AUTOR BLOGA NIE ZEZWALA NA KOPIOWANIE!!

sobota, 5 sierpnia 2017

Skrawki życia # 6




Patrzę na zegarek i zastanawiam się, co ze mną nie tak. Jest północ. Czwartek nieuchronnie zmienił się w piątek, a ja zamiast spać, siedzę i próbuję zagłuszyć niepokój. Dom otula cisza. Jestem zmęczona. Wiem, że normalnie zamknęłabym oczy i usnęła w trzy sekundy. Ale nie mogę. Czekam. Moje zaprogramowane jak w zegarku dziecko, od dwóch miesięcy zawsze budziło się na mleko pomiędzy 22:20 a 22:30. Codziennie. Żartowaliśmy sobie na ten temat wiele razy. A dzisiaj śpi. Może jest chory? Po cichutku zaglądam do pokoju chłopców. Hubercik śpi jak zwykle rozkopany, z rękoma za głową, zupełnie jak jego tata. Obok stoi łóżeczko Leosia. Patrzę jak delikatnie opada i unosi się jego brzuszek, jak smoczek porusza się w buźce w niemowlęcym odruchu ssania. Uśmiecham się uspokojona. Wszystko dobrze. Śpi. Czyżby miało już być mniej pobudek? Przydałaby się taka chwila oddechu po ostatnich ciężkich tygodniach.

Wracam do łóżka, upewniając się jeszcze smsowo, czy Łukasz dotarł bezpiecznie do Gdańska i w końcu padam spać.

Budzi mnie płacz Leośka. Jest 0:20. Spałam 15 minut. No tak, ktoś tu ma niezły radar. Biegnę, by ta mała syrena nie obudziła śpiącego metr dalej starszego brata. Odkąd Leoś zachorował i wylądowaliśmy na puramino, nocne karmienia nie są już takie błogie. Ani szybkie. Wprawdzie wciąż tulę, wciąż całuję, ale na zawsze straciłam tę niesamowitą, instynktowną synchronizację, to wspólne bicie serduch... Znowu ściska mnie z żalu. Dużo czasu musiało minąć, bym w końcu się z tym pogodziła. Wreszcie trochę dla żartu, a trochę na serio, zrobiłam listę plusów niekarmienia piersią, by odrobinę się pocieszyć. Jest ich kilka, nawet więcej niż myślałam, co nie zmienia faktu, że oddałabym je wszystkie za możliwość powrotu. By móc karmić go przynajmniej rok, tak jak Hubisia. Ale powrotu nie będzie, bo pierwszy i najważniejszy plus na mojej liście to zdrowie Leosia. Wygrywa ze wszystkim.

O 5:30 rano słyszę tupot małych stóp i za chwilę do mojego łóżka wpada Hubiś. "Leoś!!!" wykrzykuje i mocno (za mocno!) go przytula. Gdy wczoraj wieczorem wrócił z krótkich wakacji u dziadków, Leoś już spał. Teraz na widok starszego brata buźka mu się rozjaśnia. Nie śpimy z małym już od pół godziny. Leoś pełza po łóżku. Hubiś domaga się bajek. W pokoju unosi się zapach kawy z naszego starego ekspresu, bo ten nowy okazał się niewypałem i stary wrócił z kancelarii z powrotem do domu. Lubię te nasze poranki, chociaż z reguły musi minąć dobrych kilkanaście minut, bym oprzytomniała.

Pijąc kawę, tradycyjnie robię w myślach małe podsumowanie. To była naprawdę dobra noc. Leosiek tylko raz ściągnął sobie z rączek skarpetki, które zakładam mu na wypadek ataku drapaczki. Trochę się podrapał, ale bywało dużo gorzej. A oprócz karmienia po północy, mieliśmy tylko jedną pobudkę w okolicach trzeciej rano. Cieszę się. Ewidentnie lepiej się czuje. I to nie tylko kwestia pierwszego ząbka, który nareszcie przebił się przez dziąsło. Od kilku dni zmasowałam atak na to paskudztwo i chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że to ja wygrywam. Tak pięknej skóry nie miał od tygodni.

