy mu poczucia, że może o tym decydować. I chociaż przez pierwszy tydzień mówił, że się nie zgadza, w końcu przyjął do wiadomości, że tak po prostu będzie.

Pierwszy trymestr ciąży był dla mnie ciężki, spałam i wymiotowałam na zmianę. Hubi kilka razy zapytał, czy to przez dzidziusia w brzuchu. I wtedy zawsze odpowiadałam, że nie. Poprosiłam bliskich, by też tak robili. Nie chciałam, by w jakikolwiek sposób połączył te dwie sprawy. By miał żal do dzidziusia, że "przez niego" mama się z nim nie bawi. Mówiłam, że jestem po prostu trochę chora i to pan doktor każe mi odpoczywać lub nie pozwala mi go podnosić. Zadziałało. On uznał, że już i tak jest za duży na noszenie, a moje mdłości w końcu minęły. W drugim trymestrze było mi już dużo łatwiej poświęcać mu czas, a w trzecim bardzo mi w tym pomogli rodzina i przyjaciele.

Gdy młody zaakceptował fakt, że w domu pojawi się inne dziecko, zaczął cieszyć się na towarzysza zabaw. I wtedy znowu dostał prosty przekaz. Nie będziesz mógł się z nim na początku bawić. Przez dłuższy czas maluszek będzie na to za mały. Gdy się urodzi, nie będzie potrafił mówić ani chodzić. Będzie leżał w łóżeczku i dużo spał. I płakał. Bo dzidziusie tylko tak potrafią rozmawiać. Przez wiele miesięcy, przy okazji każdej rozmowy o dzidziusiu, uprzedzaliśmy go, że maluch będzie dużo płakał :-). I chyba trochę przesadziliśmy, bo Hubi spodziewał się małego armagedonu. W efekcie, gdy teraz ktoś go pyta, czy Leoś płacze, najczęściej odpowiada, że "dużo mniej niż inne dzidziusie", albo "no trochę tylko".

Dodatkowo, Hubisiowy Tata rozpoczął kampanię my duże chłopaki tworzymy zgraną męską drużynę, a mama z dzidziusiem niech spędzają czas razem. Trochę to szowinistyczne, ale jakoś trzeba było przygotować go na moją mniejszą "dostępność" :-). Hubiś nie mógł się więc doczekać męskich nocy, gdy będzie przybiegał tylko do taty, bo mama pewnie będzie nosić płaczącego Leosia. Często też żartowaliśmy w stylu "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeść słodyczy na deser, bo na początku będzie jadł tylko mleczko? Przechlapane, co?" albo "A wiesz, że dzidziuś nie będzie mógł jeździć na rowerku, bo najpierw będzie musiał nauczyć się chodzić? Śmiesznie, prawda?". Okazało się, że takie akcentowanie różnicy między "dużym" Hubertem, a małym dzidziusiem sprawdziło się u nas doskonale. Trzyletni wówczas Hubi był przewrażliwiony na punkcie swojego wieku (znacie pewnie ten etap "nie jestem małym łobuzem, jestem DUŻYM łobuzem" ;-)). Dzięki temu czuł się większy, ważniejszy, a nienarodzonemu jeszcze Leośkowi w żaden sposób to krzywdy nie robiło :-).

Pozwalałam też Hubertowi przeżywać ze mną kolejne etapy ciąży. Pokazywałam mu w telefonicznej aplikacji, jak maluszek się zmienia. Co tydzień sprawdzaliśmy na centymetrze, jaki jest duży i zawsze mierzyliśmy wtedy wysokość od stopy Huberta w górę, znów akcentując, kto tu będzie większym, starszym bratem :-). Do lekarza go jednak nie zabierałam, oprócz jednego razu na koniec ciąży, gdy zwyczajnie nie miałam go z kim zostawić. Wpatrywał się wtedy intensywnie w monitor usg, ale później zwierzył się, że tak naprawdę nie widział tego, co pan doktor mu pokazywał. 

Na równi z nami szukał dla brata imienia, rozbawiając nas przy tym do łez. Bardzo długo jego typem był Rudolf, bo tak się nazywa ulubiony renifer świętego Mikołaja :-). Podobały mu się też imiona Hubert (bo wiesz mamo, jest najładniejsze ze wszystkich) i Pat (od listonosza Pata). Imię Sam od Strażaka Sama zostało przez niego kategorycznie wykluczone, bo strażak Sam może być tylko jeden - on sam :-). W pewnym momencie obstawiał też imię "Zżulem" (nie pytajcie dlaczego :-)).

A na koniec, pojechał z nami do szpitala, gdy w środku nocy zaczęła się akcja. To ostatnie wymusiły akurat okoliczności, nie tak planowaliśmy, ale okazało się dla Huberta bardzo ważnym doświadczeniem. Do tej pory pyta mnie czasami "A pamiętasz mamo, jak pędziliśmy w nocy do szpitala urodzić naszego Leosia?".

Gdy młodszy brat pojawił się w końcu w domu, Hubert nie był więc zaskoczony zmianami. Początkowo traktował Leosia jak zwierzątko domowe. Był ciekawy, zafascynowany, dotykał młodego paluszkiem i uciekał. Ani razu nie zapytał jednak dlaczego Leoś śpi, płacze, czy ssie. Później wszedł w rolę opiekunki. "Mamo, Leoś płacze, pewnie chce ci powiedzieć, że jest głodny" - mówił mi na przykład. "Idź, daj mu mleczka, bo on nic innego nie może jeść". Teraz jest najlepszym starszym, czteroletnim bratem, jakiego mogę sobie dla Leosia wymarzyć :-).

Oczywiście, nie oznacza to, że tak zupełnie bezboleśnie przeżył pojawienie się brata. Nie, tak nie było. Mniej więcej po trzech tygodniach zaobserwowaliśmy, że stał się bardziej płaczliwy. Wiele rzeczy próbował załatwiać łzami, nie targując się w ogóle, jak to miał w zwyczaju. Kilkanaście razy dziennie pytał się, czy może się do nas przytulić. Zaczął trochę rozrabiać w domu i przedszkolu. Trwało to jakiś czas. Ale nigdy, ani razu nie był w jakikolwiek sposób agresywny w stosunku do Leosia. 

Teraz, po dwóch i pół miesiąca jest już dużo lepiej. I całe szczęście, bo powoli kończyły mi się pokłady cierpliwości :-). Wypracowałam sobie z dziećmi nowy harmonogram dnia, dzięki czemu w hubisiowym domu znów zapanował względny spokój :-). I nie ukrywam, że dało mi to duży komfort psychiczny. Lubię mieć ustalony porządek dnia i widzę, że Hubiemu też daje to poczucie bezpieczeństwa.

A gdy czasami pyta mnie przed snem "Mamo, czy Leosia kochasz tak samo mocno jak mnie?", odpowiadam mu, że "Tak, kocham go tak samo mocno jak Ciebie. Ale Ciebie kocham dłużej" :-).


Hubisiowa mama


-♥-

8 komentarzy:

  1. Asiu, popłakałam się przy ostatnim zdaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to dla mnie ogromny komplement!

      Usuń
  2. Asiu Kochana piękny wpis i piekna nauka jak wprowadzić do domu nowe dziecko :) Kasia Slomska

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.