Chwilę przed ósmą wychodzimy do przedszkola. W końcu jest ciepło. W końcu czuję, że naprawdę jest lipiec. Jeszcze tydzień temu zimny, szary deszcz bębnił o parapet, a ja miałam ochotę zapalić bożonarodzeniową świeczkę... Lubię, gdy jest ciepło. Cały rok czekam na lato. Od przedszkola dzieli nas 10-minutowy spacer. Hubiś biegnie obok wózka, bo idąc normalnie pewnie by się zmęczył :-). A Leosiek jedzie leżąc na brzuszku i zaciekawiony wychyla łepek z gondoli. Jeździ tak już trzeci dzień i potrafi wytrzymać ponad godzinę. Cudny jest. Ta wystająca główka totalnie mnie rozczula i wywołuje uśmiechy u mijanych osób.

Gdy wracamy do domu, Leosiek śpi, a ja przeżywam codzienną rozterkę - iść spać razem z nim, czy poczytać trochę książkę. A że kofeina krąży mi jeszcze w żyłach i do końca "Lokatorki" zostało mi dosłownie kilka rozdziałów, to książka wygrywa. Co za niespodzianka :-). Zdrzemnę się na chwilę przy kolejnym Leośkowym odlocie, obiecuję sobie, chociaż w głębi duszy wiem, że i tak tego nie zrobię. Książka, kawa, cisza i skradzione z Hubisiowych słodyczy ciasteczko. To jest moja godzina.

A potem zamieniam się w kurę domową. Zmywam, odkurzam, pucuję, ścieram, podlewam, układam. Niby mieszkanko malutkie, a można tak bez końca. Leoś leży na podłogowej macie i zawzięcie smakuje każdą zabawkę po kolei. Dzięki Bogu za ten ząb, który w końcu przestał nas dręczyć. Postukałam go, zgodnie z tradycją, srebrną łyżeczką i zapisałam datę w albumie. Szybko. Hubiś swojego pierwszego przywitał dwa miesiące później. W ogóle szybki jest ten nasz Leosiek. Dzisiaj kończy dopiero pół roku, a potrafi dobry metr przeczołgać się na brzuszku. "Jak żołnierz w okopach" mówi Hubercik.

Później robię jeszcze kilka przelewów, chwilę rozmawiam z mamą, piszę wiadomość do koleżanki i nagle, jak zwykle znienacka, dopada mnie godzina 15sta. Naprawdę nie wiem, jak to działa, że w pracy osiem godzin wlecze mi się niemiłosiernie długo, nawet gdy biurko po ostatni centymetr zarzucone mam teczkami. A w domu nawet nie zdążę dobrze się zakręcić, a już trzeba pędzić po Huberta... 

Także znowu przemierzamy tę samą trasę i znowu ciekawski łepek wystaje z gondoli.

W drodze powrotnej z przedszkola, Hubiś na jednym wdechu uracza mnie historyjką, jak to żył w dawnych czasach i był królem i brał udział w wojnie i miał swojego konia i zwyciężył wojska nieprzyjaciela. I że ściął "temu drugiemu królu głowę". Prawie potykam się o własne nogi. O matko!!! Skąd mu to przyszło do głowy? Kto i czego mu naopowiadał? I zanim zdążę zacząć pogadankę na temat okrucieństwa wojny, słyszę "Ale ty się nie przejmuj. Tobie nikt nie ściął głowy, bo ty jeszcze wtedy nie żyłaś. To było w dawnych czasach. Ani ty, ani tata jeszcze wtedy nie istnieliście. Ale ja żyłem. Ja te czasy pamiętam." Nie wiem, śmiać się, czy płakać :-).

Jesteśmy w domu. Jest tak gorąco, że odpuszczam Hubertowi obiad, na który i tak kręcił nosem, a sobie brzuszki. Do naszych wakacji zostało jeszcze dokładnie 28 dni. Zdążę. A nawet jak nie, to trudno :-). Robię kawę, tym samym przekraczając dzienny limit i włączam Hubisiowi bajkę. Mało to wychowawcze, wiem, ale nie chce mi się nawet myśleć o wyrzutach sumienia. Może i powinnam zasiąść z nim do nauki literek albo złożyć z nim kolejny czołg z klocków lego, ale nie dzisiaj. Jutro. Jutro już na pewno. Zresztą Hubiś jest szczęśliwy. Ostatnio przeżywa fazę na "Marta mówi". Kontrolnie obejrzałam kilka odcinków i nie mam większych zastrzeżeń. Niech ogląda.

Dzwonił Łukasz. Powoli wraca do domu. Powoli, bo piątkowe korki i remonty siódemki skutecznie go opóźniają. Ale i tak się cieszę, bo to Gdańsk, a nie, jak ostatnio Wrocław, Tarnów, czy Kraków. Będzie w Olsztynie najpóźniej o 19stej. Czekam. Jak przez ostatnie dwa lata czekałam setki razy. Co zrobić, taką ma pracę. Ale to przyjemne czekanie. Nasze małżeństwo to teraz pasmo powrotów i pożegnań. Nie jest mi łatwo samej z dwójką maluchów, wielu rzeczy nie ogarniam, ale są też plusy. Fajnie rozmawiać nocą przez telefon, fajnie czasami zatęsknić. Miło się też witać... :-).

Czekając, robię Leośkowi wieczorne spa. Krochmal, sterydy, dokładne natłuszczanie, syropek na ukojenie świądu, żel na ząbkowanie, obowiązkowe skrócenie paznokci, wyczesanie włosków, mleczko... Nawet nie wiem, kiedy mija kolejna godzina. Hubisia do snu kładzie już tata. Słyszę jak targuje się o jeszcze jedną książeczkę :-). Kochany mój... Oczywiście odmówił dania mi buziaka na dobranoc, bo "całowanie jest obrzydliwe i dla dziewczyn" :-).

O 20:15 w domu zapada cisza. O 20:30 wraca od Hubisia Łukasz. Uśmiecha się i otula mnie swoimi ramionami niczym koc. Mówiłam już, że lubię te jego powroty :-)?

O 22:24 budzi się Leoś.

Przed zaśnięciem myślę jeszcze o kolejnym piątku na mapie mojego życia... Hmm... Nigdzie nie byłam, nic nie zobaczyłam, nic nie stworzyłam... Dla kogoś patrzącego z boku byłabym pewnie przykładem nudnej, bezproduktywnej egzystencji matki Polki. Ale to nie tak czuje moje serce.  Byłam gdzieś. W naszym domu z ludźmi, których kocham najmocniej na świecie. Z ludźmi, którzy SĄ moim światem. Widziałam coś. Widziałam miłość w oczach bliskich. Widziałam, jak moje dzieci uczą się życia, rozwijają się i usamodzielniają. Jak śmieją się i spokojnie zasypiają. I stworzyłam coś. Bezpieczną, spokojną przystań, do której wieczorem wrócił mój mąż i która jest DOMEM dla naszych dzieci. Właśnie takie piątki czynią moje życie spełnionym. Takie piątki to moje szczęście.

Hubisiowa mama

Ps. Dobranoc... Lecę spać, bo niedługo znów zgłodnieje Leoś :-).

-♥-

4 komentarze:

  1. Asiu Kochana pięknie napisane ściskam Was mocno i życze dużo zdrowia i sił :* Kasia Słomska

    OdpowiedzUsuń
  2. I jeszcze jedno, w tym wszystkim co robisz i jak sobie radzisz jesteś inspiracją dla wielu matek a na pewno dla mnie. Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, bardzo Ci dziękuję za te słowa. Dają mi siły więcej niż wiadro kawy :-)!

      Usuń

Cieszę się, że mogłam gościć Cię w naszym Hubisiowie :-). Będzie mi bardzo miło, jak napiszesz parę słów.

Zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 24, poz. 83),
jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione.